Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

gmoch

3/26/2016

Życie boli #7 - Wielkanoc, chrzest i propaganda

Szanowni Czytelnicy,

dzisiaj miały pojawić się tylko życzenia wielkanocne, tak tradycyjnie, ale wczoraj i dzisiaj widziałem tyle dziwnych rzeczy, że muszę się nimi z Wami podzielić. Jak kogoś to nie interesuje to życzenia ma na końcu.

Zacznę od tego co przydarzyło się dzisiaj, czyli w tak zwaną Wielką Sobotę. W ten dzień przypada mi coroczna wizyta w przybytku zwanym kościołem. Tak, jestem niewierzący i tak idę z tym cholernym koszyczkiem, to nie jest mój wymysł, po prostu robię za kierowcę i staram się unikać konfliktów z mamą. Dzięki tej jednej wizycie mam spokój na resztę roku. Nawet nie słyszę o jakimkolwiek kościele, więc dobry deal. No i podjeżdżam pod kościół, a tam stoiska z zabawkami, balonikami, obwarzankami, watą cukrową i jeszcze mnóstwem innego badziewia. Myślę, sobie, że zaczęło się nieźle, zobaczymy co będzie dalej. Przekraczam drzwi kościoła, staję sobie z tyłu i widzę coś co mnie zszokowało. Jak to w świątyniach bywa na ścianach zawieszone są obrazy stacji drogi krzyżowej, spoko, ale pod tymi obrazkami zawieszone plakaty ze zdjęciami płodów, zarodków i tego typu obiektów, nawołujące do zaniechania in vitro, aborcji, eutanazji, wszystkiego co jest wbrew doktrynie kościoła. Świetna propaganda! Ja wiem, że dzieci proboszcza są poczęte naturalną metodą, ale nawoływać do potępienia tego, że ktoś chce mieć dziecko, a nie może tego zrobić naturalnie, jest mało chrześcijańskie, nie ma absolutnie nic wspólnego z miłosierdziem, które głosił bohater tych świąt, Jezus. W dodatku jeszcze zilustrować to wszystko obrazami płodów? Przecież, do jasnej cholery, do kościoła przychodzą też dzieci. Nie jest to najprzyjemniejszy widok przecież. Wiem, że kler, że katole i współczesna władza lubią sobie taką propagandą zarzucić i gdyby to było w jakiś gazetkach parafialnych, dla tych najbardziej utopionych w wierze, którzy i tak mają klapki na oczach, to bym się nie przejął. Jednak rzucanie tymi hasłami w oczy każdego kto wejdzie do świątyni to już przeginka. Taka propaganda kojarzy mi się z czasami II Wojny Światowej, gdzie III Rzesza i ZSRR obrzucały swoich obywateli tak drastycznymi zdjęciami i plakatami i robili to tak często i tak agresywnie, że ludzie nie mieli czasu się nawet zastanowić czy to prawda, czy mają racje, czy może jednak jest w tym jakiś haczyk. Tutaj widzę dokładnie to samo.

Druga sprawa jaką chciałem poruszyć to obchody 1050 rocznicy chrztu Polski. Oczywiście znam historię i to dosyć dobrze, więc nie o tym będę pisał, nie tego się czepiał. Chodzi mi o same te obchody. Jeśli dobrze pamiętam to na tysiąclecie chrztu wybudowano tysiąc szkół. W 1966 roku obchodzony "Tysiąclecie Państwa Polskiego" z wiadomych przyczyn nie mogło mieć to wiele wspólnego z chrztem, ale chodziło o to samo. Wtedy obchody były naprawdę huczne, a teraz? Oczywiście propagandowe przemówienia Marioprezydenta (połączenie marionetki i prezydenta) oraz Prezesa wszystkich prezesów, okolicznościowy banknot dwudziestozłotowy... Serio? Podobno najważniejsze wydarzenie w historii Polski zasługuje tylko na dwie dychy? Przecież to nawet na lepszą flaszkę nie wystarczy. A właśnie taka flaszka i to nie jedna byłaby potrzebna żeby przebrnąć przez trzeci hit promujący tę uroczystość. Teledysk zespołu Anno Domini do piosenki pod tytułem Chrzest Polski 966. W sumie powinienem tutaj wstawić link żebyście mogli sobie obejrzeć, ale nie jestem sadystą. Jak ktoś ma potrzeby masochistyczne to sobie wyszuka w google. Ja wiem, że te chrześcijańskie rytmy w Polsce to nie gospel z USA, ale to była rzeźnia. Rzeźnia dźwięków, poczucia estetyki, nawet tej w sumie fajnej rocznicy. Jeśli to mnie miało zachęcić do udziału w obchodach to mnie zniechęciło i to ostatecznie. Oglądałem to na trzy razy i myślę, że CIA może spokojnie dorzucić ten hit do swojej listy piosenek do tortur. To tyle na dziś.

Życzę Wam dużo spokoju, słońca, relaksu, żeby rodzina Was nie denerwowała, żebyście się nie przeżarli i nie zanudzili. Wesołego dyngusa i mokrego jajka!

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

3/09/2016

Opowiadanie #11 - Legenda o duszy z kamienia cz. 2

Szanowni Czytelnicy,

wstawiam drugą część opowiadania w środku tygodnia, ale wpadło tyle wyświetleń ile chciałem, więc zasłużyliście. Dla tych, którzy nie czytali jeszcze pierwszej części podrzucam link poniżej. A wszystkich zapraszam do lektury ;)

