Szanowni Czytelnicy,
miałem ostatnio przyjemność wziąć udział w kolejnej imprezie sportowej odbywającej się w łódzkiej Atlas Arenie. Byłem już na mityngu lekkoatletycznym Pedros Cup, byłem na meczu Ligi Mistrzów PGE Skra Bełchatów - Zenit Kazań, ale to były imprezy jednodniowe, dopiero w ten weekend pojechałem na turniej Ligi Światowej siatkarzy. Nie będę Wam opowiadał jak wyglądały mecze, bo kto chciał to obejrzeć mógł, opowiem Wam jak to wszystko wygląda od wewnątrz, czyli z miejsc, w które wejść mogą tylko ludzie z identyfikatorami.
Zaczęło się od tego, że w piątek było straszliwie gorąco. Wsiadłem w auto i ruszyłem do Atlas Areny, dojechałem i wyglądałem jakbym wyszedł spod prysznica. Dotarłem do wejścia dla prasy i pani w biurze akredytacji powiedziała, że trzeba mi zrobić zdjęcie. Wyobrażacie sobie jak wyglądałem? Nigdy nie ma szału z moją twarzą, ale jak się zgrzałem jak dzika świnia to było jeszcze gorzej. O dziwo nie było źle z tym zdjęciem, nie wiem co oni tam mieli za aparaty, ale dały radę.
Dalej trzeba było udać się do innego wejścia, tak zwanego "Press Entrance", które było... zamknięte. Trzeba było poczekać aż pani ochroniarz je otworzy od wewnątrz. Zaraz po wejściu do moich nozdrzy doleciał zapach obiadu. Bo najważniejsze, Moi Drodzy, w posiadaniu akredytacji prasowej jest to, że można korzystać z darmowego cateringu. Były zupki, były drugie dania, były słodkie bułki i był wiejski chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym (Sznita z fetym ze szpyrkami!). Oprócz tego kawa i herbata do woli i pełno butelek wody, ice tea i toniku od sponsora kadry siatkarzy (nie napiszę nazwy, bo mi nie zapłacili, ale jakby chcieli to zapraszam).
W pokoju prasowym, który wygląda jak szkolna klasa, tylko zamiast tablicy wisi wielki telewizor, siedzą sobie dziennikarze, którzy pracują. W skrócie można o nich powiedzieć, że jadą na taki turniej żeby obejrzeć go w tv. Wiadomo, że robią wywiady, są na konferencjach prasowych i inne takie, ale mecz oglądają w tv. Na szczęście ja do nich nie należałem i udałem się na parkiet.
Przeszedłem sobie przez kolejne luki w ogrodzeniu obstawione przez groźnie wyglądających ochroniarzy (zwłaszcza taka drobna, ładna, blondynka, normalnie do tej pory się jej boję...) i zasiadłem sobie na krześle tuż obok statystyków reprezentacji Argentyny. Przy jednym stole również ze statystykami Polski. Poznaliśmy się z Argentyńczykami, trochę pogadaliśmy, bardzo sympatyczni ludzie. Drugi trener, wraz ze statystykami na meczu Francja - Rosja popijali sobie spokojnie yerba mate z jednego kubeczka. Rozmawiałem z trenerem Antigą, który powiedział mi w tajemnicy, że w Rio wygra Polska, rozmawiałem z Bartkiem Kurkiem, udało mi się nawet odbić kilka piłek z różnymi zawodnikami, którym nie do końca wyszło rozgrzewkowe odbicie.
Na samym meczu siedząc obok Argentyńczyków kibicowałem oczywiście naszym, więc kiedy oni "Puta madre" to ja "Tak jest!", kiedy oni "Vamos!" to ja "Kurwa mać". Tak się przerzucaliśmy okrzykami, ale w kulturalnej atmosferze. Po meczu przyjąłem gratulację i wróciłem do domu.
Kolejne dwa dni wyglądały mniej więcej podobnie, zrobiłem mnóstwo zdjęć, do których linki dostaniecie niżej, rozmawiałem z ludźmi, których do tej pory widziałem jedynie w telewizji. No i tak a propos telewizji to stałem się domowym celebrytom, bo mnie parę razy pokazała kamera, jak tło zresztą, ale babci nie przetłumaczysz.
