Szanowni Czytelnicy,
Święta Wielkanocne dopiero co się skończyły, chociaż zapewne w Waszych lodówkach jeszcze je doskonale widać. Myślę, że wielu z Was zastanawiało się czasami, odmawiając dokładki po raz dwunasty, dlaczego na stole jest tak dużo jedzenie. Nawet jeśli się nie zastanawialiście i było Wam to zupełnie obojętne, to dzisiaj Wam co nieco o tym opowiem. Także nałóżcie sobie sałatki jarzynowej i siadajcie do lektury.
Żeby dobrze podejść do tego problemu trzeba by było cofnąć się w czasie do średniowiecza, a co za tym idzie do początków państwa polskiego. Przecież to wtedy zaczęła się u nas tradycja, która ciągnie się do dziś, a która polegała na tym, że zwykły obiad potrafił trwać kilka dni. Jednak to ile trwał taki obiad nie jest najważniejsze. Ważniejsze jest to ile się na takim obiedzie jadło. A jadło się naprawdę dużo i naprawdę różnorodnie i nie było tak żeby ktoś mógł wyjść z takiego szlacheckiego przyjęcia głodny.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
4/04/2018
12/20/2017
Świąteczny felieton!
Szanowni Czytelnicy,
jakby ktoś nie wiedział to już za kilka dni nadejdą Święta Bożego Narodzenia. W zasadzie nie wyobrażam sobie żeby ktoś mógł o tym nie wiedzieć, bo przecież media i sklepy skutecznie nam o tym przypominały już od połowy listopada, ale w razie czego jestem jeszcze ja. Domyślam się, że patrzący na tytuł i na obrazek spodziewacie się przeczytać jakieś wymyślne życzenia i nic poza tym. Otóż nic bardziej mylnego! Życzenia będą, ale na końcu, o to się nie martwcie, jednak przed życzeniami dorzucę parę groszy własnego zdania, jak to już mam w zwyczaju. Nawet w święta nie dam Wam spokoju od myślenia. Także odłóżcie papier do pakowania prezentów na te pięć minut i zapraszam do czytania.
Zapewne każdy z Was słyszał kiedyś pytanie: "Co jest najważniejsze w trakcie świąt?". Ale też jestem przekonany, że większość się nigdy poważnie nad tym nie zastanawiała, bo albo nie było po co, albo nie było kiedy. W trakcie roku wszyscy jesteśmy zajęci codziennością do tego stopnia, że nie wybiegamy myślami do świąt, a tym bardziej nie w kierunku myślenia o tym co jest w nich najważniejsze. Jeśli już to bardziej, że lampki trzeba kupić, bo się stare przepaliły i tak dalej. Natomiast w samym okresie świątecznym też nie ma czasu na to żeby się zastanawiać nad sensem. No bo przecież trzeba zrobić zakupy, nagotować milion potraw, przystroić mieszkanie, kupić i zapakować prezenty i zrobić jeszcze setki innych przedświątecznych rzeczy.
jakby ktoś nie wiedział to już za kilka dni nadejdą Święta Bożego Narodzenia. W zasadzie nie wyobrażam sobie żeby ktoś mógł o tym nie wiedzieć, bo przecież media i sklepy skutecznie nam o tym przypominały już od połowy listopada, ale w razie czego jestem jeszcze ja. Domyślam się, że patrzący na tytuł i na obrazek spodziewacie się przeczytać jakieś wymyślne życzenia i nic poza tym. Otóż nic bardziej mylnego! Życzenia będą, ale na końcu, o to się nie martwcie, jednak przed życzeniami dorzucę parę groszy własnego zdania, jak to już mam w zwyczaju. Nawet w święta nie dam Wam spokoju od myślenia. Także odłóżcie papier do pakowania prezentów na te pięć minut i zapraszam do czytania.
Zapewne każdy z Was słyszał kiedyś pytanie: "Co jest najważniejsze w trakcie świąt?". Ale też jestem przekonany, że większość się nigdy poważnie nad tym nie zastanawiała, bo albo nie było po co, albo nie było kiedy. W trakcie roku wszyscy jesteśmy zajęci codziennością do tego stopnia, że nie wybiegamy myślami do świąt, a tym bardziej nie w kierunku myślenia o tym co jest w nich najważniejsze. Jeśli już to bardziej, że lampki trzeba kupić, bo się stare przepaliły i tak dalej. Natomiast w samym okresie świątecznym też nie ma czasu na to żeby się zastanawiać nad sensem. No bo przecież trzeba zrobić zakupy, nagotować milion potraw, przystroić mieszkanie, kupić i zapakować prezenty i zrobić jeszcze setki innych przedświątecznych rzeczy.
12/13/2017
Życie boli #34 - Lenistwo
Szanowni Czytelnicy,
jak już zapewne zauważyliście tematem dzisiejszego felietonu jest lenistwo. Dlaczego taki temat? Ano dlatego, że nie chciało mi się zebrać do napisania tego tekstu od poniedziałku, poprzedniego... W zasadzie to nadal ten atak lenistwa mi nie przeszedł, ale skoro dałem słowo, że będzie jeden tekst w tygodniu to będzie choćbym miał tutaj zejść. Jakbyście byli ciekawi to w momencie rozpoczęcia pracy nad tekstem jest 17:30, dzisiaj, to znaczy w środę, czyli w dzień publikacji. Kiedy wpisałem w wyszukiwarkę w moim serwisie graficznym słowo "lenistwo" wyskoczyły mi praktycznie same zdjęcia kotów.
Jak wiadomo powszechnie to koty są uważane za najbardziej leniwe zwierzęta domowe i być może wśród zwierząt rzeczywiście tak jest, ale jeśli do tego rankingu dorzuci się ludzi to, moim zdaniem, zmienia się całkiem dużo. Od razu uprzedzę, że nie będziemy brali pod uwagę te koty, które cały dzień leżą i jedzą oraz tych ludzi, które całe dnie leżą, jedzą i przeglądają memy. Także wszyscy pracoholicy wylatują żeby nie burzyć mi koncepcji.
jak już zapewne zauważyliście tematem dzisiejszego felietonu jest lenistwo. Dlaczego taki temat? Ano dlatego, że nie chciało mi się zebrać do napisania tego tekstu od poniedziałku, poprzedniego... W zasadzie to nadal ten atak lenistwa mi nie przeszedł, ale skoro dałem słowo, że będzie jeden tekst w tygodniu to będzie choćbym miał tutaj zejść. Jakbyście byli ciekawi to w momencie rozpoczęcia pracy nad tekstem jest 17:30, dzisiaj, to znaczy w środę, czyli w dzień publikacji. Kiedy wpisałem w wyszukiwarkę w moim serwisie graficznym słowo "lenistwo" wyskoczyły mi praktycznie same zdjęcia kotów.
Jak wiadomo powszechnie to koty są uważane za najbardziej leniwe zwierzęta domowe i być może wśród zwierząt rzeczywiście tak jest, ale jeśli do tego rankingu dorzuci się ludzi to, moim zdaniem, zmienia się całkiem dużo. Od razu uprzedzę, że nie będziemy brali pod uwagę te koty, które cały dzień leżą i jedzą oraz tych ludzi, które całe dnie leżą, jedzą i przeglądają memy. Także wszyscy pracoholicy wylatują żeby nie burzyć mi koncepcji.
