Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przywrócony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przywrócony. Pokaż wszystkie posty

8/20/2018

Przywrócony: Brzask - Nowa Książka!

Szanowni Czytelnicy,
nadszedł moment, na który czekałem bardzo długo. Moja trzecia książka ujrzała światło dzienne. Dlatego postanowiłem Wam w skrócie przedstawić o czym ona jest, jak wyglądał proces tworzenia i gdzie można ją kupić.

Zaczniemy od tego ostatniego. Książka ukazała się dzięki wydawnictwu E-bookowo.pl i kupić można ją bezpośrednio ze strony wydawnictwa, klikając sobie wygodnie w ten link e-bookowo.pl/przywrocony-tom-3 
Oczywiście możecie jej też szukać na stronach wszystkich internetowych księgarń w kraju, gdzie być może uda Wam się trafić na jakąś fajną promocję.

4/23/2016

Życie boli #8 - Jak to jest z tymi facetami?

Szanowni Czytelnicy,

wczoraj siedząc w domu z kolanem obłożonym maścią i zimnym okładem skakałem po kanałach telewizyjnych (bo przecież po co pisać magisterkę?) i trafiłem na odcinek tefałenowskiego serialu Szpital. Uwaga! Teraz będą spoilery, jakby ktoś nie widział tego odcinka, a bardzo chciał obejrzeć z pełnymi emocjami to niech nie czyta!

Dziewczyna z chłopakiem byli ofiarami wypadku samochodowego i tenże chłopak stracił pamięć. Wykorzystała to młodsza siostra dziewczyny, która w chłopaku się kochała i wmówiła mu, że to ona jest jego dziewczyną. Porywająca fabuła nie? Ale mniejsza z tym, dziewczyna zapytała siostry czy ta uważa, że faceci to rzeczy, które można sobie pożyczać. No i to zdanie wprawiło w ruch procesy myślowe w moim umyśle, rozpoczęła się gonitwa myśli i TAK! Eureka! Banzaj! Geronimo! (i jeszcze kilka zagranicznych słów)!

Jakby się tak zastanowić nad tym głębiej to ciężko by było znaleźć faceta, który by protestował przed takim traktowaniem. W końcu jeśli obie siostry byłby ładne... Dobra, rozmarzyłem się. Zmierzam do tego, że żaden facet nie miałbym pretensji gdyby kobieta chciała go traktować przedmiotowo. Co przez to rozumiem? Kojarzycie kota w domu? Łazi gdzie chce, robi co chce, a ta go karmi i się z nim bawi. Kot nie musi sprzątać, pomagać w gotowaniu, zmywać, opuszczać deski, zbierać ubrań z podłogi, odpowiadać kiedy ona mówi. No i teraz się zastanówmy czy byłoby źle gdyby facet nie miał żadnych obowiązków, a ona by go karmiła i jeszcze się z nim bawiła (if you know what I mean)? Według mnie faceci byliby przeszczęśliwi! W dodatku co robią koleżanki jak przychodzą do dziewczyny, która takiego kota ma? Zachwycają się i też się chcą z nim bawić! Tak! I wtedy marzenia faceta byłyby spełnione, pewnie wielokrotnie... Dla nas to byłby raj, kiedy byśmy mieli wszystko podane na tacy, a w zamian za to niczego by kobiety od nas nie chciały, bo to że chcą to raczej nas drażni, nawet jak tego nie pokazujemy. A Wy co o tym sądzicie? Tyle na dzisiaj ode mnie!

To oczywiście był tekst humorystyczny, zaznaczę to żeby mi się tu feministki nie zbiegły, bo ten blog nie jest taki duży żeby je pomieścić ;)

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

3/09/2016

Opowiadanie #11 - Legenda o duszy z kamienia cz. 2

Szanowni Czytelnicy,

wstawiam drugą część opowiadania w środku tygodnia, ale wpadło tyle wyświetleń ile chciałem, więc zasłużyliście. Dla tych, którzy nie czytali jeszcze pierwszej części podrzucam link poniżej. A wszystkich zapraszam do lektury ;)

