Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą potwór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą potwór. Pokaż wszystkie posty

11/22/2015

Opowiadanie #10 - "Błąd"

Dziady, Wszystkich Świętych, Halloweeny i inne takie już za nami, ale takie opowiadanie kiedyś tam mi się napisało, na jakiś śmieszny konkurs, w jeszcze śmieszniejszej internetowej gazetce i teraz wreszcie mogę je opublikować. Zapraszam do czytania!

Mam kilka tematów pod pitolenie w "życie boli", więc dla tych, którzy lubią ten cykl w niedługim czasie coś się pojawi.

Błąd



- Musimy kupić dynie! - niewysoka brunetka wpadła do szatni z radosnym okrzykiem.
- Po co ci dynie? - zdziwił się wysoki chłopak w długich włosach.
- Jak to po co? Mariusz, jest Halloween! - opowiedziała śliczna blondynka, której długie włosy niemal rozświetlały szkolną szatnię.
- Serio? Chcesz świętować tę maskaradę prosto z US i A? - niski, rudawy chłopak podniósł się z ławki i zawiesił skórzaną kurtkę na wieszaku.
- Na a co w tym złego, Łukasz? Znowu masz jakiś problem? - brunetka spojrzała na niego z niechęcią.
- Nie, Maja, ja nie mam żadnego problemu. Jeśli chcesz trwonić pieniądze na jakieś głupie dynie czy przebrania to jest to twoja sprawa.
- To na kostiumową imprezę też się nie wybieracie chłopaki? - blondynka zapytała zalotnie.
- Nie, Sandra - poderwał się chłopak w dresach, który miał na sobie bluzę z kapturem. - My jesteśmy patriotami i chcemy zorganizować Dziady.
- Dziady? Te co były na polskim? - zdziwiła się Maja.
- Eh, dziewczyno - westchnął Łukasz. - Twoja koleżanka ma jaśniejsze włosy, ale nie zadaje tak głupich pytań jak ty. Mickiewicz w „Dziadach” opisał rytuał, ale to tylko książka. My wiemy o tym wiele więcej i zamierzamy patriotycznie, po słowiańsku, spędzić tę noc, a nie pajacować w jakimś kostiumie pirata.
Dziewczyny spojrzały na siebie wyraźnie zaintrygowane. Rozległ się dzwonek i młodzież niespiesznie udała się na lekcje.

            Po południu licealistki wyszły ze szkoły i udały się na przystanek autobusowy. Dziewczyny zauważyły, że trójka chłopaków, z którymi rano rozmawiały, stoją za przystankiem i palą papierosy. Od razu podeszły do nich.
- Hej chłopaki! - radośnie zaczęła Sandra. - Nie szukacie może pomocy w organizacji tych Dziadów?
- A kto niby miałby nam pomóc? - odparł zaskoczony Seba.
- No może my… - Maja lekko się zawahała. - Ale musicie nam coś więcej powiedzieć o tym co planujecie.
Panowie porozumiewawczo wymienili spojrzenia. Kiwnęli do siebie głowami i Łukasz zaczął mówić:
- Dziady to obrzęd, który pomaga przybywającym na ziemię duszom. Otóż, z trzydziestego pierwszego października na pierwszego listopada na ziemię wracają duchy naszych przodków. A w tradycji słowiańskiej oczywistym jest, że gości trzeba ugościć. Dlatego w tę noc organizuje się coś co wy możecie nazwać imprezą. Organizowało się ucztę na cmentarzu, podczas której karmiło się i poiło duszę oraz samemu też się bawiło.
- Tak robią cyganie? - zdziwiła się Sandra.
- No mniej więcej. W trakcie tej uczty trzeba rozlewać i upuszczać na ziemię potrawy oraz rozpalić ognisko. W sumie mogłybyście nam pomóc w przygotowaniu potraw. Są potrzebne kasza, jajka, kutia i co tam jeszcze wymyślicie, byle tylko było staropolskie. My zajmiemy się napojeniem dusz.
- Mówiłeś, że to ma być na cmentarzu, tak? - zapytała Maja.
- Zgadza się. Mamy już upatrzony taki, po którym nikt się nie kręci. No i przydałby się jeszcze jakiś menel, jako łącznik między nami i duchami, ale to nie jest konieczne.
- Wszystko macie opracowane?
- Tak - wtrącił Łukasz. - Pozostają tylko potrawy, którymi wy byście się mogły zająć. No i potem w sobotę idziemy na cmentarz.
- Myślę, że możemy się w to pobawić! - zaśmiała się Sandra, Mariuszowi błysnęło w oku.
- To jesteśmy w kontakcie, a widzimy się w sobotę - pożegnał się Łukasz.
Chłopcy wsiedli do autobusu, a dziewczyny poszły do domu pieszo. Gorączkowo rozmawiały o tym, która co będzie gotować i co założą na taki wieczorny melanż na cmentarzu. Nie bardzo lubiły chłopaków, którzy organizowali Dziady, ale podniecała je taka propozycja. Czuły dreszcz emocji na karku kiedy myślały o nocy na cmentarzu. Lubiły imprezować, ale taka odmiana od Halloween w klubie na pewno musiała być interesująca. Niebezpieczeństwo kusiło je niewymownie. 

            Sobotni wieczór był lekko mglisty, ale w miarę ciepły. Słońce dawno już zaszło, ale warstwa chmur nie pozwalała na pojawienie się na niebie księżyca. Ewangelicki cmentarz oddalony nieco od centrum miasta pogrążony był w całkowitej ciszy. Bramy już zamknięto. I tak nikt tego miejsca nie odwiedzał, zwłaszcza po zmroku. Pięć ubranych na czarno postaci wysiadło z tramwaju z pakunkami i poszło wzdłuż cmentarnego parkanu. Nie chcieli przekradać się przez bramę, którą było widać z ulicy. Seba już wcześniej znalazł lepsze miejsce do wejścia na teren nekropolii. W jednym miejscu obok parkanu stał śmietnik. Wystarczyła się na niego wdrapać i po prostu przeskoczyć na drugą stronę. Nie było wysoko, więc nawet dziewczyny nie będą miały z tym problemu. Paczka dotarła na miejsce. Widać było, że są podekscytowani. W oczach im błyszczało, a w torbach dzwoniły butelki. Pierwszy na teren cmentarza dostał się Łukasz, który odebrał pakunki od Mariusza. Potem pomogli zejść dziewczynom. Seba wskoczył jako ostatni rozglądając się czy nikt ich nie widział. Chłopak, który znalazł miejsce do wejścia na cmentarz, wybrał też odpowiedni grób. Był to pomnik jakiejś pani, która zmarła w podeszłym wieku. Litery na tablicy zamazały się na tyle, że ciężko było cokolwiek przeczytać. Grób znajdował się obok skrzyżowania dwóch alejek. To też było elementem rytuału Dziadów. Na skrzyżowaniu trzeba było rozpalić ognisko. Drewno już wcześniej przygotowali. Rozłożyli koce obok pomnika. Na samej płycie dziewczyny szybko porozstawiały przygotowane potrawy i plastikowe talerze. Chłopaki postawili pół litra czystej i kubeczki. Mariusz rozpalił ognisko, niewielkie, ale też nie chcieli zwracać na siebie uwagi.
- Możemy zaczynać - spokojnie powiedział Łukasz. - Powinien teraz wystąpić menel, ale żadnego w tramwaju nie było, więc sami to zrobimy. Powtarzajcie za mną. Dusze, które w czyśćcu cierpicie, chodźcie do nas i się posilcie. Ugościć was dzisiaj wypada, inaczej biada nam, biada. Wszystko co na tym stole zrobione na waszą wole. Dziś chodźcie do ognia dusze cierpiące, my was ugościm w waszej bolączce.
Wszyscy zgodnie powtórzyli i przeszły ich ciarki. Nic się nie wydarzyło. Znicze, które zapalili na grobie żeby lepiej widzieć, nie zgasły. Wiatr nie zrzucił nawet plastikowych kubeczków. Nie stało się absolutnie nic, a mimo to nie byli już tak odważni jak na początku.
- No to teraz możemy jeść i pić - Łukasz przerwał niezręczną ciszę. - Tylko pamiętajcie o tym żeby ulewać i zrzucać na ziemię to co jecie i pijecie. To bardzo ważne.
- Jasne, mówiłeś to już - wtrącił Seba już trzymając w dłoniach butelkę.
- Zacznijmy od jednego to się zrobi cieplej - nieco nieśmiało rzuciła Sandra.
Jej piękne, długie i jasne włosy wystawały spod szarej czapki i spadały na czarny płaszcz. Płomienie zniczy odbijały się w jej cudownych zielonych oczach niemal tańcząc. Nie pasowała do tego ponurego cmentarza. Wprowadzała tutaj za dużo ciepła, za dużo światła. Zupełnie tak jakby anioł nagle znalazł się w piekle. Maja, druga z dziewczyn, nie była tak urodziwa. Nie miała tak posągowej urody. Była przeciętna, ciemne krótkie włosy nie dodawały jej uroku. Miała na sobie czarną kurtkę i komin w takim samym kolorze. Ona mogłaby zostać częścią takiego jesiennego krajobrazu, ale nie Sandra. Ona była wiosną, latem, ale nie była niczym co wiąże się ze smutkiem.
- To bardzo dobry pomysł, Sandra - Seba polał wszystkim i wypili pierwszą kolejkę.
Potem od razu drugą. Maja wykrzywiła się, a jej koleżanka nawet nie popiła. Rozpoczęły się Dziady zorganizowane przez piątkę młodych ludzi. Jedli, pili, rozmawiali, ale pamiętali o duszach, które wpadły na poczęstunek. Upuszczali i ulewali sporo. Mariusz był odpowiedzialny za ognisko, które nie mogło zgasnąć w trakcie obrzędu. 

