Szanowni Czytelnicy,
już na samym początku uprzedzę Was, że ten tekst nie ma nic wspólnego z niezwykle ostatnio popularnymi książkami, czyli z "Pokoleniem Ikea" i "Pokoleniem selfie", a jeśli jakieś podobieństwa się pojawią to są one niezamierzone z bardzo prostego powodu. Otóż nie czytałem wyżej wymienionych książek i, póki co, nie mam zamiaru ich czytać. Zresztą mniejsza z tym, bo nie o to chodzi w felietonie, który właśnie czytacie.
Żyjemy w czasach, w których dostęp do czegokolwiek jest niezwykłe łatwy. Wszystko, na co mamy ochotę, możemy dostać bez najmniejszego problemu. Nie musimy się nawet trudzić chodzeniem po sklepach, bo ogromną ilość rzeczy (praktycznie wszystko) jesteśmy w stanie kupić przez internet z dostawą prosto do domu. A jeśli już musimy wyjść to nie trzeba gnać do innego miasta, bo wszystko jest w okolicy. Internet ułatwia nie tylko zdobywanie przedmiotów, ale też kontakty z ludźmi. Istnieją setki aplikacji, portali, stron (jak zwał tak zwał) dzięki którym możemy się z kimś skontaktować i porozmawiać. Możemy w nich nawet poznawać zupełnie nowe osoby. Taki luksus nie trwa jednak tak długo. Dopiero od niedawna możemy się tym w pełni cieszyć. To ostatnie lata rozpoczęły przełom technologiczny, który do tego doprowadził.
