Szanowni Czytelnicy,
kalendarz nieubłaganie zbliża się do końca, a oznacza to, że nadchodzą święta. Najpierw Święto Zmarłych, a potem Boże Narodzenie i Nowy Rok. W dodatku w kalendarzu pojawią się też popularne wśród ciotek, wujków, ojców i matek imiona. Te okoliczności nieubłaganie niosą ze sobą też jedno zjawisko, czyli zjazdy rodzinne. Jest to temat o tyle kontrowersyjny, że ludzie albo je kochają, albo nienawidzą. Spróbuję dzisiaj postawić się w roli przedstawiciela obydwu tych grup, a dopiero na samym końcu dowiecie się, do której przynależę.
Gdyby spojrzeć na spotkania rodzinne zupełnie bez emocji to można się dopatrzeć pewnego schematu, według którego się one odbywają. Zawsze zaczynają się od przygotowań. Nie ma innej możliwości i nie ma znaczenia czy to Wy jesteście gospodarzem takiego zjazdu czy tylko na niego jedziecie. Jeśli tylko jedziecie to i tak trzeba kupić albo zrobić coś do jedzenia, bo nie wypada jechać z gołą ręką, pewnie też dorzucić jakiś prezencik dla gospodarzy, a szukanie takowego też zajmuje czas. Przede wszystkim jednak trzeba się wyszykować żeby zrobić wrażenie na rodzinie. Samochód na myjnie, ludzie do fryzjerów, kosmetyczek i sklepów z ubraniami, bo przecież temu jednemu bogatemu wujkowi, co nie wiadomo na czym się dorobił powinno zbieleć oko.