            Noc mijała. Panowie postarali się i przynieśli więcej wódki niż było konieczne dla dobrego nastroju w tak ponurym miejscu. Maja już dawno zasnęła na ławce obok pobliskiego pomnika. Okryli ją kocem, a sami bawili się dalej. Dużo rozmawiali, choć teraz ciężko było trzeźwej osobie zrozumieć o czym. Sandra potrafiła wypić, dotrzymywała tempa chłopakom. W końcu jednak sama powiedziała dość, nie zostało już też wiele alkoholu. Mgło zgęstniała. Zrobiło się niemal całkowicie szaro. Pochłonięci rozmowami i spożywaniem alkoholu zapomnieli o ognisku. Byli zresztą przekonani, że jest już grubo po północy i noc Dziadów dobiegła końca. Nie było. Ogień powoli gasł. 

            To dziś. Dziś jest ta przeklęta noc. Pogański obyczaj, który praktykowały te ciemne masy. Jak tak można zakłócać spokój dusz i mamić je jakimiś ognikami. Ale zaraz… Co to tam? Co to tam w oddali świeci? Takie mdłe, jasne światełko, tuż obok, zaraz przy drodze. Ledwo je dostrzegam, ale jakby robiło się coraz jaśniejsze. Jakby ogień się rozpalał. Ale tutaj, gdzie ja trafiłem nie ma ognia… Co to tam? Tutaj jest tylko ciemność i bardzo dobrze, lubię ciemność, ten mrok jest taki jak moja dusza. Co to tam? Całkiem jasno? Muszę sprawdzić, może… Może! Tak! Tak!

Maja zerwała się z ławki na równe nogi. Z mgły dobiegł dźwięk podobny do śmiechu. Brzmiał jednak bardziej gardłowo i bardziej złowieszczo. Dziewczyna podbiegła do grupy, która również to słyszała i jakby od razu otrzeźwiała. Pakowali już to co przynieśli ze sobą. Nie zamierzali sprzątać, brali tylko to co konieczne. Chcieli stamtąd uciekać jak najdalej i jak najszybciej.
- Kurwa, gdybym tylko ja to słyszał to by znaczyło, że za dużo w siebie wlałem… - Łukasz pokręcił głową.
- Nawet ja to słyszałam, a spałam - dodała Maja.
- Może to był jakiś pies czy coś… - niepewnie wtrąciła Sandra.
- Psy się nie śmieją, a przynajmniej nie w taki sposób - Seba już kierował się w stronę parkanu.
- Jak wyjdziemy?
- Prawie tak jak weszliśmy, tylko teraz wejdziesz na tablicę, a nie na śmietnik.
- Na grób?
- A widzisz tutaj coś innego? Nie ma czasu, spierdalajmy stąd jak najdalej!
Wyszli wszyscy. Pobiegli w stronę przystanku tramwajowego. Mieli szczęście, bo akurat podjechał tramwaj, co w nocy nie zdarza się tak często. Pojechali do domów i od razu znaleźli się w łóżkach. Po drodze nie rozmawiali o tym dziwnym zjawisku, które pojawiło się w mgle. Nie wiedzieli co się stało i nie próbowali się tego dowiedzieć. Woleli o wszystkim zapomnieć i liczyć, że to tylko pijackie przywidzenie.

Ponownie zobaczyli się dopiero w poniedziałek w szkole. Nie poruszali tematu Dziadów. Udawali, że nic nie miało miejsca i rozmawiali, dość sztucznie, o wszystkim innym. Po lekcjach jednak  spotkali się i postanowili pogadać w parku o tym co tam dokładnie się stało.
- Słyszeliśmy czyjś śmiech, tak? - zapytała Maja.
- No coś co mogło brzmieć jak śmiech przy odrobinie interpretacji - odpowiedział Mariusz.
- Wszyscy słyszeli to samo? - dziewczyna ciągnęła dalej.
- No tak, to już ustaliliśmy. Tylko co nam da rozpamiętywanie tej sprawy?
- Pamiętacie te wszystkie amerykańskie horrory? Zrobili coś złego, nie próbowali tego naprawić i potem dosięgała ich zemsta - Maja była coraz bardziej zdenerwowana.
- Mówisz o „Koszmarze minionego lata” i innych takich? - zapytała zaskoczona Sandra.
- Dokładnie! Wszystko układa się tak jak tam…
- Pierdolisz - uciął Seba. - Nic się tak nie układa. W ogóle nie wiemy nawet co się stało. To mogło być cokolwiek. W takiej mgle gówno było widać. Nie ma po co tam wracać i marnować czasu. Jeszcze ktoś się do nas doczepi.
- Ognisko zgasło… - Łukasz szepnął bardziej do siebie niż do reszty grupy.
- Co?
- Ognisko zgasło. Nie było już czego dołożyć, a poza tym byłem zbyt pijany.
- Było już po północy… Zresztą to tylko taka zabawa. Przecież od setek lat nikt w to nie wierzy - Mariusz pokręcił głową.
- Nie było po północy. Tramwaj był siedem po dwunastej, ale przecież zanim się spakowaliśmy, dobiegliśmy do przystanku, a jeszcze chwilę czekaliśmy - ciągnął Łukasz.
- To tylko zabawa. Zabobony, które nie mają znaczenia! - Mariusz krzyknął. - Naprawdę uwierzyliście w to, że jak porozrzucamy żarcie po ziemi to jakieś dusze przylezą i to zaczną żreć?! To była zabawa. Mieliśmy się najebać w trochę innych okolicznościach niż zazwyczaj. Nikt nigdy nie mówił, że jakieś duchy w ogóle do nas przyjdą i nie ma co się nad tym zastanawiać. Jasne?!

Cóż ten dzieciak wygaduje? Zabobon? Może i zabobon, ale i one potrafią być skuteczne. Otto von Backen powrócił do tego świata i pobawi się z tymi, którzy mu na to pozwolili. Pobawi się tak jak wiele lat temu z dziećmi w tym wszawym miasteczku. 

- Jasne, Mariusz, dla mnie to od początku było jasne - wtrącił Seba.
- Łukasz? To, że ci zgasło ognisko to jeszcze nic takiego. Ważne żeby ci konar zapłonął jak będzie trzeba…
- I nie spalił się za szybko - zaśmiał się Seba, kończąc żart kolegi.
- Drogie panie - Mariusz zwrócił się do dziewczyn. - Czy możecie przestać panikować i wrócić do świata żywych zamiast zajmować się duchami?
- No… Niech będzie - Maja machnęła ręką z rezygnacją.
- Tak, nie będziemy już - dorzuciła z czarującym uśmiechem Sandra.
            Co to tam? Cóż za uśmiech… Cóż za uroda… Niespotykana, posągowa, bogini.
- No to idziemy do domu, bo piździ - zakończył Seba i wszyscy się rozeszli.