Drugiego dnia o 15 był mecz Polska - Szwajcaria na Euro. Miałem wielki dylemat, ale uznałem, że turniej ligi światowej w Łodzi może się jeszcze powtórzyć, a 1/8 finału wielkiego turnieju w wykonaniu polskich piłkarzy niekoniecznie i zostałem w domu. Zaraz po ostatnim karnym, jeszcze z trzęsącymi się rękoma wsiadłem do samochodu i ruszyłem do Łodzi. Takich pustek na drogach to dawno nie widziałem. Co prawda na mecz Francja - Argentyna zdążyłem tylko w połowie, ale i tak nie żałuję.
Ciekawostką z trzeciego dnia jest to, że razem ze sztabem Argentyny kibicowałem im w meczu z Rosją i zaraz po zwycięstwie siatkarzy z Ameryki Południowej byłem w delikatnym szoku jak bardzo oni się cieszyli z tego triumfu. Jak wyskoczyli w górę po ostatniej piłce to poleciały krzesełka, na których siedzieli, zaczęli się ściskać, krzyczeć i klaskać. Naprawdę fajnie się oglądało taką nieskrępowaną radość.
Podsumowując bawiłem się świetnie i każdemu polecam obejrzenie meczu z poziomu parkietu i z tak bliskiej odległości. Turniej odbywał się kilka dni po moich urodzinach, więc mogę śmiało powiedzieć, że był to jeden z lepszych prezentów jakie dostałem.
Obiecane zdjęcia:
Francja - Rosja
Polska - Argentyna
Polska - Rosja
Argentyna - Rosja
Polska - Francja
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łódź. Pokaż wszystkie posty
6/27/2016
8/02/2015
Życie boli #2
Dzisiaj będzie całkiem krótko, bo będziemy rozmawiać o moim
życiu, czyli tak naprawdę o niczym ważnym. Opowiem Wam kilka historii z
ostatnich kilku tygodni, które potwierdzą tezę, że nie mam w życiu szczęścia.
Zdarzyło mi się jechać ostatnio pociągiem. Niby nic
ciekawego, ale pomyślałem, że kupię bilet dzień wcześniej to potem będę mógł
dłużej pospać i nie martwić się o to czy wszystko będzie sprawne. Podchodzę do
kasy na dworcu Łódź Kaliska i mówię:
- Dzień dobry, poproszę bilet ulgowy na pociąg tego i tego dnia o tej i o tej godzinie do Warszawy.
- Słucham?
No odpowiedziała taka zaskoczona, że aż się cofnąłem żeby sprawdzić czy w dobrej kasie stanąłem. Zupełnie mnie zbiła z tropu, więc zamotany mówię:
- No bilet, ulgowy, do Warszawy na jutro chciałem…
- Aaa, no to co pan nie mówi!
Zacząłem rzucać wewnętrznymi „kurwami” ale na zewnątrz nic po sobie nie dałem poznać, niech sobie nie myśli, że ma przewagę. Po serii pytań o informacje, które już podałem, sześciu konsultacjach z kierowniczką Bożenką „bo coś nie działa”, dolaniu sobie do szklanki gorącej wody, bo akurat się zagotowała, pani odwraca się w kierunku szyby i z uśmiechem na ustach mówi:
- Proszę przyjść jutro przed odjazdem, bo system nam się zepsuł i teraz panu tego biletu nie sprzedam.
(To po jaki chuj ja tutaj stoję od dziesięciu minut! Nie można było jakiejś karteczki wywiesić, że nie działa!)
- No dobrze, dziękuję… - wyszedłem z tego dworca jak najszybciej, ale ciąg pechowych zdarzeń dopiero miał się rozpocząć.
- Dzień dobry, poproszę bilet ulgowy na pociąg tego i tego dnia o tej i o tej godzinie do Warszawy.
- Słucham?
No odpowiedziała taka zaskoczona, że aż się cofnąłem żeby sprawdzić czy w dobrej kasie stanąłem. Zupełnie mnie zbiła z tropu, więc zamotany mówię:
- No bilet, ulgowy, do Warszawy na jutro chciałem…
- Aaa, no to co pan nie mówi!
Zacząłem rzucać wewnętrznymi „kurwami” ale na zewnątrz nic po sobie nie dałem poznać, niech sobie nie myśli, że ma przewagę. Po serii pytań o informacje, które już podałem, sześciu konsultacjach z kierowniczką Bożenką „bo coś nie działa”, dolaniu sobie do szklanki gorącej wody, bo akurat się zagotowała, pani odwraca się w kierunku szyby i z uśmiechem na ustach mówi:
- Proszę przyjść jutro przed odjazdem, bo system nam się zepsuł i teraz panu tego biletu nie sprzedam.