Legenda o sercu z kamienia cz. 1

 Legenda o duszy z kamienia cz.1



               - Widzę, że bardzo pan smutny, w takim razie może dotrzymam towarzystwa rozmową? - powiedział.
- Proszę… - odpowiedziałem beznamiętnie.
- Oho! Widzę, że kobieta - zaśmiał się delikatnie. - Wie pan, będą następne.
- Takiej jak ta nie będzie - odparłem i już miałem się zbierać, bo koleś był wybitnie irytujący.
- Czyli miłość życia… - nagle spoważniał. - W takim razie rozumiem co pana trapi. Nie będę pana pocieszał.
- Dobre i to.
- Widzę, że jest pan jeszcze młody, ale łatwo po panu zauważyć, że to była miłość życia. Nazywam się Peter Gloom i jestem pastorem Kościoła Miłości.
-Nie jarają mnie sekty - od razu odparłem żeby nie gadał dalej.
- Nie o to mi chodzi. Chciałem tylko panu powiedzieć co odkryliśmy. Badaliśmy wraz z innymi członkami Kościoła przypadki miłości na przestrzeni dziejów, które doprowadziły do śmierci jednego czy obydwojga kochanków. Staraliśmy się znaleźć informacje o tym co się stało z tymi, którzy przeżyli.
- Teoria oparta na bajkach - sceptycznie rzucił Fred.
- Dokładnie to samo mu powiedziałem, ale on nie zraził się tym i mówił dalej.
- Doszliśmy do wniosku, że Bóg w dziele stworzenia rzeczywiście wyznaczył każdemu z ludzi drugą połowę. Bratnią duszę, z którą te osoby powinny spędzić życie. Traf chciał jednak, że Szatan dowiedział się o tym i zmienił boski plan. Stanęło na tym, że każdy miał swoją połówkę, ale każdy inną. Załóżmy, że moją połówką jest moja żona, ale jej połówką jest pan, z kolei ja jestem połówką angielskiej królowej.
- Wiesz, Fred, jakie ja mam podejście do wszelkich sekt, religii i tego wszystkiego. Więc jakby od razy mój mózg się wyłączył. Rejestrowałem jednak nadal to co on mówił.
- Wie pan, jeśli dusze dobrze się dobiorą, bo tak też się zdarza, są najszczęśliwsze. Jeśli źle to ktoś z pary jest nieszczęśliwy. Jednak jeśli dusza znajdzie swoją połowę, a ta połową ją odtrąci to mamy wielki kłopot. Taka dusza zmienia się wtedy w kamień. Wewnątrz jest pusta, ale nie jest już sobą, nie będzie w stanie pokochać nikogo tak jak tę jedyną. Dlatego wierzę w miłość życia i w legendę o duszy z kamienia. Ci którzy żyją, są w stanie dać ciepło, ale nie tak wielką miłość. Nie wskoczą za nikim innym w ogień, mówiąc obrazowo, ale większość, czując ciężar tego kamienia i wewnętrzną pustkę postanawia umrzeć.