8/09/2017
Życie boli #18 - Coś za coś
Szanowni Czytelnicy,
od razu powiem, że scenariusze, które przedstawię dalej mogą, ale nie muszą się wydarzyć. Jest to tylko jedno z możliwych rozwiązań, jakie może nastąpić jeśli będziecie nadużywać zjawiska, które opiszę. A zjawiskiem tym jest kompensacja. Zanim przejdę do tematu nie mogę nie wspomnieć, że na przemyślenia prowadzące do stworzenia tego tekstu wpływ miała rozmowa z moim dobrym kolegą, tym samym, którego już kiedyś tutaj wspominałem. Jest to niezwykle inteligentny człowiek, a w dodatku mój fan (to nie jest przypadkowe połączenie) i to on powiedział mi zdanie, które mnie zainspirowało. Powiedział mi, że jak ma taki straszny dzień i wszystko go wkurwia to musi sobie kupić nową płytę muzyczną.
Zjawisko kompensacji znałem oczywiście wcześniej, ale dopiero ta rozmowa sprawiła, że się nad tym zastanowiłem głębiej. Samo pojęcie pochodzi z psychologii i określa jeden z mechanizmów obronnych. Polega ono na wynagradzaniu sobie niepowodzeń czy defektów. Głównym ryzykiem zauważanym przez psychologów jest to, że tworzony wtedy mechanizm niepowodzenie - nagroda skutkuje podświadomą niechęcią do zmian i walki ze swoimi niepowodzeniami. Przedstawiając to prościej nie chce nam się zmienić pracy na mniej stresującą, bo dzięki stresom, które mamy w obecnej możemy się bezkarnie wieczorem napić.
od razu powiem, że scenariusze, które przedstawię dalej mogą, ale nie muszą się wydarzyć. Jest to tylko jedno z możliwych rozwiązań, jakie może nastąpić jeśli będziecie nadużywać zjawiska, które opiszę. A zjawiskiem tym jest kompensacja. Zanim przejdę do tematu nie mogę nie wspomnieć, że na przemyślenia prowadzące do stworzenia tego tekstu wpływ miała rozmowa z moim dobrym kolegą, tym samym, którego już kiedyś tutaj wspominałem. Jest to niezwykle inteligentny człowiek, a w dodatku mój fan (to nie jest przypadkowe połączenie) i to on powiedział mi zdanie, które mnie zainspirowało. Powiedział mi, że jak ma taki straszny dzień i wszystko go wkurwia to musi sobie kupić nową płytę muzyczną.
Zjawisko kompensacji znałem oczywiście wcześniej, ale dopiero ta rozmowa sprawiła, że się nad tym zastanowiłem głębiej. Samo pojęcie pochodzi z psychologii i określa jeden z mechanizmów obronnych. Polega ono na wynagradzaniu sobie niepowodzeń czy defektów. Głównym ryzykiem zauważanym przez psychologów jest to, że tworzony wtedy mechanizm niepowodzenie - nagroda skutkuje podświadomą niechęcią do zmian i walki ze swoimi niepowodzeniami. Przedstawiając to prościej nie chce nam się zmienić pracy na mniej stresującą, bo dzięki stresom, które mamy w obecnej możemy się bezkarnie wieczorem napić.
2/10/2015
Relacja z wyjazdu do Wrocławia
Tak się przyjemnie złożyło, że ostatni weekend moich ferii spędziłem, w cudownym towarzystwie mojej dziewczyny, we Wrocławiu. W związku z tym przedstawię Wam tutaj taką krótką relację z tej podróży. Dawno nic takiego nie było, a myślę, że całkiem nieźle się to czyta i można się czegoś dowiedzieć jeśli samemu planuje się wycieczkę.
Dzień #1 - 06.02.2015
Wyjazd z Łodzi.
W piątek rano wsiadłem do swojego 46 i po dwóch przesiadkach dotarłem na dworzec autobusowy Łódź Kaliska. Tam, już z moją dziewczyną, mieliśmy wsiąść do Polskiego Busa. Było to nasza pierwsza podróż z tym przewoźnikiem i nie wpadliśmy na to, że rezerwując miejsca w autobusie nie rezerwujemy konkretnych siedzeń. Dla mnie to bardzo nielogiczne, nie zrozumiem polityki tej firmy. Kupiliśmy dwa bilety jednocześnie, więc chyba to logiczne, że chcieliśmy siedzieć obok siebie. Okazało się, że firma tego nie gwarantuje i siedzieliśmy osobno, bo tylko takie miejsca były, a ludzie nie byli na tyle mili żeby się przesiąść. Właśnie przez to jechało się bardzo długo i te 3 godziny podróży ciągnęły się w nieskończoność.
Wreszcie dotarliśmy na miejsce.Zatrzymaliśmy się w Premiere Classe Hotel (Strona Hotelu). Bardzo fajny hotel. Naprawdę polecam (chociaż niektórym może przeszkadzać nadpobudliwy dźwiękowo klimatyzator). Bardzo duże i wygodne łóżko, telewizor, internet, łazienka w pokoju, wszystko czego turysta może zapragnąć. Trzeba jednak pamiętać, że wszystko się tam uruchamia kartą magnetyczną od windy do prądu w pokoju.
Zaraz po rozgoszczeniu się w pokoju ruszyliśmy na zwiedzanie. W pierwszy dzień pobytu planowaliśmy pozwiedzać miasto. Pochodziliśmy długo, bo i jest co oglądać. Wspaniałe Stare Miasto, cudne kamienice i przede wszystkim: odnajdywanie krasnali. Naprawdę cieszy, nawet dorosłych ludzi, znalezienie kolejnego krasnala. Nie udało się nam odnaleźć wszystkich, ale i tak było fajnie. Nie będę opisywał wszystkiego co widzieliśmy, bo tak naprawdę całe Stare Miasto jest warte obejrzenia. Obiad zjedliśmy w lokalu "Chatka przy jatkach". Generalnie nie polecam, bo nie do końca wszystko tam mają świeże. Zmarznięci, ale szczęśliwi wróciliśmy do hotelu po dobrych kilku godzinach spacerowania i fotografowania.
Dzień #2 - 07.02.2015
ZOO!!!
Tak! Drugi dzień stał się gwoździem całego wyjazdu, albowiem zwiedziliśmy Zoo we Wrocławiu. To najlepsze zoo w jakim byłem. Mimo zimowej pory nadal było co oglądać. Fantastyczny tygrys, który był tak wnerwiony, że z chęcią by wszystkich oglądających poczęstował pazurkami, niedźwiedzie, foki pływające sobie do góry brzuchem, pingwiny, rysie i wiele, wiele innych zwierząt, które były pod gołym niebem. Akwarium, w którym były świetne ryby i roślinność wodna. Część z ryb słodkowodnych już znałem z własnego akwarium, ale zobaczyłem je w większych wydaniach. Ryby i ukwiały w akwariach słonowodnych robiły jeszcze większe wrażenie. Pomieszczenie, w którym znajdują się zwierzęta z Madagaskaru, w tym wolno latające nietoperze. Byliśmy też w terrarium, gdzie naoglądaliśmy się tyle gadów, płazów, owadów i pająków, że wystarczy nam to na długo. Motylarnia, w której, przy odrobinie szczęścia, może na nas wylądować ogromny, tropikalny motyl. Obejrzenie tego wszystkiego zajęło chyba 4 godziny, a nie w każdej zagrodzie były zwierzęta. Podejrzewam, że latem siedzi się tam jeszcze dłużej.