(To po jaki chuj ja tutaj stoję od dziesięciu minut! Nie można było jakiejś karteczki wywiesić, że nie działa!)
- No dobrze, dziękuję… - wyszedłem z tego dworca jak najszybciej, ale ciąg pechowych zdarzeń dopiero miał się rozpocząć.
Następnego dnia system działał, bilet kupiłem, ale masakrycznie
lał deszcz. Parasolki czy płaszcze przeciwdeszczowe nie pomagały. Chyba tylko
założenie na siebie wielkiej prezerwatywy mogłoby pomóc, ale na szczęście nikt
na taki pomysł nie wpadł, a w Łodzi nie takie rzeczy można zobaczyć. Ale
mniejsza z tym. Jest kilka minut przed odjazdem, przestało padać! No super! Nie
zmoknę!
Stoję na peronie i widzę, że delikatnie kropi, ale pociąg ma być za dwie minuty, więc nie zdąży się rozpadać…
- Uwaga pasażerowie, pociąg relacji Wrocław - Warszawa (czyli oczywiście ten, którym miałem jechać) wjedzie na peron opóźniony o pięć minut…
Nie no, przez siedem minut się nie rozpada przecież! Stoję jeszcze chwilę, kropi coraz mocniej, ale widać już światła pociągu. Wyszedłem z pod wiaty i stanąłem bliżej wejścia i nagle jeb! Jakby ktoś wiadrem na mnie chlusnął. Oberwała się chmura, lało tak niemiłosiernie, że zanim pociąg wyhamował, to byłem już przemoczony. Nie padało przez sześć minut… bo oczywiście minutę dłużej nie mogło poczekać…
Stoję na peronie i widzę, że delikatnie kropi, ale pociąg ma być za dwie minuty, więc nie zdąży się rozpadać…
- Uwaga pasażerowie, pociąg relacji Wrocław - Warszawa (czyli oczywiście ten, którym miałem jechać) wjedzie na peron opóźniony o pięć minut…
Nie no, przez siedem minut się nie rozpada przecież! Stoję jeszcze chwilę, kropi coraz mocniej, ale widać już światła pociągu. Wyszedłem z pod wiaty i stanąłem bliżej wejścia i nagle jeb! Jakby ktoś wiadrem na mnie chlusnął. Oberwała się chmura, lało tak niemiłosiernie, że zanim pociąg wyhamował, to byłem już przemoczony. Nie padało przez sześć minut… bo oczywiście minutę dłużej nie mogło poczekać…
Pociąg nawalony ludźmi i od razu przypomina się scena z
„Dnia Świra”, tylko o tym pomyślałem, a przed moimi oczami ukazał się mój
przedział. Jedna kobitka w średnim wieku, jedna starsza, jedna młodsza, nie
znają się, więc będzie cisza i nagle jest! (Kurwa wiedziałem) Cygan! Byłoby
zbyt pięknie. Cygan rozłożony na dwóch miejscach, śpi aż chrapie. Zacznijmy od
góry Cygana. Rudy…, wąsy też rude. Koszula z poliestru w jakieś wzorki, spodnie
garniturowe, buty mokasyny, zamszowe, brudne jak cholera. No i wreszcie skarpety,
które w sklepie były białe, ale lata świetności miały już za sobą. Śpi to śpi,
chyba niegroźny będzie. Siadam, czytam, słucham muzyki, nikt nic nie mówi, jest
dobrze i nagle Cyganowi dzwoni telefon… Z Łodzi do Warszawy jedzie się jakieś
dwie godziny. No i przez ten czas Cygan przez telefon gadał, po Cygańsku
oczywiście. Nie mam nic do tego, ale w pociągu cicho nie jest, więc żeby jego
rozmówca go słyszał to darł się do tej słuchawki, z tego co wyłapałem to
sprzedawali dywany.
Wróciłem do Łodzi, a deszcz tylko na to czekał. Stoję sobie
na przystanku czekając na tramwaj. Zaczyna kropić, ale widzę już te światła.
Zostało mu do przejechania jakieś pięćset metrów. To nie jest śmieszne! Jak
tylko pomyślałem, że zdążę wsiąść zanim się rozpada to… zaczęło padać.