Legenda o sercu z kamienia cz. 1

 Legenda o duszy z kamienia cz.1



               - Widzę, że bardzo pan smutny, w takim razie może dotrzymam towarzystwa rozmową? - powiedział.
- Proszę… - odpowiedziałem beznamiętnie.
- Oho! Widzę, że kobieta - zaśmiał się delikatnie. - Wie pan, będą następne.
- Takiej jak ta nie będzie - odparłem i już miałem się zbierać, bo koleś był wybitnie irytujący.
- Czyli miłość życia… - nagle spoważniał. - W takim razie rozumiem co pana trapi. Nie będę pana pocieszał.
- Dobre i to.
- Widzę, że jest pan jeszcze młody, ale łatwo po panu zauważyć, że to była miłość życia. Nazywam się Peter Gloom i jestem pastorem Kościoła Miłości.
-Nie jarają mnie sekty - od razu odparłem żeby nie gadał dalej.
- Nie o to mi chodzi. Chciałem tylko panu powiedzieć co odkryliśmy. Badaliśmy wraz z innymi członkami Kościoła przypadki miłości na przestrzeni dziejów, które doprowadziły do śmierci jednego czy obydwojga kochanków. Staraliśmy się znaleźć informacje o tym co się stało z tymi, którzy przeżyli.
- Teoria oparta na bajkach - sceptycznie rzucił Fred.
- Dokładnie to samo mu powiedziałem, ale on nie zraził się tym i mówił dalej.
- Doszliśmy do wniosku, że Bóg w dziele stworzenia rzeczywiście wyznaczył każdemu z ludzi drugą połowę. Bratnią duszę, z którą te osoby powinny spędzić życie. Traf chciał jednak, że Szatan dowiedział się o tym i zmienił boski plan. Stanęło na tym, że każdy miał swoją połówkę, ale każdy inną. Załóżmy, że moją połówką jest moja żona, ale jej połówką jest pan, z kolei ja jestem połówką angielskiej królowej.
- Wiesz, Fred, jakie ja mam podejście do wszelkich sekt, religii i tego wszystkiego. Więc jakby od razy mój mózg się wyłączył. Rejestrowałem jednak nadal to co on mówił.
- Wie pan, jeśli dusze dobrze się dobiorą, bo tak też się zdarza, są najszczęśliwsze. Jeśli źle to ktoś z pary jest nieszczęśliwy. Jednak jeśli dusza znajdzie swoją połowę, a ta połową ją odtrąci to mamy wielki kłopot. Taka dusza zmienia się wtedy w kamień. Wewnątrz jest pusta, ale nie jest już sobą, nie będzie w stanie pokochać nikogo tak jak tę jedyną. Dlatego wierzę w miłość życia i w legendę o duszy z kamienia. Ci którzy żyją, są w stanie dać ciepło, ale nie tak wielką miłość. Nie wskoczą za nikim innym w ogień, mówiąc obrazowo, ale większość, czując ciężar tego kamienia i wewnętrzną pustkę postanawia umrzeć.