Główną atrakcją Zoo i tym co je wyróżnia jest oceanarium "Afrikarium". Jeśli ktoś był w oceanarium to wie jak fajne to przeżycie. Olbrzymie zbiorniki wodne, w których pływają gatunki, które nie jest łatwo zobaczyć na wolności. Olbrzymie wodne żółwie, płaszczki, rekiny, manaty, hipopotamy i wiele, wiele ryb. Super klimat, bardzo ładny budynek, wszystko utrzymane w klimacie afrykańskim. Największe wrażenie na wszystkich zrobił podwodny tunel, w którym dzięki szklanym ścianom i sufitowi można było się poczuć jak na dnie oceanu.
Obiad zjedliśmy w lokalu Bistro Przepis i ten lokal polecam. Jest to niewielka knajpka, ale jest tam bardzo dobre i tanie jedzenie. Duże porcje, wszystko świeże i naprawdę jeśli będziecie w Zoo albo na hali to tam jak najbardziej można się stołować.
Przespacerowaliśmy się jeszcze po parku w okolicach Hali Stulecia i wróciliśmy do hotelu. Ponownie byliśmy wybitnie zmarznięci, ale taki jest już urok całodziennych spacerów w zimę.
Dzień #3 - 08.02.2015
Panorama i powrót :(
Po spakowaniu się i opuszczeniu hotelu ruszyliśmy zobaczyć coś jeszcze. Jedna z najważniejszych dzieł w historii polskiego malarstwa, czyli Panoramę Racławicką. Cena biletu pozwalającego obejrzeć Panoramę może niektórych zniechęcić, ale warto, bo oprócz możliwości zobaczenia tego monumentalnego dzieło dostajemy jeszcze darmowe wejście do dwóch muzeów. Warto te gratisy wykorzystać, bo muzea też bogate w zbiory. Co do samej Panoramy to efekt jest powalający. Oprócz obrazu na ścianie zrobione jest pięciometrowe przedłużenie na podłodze, które imituje podłoże z obrazu. Wszystko sprawia wrażenie jakby stało się w środku pola bitwy. Coś na wzór dzisiejszej technologii 3D upraszczając to do minimum. Zobaczycie na zdjęciach jaki to efekt.
Byliśmy potem w Muzeum Narodowym, w którym były naprawdę bardzo ciekawe ekspozycje. Szczególnie zachwyciła mnie ekspozycja starej broni. Miecze, muszkiety, tarcze, pistolety skałkowe i wiele więcej. Ponadto, oczywiście, sztuka nowoczesna, która momentami jest aż zbyt dziwna, nawet jak dla mnie.
Obiad zjedliśmy w restauracji "Konspira" przy Placu Solnym. Fantastyczny lokal zrobiony w klimacie PRL i walki o wolność w wykonaniu "Solidarności". Dobre jedzenie, fantastyczny klimat (dobra muzyka również), a przede wszystkim historia, która bez względu na poglądy polityczne, powinna być nam znana. Bardzo ładny lokal i naprawdę polecam, bo ceny w stosunku do porcji też nie są zabójcze. Ponadto w lokalu mamy tajny, zakonspirowany pokój, w którym można zobaczyć jak wyglądała konspiracja w stanie wojennym.
Wracaliśmy również Polskim Busem, ale tym razem byliśmy trochę cwańsi i udało nam się usiąść razem. Przez to podróż było o wiele przyjemniejsza i szybciej minęła. Wsiadłem w swoje 46 i wróciłem do domu.
Podsumowując, Wrocław to naprawdę świetne miasto i warto je dobrze zwiedzić. Na pewno nie będziecie zawiedzeni. Jeśli komuś się przyda to co napisałem to super. My z wyjazdu jesteśmy zadowoleni bardzo i bez wahania stwierdzam, że to były moje najlepsze ferie ever!
Dzień #1 - 06.02.2015
Wyjazd z Łodzi.
W piątek rano wsiadłem do swojego 46 i po dwóch przesiadkach dotarłem na dworzec autobusowy Łódź Kaliska. Tam, już z moją dziewczyną, mieliśmy wsiąść do Polskiego Busa. Było to nasza pierwsza podróż z tym przewoźnikiem i nie wpadliśmy na to, że rezerwując miejsca w autobusie nie rezerwujemy konkretnych siedzeń. Dla mnie to bardzo nielogiczne, nie zrozumiem polityki tej firmy. Kupiliśmy dwa bilety jednocześnie, więc chyba to logiczne, że chcieliśmy siedzieć obok siebie. Okazało się, że firma tego nie gwarantuje i siedzieliśmy osobno, bo tylko takie miejsca były, a ludzie nie byli na tyle mili żeby się przesiąść. Właśnie przez to jechało się bardzo długo i te 3 godziny podróży ciągnęły się w nieskończoność.
Wreszcie dotarliśmy na miejsce.Zatrzymaliśmy się w Premiere Classe Hotel (Strona Hotelu). Bardzo fajny hotel. Naprawdę polecam (chociaż niektórym może przeszkadzać nadpobudliwy dźwiękowo klimatyzator). Bardzo duże i wygodne łóżko, telewizor, internet, łazienka w pokoju, wszystko czego turysta może zapragnąć. Trzeba jednak pamiętać, że wszystko się tam uruchamia kartą magnetyczną od windy do prądu w pokoju.
Zaraz po rozgoszczeniu się w pokoju ruszyliśmy na zwiedzanie. W pierwszy dzień pobytu planowaliśmy pozwiedzać miasto. Pochodziliśmy długo, bo i jest co oglądać. Wspaniałe Stare Miasto, cudne kamienice i przede wszystkim: odnajdywanie krasnali. Naprawdę cieszy, nawet dorosłych ludzi, znalezienie kolejnego krasnala. Nie udało się nam odnaleźć wszystkich, ale i tak było fajnie. Nie będę opisywał wszystkiego co widzieliśmy, bo tak naprawdę całe Stare Miasto jest warte obejrzenia. Obiad zjedliśmy w lokalu "Chatka przy jatkach". Generalnie nie polecam, bo nie do końca wszystko tam mają świeże. Zmarznięci, ale szczęśliwi wróciliśmy do hotelu po dobrych kilku godzinach spacerowania i fotografowania.
Dzień #2 - 07.02.2015
ZOO!!!