No i tak wygląda moje szczęście. Napisałem o tym, bo wiem,
że lubicie się śmiać z cudzych nieszczęść. Dzięki!
Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)
1/15/2015
Nocny tramwaj z mięsem! - o przygodach w MPK
Nocny tramwaj z mięsem! - o przygodach w MPK
Jeśli ktoś z Was śledzi tego bloga oraz wpadł mu w oko lub ucho jakiś wywiad ze mną to wie, że spędzam dużo czasu podróżując łódzkim MPK. Mam dla Was gotowe opowiadanie, ale jako przerywnik po tym, które zaciekle wstawiałem ostatnio zaproponuję Wam kilka moich przygód. Spotkały mnie one oczywiście podczas podróży tramwajami i chciałbym się nimi z Wami podzielić, bo mogę.Jadąc ponad godzinę staram się poprawiać mój, że tak to nazwę, pisarski warsztat. Piszę, czytam, ale, co może wydać Wam się dziwniejsze, też obserwuję. Obserwuję ludzi, bo przecież skądś inspiracje na książkowe postaci trzeba brać. Nie spodziewam się tam znaleźć głównego protagonisty, ale jakieś zabawne postaci drugoplanowe czy sytuacje, które można wpleść w fabułę często się trafiają. Zacznijmy spokojnie, czyli od sytuacji jak zdarzyła mi się kilka tygodni temu.
Zima pełną gębą. Przez kilka dni przycisnęło mrozem, posypało troszkę śniegu. Tramwaj przyjechał, co w tych warunkach było już sukcesem, ale wydawał mi się dosyć podejrzany. Było tak koło 10, więc wtedy za dużo ludzi nie jeździ, a szyby białe. Wyglądały jak zaparowane. Dopiero kiedy wsiadłem zorientowałem się, że to nie para a szron. Można było normalnie skrobaczką okna czyścić. Ogrzewanie w tramwaju może i było, ale dmuchało jak Arctos (Bałwan z kreskówki "Tabaluga", tak, dokładnie ten od "Jakubie, zrób mi loda"). Miałem wrażenie, że Dementorzy pomylili mój tramwaj z pociągiem do Hogwartu. Motorniczy wyszedł coś sprawdzić i wtedy już byłem pewny, że lepiej nie będzie. Miał na sobie grubą kurtkę i czapkę uszatkę. No, ale nic to. Trzeba jechać, trzeba się hartować. Jedziemy sobie, ja zamarzam, a tu nagle wchodzi taki dziadek. Na oko miał jakieś 70 lat. Usiadł najpierw tyłem do jazdy, uznał, że nie widzi nic przez okno. Zmienił miejsce, dalej nic nie widział. Marudził pod nosem i przesiadł się raz jeszcze. W końcu rozsiadł się wygodnie, wyjął szmatkę i zaczął wycierać okulary. To samo w sobie nie jest zabawne, ale po tym jak skończył je czyścić (a tarł tak jakby chciał przetrzeć szkło), usiadł i powiedział: "No i teraz wszystko ładnie widać!"
Później zaczęły padać deszcze no i tramwaj, którym wracałem z Łodzi zaczął przeciekać. Ja zorientowałem się w porę, ale byli ludzi, którzy nie widzieli kropel wody spadających z sufitu, płynących po wszystkich poręczach i kapiący wprost na fotel. Wszedł facet, który wyraźnie ucieszony, że ma cudowne pojedyncze miejsce twarzą w kierunku jazdy nie spojrzał nawet na podejrzany kolor siedzenia. Materiał ma to do siebie, że mokry zmienia barwę. Niestety on chyba o tym nie wiedział. Usiadł zadowolony i wyciągnął telefon z ogromnym wyświetlaczem. Widać miał do załatwienia jakieś bardzo ważne sprawy biznesowe na facebooku. Zajęło go to do tego stopnia, że nie był w stanie zauważyć wilgoci przebijającej się przez jego spodnie. Dopiero kiedy zimna woda dobrze oblała mu cztery litery wyskoczył w górę, ale z kamienną miną dalej przeglądał swoją ścianę na facebooku. Co prawda najpierw rozejrzał się czy nikt się nie zorientował. Potem w tym mokry miejscu usiadła gruba baba w jeszcze większym futrze. W całym tramwaju rozszedł się charakterystyczny zapach mokrej psiej sierści, ale pani nie przejęła się tym i w spokoju podżerała ciasteczka z torby.