            Na początek ich trochę postraszymy. Otto von Backen musi wykorzystać to, że jest duchem. Postraszymy ich, a dopiero potem… Tak! Tak właśnie zrobimy. Najpierw ten, który dał światło. On najpierw. Trzeba mu podziękować. Otto von Backen jest dobrze wychowany i wie jak trzeba podziękować. Najpierw on, potem ta czarna. Ona dostarczy dużo zabawy…

            - Mamo! - krzyknął Łukasz wchodząc do domu. - Nie jem dziś kolacji. Muszę zrobić prezentację do szkoły i nie mam czasu.
Nie usłyszał odpowiedzi, ale zdjął buty i kurtkę i zatrzasnął za sobą drzwi swojego pokoju. Rozsiadł się wygodnie prze komputerem, którego nawet nie wyłączał. Zarzucił nogi na biurko i założył słuchawki. Odpalił grę i natychmiast wsiąknął w świat rozgrywki. Jakiś dziwny cień przemknął za jego plecami. Zobaczył go kątem oka, ale nie przejął się. Musiał być skupionym na rozgrywce. W pokoju zrobiło się chłodniej. W przerwie między rundami sprawdził czy okna są zamknięte. O dziwo były, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bo musiał grać dalej. Światło w lampce zaczęło drżeć, na chwilę zgasło.
- Kurwa, nie teraz! - syknął przez zęby i grał dalej.
Srebrzyste pasy przemknęły przez monitor, ale nie wywołały żadnej reakcji poza kolejnym przekleństwem. 

            Co to tam? On nie reaguje na nic, jest poza tym światem. Nie będzie tak pogrywał z Otto von Backenem. Oj nie będzie. Mieliśmy go tylko wystraszyć, ale w takiej sytuacji… Tak! Myślę, że moglibyśmy… Moglibyśmy go… zabić! Tak! Zrobimy to za chwilę. Tak jak dawniej, tak jak dawniej. Tak będzie najlepiej.

- Co się dzisiaj dzieje!? No nic mi nie wchodzi! - krzyknął Łukasz i huknął pięścią w biurko.
W pokoju zrobiło się zupełnie ciemno i chłodno. Łukasz zaczął się pocić, brakowało mu tchu. Powietrze grzęzło mu w gardle, coraz trudniej mu się oddychało. Wreszcie zrzucił z głowy słuchawki i chwycił kołnierzyk koszulki. Rozchylił go i próbował łapać powietrze coraz bardziej łapczywie. Oczy podeszły mu krwią, żyły wyszły na twarzy. Zrobił się całkiem siny i wreszcie opadł na biurko. Głowa wpadła w klawiaturę, a straszliwy wyraz twarzy pozostał na jego martwym obliczu. Kiedy po kilku godzinach do pokoju weszła jego matka rozległ się wyłącznie krzyk, który zbudził wszystkich mieszkańców bloku.

            Ahh, jak nam tego brakowało… Otto von Backen powrócił i to tak jak w dawnych czasach. Te oczy, te żyły… Ahh, gdybym tylko był cielesny. Gdyby nie brak ciała to nie zostawiłbym go tak szybko. Oj nie! Ale teraz czas na nas…

- Jak to się stało? - zapytała wstrząśnięta Maja.
- Podobno uduszenie. Tak mówiła wychowawczyni - smutno odparł Mariusz.
- Kurwa… - Seba pokręcił głową.
- To na pewno ma jakiś związek z…
- Zamknij się! - ryknął Mariusz przerywając Mai w pół zdania. - Nic nie ma wspólnego z niczym! To był zbieg okoliczności. Po prostu miał pecha ktoś go udusił. Może to jakiś morderca, w końcu mieszkamy w dużym mieście i tutaj może się to przytrafić. Nie ma co panikować!
- Racja, nie denerwuj się - Sandra poklepała go po plecach, od razu się uspokoił.
- Nie ma co się podniecać - wtrącił się Seba. - Nic nam to nie da. Chłopak miał pecha i koniec.
- Wiecie co ja myślę? - Maja lekko podniosła głos. - To nie był żaden przypadek i nic sobie nie dam wmówić. Czytałam o tym wczoraj wieczorem jak tylko się dowiedziałam co się stało. Nasz ogień, który zgasł w trakcie Dziadów, miał nie tylko sprowadzać dusze, ale także chronić przed tymi złymi. Zgasł, więc złe mogły też do nas dotrzeć i widocznie jedna z nich musiała udusić Łukasza.
- Ty masz coś pod tą czarną grzywką? - zapytał ostro Mariusz. - Nie istnieją ani dobre, ani złe duchy, które by właziły przez ogniska!
- Możecie mi nie wierzyć, ale ja swoje wiem! - krzyknęła i pobiegła.

            Co to tam? To tak się znaleźliśmy znowu w tym świecie? Hmm, dobrze wiedzieć. Ale ta dziewczynka wie zbyt dużo i zbyt często otwiera swoje wąskie ustka. Wieczorem, tak… wieczorem odwiedzimy ją i pobawimy się z nią jak za dawnych lat. Tak! tak…

- Ja im udowodnię! - Maja wpadła do domu zapłakana. - Udowodnię im i pokażę im tego upiora! Będą wiedzieli, że to nie są żarty i że to on zabił Łukasza. Nie będą się ze mnie wyśmiewać!
Usiadła przy komputerze i zaczęła szukać w Internecie jak dostarczyć dowodów istnienia ducha. Znalazła mnóstwo sposobów, ale najszybciej mogła skorzystać tylko z jednego. Musiała zrobić duchowi zdjęcie. Wzięła więc telefon do ręki i wrzeszcząc na ducha robiła zdjęcia ciemnego pokoju. Flesze rozświetlały mrok.

            Co to tam? Co to za urządzenie? Nic nam to nie robi, ale dziewczynka chciałaby żeby było inaczej. Tak. Chciałaby się nas pozbyć, ale tym urządzeniem tego nie zrobi. Zobaczymy co to tam.

- Pokaż się, morderco! - krzyczała. - Pokażę im, że istniejesz! Pokaż się! Wiem, że tu jesteś! Czuję to zimno, pokaż się, śmieciu!
Lampa błyskowa oślepiała raz za razem, a Maja miała coraz większe problemy z oddychaniem. Powietrze grzęzło jej w przełyku i nie chciało wpaść do płuc. Otwierała usta coraz szerzej i łykała hausty powietrza, ale nic to nie dawało. Zaczęło jej się kręcić w głowie. Przewróciła się i telefon wypadł jej z dłoni. Leżała na podłodze w ciemnym pokoju. Dłonie błądziły po szyi, na której żyły nabrzmiewały bardziej z każdą sekundą. Szukała też telefonu. Wreszcie udało jej się znaleźć urządzenie, wysłała wszystkie zdjęcia do Sandry i jej przekrwione oczy wywróciły się w tył. 