                - Powiedziałem mu, że nie jestem zainteresowany tymi bredniami i dosiadłem się do jednej dziewczyny - kontynuował Martin. - Kiedy w nocy leżałem obok niej nie mogąc zasnąć przypomniało mi się to wszystko co on mówił i postanowiłem to sprawdzić samemu. Kończyłem wtedy studia i nie był to najlepszy moment na szukanie wiatru w polu, ale czułem, że musiałem tak zrobić.
- Inaczej nic nie miało sensu… - wnuk ponownie dokończył myśl dziadka.
- Wyszedłem od niej w środku nocy zastanawiając się nad tym czy coś takiego jest w ogóle możliwe. Nawet nie wierząc w żadne religie przekonałem się, że ludzie mają różne charaktery, które biorą się nie tylko z wychowania i połączenia genów, ale również z tego czegoś, co większość nazywa duszą. Pozostańmy zatem przy tej nazwie, dla ułatwienia. Braterstwo dusz, czyli więź między ludźmi, którzy mają podobne charaktery i dobrze się dogadują, już widziałem. Nie sądziłem jednak, że zerwanie takiej więzi może mieć aż takie konsekwencje. Wiedziałem też wtedy, że sektom nie można wierzyć. Równie dobrze mógł wykorzystać temat żeby mi coś wbić go głowy i pozyskać nowego członka. Postanowiłem, że nie będę się z tym facetem kontaktował w żaden sposób i wszystko zrobię od początku do końca na własną rękę. Zacząłem od analizy wszystkich książek, w których pojawiał się taki motyw. Trochę tego było, znaczna większość okazała się po prostu zwykła literacką fikcją, jaką sam stosowałem, i nie była nawet luźno wsparta historią, która miała miejsce. Nie mogłem znaleźć punktu zaczepienia, w którym mógłbym zacząć prawdziwe poszukiwania odpowiedzi na to pytanie. Wiedziałem tylko tyle, że jest mi źle, właśnie na duszy, że bez niej życie jest tragicznie smutne i nie warto żyć. Dlatego chciałem się dowiedzieć czy to zawsze tak wygląda czy faktycznie straciłem jedyną szansę na prawdziwą miłość.
- No i czego się dowiedziałeś? - zapytał zaciekawiony Fred.
- Okazało się, że oprócz wielu utworów opartych na fantazji autorów znalazłem kilka, które były wzorowane na autentycznych historiach. Pierwszym tropem była historia z Werony. Nie, nie ta o Romeo i Julii. Zupełnie nieznany autor spisał na początku dwudziestego wieku opowieść o mężczyźnie, który po stracie ukochanej żony wstąpił do zakonu. Pojechałem na miejsce i postarałem się odnaleźć ten zakon. Nie było to takie proste jakby się mogło wydawać. Sam budynek zakonu stanowiło tylko kilka niewielkich, starych domków z kamienia.
- Nigdy nie słyszałem o jakimś zakonie w Weronie.
- Podejrzewam, że niewiele osób słyszało. W tej chwili, w której tam byłem, przebywało tam tylko pięć osób i to nie najmłodszych. Drugą najtrudniejszą sprawą była rozmowa z nimi. Włoski jeszcze wtedy nie był moją najmocniejszą stroną, ale nie o to chodzi. To zakon, który nawet nie jest specjalnie religijny. W zasadzie nie ma znaczenia wyznawana religia. Po prostu złożyli śluby milczenia i życia w całkowitej abstynencji. Zero alkoholu, papierosów, narkotyków, kobiet, a nawet mięsa. Nie było tam muzyki, a w ich celach było tylko kamienne podwyższenie i wiadro. Nic więcej. Nie chcieli ze mną rozmawiać przez te śluby milczenia. Wyjaśniłem przeorowi tego zakonu kogo szukam i w jakiej sprawie. Nie powiedział nic, po prostu zaprowadził mnie do celi. Tam, na kamiennym podwyższeniu leżały zasuszone szczątki tego człowieka. Otworzył mi drzwi do pomieszczenia i sobie poszedł.
- Zostawił cię ze zwłokami?
- Tak, też byłem w ciężkim szoku. Już w tamtych czasach ciężko było mnie czymś zaskoczyć, ale jemu się udało. Wszedłem do celi i zacząłem się rozglądać. Znalazłem to czego szukałem niemal natychmiast. Na ziemi, obok szkieletu leżał narysowany portret dziewczyny i zapiski tego człowieka. Wziąłem to i zapytałem przeora czy mogę zabrać, bo prawdę mówiąc nie rozumiałem co w nich jest napisane, nie powiedział nic, tylko zacisnął moją dłoń na pożółkłych kartkach.
- Mogę je zobaczyć? - Fred poderwał się z krzesła.
- Cierpliwości - uśmiechnął się ciepło Martin. - Pokażę ci wszystko jak opowiem całą historię. Z Włoch wróciłem do kraju i zająłem się studiowaniem tych tekstów. Dowiedziałem się z nich, że człowiek, który stracił ukochaną nazywał się Marcello i wstąpił do zakonu mając lat pięćdziesiąt sześć, a umarł równo trzydzieści lat później. Jego ukochana, która była dla niego całym światem, zmarła na tyfus. Nie potrafił już pokochać żadnej kobiety przez ponad trzydzieści lat. Był w innych związkach, ale jak sam to opisał „dawał im wszystko, oprócz gorącej miłości”. To w zasadzie wszystko czego się dowiedziałem od Marcello, ale dał mi jeszcze jeden ważny trop. Sam też chciał się dowiedzieć skąd wzięła się tak wielka i ciężka pustka w jego wnętrzu i ten brak zdolności do wyższych uczuć. Szukał odpowiedzi w religii, ale tam nic o tym nie znalazł. To wykluczyło z kręgu poszukiwań ogromny materiał.
- Wszystkie religie?