Tak! Drugi dzień stał się gwoździem całego wyjazdu, albowiem zwiedziliśmy Zoo we Wrocławiu. To najlepsze zoo w jakim byłem. Mimo zimowej pory nadal było co oglądać. Fantastyczny tygrys, który był tak wnerwiony, że z chęcią by wszystkich oglądających poczęstował pazurkami, niedźwiedzie, foki pływające sobie do góry brzuchem, pingwiny, rysie i wiele, wiele innych zwierząt, które były pod gołym niebem. Akwarium, w którym były świetne ryby i roślinność wodna. Część z ryb słodkowodnych już znałem z własnego akwarium, ale zobaczyłem je w większych wydaniach. Ryby i ukwiały w akwariach słonowodnych robiły jeszcze większe wrażenie. Pomieszczenie, w którym znajdują się zwierzęta z Madagaskaru, w tym wolno latające nietoperze. Byliśmy też w terrarium, gdzie naoglądaliśmy się tyle gadów, płazów, owadów i pająków, że wystarczy nam to na długo. Motylarnia, w której, przy odrobinie szczęścia, może na nas wylądować ogromny, tropikalny motyl. Obejrzenie tego wszystkiego zajęło chyba 4 godziny, a nie w każdej zagrodzie były zwierzęta. Podejrzewam, że latem siedzi się tam jeszcze dłużej.
Główną atrakcją Zoo i tym co je wyróżnia jest oceanarium "Afrikarium". Jeśli ktoś był w oceanarium to wie jak fajne to przeżycie. Olbrzymie zbiorniki wodne, w których pływają gatunki, które nie jest łatwo zobaczyć na wolności. Olbrzymie wodne żółwie, płaszczki, rekiny, manaty, hipopotamy i wiele, wiele ryb. Super klimat, bardzo ładny budynek, wszystko utrzymane w klimacie afrykańskim. Największe wrażenie na wszystkich zrobił podwodny tunel, w którym dzięki szklanym ścianom i sufitowi można było się poczuć jak na dnie oceanu.
Obiad zjedliśmy w lokalu Bistro Przepis i ten lokal polecam. Jest to niewielka knajpka, ale jest tam bardzo dobre i tanie jedzenie. Duże porcje, wszystko świeże i naprawdę jeśli będziecie w Zoo albo na hali to tam jak najbardziej można się stołować.
Przespacerowaliśmy się jeszcze po parku w okolicach Hali Stulecia i wróciliśmy do hotelu. Ponownie byliśmy wybitnie zmarznięci, ale taki jest już urok całodziennych spacerów w zimę.
Dzień #3 - 08.02.2015
Panorama i powrót :(
Po spakowaniu się i opuszczeniu hotelu ruszyliśmy zobaczyć coś jeszcze. Jedna z najważniejszych dzieł w historii polskiego malarstwa, czyli Panoramę Racławicką. Cena biletu pozwalającego obejrzeć Panoramę może niektórych zniechęcić, ale warto, bo oprócz możliwości zobaczenia tego monumentalnego dzieło dostajemy jeszcze darmowe wejście do dwóch muzeów. Warto te gratisy wykorzystać, bo muzea też bogate w zbiory. Co do samej Panoramy to efekt jest powalający. Oprócz obrazu na ścianie zrobione jest pięciometrowe przedłużenie na podłodze, które imituje podłoże z obrazu. Wszystko sprawia wrażenie jakby stało się w środku pola bitwy. Coś na wzór dzisiejszej technologii 3D upraszczając to do minimum. Zobaczycie na zdjęciach jaki to efekt.
Byliśmy potem w Muzeum Narodowym, w którym były naprawdę bardzo ciekawe ekspozycje. Szczególnie zachwyciła mnie ekspozycja starej broni. Miecze, muszkiety, tarcze, pistolety skałkowe i wiele więcej. Ponadto, oczywiście, sztuka nowoczesna, która momentami jest aż zbyt dziwna, nawet jak dla mnie.
Obiad zjedliśmy w restauracji "Konspira" przy Placu Solnym. Fantastyczny lokal zrobiony w klimacie PRL i walki o wolność w wykonaniu "Solidarności". Dobre jedzenie, fantastyczny klimat (dobra muzyka również), a przede wszystkim historia, która bez względu na poglądy polityczne, powinna być nam znana. Bardzo ładny lokal i naprawdę polecam, bo ceny w stosunku do porcji też nie są zabójcze. Ponadto w lokalu mamy tajny, zakonspirowany pokój, w którym można zobaczyć jak wyglądała konspiracja w stanie wojennym.
Wracaliśmy również Polskim Busem, ale tym razem byliśmy trochę cwańsi i udało nam się usiąść razem. Przez to podróż było o wiele przyjemniejsza i szybciej minęła. Wsiadłem w swoje 46 i wróciłem do domu.
Podsumowując, Wrocław to naprawdę świetne miasto i warto je dobrze zwiedzić. Na pewno nie będziecie zawiedzeni. Jeśli komuś się przyda to co napisałem to super. My z wyjazdu jesteśmy zadowoleni bardzo i bez wahania stwierdzam, że to były moje najlepsze ferie ever!
Pozdrawiam,
Kamil Bednarek
Etykiety:
architektura,
bus,
ferie,
hala,
jedzenie,
kamienice,
muzeum,
opinia,
panorama,
polski,
racławicka,
relacja,
restauracja,
solidarność,
stulecia,
wrocław,
wyjazd,
zoo,
zwierzęta
8/14/2014
Relacja z wyjazdu do Krakowa - Dzień 4.
Zapraszam na czwartą odsłonę relacji z moich wakacji w Krakowie. Dzisiaj zobaczycie jak dziwna potrafi być sztuka.
Dzień 4. - 27.07 - Obcowanie z kulturą!
W niedzielę, przedostatni dzień naszego pobytu, postanowiliśmy wybrać się do Muzeum Sztuki Współczesnej "MOCAK". Była tam wystawa pt. "zbrodnia w sztuce". Kto czytał moją książkę ten wie, że zbrodnia nie jest mi obca. I właśnie dlatego szedłem tam z dreszczykiem emocji (z dreszczami wyszedłem, ale o tym później). Zacznijmy od początku.
Żeby dostać się do tego muzeum musieliśmy przejść spory kawałek od przystanku. Oczywiście nie wiedzieliśmy jak dotrzeć na miejsce. Na szczęście miałem GPS, a koleś, który obwoził po mieście turystów takim śmiesznym meleksem, wskazał nam taką samą drogę jak moja nawigacja. MOCAK znajduje się na ulicy Lipowej 4, a ulica Lipowa znajduje się na konkretnym zadupiu. Zanim tam dotarliśmy, spotkaliśmy instalację stworzoną na Placu Bohaterów Getta. Były to krzesła zrobione z jakiegoś metalu (najwyraźniej albo niedrogiego, albo dobrze chronionego skoro nadal tam stały) rozstawione w równych odległościach.
I oczywiście musieliśmy sobie zrobić na nich zdjęcia. Nie muszę chyba mówić kto wygrał Grę o Tron.