            Nie mamy ciała. A ona leży taka piękna. Brakuje tego. Teraz kiedy już się nie rusza, nie oddycha, ale nie jest jeszcze zimna. Ahh… Że też nie ma sposobu żeby ciało wróciło, choćby we fragmencie. Wredny los pozwolił Otto von Backenowi cieszyć się powrotem tylko w połowie. Ale co to tam, trzeba się cieszyć i z tego. Chociaż w połowie bawimy się znakomicie.
- To już nie są żarty! - rozpłakała się Sandra. - Ona mi to przysłała, a potem…
- Musimy działać zanim psy do nas dotrą - Seba palił zdenerwowany. - Pokaż mi te zdjęcia.
- No widać wszystko… - Mariusz pokręcił głową. - No widać, wysoki, chudy, wąsy, pekaesy, mundur pruski, no ewidentnie jakiś Niemiec.
- Co myśmy, kurwa, zrobili…
- Trzeba szybko zadziałać. Policja będzie chciała cię, Sandra, przesłuchać. Na pewno, bo w końcu Majka do ciebie przysłała zdjęcia.
- Co ja im powiem? - załkała. - Przecież nie powiem, że piliśmy na cmentarzu i wywołaliśmy ducha…
- Dobra, ochłońmy - Mariusz objął ją delikatnie. - Nie ma co tracić czasu na chodzenie do szkoły. Musimy poszukać informacji o tym co zrobić. Proponuję żeby Seba poszukał w internecie, a ja z Sandrą pójdziemy do biblioteki. Trzeba szukać wszystkiego.
- Nie - wtrącił Seba. - Zanim zaczniemy szukać jakichkolwiek informacji to warto chyba sprawdzić nazwiska na grobach. Może w tych książkach będą nazwiska, które pojawiają się na grobach.
- No racja - Mariusz pokiwał głową. - Czyli ty idź na cmentarz, ja idę poszukać informacji w necie, a Sandra idzie do biblioteki. Zgadza się? - obydwoje potwierdzili. - No to dobrze, tylko musimy być cały czas w kontakcie, bo ten Niemiec ma nas na oku.
- Ale on dopiero wieczorem atakuje - Sandra cicho szepnęła. - A jest dopiero rano.
- Nie ma co ryzykować. Lepiej żebyśmy wiedzieli co się dzieje. Może damy radę jakoś zapobiec najgorszemu.

            Młodzi rozeszli się przygnębieni. Sandra cieszyła się w duchu, że wysłali ją do biblioteki. Miała nadzieję, że w miejscu publicznym nic jej nie grozi. Śmiertelnie się bała tej bladej i mrocznej postaci, którą zobaczyła na zdjęciu. Nie chciała umierać. Przestała o tym myśleć kiedy znalazła się w bibliotece. Weszła między regały i rozpoczęła poszukiwania. Zaczęła od historii miasta. Wiedziała, że skoro on leżał na tym cmentarzu to musiał tutaj mieszkać. Napisała wiadomość, że dotarła do celu bez kłopotów i zaczęła szukać informacji.

            W tym samym czasie Seba przeskakiwał parkan cmentarza. Odnalazł skrzyżowanie, przy którym rozpalili ognisko i przeglądał pomniki. Na starych, poniemieckich tablicach ciężko było dostrzec napisy. Starał się jednak i za każdym razem gdy udało mu się coś odszyfrować wysyłał dane do swoich znajomych. Tylko z kilku bardzo starych mogił nie mógł nic odczytać. Szybko zrobił to co do niego należało i udał się w drogę powrotną. Nie chciał przebywać na cmentarzu dłużej niż to konieczne. Już śmierć Łukasza przeraziła go, choć tego po sobie nie pokazywał. Kolejna śmierć i zdjęcia tego upiora wytrąciły go z równowagi zupełnie. 

            Co to tam? Dlaczego te dzieci cały czas wpatrują się w te obrazki? Całe wieczory siedzą i wciskają przyciski gapiąc się w te zmieniające się ciągle obrazki. Ten chłopiec szuka czegoś. Dostaje informacje na to małe, płaskie urządzenie i szuka ich na tym większym. Potrafimy odczytać niektóre nazwiska. Znamy tych ludzi, oni żyli w naszych czasach. Czyżby szukali nas? Tak… Tak! Na pewno szukają nas. Nie można na to pozwolić.

            Mariusz szukał nazwisk, które Seba odczytał z tablic nagrobnych. Byli to zwyczajni ludzie i ciężko było znaleźć o nich jakiekolwiek informacje. Był spięty. Bał się tego co się wydarzyło z jego znajomymi i tego upiora, którego zdjęcia zobaczył. Otworzył okno, mimo deszczu. Nie chciał żeby chociaż przez chwilę zrobiło mu się duszno. Mógłby wtedy spanikować. Wiedział przecież, że ofiary się dusiły. Udawał racjonalnego i mądrego chłopaka, często dyskutował i popisywał się swoją wiedzą, ale tak naprawdę to wierzył w przesądy i bardzo się bał zjawisk paranormalnych. Nigdy nie oglądał horrorów, bał się po nich spać, a teraz sam występuje w jednym z nich. Zaśmiał się nerwowo i szukał dalej. Nic mu nie pomagała lista nazwisk z cmentarza. Już bardziej informacje z kronik od Sandry, ale mimo wszystko niewiele znaleźli. Poczuł, że robi mu się duszno. Otworzył okno na szerz i nabierał powietrza. Oddychał tak głęboko aż zakręciło mu się w głowie. Nagle poczuł mocny uścisk w gardle. Pociemniało mu przed oczami, mocniej chwycił się ramy okna. Próbował opanować panikę, ale to nie pomagało. Dusił się, dusił się coraz bardziej. Nie miał już siły walczyć o każdy najmniejszy wdech. Przechylił się przez parapet i wypadł z ósmego piętra. Wylądował na daszku nad wejściem do klatki schodowej.

            - W książkach znalazłam tylko wzmiankę o mordercy, który dusił dzieci, a potem je gwałcił jakieś dwieście lat temu. Nie było nawet jego nazwiska - Sandra mówiła zrezygnowana. - Ale zajrzałem też do innej książki, tak żeby dowiedzieć się czegoś więcej o tych Dziadach. Tam napisali, że kiedy ogień zgaśnie to zło może się przedostać do naszego świata, bo działa to tak jakby w ich mrocznym świecie się otworzyły drzwi. No i nie pisali tam jak coś z nimi zrobić, ale dowiedziałam się, że na wschodzie, na Podlasiu przy granicy jeszcze się te obrzędy praktykuje i tam są  kobiety, które potrafią odesłać taką zmorę z powrotem.
- No to dużo wiem - odparł Seba. - Tylko co z Mariuszem? Nie odzywał się od dawna.
- Słyszałeś te syreny?
- Tak i myślę o najgorszym.
- Ja też… Eh, musimy jechać na wschód i to szybko.
- Musimy zobaczyć co z nim. Chodź pod jego blok, a potem pojedziemy na dworzec i znajdziemy jakiś pociąg. 

            Nie musieli podchodzić zbyt blisko żeby zobaczyć co się stało. Światła wozów strażackich, karetek pogotowia i radiowozów widać było z daleka. Widzieli też tłum gapiów i otwarte na szerz okno na ósmym piętrze. Seba doskonale wiedział, że to okno pokoju Mariusza.
- No to idziemy na dworzec - westchnęła Sandra.
- Tak - odparł wstrząśnięty Sebastian.

            Nie minęła godzina, a już siedzieli w pociągu. Jechali do Lublina, tam mieli przesiąść się w autobus i dojechać do Modliborzyc, w okolicy których podobno miała mieszkać stara kobieta zajmująca się leczeniem ziołami, odpędzaniem złych duchów i innymi tego typu rzeczami. Tego dowiedzieli się już w pociągu od kobiety, które wracała w rodzinne strony na weekend. W pociągu nie działo się nic konkretnego. Czuli jednak jakąś dziwnie przytłaczającą atmosferę i mimo słonecznej pogody czuli chłód. Nie wiedzieli czy to wyobraźnia płata im figle czy rzeczywiście upiór cały czas jest obok nich. Woleli się tego nawet nie domyślać. Nie rozmawiali zbyt dużo. Byli zbyt wstrząśnięci wydarzeniami z ostatnich dni. Seba patrzył tylko pustym wzrokiem na przesuwający się za oknem krajobraz. Rozklekotanym pekaesem dojechali na miejsce. Wysiedli tam, gdzie wskazała im kobieta z pociągu i udali się wąską ścieżką prowadzącą przez las. Według wskazówek tej kobiety spacer ścieżką miał zająć im pół godziny. Niestety szli już grubo ponad godzinę i nic nie znaleźli. Nie było starego płotu, ani drewnianej chaty. Niczego, o czym ta kobieta mówiła.