- Zgadza się. Zanim wybrał się do zakonu nie chcąc ranić innych kobiet, zapoznał się ze wszystkimi znanymi religiami. Przeszukał je pod kontem odpowiedzi na ten brak empatii i depresję. Dowiedział się tylko, że ból z czasem zanika. U niego tak się nie stało.
- No i co zrobiłeś dalej? - Fred siedział na krawędzi fotela wpatrując się w dziadka.
- Dalej musiałem udać się na wschód. Do Rosji. Tam jeden z carskich twórców wspominał o bezkresnym żalu dziewczyny po tym jak władca odrzucił jej umizgi. Dziewczyna oszalała, jak pisał, i została starą panną. Ciężko było zdobyć informacje, bo to działo się dawno temu, ale na szczęście wieś, w której historia się wydarzyła, stała nadal. I jak to w Rosji bywa, nie zmieniła się aż tak bardzo. Rosyjski na szczęście trochę znałem i dogadałem się z nimi w miarę sprawnie. Dziewczyna tak naprawdę nie oszalała, tylko nie chciała innych mężczyzn, zamieszkała sama poza wioską w małej chatce. Zajmowała się wyłącznie zwierzętami i popełniła samobójstwo po tym jak grupa pijanych wieśniaków spaliła jej obórkę i ją zgwałciła.
- Alkohol…
- Tak. W każdym razie odrzucenie sprawiło, że zapadła się w rozpacz i została sama na świecie. W książce opisane było to w dość realny i prawdopodobny sposób, ale nie miałem jak tego zweryfikować. Jeździłem tak po wielu krajach. Nieraz bywały to ślepe uliczki i moja wizyta nic nie dawała. Pieniądze się skończyły i musiałem wstrzymać poszukiwania. Rozstawiłem wszystko co miałem, zrobiłem z tego bardzo dokładną mapę myśli i analizowałem długimi godzinami. Dopiero po latach, kiedy miałem na tyle stabilną sytuację finansową żeby te podróże nie sprowadziły na mnie bankructwa, ruszyłem w dalszą drogę. Oczywiście w międzyczasie szukałem rozwiązania w bibliotekach.
- Nie straciłeś zapału?
- Znasz mnie i znasz siebie - Martin uśmiechnął się. - Zacząłem, więc musiałem dokończyć. Zabrnąłem w to zbyt daleko. Okazało się, że w każdym stuleciu było kilka tekstów, które wskazywały na takie, nazwijmy to, schorzenie. Cofałem się wzdłuż linii czasu. Momentami błądziłem, bo nie dało się odnaleźć źródeł potwierdzających te historie, ale wreszcie natrafiłem na najciekawszy trop. Od razu ci powiem, Freddy, że to co odkryłem nie może być uważane za naukową teorię. To jest coś w stylu bardziej religii, możesz w to uwierzyć lub nie, nie jestem w stanie udowodnić z całą pewnością, że mam rację. Ostatnim miejscem, które odwiedziłem była Islandia. Na północny - wschód od Husavik znalazłem to czego szukałem. Mała rybacka wioska, w której potwierdziło się to co przewijało się przez stulecia. To co teraz usłyszysz jest legendą, którą powtarzali sobie w tej wiosce od pokoleń. W każdej legendzie jest ziarno prawdy, nie wiemy jednak jak bardzo to ziarno wyewoluowało po drodze. Trzeba było zatem dokonać analizy tej legendy i wyłuskania z niej tylko tego co najważniejsze.
- Rozumiem, że to już zrobiłeś? - zapytał Fred.
- Tak, ale też nie do końca. Analizowałem ją codziennie przez lata i nadal nie wiem czy mam rację, więc porównam to z twoją opinią.
- Dobrze, opowiedz teraz.
- Wszystko rozbija się o pokrewieństwo dusz, ale nie w tym przyziemnym stopniu, w którym chodzi o dobre dogadywanie się, wspólne pasje i inne tego typu kwestie. To zupełnie inne pokrewieństwo dusz, właśnie to się ujawnia kiedy się zakochujemy. Wtedy widzimy tę osobę jak bóstwo. Nawet jeśli poznamy jakąś jej wadę to zupełnie nam nie przeszkadza, a wydawać by się mogło, że tak nie może być w normalnej sytuacji. Nienawidzisz dymu papierosowego, a jak ona pali zupełnie ci to nie wadzi, nie cierpisz tańczyć, ale z nią mógłbyś tańczyć całą noc, nie znosi spacerów, ale obok niej mógłbyś iść na koniec świata. Wytwarza się jakaś metafizyczna więź, która sprawa, że twoje życie przestaje istnieć, a stwarza się wasze życie. No i kiedy wasze życie umiera, wtedy ty też. Co ważniejsze, z tego wynika, że nie jest potrzebna wzajemność. Może być to całkowicie jednostronna reakcja, o której druga osoba może nawet nie wiedzieć. Jeśli te dwie osoby stworzą taką więź między sobą, znajdą to pokrewieństwo, odnajdą swoje odbicie w drugiej osobie wtedy będą żyły przez długie lata razem, w szczęściu. Widziałeś pewnie takie pary staruszków, którzy siedzą na ławce i trzymają się za ręce. Właśnie o tym mowa.
- Rozumiem to, a teraz opowiedz legendę żebym mógł to zinterpretować - Fred poprosił z bardzo poważnym wyrazem twarzy.
- Wszystko zaczęło się kiedy pierwsze ludzkie cywilizacje dopiero zasiedlały ziemię. Młody i silny drwal wybrał się po drewno do pobliskiego lasu. Był piękny, letni poranek. Rosa pokrywała leśne poszycie. Chłopak z siekiera wszedł między gęsty las i wybierając drzewo, które chciał wyciąć trafił na polanę. Wystraszył się tym co zobaczył i skrył się w krzakach. Widok jednak był tak niespodziewany, że wychylił się i podziwiał dalej. Na polanie tańczyła dziewczyna. Miała długie, jasne włosy, była oszałamiająco zgrabna, poruszała się lekko i zwiewnie, a na sobie miała jedynie cieniutką suknię z materiału, który ludziom noszącym skóry nie był znany. Drwal był zachwycony do tego stopnia, że wyprostował się i upuścił siekierę. Dziewczyna spłoszyła się i wbiegła w las, a tam jakby rozpłynęła się w porannej delikatnej mgle. Był zauroczony widokiem jaki zastał na leśnej polance. Wrócił do chatki i nie mógł myśleć o niczym innym prócz pięknej nieznajomej. Dziewczyny w wiosce garnęły się do niego, on ich nie odrzucał, ale nie chciał z żadną mieszkać.