A samo Muzeum składa się z kilku budynków, ale główny prezentuje się tak:
Wystawa "zbrodnia w sztuce" była tak dziwna, tak bardzo ryła mózg, że nawet nie mam żadnych zdjęć. Jakoś nie było głowy żeby cokolwiek fotografować. Może to i dobrze, bo wystarczą mi obrazy tego wszystkiego w pamięci. Zdjęcia morderców i ich ofiar, filmy opowiadające o zbrodni (ciężko nazwać filmem obraz rękawiczki gumowej napełnionej krwią, która pokazuje jak ginęli znani artyści), instalacje. Być może ja nie rozumiem sztuki współczesnej, ale powiem Wam, że piękna to się tam nie doszukałem. No bo o ile symbolika więziennych tatuaży może nam się przydać w komunikacji miejskiej, o tyle cela więzienna zrobiona z włóczki? Albo, z innej beczki, przesłuchanie kobiety, który zabiła swoją rodzinę w formie wyświetlanych na ścianie wyrazów, czasem zdań. Każde nowe słowo pojawiało się z charakterystycznym "pip" z głośników, co doprowadzało do szału. Dwa zardzewiałe noże przymocowane do koła, które kręcąc się wprawiało je w ruch. Całość skrzypiała tak bardzo, że nawet teraz mam ciarki jak o tym pomyśle. No i kulminacja całej wystawy. Małe pomieszczenie, oddzielone od reszty, w środku wielkie drewniane pudło i wystające z niego dwa druty, na końcu których umieszczono kurze łapki. Oczywiście Kamil nie mógł się powstrzymać i włączył to dziadostwo. Łapki zaczęły się ruszać na tych drutach powodując ogromny hałas i niesmak u oglądających. Był też fajny element. Jeśli wybieracie się do tego Muzeum i nie chcecie sobie psuć zabawy, to przerwijcie czytanie teraz i zacznijcie po następnym zdjęciu. Otóż, na samym końcu jednej z kondygnacji budynku Muzeum znajdowały się schodki w górę. Kilka stopni prowadzących do okien wychodzących na ogród i czegoś wyglądającego jak wewnętrzne oczko wodne. Nie wiedząc, że jest to część wystawy weszliśmy sobie po tych schodach, a w tym oczku leży sobie topielec. Wszyscy normalni ludzie się płoszyli, tylko ja zacząłem się śmiać.
Inne wystawy znajdujące się aktualnie w MOCAKu prezentowały obrazy wyglądające, na przykład, tak jak widzicie wyżej. Tutaj autor przedstawił nam to co widzi gdy patrząc na słońce bardzo mocno zmruży oczy.
Te dzieła były akurat bardzo fajne, bo takim życiowym prawdom, problemom z jakimi się spotykamy nadano formę powiadomień jakie wyskakują czasami w systemach Windows.
Był też sześcienny pokój, w którym słowo "między" zapisano w różnych kombinacjach liter. Po chwili stania wewnątrz zaczynało to działać na nerwy i podświadomie doszukiwałem się tam tych słów jak w wykreślankach.
Nie, to nie to co zostało po naszym niedzielnym obiedzie. Otóż jest to rzeźba (albo obraz, nie wiem), która wisi na ścianie w MOCAKu. To nie jest namalowane, ale przytwierdzone do blatu prawdziwego stołu. Wszystko co tam widzicie było używane podczas prawdziwego posiłku, a po jego zakończeniu artysta skrupulatnie to wszystko przymocował, zabezpieczył i powiesił na ścianie.
Nie mam pojęcia co to jest, ale jest fajne i mi się podoba. Jest to tak naprawdę jedyna rzecz wystawiona w MOCAKu (nie licząc sadzawki z topielcem), którą mógłbym mieć w domu.
Ludzie czasami pytają mnie co mam w głowie, bo piszę brutalnie, o smutnych rzeczach i takie tam. Nigdy nie chciało mi się im tego tłumaczyć, a po wizycie w Muzeum Sztuki Współczesnej nie muszę już nic mówić, wystarczy, że pokażę to zdjęcie:
To, według artysty, są czarne myśli. Tak wygląda człowiek, którego te myśli pochłaniają. Bardzo mi się to spodobało, ale nie wiem czy w pełni oddaje sposób w jaki takie czarne myśli wpływają na człowieka.
Po wyjściu z MOCAKa miałem ciarki na karku. Cały czas w uszach dzwoniło mi to "pipanie" przy przesłuchaniu i okropny hałas wytwarzany przez zardzewiały mechanizm noży piłujących drewno. Jeżeli takie emocje miała ta wystawa wywołać to się udało.
Obiad zjedliśmy w małej knajpce, niestety nazwy, ani adresu nie pamiętam, bo trafiliśmy tam przez przypadek. Mogę powiedzieć tylko, że było bardzo smacznie i niedrogo. A zjedliśmy prawdziwy niedzielny obiad, czyli rosół, ziemniaki, pierś z kurczaka i kapustę zasmażaną.
Po obiedzie poszliśmy nad Wisłę, przy okazji zwiedzając kościół i klasztor. Posiedzieliśmy sobie na murku aż nadeszła pora na koncert! Był to Koncert Muzyki Ukraińskiej i Łemkowskiej w Żydowskim Muzeum Galicja. Jak sama nazwa koncertu wskazuje była to skoczna muzyka biesiadna i bawiłem się o wiele lepiej niż myślałem. Zagrały dwa zespoły. Pierwszym był zespół Łemkowska Nuta:
A drugim był zespół Słowiany (link do facebooka: https://www.facebook.com/Slowiany):
Obydwie kapele musiały bisować, bo tak ich muzyka spodobała się publiczności.
W drodze powrotnej wstąpiliśmy na kebab i tak zakończył się czwarty dzień naszego pobytu w Krakowie. Na relację (krótką) z dnia piątego zapraszam wkrótce.
Pozdrawiam gorąco,
Dzień 4. - 27.07 - Obcowanie z kulturą!
W niedzielę, przedostatni dzień naszego pobytu, postanowiliśmy wybrać się do Muzeum Sztuki Współczesnej "MOCAK". Była tam wystawa pt. "zbrodnia w sztuce". Kto czytał moją książkę ten wie, że zbrodnia nie jest mi obca. I właśnie dlatego szedłem tam z dreszczykiem emocji (z dreszczami wyszedłem, ale o tym później). Zacznijmy od początku.
Żeby dostać się do tego muzeum musieliśmy przejść spory kawałek od przystanku. Oczywiście nie wiedzieliśmy jak dotrzeć na miejsce. Na szczęście miałem GPS, a koleś, który obwoził po mieście turystów takim śmiesznym meleksem, wskazał nam taką samą drogę jak moja nawigacja. MOCAK znajduje się na ulicy Lipowej 4, a ulica Lipowa znajduje się na konkretnym zadupiu. Zanim tam dotarliśmy, spotkaliśmy instalację stworzoną na Placu Bohaterów Getta. Były to krzesła zrobione z jakiegoś metalu (najwyraźniej albo niedrogiego, albo dobrze chronionego skoro nadal tam stały) rozstawione w równych odległościach.
I oczywiście musieliśmy sobie zrobić na nich zdjęcia. Nie muszę chyba mówić kto wygrał Grę o Tron.