            Co to tam? Pamiętamy te zapachy, już tutaj kiedyś byliśmy. Na jakiś czas. To był przyjemny czas… Tutaj nikt nas nie ścigał. Nikt. Szkoda, że trzeba było wracać. A teraz te dzieci tutaj przyjechały. Miło z ich strony. Cieszymy się z tego. Idą tą znajomą ścieżką. Ciekawe czy to nadal jest tak przyjemne.

            Sebastian nagle zatrzymał się i złapał za gardło. Posiniał momentalnie, próbował coś z siebie wykrztusić, ale nie udało mu się to. Przerażona Sandra podbiegła do niego. Oczy chłopca podeszły już krwią, łapał powietrze walcząc o życie. Upadł. Dziewczyna próbowała mu pomóc. Odchyliła głowę Seby żeby ułatwić mu oddychanie, ale to nic nie dało. Chłopak dusił się i nie można było tego uniknąć. Po kilkunastu sekundach zgasł w jej objęciach. Zapłakana dziewczyna odepchnęła od siebie zwłoki. Poderwała się i przerażona biegiem ruszyła wąską ścieżką. Wysokie trawy i nisko zwisające gałęzie szarpały jej ubranie i skórę. Nie zwracała na to uwagi, po prostu biegła przed siebie. Potykała się raz po raz, ale gnana śmiertelnym strachem podnosiła się i parła naprzód. Zatrzymała się dopiero kiedy przed jej oczyma wyrósł stary, chybotliwy drewniany płot. Serce chciało wyskoczyć jej z piersi, płacz dławił w gardle, ale uśmiechnęła się widząc starą chatynkę. Niemal przefrunęła przez furtkę i podbiegła do niewielkich, odrapanych drzwi i zastukała głośno. Stare drzwi skrzypnęły i uchyliły się. Sandra weszła wolno do środka i spostrzegła w kącie jakąś niewielką postać.
- Dzień dobry… - zawołała ochrypłym od płaczu głosem, ale postać nawet nie drgnęła.
Podeszła więc bliżej. Podłoga nie mogła trzeszczeć, bo nie było na niej desek. Podłoże stanowił ubity piasek. Mimo to skradała się na palcach. Ręce jej drżały, wielka kula zatykała gardło, ale wyciągnęła dłoń i postać odwróciła się nagle. Sandra zobaczyła przed sobą starą, pomarszczoną twarz, z której biła nieoczekiwanie dostojność. Bystre, zielone oczy, które Sandra już gdzieś widziała, wpatrywały się teraz w dziewczynę. Świdrowały ją bez słowa. Zaciśnięte usta wreszcie otworzyły się.
- Wiedziałam, że wreszcie się zjawisz - powiedziała z dziwnym akcentem. - Oczekiwałam cię, dziewczyno. Wiem wszystko. Nie musisz nic mówić. Pokaż tylko zdjęcie tego, kogo przyzwałaś.
- Nie przyzywałam nikogo! - zaprotestowała. - Po prostu ognisko zgasło i wtedy… ale my nie zrobiliśmy tego specjalnie. Nie chcieliśmy nikogo przywołać! Sebastian leży tam! On go zabił! Jego też…
- Nie krzycz, wredna dziewucho! - warknęła i odsunęła ją. - Daj mi zdjęcie i nic nie mów! Twój głos drażni moje zmysły!
Agresywnie wyrwała Sandrze telefon i ułożyła go na stoliku. Nawet nie spojrzała na zdjęcie na wyświetlaczu. Wokół urządzenia porozstawiała jakieś dziwne przedmioty. Zasuszone zioła, korale, świece, jakieś zasuszone owady. Ustawiła dłonie nad stołem i zamknęła oczy. Przez l zupełnie nic się nie działo. Ta stara kobiecina po prostu stała z wyciągniętymi, pomarszczonymi i drżącymi dłońmi. Sandra stała przy niewielkim oknie, napięta do granic możliwości. Musiała sobie przypominać żeby oddychać. Poczuła, że coś ją przytłacza. Atmosfera w tej dusznej chatce zgęstniała wyraźnie. Podmuch lodowatego wiatru liznął Sandrę w kark, zadrżała. Kobieta odrzuciła głowę w tył i zaczęła szeptać słowa, których znaczenia młoda dziewczyna nie pojmowała. Czuła tylko jak włoski się jej podnoszą na karku. Płomienie świec zaczęły gasnąć, jakby zabrakło tlenu. Powoli robiły się mniejsze i mniejsze, aż wreszcie zgasły zupełnie. Kobieta odwróciła się do Sandry i zaczęła mówić po niemiecku, bardzo szybko i bardzo głośno. Dziewczyna uczyła się języka w szkole, ale nie zrozumiała wszystkiego dokładnie.

            Bardzo dobrze, że tutaj przyszłaś. Pomogłam losowi cię tutaj sprowadzić, kiedy tylko dowiedziałam się co zrobiliście. Matka zawsze wie takie rzeczy. Kiedy tylko dowiedziałam się, że mój Otto nie żyje przysięgłam, że nie spocznę póki nie spotkam go raz jeszcze. Byłam na cmentarzu wiele razy, spędzałam tam całe noce, odprawiałam różne rytuały, ale nic nie poskutkowało. To co zrobiliście wy, to był czysty łut szczęścia. Poczułam wtedy, że Otto znowu jest wśród nas. Usłyszałem też o tych uduszeniach i od razu wiedziałam, że to on. Teraz jest tutaj z nami, ze swoją mamą, ponownie po tylu latach.

            Sandra aż wzdrygnęła się na słowa kobiety. Oparła się plecami o nierówną drewnianą ścianę i nie potrafiła wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Wpatrywała się tylko w nawiedzoną staruszkę przerażonymi oczyma. Tamta zaśmiała się, a obok niej pojawił się cień. Wysoki, ciemny kontur nie poruszał się, ale do uszu Sandry doszły kolejne niemieckie słowa, tym razem wypowiadane męskim głosem.

            Co to tam? Matka? Dawno temu widzieliśmy cię po raz ostatni. Jak to miło. Te dzieci zrobiły coś, dzięki czemu mogliśmy wrócić do tego świata z mroku, w którym się znajdowaliśmy. Wróciliśmy i bawiliśmy się dobrze, ale nie aż tak. Nie tak jak wcześniej, matko. Pamiętasz co się działo wcześniej?

            Tak, mój Otto, pamiętam doskonale. Lubiłam kiedy wracałeś na przepustki z wojska. Wtedy zawsze przynosiłeś do domu jakieś dziecko. Bawiłeś się z nim najpierw, a kiedy już nie żyło i rozładowałeś na nim swoje napięcia, gotowałam i gotowałam. Wracałeś na front, a ja nie umierałam z głodu tak jak cała okolica. Wtedy wiedzieli, że Helga von Backen to nie byle kto. Pamiętam jak wróciłeś z frontu w wielkim szoku. Musieliśmy wyjechać z miasta tutaj. W naszej okolicy zaczęli podejrzewać, że dzieci giną przez nas. 

            Musieliśmy… Musieliśmy, to było silniejsze ode nas. Musieliśmy! MUSIELIŚMY! - ściany zadrżały - Trzeba było coś jeść, a my musieliśmy rozładować napięcie. Nie mogliśmy żyć w stresie.

            Tak, Otto. Dlatego przyjechaliśmy tutaj. To były bardzo miłe wakacje. Pamiętasz tego chłopca? Był bardzo smaczny.

            Tak! Długo walczył, a potem długo zachował temperaturę. Trzeba było wracać, bo tutaj też nie było już miłych ludzi. Wzięli widły i pochodnie i przyszli tutaj… Wróciliśmy do domu, a tam. Co to tam! Policja… Chcieli nas złapać i zamknąć w ciemnym pokoju.

            Tak, Otto. Nie rozumieli twoich potrzeb, synku. Nie rozumieli, że jesteś chory i tylko tak możesz funkcjonować. 