- Wtedy coś takiego było dopuszczalne? - zdziwił się wnuk.
- Nie wiem - odparł dziadek. - Jakoś musieli się mnożyć, a śmiertelność była wysoka. Nie mam pojęcia. Poza tym to tylko legenda, więc prawda mogło wyglądać trochę inaczej. W każdym razie następnego dnia, skoro świt, po nieprzespanej nocy drwal wybrał się do lasu. Ruszył prosto na polankę, na której dzień wcześniej widział tę zjawiskową piękność. Nie było jej i poczuł ogromne ukłucie w sercu. Próbował sobie wmówić, że wczoraj to była tylko wizja, że nie było jej tutaj naprawdę. Poszedł dalej i wtedy jakiś jasny punkt mignął mu między drzewami. To była ona, zatrzymali się na wprost siebie i patrzyli. On zatracił się całkiem, spotykali się codziennie. Wioska musiała znaleźć innego drwala, bo z niego pożytku już nie było. Znikał w lesie na całe dnie, wracał wieczorem z nieobecnym wzrokiem i zamykał się w swojej chatce. Po jakimś czasie okazało się, że ona jest leśną boginką i nie może związać się z człowiekiem. Nie mógł tego przyjąć do wiadomości, wyciął prawie cały las, a kiedy padał na środku polanki wycieńczony na śmierć przeklął wszystkich, którzy spotkają w życiu taką boginkę lub takiego bożka żeby umierał tak jak on i nie był szczęśliwy, a jego dusza zamieniła się w kamień.
- I ci ludzie w to wierzą?
- Ci, którzy się nieszczęśliwie zakochali, do tego szalonego stopnia, wierzą. Legendy potrafią się mocno zakorzenić w świadomości lokalnej społeczności, a to, że podobny motyw pojawia się w różnych krajach, na różnych kontynentach i w różnych kulturach tylko mnie utwierdza w tym, że coś w tym być musi.
- Uważasz, że to się wzięło od tego przekleństwa?
- Nie, nie wierzę w takie rzeczy. Chodzi mi o to, że przez wiele setek lat, na różnych kontynentach, w różnych kulturach ludzie zauważali to samo zjawisko. Uważam, że to nie może być przypadek.
- Moim zdaniem możesz mieć rację, ale to by dla mnie oznaczało nieciekawy los - zasmucił się Fred.
- A czy mój los był nieciekawy? - dziadek wyjął z kieszonki mały zamykany wisiorek. - W tym małym pudełeczku mam zamknięte zdjęcia dwóch kobiet. Tej, która mnie zabiła i tej, która mnie wskrzesiła, czyli twojej babci. Dzięki tej pierwszej stałem się tym kim jestem, chyba nie jestem najgorszym człowiekiem, mimo masy wad, które mam? Większość wiedzy, którą mam, prac, które wykonywałem, miejsc, które odwiedziłem zawdzięczam jej, bo przez nią to wszystko miało miejsce. No a jeśli chodzi o twoją babcię - zamyślił się na chwilę. - Widziałeś jak to wygląda. Gdybym ci o tym nie opowiedział nie miałbyś pojęcia jak to dokładnie wygląda. Babcia jest dla mnie kimś bardzo ważnym, była przez całe życie. To ona dawała mi motywację do życia, dbała o mnie, sprawiała, że się uśmiechałem, wytrzymywała wszystko co wymyśliłem, każdy mój gorszy humor. Tak, to prawda, że wierzę w istnienie tego powiązania dusz, tej małej złotej nici, która wypruta z umysłu sprawia, że nie może on więcej funkcjonować tak jak wcześniej, ale prawda jest taka, że na tym świat się nie musi kończyć. Bo, jak dobrze wiesz, miłość nie jest jednowymiarowa. Inaczej rodzice kochają dzieci a inaczej siebie nawzajem. Wszystko to co sobie nawzajem z babcią dawaliśmy i dajemy przez życie można nazwać miłością, chociaż nie w tym burzliwym, romantycznym znaczeniu. Ciepło, zrozumienie, przyjaźń, możliwość polegania na sobie, stabilizacja, pewność, oparcie. Te rzeczy są ważniejsze niż burzliwe romanse. Ale to może zrozumieć tylko osoba, której życie jest już za nią, czyli taka jak ja. Ty jeszcze tego nie wiesz, teraz masz otwartą ranę, która powoduje, że czujesz się jakbyś umierał. Ta rana zarośnie się kamieniem, przez co będziesz dużo twardszy, ale też zimniejszy. Pamiętaj jednak, że z kamienia też mogą powstać piękne rzeczy, ale musi się za to wziąć odpowiedni artysta. W moim wypadku była to babcia. U ciebie też ktoś taki się znajdzie.
- Chciałbym w to wierzyć, dziadku - powiedział smutno Fred.
- To nie jest kwestia wiary. To kwestia wiedzy i doświadczenia. Przekazałem ci tyle rzeczy, które po prostu uznałeś za pewniki, więc to też tak przyjmij i czekaj spokojnie. Każda rana musi się zagoić, potem jest lepiej. Zaufaj mi, wiem co mówię - Martin uśmiechnął się szeroko, ale jego oczy błysnęły smutkiem.
- Dobrze, dziadku. Widziałem co łączy ciebie i babcię i jestem w stanie przyjąć to co mówisz. Jednak ta historia o duszy z kamienia wydaje mi się prawdziwsza niż inne legendy.