A samo Muzeum składa się z kilku budynków, ale główny prezentuje się tak:
Wystawa "zbrodnia w sztuce" była tak dziwna, tak bardzo ryła mózg, że nawet nie mam żadnych zdjęć. Jakoś nie było głowy żeby cokolwiek fotografować. Może to i dobrze, bo wystarczą mi obrazy tego wszystkiego w pamięci. Zdjęcia morderców i ich ofiar, filmy opowiadające o zbrodni (ciężko nazwać filmem obraz rękawiczki gumowej napełnionej krwią, która pokazuje jak ginęli znani artyści), instalacje. Być może ja nie rozumiem sztuki współczesnej, ale powiem Wam, że piękna to się tam nie doszukałem. No bo o ile symbolika więziennych tatuaży może nam się przydać w komunikacji miejskiej, o tyle cela więzienna zrobiona z włóczki? Albo, z innej beczki, przesłuchanie kobiety, który zabiła swoją rodzinę w formie wyświetlanych na ścianie wyrazów, czasem zdań. Każde nowe słowo pojawiało się z charakterystycznym "pip" z głośników, co doprowadzało do szału. Dwa zardzewiałe noże przymocowane do koła, które kręcąc się wprawiało je w ruch. Całość skrzypiała tak bardzo, że nawet teraz mam ciarki jak o tym pomyśle. No i kulminacja całej wystawy. Małe pomieszczenie, oddzielone od reszty, w środku wielkie drewniane pudło i wystające z niego dwa druty, na końcu których umieszczono kurze łapki. Oczywiście Kamil nie mógł się powstrzymać i włączył to dziadostwo. Łapki zaczęły się ruszać na tych drutach powodując ogromny hałas i niesmak u oglądających. Był też fajny element. Jeśli wybieracie się do tego Muzeum i nie chcecie sobie psuć zabawy, to przerwijcie czytanie teraz i zacznijcie po następnym zdjęciu. Otóż, na samym końcu jednej z kondygnacji budynku Muzeum znajdowały się schodki w górę. Kilka stopni prowadzących do okien wychodzących na ogród i czegoś wyglądającego jak wewnętrzne oczko wodne. Nie wiedząc, że jest to część wystawy weszliśmy sobie po tych schodach, a w tym oczku leży sobie topielec. Wszyscy normalni ludzie się płoszyli, tylko ja zacząłem się śmiać.
Inne wystawy znajdujące się aktualnie w MOCAKu prezentowały obrazy wyglądające, na przykład, tak jak widzicie wyżej. Tutaj autor przedstawił nam to co widzi gdy patrząc na słońce bardzo mocno zmruży oczy.
Te dzieła były akurat bardzo fajne, bo takim życiowym prawdom, problemom z jakimi się spotykamy nadano formę powiadomień jakie wyskakują czasami w systemach Windows.
Był też sześcienny pokój, w którym słowo "między" zapisano w różnych kombinacjach liter. Po chwili stania wewnątrz zaczynało to działać na nerwy i podświadomie doszukiwałem się tam tych słów jak w wykreślankach.
Nie, to nie to co zostało po naszym niedzielnym obiedzie. Otóż jest to rzeźba (albo obraz, nie wiem), która wisi na ścianie w MOCAKu. To nie jest namalowane, ale przytwierdzone do blatu prawdziwego stołu. Wszystko co tam widzicie było używane podczas prawdziwego posiłku, a po jego zakończeniu artysta skrupulatnie to wszystko przymocował, zabezpieczył i powiesił na ścianie.
Nie mam pojęcia co to jest, ale jest fajne i mi się podoba. Jest to tak naprawdę jedyna rzecz wystawiona w MOCAKu (nie licząc sadzawki z topielcem), którą mógłbym mieć w domu.
Ludzie czasami pytają mnie co mam w głowie, bo piszę brutalnie, o smutnych rzeczach i takie tam. Nigdy nie chciało mi się im tego tłumaczyć, a po wizycie w Muzeum Sztuki Współczesnej nie muszę już nic mówić, wystarczy, że pokażę to zdjęcie:
To, według artysty, są czarne myśli. Tak wygląda człowiek, którego te myśli pochłaniają. Bardzo mi się to spodobało, ale nie wiem czy w pełni oddaje sposób w jaki takie czarne myśli wpływają na człowieka.
Po wyjściu z MOCAKa miałem ciarki na karku. Cały czas w uszach dzwoniło mi to "pipanie" przy przesłuchaniu i okropny hałas wytwarzany przez zardzewiały mechanizm noży piłujących drewno. Jeżeli takie emocje miała ta wystawa wywołać to się udało.
Obiad zjedliśmy w małej knajpce, niestety nazwy, ani adresu nie pamiętam, bo trafiliśmy tam przez przypadek. Mogę powiedzieć tylko, że było bardzo smacznie i niedrogo. A zjedliśmy prawdziwy niedzielny obiad, czyli rosół, ziemniaki, pierś z kurczaka i kapustę zasmażaną.
Po obiedzie poszliśmy nad Wisłę, przy okazji zwiedzając kościół i klasztor. Posiedzieliśmy sobie na murku aż nadeszła pora na koncert! Był to Koncert Muzyki Ukraińskiej i Łemkowskiej w Żydowskim Muzeum Galicja. Jak sama nazwa koncertu wskazuje była to skoczna muzyka biesiadna i bawiłem się o wiele lepiej niż myślałem. Zagrały dwa zespoły. Pierwszym był zespół Łemkowska Nuta:
A drugim był zespół Słowiany (link do facebooka: https://www.facebook.com/Slowiany):
Obydwie kapele musiały bisować, bo tak ich muzyka spodobała się publiczności.
W drodze powrotnej wstąpiliśmy na kebab i tak zakończył się czwarty dzień naszego pobytu w Krakowie. Na relację (krótką) z dnia piątego zapraszam wkrótce.
Pozdrawiam gorąco,
Nie zapomnijcie o możliwości zakupu mojej książki: http://www.goneta.net/przywrocony-swit-zmierzchu
I bądźcie na bieżąco śledząc ten profil na Facebooku: https://www.facebook.com/Przywrocony
Kamil Bednarek
8/11/2014
Relacja z wyjazdu do Krakowa - Dzień 3.
Dzień 3. - 26.07 - Wieliczka!
Trzeciego dnia postanowiliśmy opuścić Kraków i udać się do pobliskiej Wieliczki. Wsiedliśmy więc w autobus krakowskiego MPK i po mniej więcej trzydziestu minutach dojechaliśmy w okolice Kopalni Soli w Wieliczce. Było bardzo gorąco i chcieliśmy się jak najszybciej znaleźć pod ziemią. Byłem już kiedyś w tej kopalni, ale przez te kilka ładnych lat zmieniło się bardzo dużo. Budują wielką tężnię, jest jakiś plac zabaw jest, ładne chodniki wyłożone kostką. Naprawdę warto tam pojechać.
Stanęliśmy w kolejce. Były dwie. Jedna, bardzo krótka, dla obcokrajowców. Druga, dużo dłuższa, dla Polaków. Chcieliśmy wejść z obcokrajowcami, ale oni płacą sporo drożej za bilet (zdzierają z tych turystów na każdym kroku) i w końcu stanęliśmy w kolejce z Polakami. Przesuwała się dosyć szybko i wkrótce dotarliśmy do kasy. Przedtem jednak dostaliśmy taki zestaw: odbiornik krótkich fal radiowych i słuchawka mono. Dowiedzieliśmy się później, że to urządzenie służy do tego, by lepiej słyszeć przewodnika.