Ostatnio dowiedziałem się, że jeżdżę tramwajami, a szczególnie 46, naprawdę dużo, ponieważ kanar już nawet nie chciał ode mnie migawki. Ostatnia krótka historyjka łączy się właśnie z kanarami. Wsiadł do tramwaju mężczyzna w wieku około lat 60, miał wielką torbę, ale nie wyglądał na zbieracza czegokolwiek. Miał czyste ubranie, nie śmierdział. Rzucił tę torbę pod nogi i usiadł. Wyciągnął jakąś gazetę wydawaną przez nazistów czy inne barachło. Zaczął sobie czytać, ale potrzebował kogoś z kim mógłby się swoimi poglądami podzielić. Próbował mnie zagadać, ale mając słuchawki w uszach nie byłem godnym rozmówcą. Zagadał więc dwóch starszych panów, oni też nie odpowiadali na to co im mówił, ale słuchawek nie mieli, więc mogli przynajmniej posłuchać. Facet wyzywał wszystkich od żydów i złodziei, aż przerwała mu pani kanar prośbą o pokazanie biletu. On złożył gazetę nieśpiesznie, wyjął portfel, a z portfela jakiś świstek, który miał go uprawniać do przejazdów za darmo. Niestety nie uprawniał. Po kłótni o pokazanie dowodu pan wstał i zrobił sekwencję ruchów niczym zawodnik amerykańskiego footballu. Otworzył drzwi przyciskiem, skoczył w lewo, w prawo, w lewo, w prawo i jeszcze raz w prawo. Ten ostatni manewr zmylił panią kanar i mężczyzna wyskoczył przez drzwi wraz ze swoją torbą. Tramwaj odjechał, a on pozdrowił nas wszystkich solidnym "fakerem".
To były trzy z wielu sytuacji jakie przytrafiły mi się w czasie podróży w tramwaju. Nie opisywałem tutaj nieprzebranych stad meneli, cygana grającego na akordeonie, bójek w tramwaju czy przed, których byłem świadkiem, propozycji konsumpcji alkoholu nieznanego pochodzenia czy zwyczajnych bab, które pchając się na mnie dupą próbowały wywalczyć sobie miejsce siedzące. Mam nadzieję, że nie tylko ja miewam takie przygody i Was to również spotyka. Jeśli chcecie się podzielić swoimi doznaniami to proszę bardzo. Ja nadal będę zbierał podobne historię by za jakiś czas ponownie Was nimi ugościć na mojej skromnej stronie.
Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)
12/07/2014
Świątczene jarmarki w Łodzi - PrezentAkCJA i Fabryka Świąt
PrezentAkCJA i Fabryka Świąt - jarmarki świąteczne po łódzku!
Kolejne części opowiadania wkrótce pojawią się na blogu, ale
dziś taki mały przerywnik, w którym opowiem Wam o świątecznych jarmarkach,
które odwiedziłem w mikołajkową sobotę w najlepszym towarzystwie z możliwych.
Zapraszam do lektury.
Pierwszy, na którym byłem, odbywał się w sławnym centrum OFF
Piotrkowska. Ten świąteczny jarmark nosił artystyczny tytuł: „PrezentAkCJA”. Ja
spodziewałem się tam tłumu artystów niszowych, hipsterów, ludzi, którzy
zwracają na siebie uwagę, ale przede wszystkim spodziewałem się fajnego,
artystycznego jarmarku. Spodziewałem się wielu naprawdę fajnych gadżetów,
pomysłów na prezenty, które być może nie każdemu się spodobają, ale
przynajmniej przykują moją uwagę. No i nie będę ukrywał, że trochę się
zawiodłem. Zwiedzenie całego jarmarku zajęło mi kilkanaście minut. Wygląd tego
centrum też nie zachęca do odwiedzin, ale być może tak miało być (w końcu
artyści offowi mają swoje kanony). Było kilka fajnych rzeczy, które mógłbym
kupić, ale większość z tych rzeczy naprawdę widziałem. Biżuteria robiona
ręcznie, maskotki w dziwnych kształtach szyte przez artystów, jakieś ubrania,
obrazy. Nic mnie tam nie zaskoczyło. Przy kilku stoiskach zatrzymałem się na
dłużej, ale, krótko mówiąc, dupy nie urwało. Po pierwsze i najważniejsze, było
tam naprawdę mało wystawców. Może trafiłem na zły moment, może później ta
impreza się rozwinęła, ale jakoś mnie to nie przekonało. Może się zraziłem już
na początku wyglądem tego centrum. No
nie wiem dokładnie, ale prawdę mówiąc zapowiedzi nie pokryły się z tym co
dostaliśmy w samym centrum. Pewnie nie jestem na tyle artystyczny żeby
zrozumieć to wszystko, ale jedna mała sala to jak dla mnie zbyt mało jak na
taką promocję tego wydarzenia. Wyszedłem stamtąd zawiedziony.