            Tak! Biegliśmy, uciekaliśmy, przez las przez most i wtedy na moście powiedział, że trzeba skakać. Skoczyliśmy razem i trafiliśmy do mrocznej otchłani, nie było tam nic poza ciemnością…

            Teraz jesteś tutaj i będziemy razem. Zawsze. Już nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić.
Sandra wykorzystała ten dialog między duchem i jego matką, która też od dawna powinna już być martwa i ochłonęła na tyle, by zacząć myśleć. Rozejrzała się po pomieszczeniu i wśród stojących na półce przedmiotów buteleczkę z czymś co wyglądało jak woda. Wyciągnęła rękę obserwując te dwie groteskowe postaci i sięgnęła po butelkę. Pamiętała, że wodą święconą może stać się zwykła woda po odmówieniu modlitw. Była w takiej potrzebie, że szybko modliła się każdą znaną jej formułką. Miała nadzieję, że w tej butelce jest zwykła woda. Otworzyła korek i chlusnęła zawartością na postaci stojące przed nią.
- Odejdźcie do świata zmarłych! - krzyczała. - Boże! Zabierz ich stąd!
Woda trafiła w cel. Głośny jęk, który sprawił, że wszystkie szklane przedmioty popękały momentalnie, rozległ się w okolicy. Cień zniknął, a stara kobieta zaczynała się topić. Jej ciało rozmazywało się, rozpływało i upadało na podłogę, na której łączyło się z piaskiem. Sandra nie czekała na koniec tego makabrycznego widowiska. Wybiegła z chatki i biegiem rzuciła się w stronę miasteczka. 

            Jeszcze tego samego dnia, wieczorem usiadła na własnym łóżku. Zastanawiała się jak wyjaśni policji, że czwórka jej znajomych została uduszona przez ducha z przeszłości. Nie miała na to żadnych dowód oprócz kilku zdjęć. Rozpłakała się i ukryła głowę w ramionach. Płacz wykończył ją do tego stopnia, że niemal zasnęła, ale tuż przed tą błogą chwilą przejścia z jawy w sen poczuła na karku lodowate muśnięcie…


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)



1/25/2015

Opowiadanie #6 - "Pełnia"

Nadszedł czas na kolejne opowiadanie z moich pisarskich zbiorów. Właściwie nie wiem sam jak je oceniać. Pozostawię to Wam, czytelnikom. Napisałem je pod wpływem pełni księżyca. Spoglądałem na niebo, na którym znajdował się wielki księżyc, małe obłoczki były gnane przez silny wiatr i od czasu do czasu go w niewielkiej części przykrywały. Zacząłem rozmyślać i tak wpadł mi do głowy pomysł na postaci, scenerię i fabułę tego opowiadania. Zapraszam do czytania!

"Pełnia"



Okrągła tarcza księżyca oświetlała gęste lasy położone na górskim zboczu. Na niebie przesuwały się postrzępione chmury, które od czasu do czasu potęgowały grozę. Wiatr szeleścił liśćmi, słychać było pohukiwanie sów i wycie wilków. Aura była mroczna, dało się wyczuć, że coś tej nocy nie jest tak jak być powinno. Natura dawała wyraźne znaki, ostrzegała żeby nie wchodzić do tego lasu, nie tej nocy. Czerwony księżyc w pełni górował nad mrocznymi ostępami, dzięki czemu choć odrobina światła wpadała między gęsto rosnące drzewa. Między pniami wysokich i smukłych świerków przedzierała się wysoka i barczysta postać. Miała na sobie czarną pelerynę z kapturem, która sprawiała, że był niemal niewidoczny w tym mrocznym lesie. Kierował się w górę zbocza. Poruszał się niemal bezszelestnie. Był szybki jak wiatr. Przeskakiwał od drzewa do drzewa. Podmuch wiatru rozwiał jego pelerynę na tyle, by w blasku księżyca błysnęła srebrna klinga długiego miecza wiszącego u jego pasa. Broń nie była zabezpieczona w pochwie, wisiała swobodnie. Postać zatrzymała się nagle i przykucnęła. Wysunął dłoń w ciemnej rękawicy i sprawdził ściółkę. Podniósł fragment i powąchał go. Rozkruszył między palcami to co zebrał i biegiem ruszył w górę. Przeciągłe wycie rozdarło ciszę, która niespodziewanie zapadła. Nawet wiatr ustał. Postać wbiegła na szczyt. Wsparła się dłonią o pień świerku. Zsunęła kaptur z głowy. Płomienne, rude włosy spoczęły na czarnej pelerynie. Zielone oczy osadzone pod rudymi brwiami wpatrywały się w dal. Szeroka szczęka, orli nos i, zaciśnięte w grymasie furii, wąskie usta czyniły jego twarz przerażającą. Było w niej coś, co budziło grozę i pasowało do tej nocy i tego lasu niemal idealnie. Mężczyzna ruszył w dół zbocza. Biegł z zawrotną prędkością, ale nie tracił równowagi. Zrzucił z siebie pelerynę, odpinając guzik jedną dłonią. Pod peleryną była schowana kusza. Wyciągnął ją i przygotował do strzału. Nałożył bełt, którego grot błyszczał w świetle księżyca. Wyglądał na srebrny. Zbiegł na samo dno wąwozu, który oddzielał dwie najwyższe góry. Pobiegł wąwozem i wreszcie wybił się z jednego z płaskich kamieni, które leżały na jego dnie. Wyskoczył w górę i wystrzelił z kuszy między drzewa. Głośne wycie ponownie rozdarło ciszę panującą tej nocy. Mężczyzna skoczył między drzewa, tam gdzie strzelił i wylądował na wielkiej bestii. Przeturlał się razem z nią i wylądował jej na klatce piersiowej. Wyciągnął miecz i przycisnął go do grubego karku potwora. Bestia miała gęste, czarne futro. Wielki łeb przypominający łeb wilka, długie łapy zakończone ostrymi pazurami. Z uda potwora wystawał bełt, który został wystrzelony kilka sekund wcześniej. Krew barwiła trawę, a futro wokół rany zaczynało wypadać. Stworzenie wyszczerzyło kły próbując ugryźć mężczyznę, ale ostrze na gardle powstrzymało jego zapędy.
- Gdzie ją przetrzymujecie? - zapytał chrapliwym głosem rudy mężczyzna.
- Ruvik… - bestia warknęła. - Nic ci nie powiem, nigdy jej nie znajdziesz.
- Zginiesz tej nocy - mężczyzna odpowiedział ze stoickim spokojem. - Od ciebie zależy czy szybko czy w męczarniach.
- Odsuń ostrze od mojej szyi to może coś ci powiem.
- W twoim położeniu nie stawiałbym warunków - trącił kolanem bełt wbity w udo bestii, ta zawyła głośno.
- Zaraz przybędą inni… wtedy nasza pozycja będzie zupełnie inna, Ruvik.
- Nawet jeśli ktoś przyjdzie pomóc takiemu ścierwu jak ty, to już tego nie zobaczysz. Ostatnia szansa. Powiedz mi dokąd ją zabraliście?
- Zginiesz próbując się tam dostać - bestia wyszczerzyła kły. - Dlatego ci powiem. Jestem w Tevedarn, tam gdzie jeszcze nikt niepowołany nie wszedł. Nikt z twoich parszywych towarzyszy. Nikt tam nie wejdzie, Ruvik, nikt nie…
Potwór nie dokończył zdania. Srebrne ostrze zatopiło się w jego gardle. Krew zabulgotała w jego paszczy i po chwili zastygł bez ruchu. Futro zaczęło sypać się z niego niczym igły ze ściętego drzewa. Jego ciało wchłonęła ziemia, pozostały jedynie włosy. 