                Noc mijała, a panowie rozmawiali o zupełnie innych rzeczach. Temat, który miał być najważniejszą lekcją dla młodego Freda, został wyczerpany i można było przejść do innych kwestii. Martin osiągnął to co chciał. Fred zrozumiał, że to co przeżył nie jest końcem świata i można żyć nadal, będąc w miarę szczęśliwym. Jane już dawno skończyła prace w kuchni i spała spokojnie, nie wiedząc nic o „Duszy z kamienia”.


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)
 

3/06/2016

Opowiadanie #11 - Legenda o duszy z kamenia cz.1

Szanowni Czytelnicy,

postanowiłem napisać opowiadanie, które nie będzie podobne do tych, które pisałem wcześniej. Nie ma w nim za dużo akcji, ale może jest coś innego. Tego nie wiem, o tym musicie sami zdecydować. Opowiadanie będzie w dwóch częściach, bo się trochę rozpisałem, ale nie martwcie się, druga część jest już napisana, więc już niedługo (jak zobaczę, że wyświetlenia ładnie lecą to nawet dzisiaj) będzie. Zapraszam do czytania ;)

 Legenda o duszy z kamienia cz.1

                Późnym jesiennym wieczorem Martin siedział przy kominku, w którym spokojnie paliły się drewniane polana. Czytał gazetę wyciągnięty w starym, skórzanym fotelu. Nogi przykryte miał kocem w kratę. Był już grubo po osiemdziesiątce, ale wciąż nieźle się trzymał. Na głowie nadal miał gęste i proste włosy, które na przestrzeni lat stopniowo zmieniły się z czarnych w niemal zupełnie białe. W tle cichutko grało radio. Nie było w stanie jednak zagłuszyć odgłosów krzątania się po kuchni żony Martina. Jane przygotowywała ciasto na przyjazd wnuka. Miała siwe włosy i była krępą kobietą. Krzątała się po kuchni dorzucając kolejne składniki do misy robota kuchennego. Akompaniował jej niewielki telewizor ustawiony w kuchni. Lubiła telewizję. Spokojny wieczór przerwało pukanie do drzwi. Jane wiedziała, że zanim Martin podniesie się z fotela minie sporo czasu. Doskonale wiedziała jak duże problemy ma ze stawami. Złapała więc ścierkę i ruszyła do drzwi. Z kuchni do korytarza nie było daleko, bo i domek, w którym spędzali starość nie był największy. Przestronny salon, spora kuchnia, dwie niewielkie sypialnie, łazienka i  gabinet Martina umieszczony na poddaszu, na które coraz ciężej było mu wchodzić. Domek był urządzony przez Jane, było widać kobiecą rękę. W każdym pokoju czuć było ciepło i rodzinną atmosferę. Pastelowe kolory ścian, dobrze dopasowane tapety, drewniana podłoga i kominek, który oprócz ciepła rozsiewał również spokój. Gustownie dobrane meble i dodatki wieńczyły efekt. Jane otworzyła drzwi i aż klasnęła z radości. Jej radosny śmiech rozniósł się po domu.
- Fred! Miałeś być jutro rano! Nic jeszcze nie jest gotowe! Ciasto jest jeszcze w przygotowaniu, pokój jeszcze nie przygotowany, nawet pościeli jeszcze nie wyprasowałam. Wchodź! Zaraz zrobię herbaty, dziadek się ucieszy.
Fred uściskał babcię uśmiechając się słysząc, że mimo upływu lat ciągle mówi tak samo dużo i szybko. Jej radosne, cały czas śmiejące się oczy wciąż miały w sobie wiele chęci do życia. Wnuk wniósł ze sobą sporą torbę. Zdjął buty i płaszcz. Był wysoki, miał ciemne włosy i błysk w oku, który kiedyś miał jego dziadek. Na twarzy miał kilkudniowy zarost. Spod ciepłych ubrań nie było widać wysportowanej sylwetki, którą mógł się pochwalić. Miał już dwadzieścia dwa lata i studiował. Wybrał medycynę. To była wyłącznie jego decyzja. Podjął ją na rok przed maturą, po długiej rozmowie z dziadkiem. Rozmowie, która z pozoru nawet nie dotknęła tematu studiów czy wyboru zawodu. Martin i Fred doskonale się rozumieli, potrafili rozmawiać na takim poziomie, że nikt poza nimi nie mógł wiedzieć o co chodzi. Posługiwali się przenośniami, aluzjami, nie wszystko było wytłumaczone wprost, próbowali na sobie różnych psychologicznych sztuczek, co zazwyczaj kończyło się długimi salwami śmiechu. Fred od najmłodszych lat chłonął od dziadka wszystko co ten miał do zaoferowania. Martin uczył go wszystkiego co wiedział, a wiedział bardzo wiele. Przez swoje życie zgromadził ogromną wiedzę o bardzo wielu kwestiach i, póki jeszcze jego pamięć działała dobrze, postanowił dzielić się tym wszystkim ze swoim jedynym wnukiem. W rodzinie Martina złożyło się tak, że nikt nie miał więcej niż jedno dziecko. Zaczęło się tak od Martina, który był jedynakiem. Jane również nie miała rodzeństwa. Dorobili się oni jedynie córki, Alice, matki Freda. Alice ze swoim mężem także nie mieli więcej dzieci. Przyszły lekarz zostawił torbę w małej sypialni, którą zawsze zajmował przebywając u dziadków, i poszedł przywitać się z dziadkiem. Uściskał go bardzo mocno i usiadł obok. Babcia w tym czasie zdążyła już zrobić mu kubek gorącej czekolady.
- Dziękuję - powiedział. W jego głosie nie było jednak słychać wielkiej radości.
- Może zrobisz też dla mnie, kochanie? - zapytał Martin puszczając oczko do swojej żony.
- Lekarze pewnie woleliby żebyś wypił co innego - uśmiechnęła się opierając ręce na biodrach.
- Mój rodzinny lekarz nie ma nic przeciwko temu żebym wypił z nim czekoladę, prawda Fred? - klepnął wnuka w kolano.
- Jeden kubem nie zaszkodzi - młody uśmiechnął się w dziarski sposób i również puścił babci oczko.
- Ah wy dwaj! - zaśmiała się i poszła do kuchni.
Martin odłożył gazetę na mały stolik znajdujący się obok jego fotela. Przeciągnął się, a jego stawy po kolei wydawały z siebie dźwięk chrupnięcia. Jergo żona wróciła już z kubkiem pełnym parującej czekolady. Postawiła go na stoliku, a kiedy to robiła Martin cmoknął ją w policzek.
- Pogadajcie sobie chłopcy - powiedziała. - Ja muszę dokończyć ciasto i przygotować sypialnię dla mojego ulubionego wnuka.
- Babciu - Fred zaśmiał się. - Nie masz ich więcej. Tylko proszę, nie prasuj pościeli. To naprawdę nie jest konieczne.
- Dobrze, dobrze - odpowiedziała i zniknęła w kuchni.