Przewodnik był starszy, gruby i lubił sobie pożartować. Schodziliśmy w dół drewnianymi schodami i robiło się coraz zimniej. Co bardziej przezorni (w tym moja dziewczyna) wzięli sobie jakieś bluzy czy swetry, ale Kamil uznał, że przecież nie będzie tam tak zimno i został w krótkich spodenkach i T-shircie. Przewodnik narzucił szybkie tempo i między nami, a resztą grupy utworzyła się spora przerwa. Para, która szła przed nami wyraźnie chciała nawiązać z nami znajomość i to było dosyć niepokojące... Ale mniejsza z tym. Doszliśmy na dół i tam padły słowa, które ugrzęzły w mej pamięci. Takie słowa powinny widnieć na pamiątkowych tablicach. Przewodnik w trakcie swojego monologu powiedział:
"Ściany są z soli. Można lizać wszystko, oprócz rzeźb i przewodnika"
"Jeśli się ktoś zgubi to szukamy tylko dwa tygodnie, potem koszty robią się za duże"
Weszliśmy w głąb kopalni. Samego zwiedzania nie będę Wam opisywał, a zdjęć nie ma, bo chcieli za to dodatkową dychę, więc zobaczycie tylko to co na lewo nam się udało pstryknąć kiedy przewodnik nie patrzył. Ściany rzeczywiście były słone i było coraz zimniej w miarę wchodzenia głębiej do wnętrza kopalni. Było tam mnóstwo rzeźb z soli, modele maszyn, które kiedyś tam pracowały, a nawet pokazy wyświetlane na ścianach.
Długo nam zajęło zwiedzenie całej trasy turystycznej. Mieliśmy oczywiście przerwy, ale tym razem już nikt z nas nie był przezorny i nie wzięliśmy ze sobą nic do jedzenia. Jak człowiek tak idzie i idzie to się robi strasznie głodny.
I już się uśmiecha na myśl o tym co zje po wyjściu z kopalni.
Długo nam zajęło zwiedzenie całej trasy turystycznej. Mieliśmy oczywiście przerwy, ale tym razem już nikt z nas nie był przezorny i nie wzięliśmy ze sobą nic do jedzenia. Jak człowiek tak idzie i idzie to się robi strasznie głodny.
I już się uśmiecha na myśl o tym co zje po wyjściu z kopalni.
Okazało się jednak, że w cenie biletu jest jeszcze zwiedzanie muzeum mieszczącego się pod ziemią. Zapłaciliśmy już za to, więc uznaliśmy, że trzeba wykorzystać bilet do końca. Dlatego wpadliśmy na pomysł zjedzenia obiadu w restauracji mieszczącej się w kopalni. Cwaniaki tym zarządzają, bo restauracja mieści się na trasie prowadzącej do wyjścia, więc trzeba przez nią przejść. Człowiek, po takim zwiedzaniu, jest wygłodniały jak wilk i zapachy unoszące się tam naprawdę na niego działają. Nieźle to pomyślane. Przyznam, że ceny nie są powalające. Spodziewałem się znacznie wyższych. Jedzenie dobre, a frytki wyglądają tak:
Po bardzo obfitym objedzie poszliśmy do muzeum. Pani przewodnik już nie była tak fajna i nie rzucała śmiesznymi tekstami. Oprowadzała tak szybko jakby się na autobus po robocie spieszyła. Co gorsza w muzeum było jeszcze zimniej, a ja dalej byłem w koszulce i krótkich spodniach. Kolejnym plusem dla ludzi, którzy nie lubią wydawać kasy, a jednak chcieliby mieć pamiątkę z Wieliczki są takie automaty do robienia zdjęć. Robią one fotkę i wysyłają na podanego przez nas maila.
Tak one wyglądają. Całkiem fajna pamiątka i za darmo :)
Po skończonym zwiedzaniu wyjechaliśmy windą na powierzchnię i znaleźliśmy się w zupełnie innym miejscu niż to, w którym zaczynaliśmy. Było dosyć blisko na rynek w Wieliczce, więc się tam udaliśmy i napotkaliśmy fajny malunek w 3D wykonany na chodniku.
Zjedliśmy lody (świderki są droższe niż w Krakowie!!!) i wróciliśmy do domu. Mieliśmy jeszcze iść na koncert Budki Suflera, ale był za późno i moglibyśmy mieć potem problem z powrotem do hostelu.
Tak zakończył się dzień trzeci. Relacja z czwartego, przedostatniego, wkrótce. Zapraszam do czytania i zapamiętajcie tak na przyszłość, że faceci nie lubią, gdy robi im się zdjęcia w trakcie posiłku, co zresztą widać po minie tego jegomościa:
Pozdrawiam gorąco,
Nie zapomnijcie o możliwości zakupu mojej książki: http://www.goneta.net/przywrocony-swit-zmierzchu
I bądźcie na bieżąco śledząc ten profil na Facebooku: https://www.facebook.com/Przywrocony
Kamil Bednarek
8/09/2014
Relacja z wyjazdu do Krakowa - Dzień 2.
Zapraszam na relację z drugiego dnia wyjazdu do stolicy małopolski.
Dzień 2. - 25.07 - Zwiedzamy!
Drugiego dnia pogoda znacząco się poprawiła i dlatego ruszyliśmy zwiedzać. Zanim jednak wyszliśmy z naszego hostelu musieliśmy poczekać aż nasi sąsiedzi zwolnią łazienkę, ale więcej o nich i o łazience wkrótce.
Wracając do zwiedzania. Oczywiście poszliśmy najpierw na Rynek. Tam mieliśmy przyjemność kupić pocztówki od kobiety, który jeszcze kilkaset lat temu za sam wygląd i zachowanie zostałaby spalona na stosie. Była tak dziwna, że po odejściu od jej kramiku miałem ciarki na plecach. Zaraz potem udaliśmy się do Wieży Ratuszowej:
To ustrojstwo ma mnóstwo wysokich i bardzo niewygodnych schodów. Niski korytarzyk nie ułatwia wspinania się po nich. W sumie fajne przeżycie, ale jak ktoś ma słabsze nogi to lepiej to zostawić na ostatni dzień wycieczki.
Po karkołomnym zejściu po schodach postanowiliśmy zwiedzić kościoły. Weszliśmy do kaplicy obok Kościoła Mariackiego. Kościół jak kościół, nie ma się co nad nim rozwlekać, ale jedna rzeczy była w nim wyjątkowo ciekawa. Przy wejściu dostawało się odtwarzacz mp3 z nagranym opisem tego miejsca. Fajne rozwiązanie.
Kościół Mariacki nie urwał siedzenia. Ja wiem, że to wielki zabytek i w ogóle, ale nie mój klimat. Ołtarz Wita Stwosza jest przytłaczający i w sumie ładny, ale tak jak mówiłem, nie mój klimat.
Potem doszliśmy do końca Traktu Królewskiego i zmieniliśmy go na Szlak Zabytków Żydowskich.Cały Kazimierz, jako dzielnica, jest bardzo ładny i urokliwy. Warto wybrać się na taki dłuższy spacer, ale trzeba uważać, bo łatwo się tam pogubić (co nam się kilka razy udało). Weszliśmy do Starej Synagogi, gdzie oczywiście musiałem założyć jarmułkę (tę śmieszną żydowską czapeczkę). Wewnątrz wygląda ona tak:
Ale wspominam o niej nie tylko dlatego, że jest ładnym zabytkiem. Kilkanaście metrów obok niej, po drugiej stronie na ulicy Szerokiej znajduje się pyszne jedzonko. Nie pamiętam dokładnego adresu, ale poznacie na pewno. Na czarnym szyldzie widać napis w stylu "Kuchnia Polska". Szefową jest tam pani w bardzo średnim wieku i jedzenie jest fantastyczne i niedrogie. Jadłem tam tak super żeberka, że byłbym w stanie pojechać do Krakowa jeszcze raz tylko na obiad. W dodatku mają tam cudowne pierogi z owocami. Jedliśmy z malinami i z czystym sercem polecam.
