Szanowni Czytelnicy,
niech Was nie zgubi tytuł! Nie będziemy tutaj rozmawiać o alkoholu. Zdarzyło się tak, że pięćdziesiąty felieton na mojej stronie zbiegł się z moimi dwudziestymi piątymi urodzinami, które są jutro. W związku ze zbiegiem tych dwóch zupełnie nieznaczących faktów postanowiłem podzielić się z Wami kilkoma ciekawymi, miejmy nadzieję, anegdotami z mojego dzieciństwa. Czy się przy nich uśmiejecie? Pewnie tak, dlatego jak najszybciej zabierajcie się za czytanie, bo śmiech podobno wydłuża życie.
Należałoby zacząć od samego początku, czyli od poczęcia. Niestety w związku z tym, że strona jest wyłącznie dla dorosłych to pominę ten moment i przejdę do narodzin. Urodziłem się w pierwszy dzień kalendarzowego lata przez cesarskie cięcie po godzinie szesnastej. Nie miałem szczęścia już w tym momencie, bo były podejrzenia, że jestem orkiem. Urodziłem się całkiem zielony, niemal wieszając się na pępowinie. Okazało się jednak, że jestem człowiekiem i to całkiem zdrowym, a po tej traumie został mi uraz do szalików, łańcuszków i krawatów.