                Mężczyźni siedzieli w milczeniu popijając napój. To było dla nich zupełnie normalne. Nie musieli rozmawiać żeby czuć się dobrze w swoim towarzystwie. Fredy był bardzo podobny do dziadka. Nawet bardziej z charakteru niż z wyglądu. W zasadzie nie mówił zbyt wiele, ale zdarzały się tematy, na które mógł dyskutować godzinami. Lubił czytać, lubił poszerzać swoją wiedzę i miał niezwykle skomplikowany charakter. Nie był towarzyski, ale dzięki dziadkowi nauczył się wykorzystywać ludzi tak, żeby było jak najbardziej użyteczni i jak najmniej drażniący. Unikał tłumów, nie pił, nie palił, niezbyt lubił tańczyć. Dokładnie tak jak Martin. Był też szczery, chociaż na ich własny sposób. Nie zawsze mówił wszystko, ale nie kłamał. Uczciwość, honor i oddanie bliskim były u niego na pierwszym miejscu. Spokojne melodie płynące z radia i ogień w kominku sprzyjały kontemplacji. Obydwaj panowie uwielbiali myśleć, analizować, tworzyć scenariusze zdarzeń. Nie potrafili żyć bez tego, choć nie zawsze dobrze to wpływało na ich nastrój. Ten spokój przerwał Martin pierwszy się odzywając.
- Kobieta?
- Tak… - Fred odpowiedział smętnie po chwili.
- Chodź na górę - rzucił dziadek i zaczął wstawać z fotela.
Młody pomógł mu, wziął kubki z napojem i ruszył za dziadkiem. Martin miał problemy głównie z kolanami, które wynikały z wielu lat uprawiania różnych sportów. Jego inne stawy i kręgosłup również nie były w najlepszej kondycji, ale akurat kolana przeszkadzały mu najbardziej, bo utrudniały wchodzenie po schodach do jego sanktuarium. Tym razem jednak dziarsko pokonał te dziesięć schodów, które dzieliły go od poddasza. Otworzył drzwi i ruszył do biurka, na którym stał komputer. Usiadł na wygodnym fotelu z wysokim oparciem. Fred usiadł przed nim, z drugiej strony dębowego biurka, na równie wygodnym fotelu. Najlepiej im się rozmawiało kiedy ten stary mebel był między nimi. W pokoju panował półmrok, ale dało się zauważyć pełno półek i szafek ustawionych w rzędach i pod ścianami. Na nich znajdowała się kolekcja, która Martin gromadził przez prawie całe swoje życie. Było tam wszystko. Począwszy od pocztówek, zdjęć, plakatów, przez puchary, figurki, ozdoby, elementy garderoby czy sprzętu. Niekiedy ciężko było się domyśleć pochodzenia czy przeznaczenia danej rzeczy, ale Martin mógł o niej wiele opowiedzieć i nigdy się nie pomylił.
- Freddy - zaczął. - Pamiętasz wszystkie nasze rozmowy?
- Tak, pamięć mam po tobie, dziadku.
- To dobrze, chociaż… - Martin na sekundę się zamyślił. - Pamiętasz więc też, że wszystkie ważniejsze rozmowy odbywały się w tym pokoju. Ta będzie najważniejsza. Wiem, że dopiero co przyjechałeś, jest późno, ale w moim wieku nie można już niczego odkładać na później.
- Przecież dobrze się trzymasz, dziadku - uśmiechnął się.
- Tak, nie jest ze mną najgorzej, ale różnie bywa. - Zacznę od tego, że Alice z Tomem mają duży dom, dorobili się pokaźnego majątku i na pewno ciebie również zabezpieczyli. Zresztą tego moją córkę uczyłem, ale chciałbym żebyś przejął ten dom po mojej śmierci.
- Dziadku…
- Poczekaj - uciął. - Babcia będzie żyła dłużej, więc niech mieszka tutaj razem z tobą. Tego bym chciał. Wiem, że domek jest stary i niewielki, ale chodzi o ten pokój. Wiesz jak ważny jest dla mnie i wiem, że twoja matka nie pozwoli ci tych rzeczy zabrać do siebie. Będzie chciała je sprzedać, a tego czego nikt nie kupi po prostu się pozbędzie. Kobiety już tak mają. Dla niej to nie ma wartości. My wiemy, że jest inaczej.
- Zgadza się, to twoje dziedzictwo - Fred stracił pewność w głosie, nie wiedział do czego dziadek zmierza.
- To są rzeczy, które zbierałem przez całe życie, które było trochę za długie jak na mój gust - puścił młodemu oczko. - Działka jest dużo, więc możesz sobie rozbudować dom, ale nie niszcz go. Niech ten pokój pozostanie taki jakim jest teraz. Dokładaj nowe rzeczy. Jeśli braknie miejsca, stwórz nowe, ale korzystaj z tego gabinetu. Pracuj tutaj, czytaj, ucz się, rozmyślaj. Tutaj jest do tego bardzo dobra atmosfera.
- Też tak uważam - zgodził się Fred rozglądając się po ścianach.
- Jesteś w stanie dać mi słowo, że spełnisz moją prośbę? Że zamieszkasz tutaj z babcią do końca jej dni, że zajmiesz się domem, że nie pozostawisz tych rzeczy samych sobie?
- Tak, przysięgam - powiedział z pełną powagą.
- Teraz będę spał spokojnie - odetchnął dziadek. - Jest jeszcze jedna sprawa. Pamiętasz jak rozmawialiśmy przed klasą maturalną, o tym co jest w życiu najważniejsze?
- Oczywiście, to była najważniejsza nasza rozmowa.
- Aż do dzisiaj - zaznaczył Martin. -Wtedy powiedziałem ci, że przy wyborze życiowej drogi nie możesz kierować się niczyimi radami. Musisz sam wybrać to co uznasz dla siebie za najlepsze. Powiedziałem też, że zawsze możesz to zmienić i spróbować czegoś innego, to nie jest coś z czym wiążesz się na całe życie.
- Tak, powiedziałeś też, że najlepiej zacząć od rzeczy najtrudniejszych, żeby potem nie mieć problemów z pozyskaniem potrzebnych umiejętności. Łatwiej się uczyć kiedy człowiek jest młody. Kiedy ma wiedzę, przychodzi doświadczenie, które pokazuje mu na co mógłby dotychczasową drogę zmienić.
- Ja zacząłem od trudnych studiów, potem pracowałem w zawodzie, ale kiedy przestało mi to dawać satysfakcję przeskoczyłem do czego innego. Byłem dziennikarzem, handlowcem, pisarzem, pracowałem fizycznie, podróżowałem, fotografowałem, znowu pisałem, wróciłem do zawodu. Robiłem mnóstwo rzeczy…
- Dzięki którym teraz masz takie doświadczenie i wiedzę - dokończył za niego wnuk.
- Tak - twarz Martina rozpromieniła się w uśmiechu. - Chcesz zostać lekarzem. Te studia są trudniejsze niż były moje, ale to dobrze. Jeśli zaczniesz od trudniejszego wyzwania to więcej osiągniesz. Kiedy ja musiałem dokonać wyboru nie wiedziałem tego, teraz wiem. Chciałbym jednak żebyś nie trzymał się kurczowo posady lekarza. Jeśli przestanie ci to sprawiać przyjemność, jeśli będzie cię to męczyło i każde wyjście do pracy będzie wewnętrzną walką, to daj spokój. Czasem może wystarczyć krótka przerwa żebyś za tym zatęsknił, ale może być też tak, że pół życia spędzisz robiąc co innego. Pamiętaj tylko, że ma być to dla ciebie przyjemność, nie katorga. Przyjemność i nauka.
- Dobrze, dziadku. Zapamiętam to.
- Chciałbym żebyś po przeżyciu swojego czasu jak najlepiej przekazał wszystko to co ja przekazałem tobie swoim wnukom.
- Raczej wnukowi - zaśmiał się Fred.