                - Powiedziałem mu, że nie jestem zainteresowany tymi bredniami i dosiadłem się do jednej dziewczyny - kontynuował Martin. - Kiedy w nocy leżałem obok niej nie mogąc zasnąć przypomniało mi się to wszystko co on mówił i postanowiłem to sprawdzić samemu. Kończyłem wtedy studia i nie był to najlepszy moment na szukanie wiatru w polu, ale czułem, że musiałem tak zrobić.
- Inaczej nic nie miało sensu… - wnuk ponownie dokończył myśl dziadka.
- Wyszedłem od niej w środku nocy zastanawiając się nad tym czy coś takiego jest w ogóle możliwe. Nawet nie wierząc w żadne religie przekonałem się, że ludzie mają różne charaktery, które biorą się nie tylko z wychowania i połączenia genów, ale również z tego czegoś, co większość nazywa duszą. Pozostańmy zatem przy tej nazwie, dla ułatwienia. Braterstwo dusz, czyli więź między ludźmi, którzy mają podobne charaktery i dobrze się dogadują, już widziałem. Nie sądziłem jednak, że zerwanie takiej więzi może mieć aż takie konsekwencje. Wiedziałem też wtedy, że sektom nie można wierzyć. Równie dobrze mógł wykorzystać temat żeby mi coś wbić go głowy i pozyskać nowego członka. Postanowiłem, że nie będę się z tym facetem kontaktował w żaden sposób i wszystko zrobię od początku do końca na własną rękę. Zacząłem od analizy wszystkich książek, w których pojawiał się taki motyw. Trochę tego było, znaczna większość okazała się po prostu zwykła literacką fikcją, jaką sam stosowałem, i nie była nawet luźno wsparta historią, która miała miejsce. Nie mogłem znaleźć punktu zaczepienia, w którym mógłbym zacząć prawdziwe poszukiwania odpowiedzi na to pytanie. Wiedziałem tylko tyle, że jest mi źle, właśnie na duszy, że bez niej życie jest tragicznie smutne i nie warto żyć. Dlatego chciałem się dowiedzieć czy to zawsze tak wygląda czy faktycznie straciłem jedyną szansę na prawdziwą miłość.
- No i czego się dowiedziałeś? - zapytał zaciekawiony Fred.
- Okazało się, że oprócz wielu utworów opartych na fantazji autorów znalazłem kilka, które były wzorowane na autentycznych historiach. Pierwszym tropem była historia z Werony. Nie, nie ta o Romeo i Julii. Zupełnie nieznany autor spisał na początku dwudziestego wieku opowieść o mężczyźnie, który po stracie ukochanej żony wstąpił do zakonu. Pojechałem na miejsce i postarałem się odnaleźć ten zakon. Nie było to takie proste jakby się mogło wydawać. Sam budynek zakonu stanowiło tylko kilka niewielkich, starych domków z kamienia.
- Nigdy nie słyszałem o jakimś zakonie w Weronie.
- Podejrzewam, że niewiele osób słyszało. W tej chwili, w której tam byłem, przebywało tam tylko pięć osób i to nie najmłodszych. Drugą najtrudniejszą sprawą była rozmowa z nimi. Włoski jeszcze wtedy nie był moją najmocniejszą stroną, ale nie o to chodzi. To zakon, który nawet nie jest specjalnie religijny. W zasadzie nie ma znaczenia wyznawana religia. Po prostu złożyli śluby milczenia i życia w całkowitej abstynencji. Zero alkoholu, papierosów, narkotyków, kobiet, a nawet mięsa. Nie było tam muzyki, a w ich celach było tylko kamienne podwyższenie i wiadro. Nic więcej. Nie chcieli ze mną rozmawiać przez te śluby milczenia. Wyjaśniłem przeorowi tego zakonu kogo szukam i w jakiej sprawie. Nie powiedział nic, po prostu zaprowadził mnie do celi. Tam, na kamiennym podwyższeniu leżały zasuszone szczątki tego człowieka. Otworzył mi drzwi do pomieszczenia i sobie poszedł.
- Zostawił cię ze zwłokami?
- Tak, też byłem w ciężkim szoku. Już w tamtych czasach ciężko było mnie czymś zaskoczyć, ale jemu się udało. Wszedłem do celi i zacząłem się rozglądać. Znalazłem to czego szukałem niemal natychmiast. Na ziemi, obok szkieletu leżał narysowany portret dziewczyny i zapiski tego człowieka. Wziąłem to i zapytałem przeora czy mogę zabrać, bo prawdę mówiąc nie rozumiałem co w nich jest napisane, nie powiedział nic, tylko zacisnął moją dłoń na pożółkłych kartkach.
- Mogę je zobaczyć? - Fred poderwał się z krzesła.