Drugi jarmark odbywał się przy ulicy Piotrkowskiej 217. Tam
też nie było łatwo się dostać, bo jedynymi wskazówkami były wydrukowane kartki
A4 ze strzałką, ale po tym jak już się odnalazło drogę było o wiele
przyjemniej. Od samego wejścia uderzał w nas świąteczny zapach pierogów i
ciast. Były przetwory w słoiczkach, była indyjska kuchnia, były pierogi, były
ciasta, były kawy, herbaty i soki (nawet na ciepło). W tym wypadku od razu było
jakoś bardziej świątecznie, bo przecież święta się z jedzeniem kojarzą
wybitnie. Tutaj było bardziej świątecznie, widać było, że ten jarmark ma związek
ze świętami. Ozdoby choinkowe, aniołki, świąteczne potrawy, kolędy, kartki
świąteczne na ścianach i to wszystko kontrastowało z odrapanymi ścianami
fabryki (co nie podobało mi się za bardzo, ale pokazywało, że nawet w tak
surowe miejsce można tchnąć magię świąt). Na tym jarmarku było znacznie więcej
rzeczy, które bym z chęcią kupił, były bardziej pomysłowe (ceramiczne ozdoby na
choinkę, które wyglądały jak dosłownie wycięte z płytek, ozdoby z drukarki 3D,
aniołki ze szkła w witrażowym stylu). Również było całkiem artystycznie, ale
jakoś z większym wyczuciem smaku, z lepszym gustem i bardziej wpasowane w
świąteczne klimaty. Ponadto była możliwość wzięcia udziału w warsztatach, w
trakcie których można się było nauczyć jak wykonywać takie ozdoby. Co więcej
ten jarmark trwa aż do 14 grudnia, więc podejrzewam, że to co widziałem w
sobotę to tylko część atrakcji. Jeśli ktoś byłby zainteresowany to zapraszam. Wszystkie
warsztaty są darmowe, a ponadto w trakcie trwania tego jarmarku zbierane są
dary dla Domu dziecka dla małych dzieci. Można połączyć doskonałą zabawę z
pomocą najmłodszym. Więcej informacji znajdziecie tutaj: Fabryka Świąt
Odwiedziłem również, zupełnie przy okazji, jarmark
świąteczny w Manufakturze. O tym za bardzo nie ma się co rozpisywać, bo jest
dokładnie tak samo jak rok temu i dokładnie tak samo jak dwa lata temu.
Rozumiem, że te domki są urokliwe, że to wieczorem pięknie wygląda, ale może
czas na jakąś zmianę, bo jeśli ktoś tam bywa często i widział już ten jarmark
to właściwie nie zwraca na niego uwagi.
Podsumowując to co napisałem chciałem powiedzieć, że każdy
ma inny gust i zapewne wielu z Was spodobałoby się bardziej to co było w
centrum OFF Piotrkowska. Moim zdaniem było tam biednie i mało świątecznie, w
Fabryce było o wiele ciekawiej i w przyszły weekend na pewno też będzie
ciekawie. W każdym razie nawet jeśli nie spodobają Wam się produkty przedstawione na którymś z tych jarmarków, ale wybierzecie się tam w dobrym towarzystwie to i tak będziecie zadowoleni. Wiem to na własnym przykładzie. Moje zdanie już znacie, jeśli byliście na tych jarmarkach, albo się
na nie wybieracie to wyrobicie sobie własne (z którym się chętnie zapoznam
jeśli będziecie chcieli się podzielić nim w komentarzach). Przy okazji tego tekstu
pęknie 1000 wejść na bloga. Dziękuję Wam za to i mam nadzieję, że nadal
będziecie tę moją skromną stronę odwiedzać.
Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)
Subskrybuj:
Posty (Atom)