                Ruvik podniósł się i ruszył dalej wąwozem. Biegł długo niemal się przy tym nie męcząc. Po dobrych kilku godzinach trafił na grupkę podobnych bestii. Czarne futra, długie łapy, błyszczące kły i pazury. Nie zauważyły go. Skrył się między drzewami i obserwował ich ruchy. Siedem bestii pilnowało wąskiego przesmyku, który prowadził wprost do groty. Żeby dostać się to Tavedarn musiał przejść tą grotą, nie było innej drogi. Wiedział, że ta siódemka to tylko warta, a wewnątrz groty jest ich znacznie więcej. Sprawdził odruchowo czy miecz jest pod ręką. Sięgnął za szeroki pas i wyjął kilka krótkich sztyletów, wiedział, że przydadzą mu się za chwilę. Rozłożył przed sobą sześć bełtów. Spokojnie załadował jeden z nich. Wycelował i strzelił w jednego z wilkołaków. Strzała wbiła się prosto w łeb, a po kilku sekundach po potworze pozostała jedynie kupka czarnego futra. Reszta wpadła w popłoch. Rozglądali się i starali się wywęszyć zagrożenie. Ruvik był ustawiony tak, że nie byli w stanie go wykryć. Załadował ponownie i zlikwidował drugą bestię. Strzelał raz za razem, aż został się ostatni z wilkołaków. Ten był wyjątkowy. Przez środek jego pyska przebiegała jasna i gruba szrama, która niemal świeciła w blasku księżyca. Ruvik wyszedł z ukrycia i gdy tylko bestia go zobaczyła wyszczerzyła zęby w grymaśnym uśmiechu.
- Baras - Ruvik wyciągnął miecz. - Znowu się spotykamy.
- Ruvik… - odpowiedziało mu warknięcie. - Dotarłeś aż tutaj, szkoda będzie przerwać ci tę podróż.
- Więc tym razem nie chcesz uciec? To zupełnie nie w twoim stylu.
Wilk nie wytrzymał i rzucił się na mężczyznę. Ten zrobił spokojny unik i ciął mieczem w nogi. Bestia padła w mech jak długa. Wycie odbiło się echem między górami, ale Ruvik szybko je skrócił. Przewrócił Barasa na plecy i wyjął krótki, zakrzywiony nóż.
- Odkryłem pewną tajemnicę, Barasie - powiedział. - Wasze ciała rozpadają się po śmierci, ale jeśli ściągnie się z was skórę przed śmiercią to ona pozostaje na tym świecie. Kilka już mam w domu, całkiem ciepłe są, ale i tak najlepiej wyglądają wokół ogniska.
- Kłamca! - warknął wilkołak.
- Sprawdźmy to.
Ruvik wbił sztylet pod skórę i zaczął oddzielać ją od mięśni. Ból nie pozwalał wydać z siebie nawet piśnięcia i Baras leżał z szeroko otwartym pyskiem. Białe zębiska odbijały światło księżyca. Kiedy rudy mężczyzna skończył wilkołak pozostał nagi, jego porozcinane mięśnie drżały i krwawiły. Czarna krew wsiąkała w zielony mech.
- To pomoże mi szybko wykonać moją misję - powiedział. - Ale ty powinieneś wrócić tam skąd wylazłeś.
Wbił mu swój długi miecz w czaszkę i przekręcił klingę. Słychać było trzask łamanych kości. Wyciągnął ostrze z bestii, po której nie zostało nic. Zarzucił na siebie futro i wszedł do groty. Przemykał się ciemnym korytarzem. Dzięki skórze, którą miał na sobie nie rozpoznają jego zapachu. Mógł więc swobodnie podkradać się do przeciwników i cicho ich eliminować. Tak też robił. Wykańczał jednego po drugim najciszej jak się dało. Wiedział, że w mogą zamknąć mu drogę z obydwu stron. W tak ciasnym pomieszczeniu przewaga liczebna nie ma znaczenia, ale z atakiem z dwóch frontów mógł sobie nie poradzić. Ta misja była zbyt ważna żeby działać pochopnie. Nie mógł sobie pozwolić na błąd. 

                Wreszcie przedostał się na drugą stronę góry. W grocie za sobą zostawił mnóstwo futra, które zostało po martwych wilkołakach. Pozostało mu teraz jedynie wspiąć się na stromy szczyt i dostać do kolejnej groty. To właśnie była góra Tavedarn. Jej stromy, skalisty szczyt był ledwo widoczny z tego miejsca. Nie prowadziła do niej żadna droga, trzeba było się wspinać. To tam, przed wiekami, zagnieździły się wilkołaki i to stamtąd rozłaziły się po całym świecie. To był ich matecznik. Ruvik domyślał się, że do samego centrum prowadzą długie korytarze, w których można się pogubić. Nie zrzucił więc skóry, którą był okryty. Wiedział, że to zwiększy jego szanse. Wiedział też, że nie są one zbyt duże. Nikt jeszcze nie wrócił z wyprawy do Tavedarn. Księżyc powoli zachodził i musiał się spieszyć. Znał ten rytuał. Wykorzystają moment kiedy na niebie będą jednocześnie księżyc i słońce by przemienić tę dziewczynę w wilczycę, która wyda na świat kolejne pokolenie potworów. Tylko w tym czasie było to możliwe. Nie zastanawiał się więc długo i ruszył po skalistej ścianie w górę. Kamienie były wyślizgane po wiekach wspinaczki. Piął się jednak dzielnie ku górze. Wiatr był tam przejmująco zimny. Ucieszył się, że nie pozostawił skóry z Barasa na dole. Dawała mu dodatkową osłonę. Trzymała jeszcze ciepło bestii, która ją nosiła. Ruvik był bardzo sprawny i szybko dostał się na szczyt. Wejścia do groty pilnowała kolejna grupa wilkołaków. Tym razem nie miał możliwości by ich zaskoczyć. Oparł się mocno nogami i wyskoczył w górę. Nim bestie spostrzegły co się dzieje, on zrzucił skórę i wyrzucił przed siebie kilka sztyletów. Wszystkie trafiły w cel i pozbył się większości przeciwników. Zostało trzech. Starały się go otoczyć i zepchnąć do krawędzi urwiska. On jednak nie pozwolił im na to i zaszarżował na jednego z nich. Wbił mu miecz w okolicach obojczyka i przeskoczył nad wysoką bestią. Pozostałe dwa były teraz bliżej krawędzi i mógł wykorzystać zdobytą przewagę. Ruszył biegiem prosto w stronę jednego z nich. Ściął mu głowę nim tamten zdążył zawyć. Odbił się jedną nogą od ciała, które spadło w dół, i spadł niczym grom na drugiego. Ciął go mieczem rozpłatując brzuch. Wnętrzności wylały się na kamień. Wściekłe oczy wpatrywały się teraz w pustkę, a po chwili zniknęły. Ruvik nie napawał się zwycięstwem. Ruszył w głąb jaskini. Tak jak myślał, było tam wiele korytarzy. Instynkt jednak ciągnął go w jedną stronę. Poruszał się przy ścianie, eliminował napotkanych wrogów, ale, gdy tylko była na to szansa, starał się unikać walki. Czaił się w mroku. Wiedział, że jeśli któraś z bestii zacznie wyć to nie skończy się to dobrze ani dla niego, ani dla dziewczyny, którą miał uratować. Serce biło mu mocno, czuł zimno pot na karku. To była najważniejsza misja w jego życiu i czuł silną presję, ale pierwszy raz od bardzo dawna, poczuł też strach. Jeśli wróci z Tavedarn i uratuje tę dziewczynę stanie się najsławniejszym Łowcą na świecie. Będzie równy królom. Chęć zdobycia sławy pchała go do przodu, mimo strachu i mimo zdrowego rozsądku. 