- W przypadku naszej rodziny to pewnie tak. W każdym razie moją wiedzę i doświadczenia uzupełnisz tym, co sam zdobędziesz, a będzie tego jeszcze więcej niż ja Ci przekazałem i to dużo więcej. Zbierzesz jeszcze pewnie trochę ciekawych rzeczy i to wszystko przekażesz wnukom. Zapytasz dlaczego nie dzieciom. Bo mając dzieci twoja wiedza będzie jeszcze za mała. Tak jak w moim przypadku było z Alice.
- Wiesz, że mam cię kocha - wtrącił Fred.
- Wiem. Kocha mnie jako ojca, ale nie byliśmy przyjaciółmi. Nie wiedziałem jeszcze wtedy jak to wszystko powinno wyglądać… To moja wina, chciałem dla niej jak najlepiej, ale robiłem to w zły sposób.
- Myślę, że mimo wszystko mama jest wdzięczna, bo to co ma osiągnęła dzięki wam.
- Nie, ona to osiągnęła dzięki Jane i pomimo tego co robiłem ja. Chciałem wszystko wykonać perfekcyjnie, a wychowanie nie na tym polega. Jest prawnikiem, to fakt. Zarabia dużo, to też fakt. Ma wspaniałą rodzinę, ale nie korzysta z życia tak jak powinna. Nie mówiłem ci tego, ale ona nie chciała być prawnikiem. Chciała zostać aktorką. Wymusiłem na niej zmianę decyzji. Powiedziałem jej, że będzie mogła być kim chce, ale najpierw musi zmierzyć się z wyzwaniem. Poszła na prawo, ale to co na niej wymusiłem zabiło jej marzenia.
- Nie bądź dla siebie taki okrutny - Fred położył dłoń na pokrzywionej już dłoni dziadka.
- Nie jestem okrutny, ale obiektywny. Uważaj na wychowanie swoich dzieci. Ucz się na moich błędach, o których ci cały czas mówiłem.
- Wiesz, dziadku… - zmieszał się. - Jeśli chodzi o te dzieci, wnuki i tak dalej, to u mnie nie będzie z tym problemu.
- Wiem, kobieta cię odtrąciła i uważasz, że nie znajdziesz już nigdy innej miłości.
- Nie! - zaprotestował. - To znaczy… tak. Ona jest miłością mojego życia, tą jedyną, nie chcę innej, nie chcę mieć dzieci z inną, żyć z inną, myślę tylko o niej…
- Ile trwał wasz związek? - dziadek zapytał sucho.
- Nie rozumiesz…
- Ile trwał wasz związek? - Martin powtórzył pytanie dużo bardziej stanowczo.
- Pół roku - Fred burknął w odpowiedzi.
- Mhm - Martin przeczesał palcami siwą czuprynę. - Oddałbyś za nią życie?
- Tak - młody odpowiedział bez chwili wahania.
- Odebrałbyś życie gdyby cię o to poprosiła?
- Tak - ponownie potwierdził z pewnością w głosie.
- Czyli jest dokładnie tak jak myślę. Opowiedz mi o niej, proszę.
- Poznaliśmy się w pociągu. Jest cudowna. Ma długie, blond włosy. Sięgają jej pleców. Nie jest zbyt szczupła, ani za gruba. Ma idealną figurę. Kiedy ją zobaczyłem świat mi się zatrzymał. Jej zielone oczy miały w sobie taki blask, takie przyciąganie. Nie mogłem oderwać od nich wzroku. Powiedział mi, że mam świdrujące spojrzenie. Nie wiedziałem co odpowiedzieć, ale jakoś udało się zaprosić ją na kawę. Potem wyszliśmy parę razy. Zakochałem się, ona też. Byliśmy razem pół roku, ale teraz powiedziała, że to koniec, że za bardzo się różnimy, że to nie ma przyszłości i odeszła.
- I czujesz teraz jak narasta w tobie pustka, tęsknota do tej idealnej istoty, jak twoja dusza staje się zimna i twarda bez niej - Martin nawet nie zapytał czy to prawda, on po prostu dokończył wypowiedź za wnuka.
- Tak… ale skąd wiesz, dziadku?
- Właśnie teraz przejdziemy do najważniejszej rozmowy. Do historii, która pozwoli mi wszystko wyjaśnić i być całkowicie spokojnym, że to nie zginie po mojej śmierci. Otóż znam doskonale twój problem. Poznałem kiedyś dziewczynę, dla której spaliłbym cały świat i sam rzucił się dla niej w ogień gdyby tylko to było jej życzeniem.
- To babcia - młody pokiwał głową.
- Nie - odpowiedział Martin.
- Jak to? Przecież widać jak bardzo się kochacie…
- Wyjaśnię ci wszystko od początku, ale co do babci to jest ona cudowną osobą, dzięki niej miałem jakąkolwiek motywację by żyć. Dała mi ciepło, spokój, poczucie bezpieczeństwa, jest moim przyjacielem przez dużą część życia. Starałem się oddać jej całe dobro, którym mnie obdarzyła. Byłem dla niej najlepszy jaki potrafiłem być, ale to nie jest miłość. Przynajmniej nie w takim znaczeniu o jakim myślisz, kiedy masz przed oczami tę dziewczynę, przez którą jesteś tak smutny.
- Jeszcze nigdy nie byłem tak podekscytowany opowieścią - powiedział Fred kręcąc głową.
- Ja też… - dodał Martin. - Jeszcze nikomu o tym nie mówiłem. Cała historia zaczęła się pewnego dnia kiedy pierwszy raz ją spotkałem. Była zgrabna, miała zielone oczy, przepiękną twarz z cudownie promiennym uśmiechem, która dawał masę energii i włosy. Długie, proste, jasne włosy sięgające talii, a nawet dalej. Widać mamy do niektórych cech słabość - Martin zażartował. - Była wycofana, jakby się mnie bała. Ja byłem tak zauroczony, że nie potrafiłem nalać wody z dzbanka do filiżanki żeby nie rozlać. Bardzo dobrze mi się z nią rozmawiało, a może inaczej, bardzo dobrze mi było w jej towarzystwie. Czułem się wtedy zupełnie spokojny. Na zewnątrz mogły wybuchać bomby, a mi serce nawet by nie drgnęło.
- Znam to doskonale - wtrącił Fred.
- Po tym spotkaniu mnie przytuliła, tak spontanicznie,  byłem tak bardzo zaskoczony, że nie wiedziałem co zrobić. W końcu też ją objąłem, ale chwilę, która dla mnie była wiecznością, to zajęło. Spotkaliśmy się parę razy nim się pocałowaliśmy. Pamiętam to do dziś, bez żadnych luk. Mógłbym cię zabrać w miejsce gdzie to było i wskazać każdy szczegół. Było bardzo dobrze. Wiele dzięki niej zrozumiałem i wiele się nauczyłem. Nie będę ci teraz tego opowiadał, bo wszystko co już wiesz w znacznej mierze od niej się zaczęło. Kochaliśmy się. Widziałem w jej oczach, że moje uczucie jest odwzajemnione. Może nie w tak wielkim stopniu jak bym chciał, ale zawsze. Sielanka trwała mniej więcej tyle co w twoim przypadku. Potem odeszła, niszcząc mój świat niczym apokaliptyczna burza. Straciłem sens życia. Wszystko co dobre się w nim działo zniknęło i teraz została pustka. Postanowiłem ze sobą skończyć, ale nie miałem tyle odwagi.
- Sam mówiłeś, że większa odwagą jest żyć na tym świecie niż popełnić samobójstwo - wtrącił ponownie wnuk.
- Tak, ale wtedy tego nie wiedziałem. Nie miałem doświadczenia i wydawało mi się, że samobójstwo to największa odwaga. To było wielkie załamanie, depresja, topienie smutków w alkoholu, szukanie znajomości na jedną noc. Łapałem się wszystkiego co choć na moment da mi to co dawała mi ona, tę siłę płynącą z niej, to poczucie bezpieczeństwa, ciepło… Siedziałem kiedyś przy barze, kiedy podszedł do mnie starszy jegomość. Był dobrze ubrany i pił whisky. Poprosił barmana o to samo dla mnie i zaczął rozmowę.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)