Wracając do zwiedzania to na Szlaku Zabytków Żydowskich spotkaliśmy oczywiście pełno synagog, ale oprócz tego są urokliwe uliczki, jak na przykład ta:
Dzień 2. - 25.07 - Zwiedzamy!
Drugiego dnia pogoda znacząco się poprawiła i dlatego ruszyliśmy zwiedzać. Zanim jednak wyszliśmy z naszego hostelu musieliśmy poczekać aż nasi sąsiedzi zwolnią łazienkę, ale więcej o nich i o łazience wkrótce.
Wracając do zwiedzania. Oczywiście poszliśmy najpierw na Rynek. Tam mieliśmy przyjemność kupić pocztówki od kobiety, który jeszcze kilkaset lat temu za sam wygląd i zachowanie zostałaby spalona na stosie. Była tak dziwna, że po odejściu od jej kramiku miałem ciarki na plecach. Zaraz potem udaliśmy się do Wieży Ratuszowej:
To ustrojstwo ma mnóstwo wysokich i bardzo niewygodnych schodów. Niski korytarzyk nie ułatwia wspinania się po nich. W sumie fajne przeżycie, ale jak ktoś ma słabsze nogi to lepiej to zostawić na ostatni dzień wycieczki.
Po karkołomnym zejściu po schodach postanowiliśmy zwiedzić kościoły. Weszliśmy do kaplicy obok Kościoła Mariackiego. Kościół jak kościół, nie ma się co nad nim rozwlekać, ale jedna rzeczy była w nim wyjątkowo ciekawa. Przy wejściu dostawało się odtwarzacz mp3 z nagranym opisem tego miejsca. Fajne rozwiązanie.
Kościół Mariacki nie urwał siedzenia. Ja wiem, że to wielki zabytek i w ogóle, ale nie mój klimat. Ołtarz Wita Stwosza jest przytłaczający i w sumie ładny, ale tak jak mówiłem, nie mój klimat.
Potem doszliśmy do końca Traktu Królewskiego i zmieniliśmy go na Szlak Zabytków Żydowskich.Cały Kazimierz, jako dzielnica, jest bardzo ładny i urokliwy. Warto wybrać się na taki dłuższy spacer, ale trzeba uważać, bo łatwo się tam pogubić (co nam się kilka razy udało). Weszliśmy do Starej Synagogi, gdzie oczywiście musiałem założyć jarmułkę (tę śmieszną żydowską czapeczkę). Wewnątrz wygląda ona tak:
Ale wspominam o niej nie tylko dlatego, że jest ładnym zabytkiem. Kilkanaście metrów obok niej, po drugiej stronie na ulicy Szerokiej znajduje się pyszne jedzonko. Nie pamiętam dokładnego adresu, ale poznacie na pewno. Na czarnym szyldzie widać napis w stylu "Kuchnia Polska". Szefową jest tam pani w bardzo średnim wieku i jedzenie jest fantastyczne i niedrogie. Jadłem tam tak super żeberka, że byłbym w stanie pojechać do Krakowa jeszcze raz tylko na obiad. W dodatku mają tam cudowne pierogi z owocami. Jedliśmy z malinami i z czystym sercem polecam.
Wracając do zwiedzania to na Szlaku Zabytków Żydowskich spotkaliśmy oczywiście pełno synagog, ale oprócz tego są urokliwe uliczki, jak na przykład ta:
Przyznacie, że wygląda trochę jak Toskania. Naprawdę przy pięknej pogodzie warto zwiedzić te uliczki. Jest tam sporo kawiarni, których wystrój przyciąga spojrzenia.
Obok muzeum, które znajduje się niedaleko Kazimierzowskiego Rynku naszym oczom ukazał się fantastyczny mural. Murale zawsze mi się podobały, obok kilku łódzkich przejeżdżam w drodze na uczelnie, więc ten od razu przykuł moją uwagę.
Było wybitnie gorąco tego dnia, więc wstąpiliśmy na herbatkę do Chader Cafe przy ul. Józefa 36. Świetne miejsce. Klimat Bliskiego Wschodu, klimatyczna muzyka, bardzo dobra herbata i kawa (i wi-fi darmowe!!). W środku również bardzo ładnie i w miarę romantycznie.
No i oprócz cudownej herbaty po marokańsku (w małym czajniczku z miętą i w szklankach również liście mięty) zamówiliśmy baklavę. No bo w żydowskiej dzielnicy wypada zjeść coś żydowskiego. Okazało się, że takie małe ciasteczko o wymiarach mniej więcej 3x3x3 cm miało w sobie tyle cukru, że aż się z niego wylewało. W życiu nie jadłem nic słodszego. Ale lokal polecam z czystym sumieniem, byliśmy tam później drugi raz :)
Na Rynku znaleźliśmy super szyldy z minionych lat. Pasowały tam idealnie i bardzo mi się spodobało, że nowi właściciele czy najemcy lokali nie mogą/ nie chcą ich zmienić.
Naszą wycieczkę po Szlaku Zabytków Żydowskich zakończyła wizyta na cmentarzu i tam również musiałem założyć jarmułkę.
Wieczorem przeszliśmy się na Wawel i spacer po nabrzeżu Wisły. Naprawdę w okolicach zachodu słońca jest tam jeszcze przyjemniej.
I teraz dalszy ciąg historii z łazienką. Wiem, że na to czekaliście. Wróciliśmy do domu z tego spaceru i pierwsze co chcieliśmy zrobić to się umyć. Niestety łazienka była zajęta. Trudno, poczekamy. Jednak nasi sąsiedzi nie uznali, że powinni się pospieszyć. Oprócz tego, że rano zajmowali ją dobrze ponad godzinę (dwie osoby), to jeszcze wieczorem musieli się dobrze doczyścić co też zajęło im dużo czasu. Pojawiły się nawet żarty z tego zajmowania łazienki i istnieje szansa, że oni je usłyszeli. Zawsze jak wracaliśmy to już na korytarzu ogarniał nas śmiech z tego zajmowania łazienki, a gdy tylko zobaczyliśmy zapalone światło to ataki śmiechu były wyraźnie słyszane. Ciekawe co oni sobie myśleli?
No mniejsza z tym. Dzień drugi dobiegł końca. Czytajcie i komentujcie jeśli nie chcecie podpaść temu panu:
Pozdrawiam Was gorąco i do zobaczenia w relacji z trzeciego dnia, która pojawi się już wkrótce!
Nie zapomnijcie o możliwości zakupu mojej książki: http://www.goneta.net/przywrocony-swit-zmierzchu
I bądźcie na bieżąco śledząc ten profil na Facebooku: https://www.facebook.com/Przywrocony
Kamil Bednarek
Subskrybuj:
Posty (Atom)