                Dotarł wreszcie tam gdzie chciał. Czuł, że jest we wnętrzu góry i wiedział, że ucieczka z niej nie będzie łatwa. Zobaczył okrągłą jaskinię, w której znajdowało się mnóstwo bestii. Klęczały wpatrując się w coś na kształt ołtarza. Był to kawałek skały na tyle płaski by można było coś na nim położyć. Przy tym ołtarzu stała postać wyglądająca na ludzką, a na samej skale leżała naga kobieta. Ruvik zauważył jej rude włosy. To była kobieta, po którą tutaj przyszedł. Niestety rytuał zaczął się już, a w pomieszczeniu było zbyt dużo mrocznych bestii by z nimi walczyć. Przyjrzał się lepiej postaci nad dziewczyną. Również była naga, ale nie do końca. Na jej głowie znajdowała się idealnie biała czaszka wilkołaka. Udało mu się dostrzec, że to mężczyzna i że ma w ręku długi nóż, z robiony z kości. Kiedy tylko podniósł go do góry Ruvik skoczył między piekielne bestie ze swoim srebrnym mieczem.
- Zostawcie go! - ryknął mężczyzna z czaszką na głowie, a wilki zamarły wykonując rozkaz. - Ruvik! Najdzielniejszy z dzielnych, największy Łowca! Jak miło cię widzieć!
- Kim jesteś?! Oddaj mi dziewczynę to zniknę i nikt więcej nie zginie!
- Jestem Mortar, wiele setek lat temu mieszkańcy twojego świata wygnali mnie ze swojej wspólnoty tylko za to, że mój wilk pogryzł jakieś dziecko. Widocznie mu się należało - wzruszył ramionami. - Zamieszkałem wraz z nim tutaj w Tavedarn i postanowiłem się zemścić. Wysłałem go do wioski po jedną z młódek. Przyniósł mi ją, a ja, dzięki wiedzy zmieszałem ich krew. Tak powstało kilka pierwszych wilkołaków, jak je nazywacie. Wypuściłem je w świat, a one, w podzięce, pozwalają mi tworzyć kolejne ich pokolenia.
- To niemożliwe - wtrącił Ruvik. - Nie możesz tutaj żyć od setek lat.
- To jest w tym najlepsze, chłopcze. Mogę. Dzięki specjalnemu rytuałowi i krwi tych młodych dziewczyn. Trzeba ją zmieszać z krwią jednego z wilków, ale to dla nich żaden problem, bo rany szybko się goją. Walczą między sobą o to kto może mi podarować krew. Właśnie miałem przedłużyć sobie życie o kolejne pół roku. Może zechcesz się do mnie przyłączyć?
- Co? - wydukał zaskoczony.
- Byłoby bardzo miło mieć ciebie za towarzysza. Dużo o tobie słyszałem, zabiłeś wiele moich dzieci. Chciałbym cię bliżej poznać, byłbyś użyteczny.
- Nie wierzę w te bajki, po prostu oddaj mi dziewczynę i pozwól stąd wyjść, a nic ci się nie stanie…
- Groźba? - zaśmiał się. - Jesteś otoczony przez kilkadziesiąt bestii, w całej górze jest ich kilkaset. Myślisz, że uda ci się mnie zabić i wynieść stąd to dziewczę?
- Nie wiem czy mi się to uda, ale wiem, że jeśli nie przystanę na twoją propozycję to i tak mnie zabijesz, więc czemu nie spróbować?
- Wiedziałem, że to powiesz. Słyszałem o tobie naprawdę dużo. Ale zaraz zajdzie księżyc, a my tutaj sobie rozmawiamy. Wybieraj!
Ruvik nie czekał nawet aż głos przestanie brzmieć w sali i ruszył ze srebrnym mieczem w stronę Mortara. Rzucił się w jego kierunku, ale został powalony przez wilkołaka. Kolejne zbierały się do ataku. Miecz szlachtował je na prawo i lewo. Wycie, skamlenie i piski wypełniły całe wnętrze góry. Ciął mieczem ile tylko miał sił, ale czuł, że zaczyna mu już ich brakować. Ręce miał jak z ołowiu i ruchy coraz wolniejsze. Wiedział, że to nie ma sensu. Musi się przedostać do Mortara i zabić go. Tylko to mogło go uratować. I mogło uratować ją. Zebrał się w sobie i ruszył. Miecz aż płonął od czarnej krwi. Uderzał raz za razem. Atakowały go z przodu, z tyłu i z boków. Nie miał nawet sekundy wytchnienia. Wreszcie poczuł palący ból w łydce. Spojrzał i zobaczył, że jego mięsień jest rozrywany przez szczęki ogromnego wilka. Wbił mu miecz w głowę i bestia puściła, ale tę chwilę zawahania wykorzystał inny potwór, który powalił Ruvika uderzeniem pazurów. Ostre jak noże pazury rozcięły skórę na klatce piersiowej. Poczuł, że zaczyna mu brakować sił. Miał mroczki przed oczami. Był bliski omdlenia, ale między napierającymi cielskami włochatych bestii zobaczył nagie ciało rudowłosej dziewczyny. Mortar kończył modły będąc zupełnie spokojnym o swoje bezpieczeństwo. Uderzenie zębów wyrwało z dłoni Ruvika miecz. Wilki przyparły go do ściany. Widział jedynie ich przekrwione, błyszczące ślepia i ślinę ściekającą po białych kłach. Dyszały, wyły i szczekały. Czas jakby stanął w miejscu. Mężczyzna nie widział już zbyt dużo. Utrata krwi i zmęczenie dawały o sobie znać. Wyjął nóż, który służył mu do zdejmowania skór z przeciwników i rzucił nim w stronę ołtarza w przebłysku świadomości. Ostrze trafiło w czaszkę, rozbiło ją na pół, ale nie zrobiło krzywdy Mortarowi. Wilkołaki jednak na chwilę zostały zbite z tropu i spojrzały w stronę swojego władcy. Ruvik zebrał się na ostatni akt odwagi. Wyjął kuszę i założył na nią bełt. Ręce drżały bardzo mocno, a czas mu się kończył. Wilki znów zainteresowały się nim. Napiął cięciwę i wycelował. Zdążył oddać strzał nim się na niego rzuciły.

                Ocknął się leżąc na ziemi wśród czarnego futra. Rozejrzał się i zobaczył postać przy ołtarzu z wystającym z klatki piersiowej bełtem. Na skale leżała naga dziewczyna. Wokół nie było nikogo. Jaskinia wydawała się zupełnie opuszczona. Podniósł się. Czuł, że jest bardzo słaby, że stracił sporo krwi, ale nie do końca zdawał sobie sprawę z tego co się stało. Podszedł do dziewczyny i ściągnął koszulę, na której widać było ślady pazurów. Założył jej swoje ubranie i wziął ją na ręce. Powoli, nieco oszołomiony, wyszedł na zewnątrz. Po drodze nie spotkali żadnego wilkołaka.

                Czterech mężczyzn w czarnych płaszczach siedziało wokół ogniska. Las, w którym się znajdowali, był cichy, jakby nic w nim nie żyło. Noc była czarna, chmury zakrywały niebo tak szczelnie, że gdyby nie ogień nie byłoby widać własnej ręki. Ruvik odgryzł kawałek mięsa niewiadomego pochodzenia, a kość wrzucił w ogień. Iskierki uniosły się w górę. Dwaj siedzący wraz z nim wyglądali na bardzo młodych. Mieli rude włosy i dziecięce rysy. Nie byli też zbyt rośli. W porównaniu z Ruvikiem wyglądali jak uczniaki. Ostatnim towarzyszem był niemal siwy mężczyzna. Resztki pigmentu w jego włosach połyskiwały miedzią. Zmarszczki i blizny zdobiły jego zmęczoną twarz. Był wielki. Mimo wieku jego mięśnie nadal miał w sobie dużo siły. U każdego z mężczyzn połyskiwał srebrny miecz, a na plecach wisiała kusza.
- Mistrzu - zaczął Ruvik. - Jak to się stało, że te wilkołaki zniknęły. Została po nich tylko sierść. Jakby pozdychały.
- Bo pozdychały - odparł ochrypłym głosem.
- Jak to możliwe?
- To nie były zwyczajne wilkołaki. One nie powstały z rzuconej na człowieka klątwy. One były sztucznie hodowane przez Mortara. Były wytworami jego czarnej magii. Zabiłeś go, a w tego jego czary przestały działać.
- I wszystkie wilkołaki zginęły?
- Nie wszystkie - wrzucił kość w ogień. - Nie wszystkie, Ruvik. Tylko te, które stworzył Mortar. Po świecie łazi pełno wilkołaków, na które ktoś rzucił klątwę. One się łączą w pary i rozmnażają. Zakładają siedliska i stamtąd rozłażą się po okolicy. Będziemy mieć co robić jeszcze przez wiele lat. Cieszy mnie to, że pozbyłeś się tych stworzonych przez czarną magię. Co prawda zostanie nam mniej roboty, ale nie będzie ginęło już tylko naszych.

                Ruvik westchnął i spojrzał między drzewa i skoncentrował wzrok na jednym punkcie. Już wiedział co tam jest… 



Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)