- Cierpliwości - uśmiechnął się ciepło Martin. - Pokażę ci wszystko jak opowiem całą historię. Z Włoch wróciłem do kraju i zająłem się studiowaniem tych tekstów. Dowiedziałem się z nich, że człowiek, który stracił ukochaną nazywał się Marcello i wstąpił do zakonu mając lat pięćdziesiąt sześć, a umarł równo trzydzieści lat później. Jego ukochana, która była dla niego całym światem, zmarła na tyfus. Nie potrafił już pokochać żadnej kobiety przez ponad trzydzieści lat. Był w innych związkach, ale jak sam to opisał „dawał im wszystko, oprócz gorącej miłości”. To w zasadzie wszystko czego się dowiedziałem od Marcello, ale dał mi jeszcze jeden ważny trop. Sam też chciał się dowiedzieć skąd wzięła się tak wielka i ciężka pustka w jego wnętrzu i ten brak zdolności do wyższych uczuć. Szukał odpowiedzi w religii, ale tam nic o tym nie znalazł. To wykluczyło z kręgu poszukiwań ogromny materiał.
- Wszystkie religie?
- Zgadza się. Zanim wybrał się do zakonu nie chcąc ranić innych kobiet, zapoznał się ze wszystkimi znanymi religiami. Przeszukał je pod kontem odpowiedzi na ten brak empatii i depresję. Dowiedział się tylko, że ból z czasem zanika. U niego tak się nie stało.
- No i co zrobiłeś dalej? - Fred siedział na krawędzi fotela wpatrując się w dziadka.
- Dalej musiałem udać się na wschód. Do Rosji. Tam jeden z carskich twórców wspominał o bezkresnym żalu dziewczyny po tym jak władca odrzucił jej umizgi. Dziewczyna oszalała, jak pisał, i została starą panną. Ciężko było zdobyć informacje, bo to działo się dawno temu, ale na szczęście wieś, w której historia się wydarzyła, stała nadal. I jak to w Rosji bywa, nie zmieniła się aż tak bardzo. Rosyjski na szczęście trochę znałem i dogadałem się z nimi w miarę sprawnie. Dziewczyna tak naprawdę nie oszalała, tylko nie chciała innych mężczyzn, zamieszkała sama poza wioską w małej chatce. Zajmowała się wyłącznie zwierzętami i popełniła samobójstwo po tym jak grupa pijanych wieśniaków spaliła jej obórkę i ją zgwałciła.
- Alkohol…
- Tak. W każdym razie odrzucenie sprawiło, że zapadła się w rozpacz i została sama na świecie. W książce opisane było to w dość realny i prawdopodobny sposób, ale nie miałem jak tego zweryfikować. Jeździłem tak po wielu krajach. Nieraz bywały to ślepe uliczki i moja wizyta nic nie dawała. Pieniądze się skończyły i musiałem wstrzymać poszukiwania. Rozstawiłem wszystko co miałem, zrobiłem z tego bardzo dokładną mapę myśli i analizowałem długimi godzinami. Dopiero po latach, kiedy miałem na tyle stabilną sytuację finansową żeby te podróże nie sprowadziły na mnie bankructwa, ruszyłem w dalszą drogę. Oczywiście w międzyczasie szukałem rozwiązania w bibliotekach.
- Nie straciłeś zapału?
- Znasz mnie i znasz siebie - Martin uśmiechnął się. - Zacząłem, więc musiałem dokończyć. Zabrnąłem w to zbyt daleko. Okazało się, że w każdym stuleciu było kilka tekstów, które wskazywały na takie, nazwijmy to, schorzenie. Cofałem się wzdłuż linii czasu. Momentami błądziłem, bo nie dało się odnaleźć źródeł potwierdzających te historie, ale wreszcie natrafiłem na najciekawszy trop. Od razu ci powiem, Freddy, że to co odkryłem nie może być uważane za naukową teorię. To jest coś w stylu bardziej religii, możesz w to uwierzyć lub nie, nie jestem w stanie udowodnić z całą pewnością, że mam rację. Ostatnim miejscem, które odwiedziłem była Islandia. Na północny - wschód od Husavik znalazłem to czego szukałem. Mała rybacka wioska, w której potwierdziło się to co przewijało się przez stulecia. To co teraz usłyszysz jest legendą, którą powtarzali sobie w tej wiosce od pokoleń. W każdej legendzie jest ziarno prawdy, nie wiemy jednak jak bardzo to ziarno wyewoluowało po drodze. Trzeba było zatem dokonać analizy tej legendy i wyłuskania z niej tylko tego co najważniejsze.
- Rozumiem, że to już zrobiłeś? - zapytał Fred.
- Tak, ale też nie do końca. Analizowałem ją codziennie przez lata i nadal nie wiem czy mam rację, więc porównam to z twoją opinią.
- Dobrze, opowiedz teraz.
- Wszystko rozbija się o pokrewieństwo dusz, ale nie w tym przyziemnym stopniu, w którym chodzi o dobre dogadywanie się, wspólne pasje i inne tego typu kwestie. To zupełnie inne pokrewieństwo dusz, właśnie to się ujawnia kiedy się zakochujemy. Wtedy widzimy tę osobę jak bóstwo. Nawet jeśli poznamy jakąś jej wadę to zupełnie nam nie przeszkadza, a wydawać by się mogło, że tak nie może być w normalnej sytuacji. Nienawidzisz dymu papierosowego, a jak ona pali zupełnie ci to nie wadzi, nie cierpisz tańczyć, ale z nią mógłbyś tańczyć całą noc, nie znosi spacerów, ale obok niej mógłbyś iść na koniec świata. Wytwarza się jakaś metafizyczna więź, która sprawa, że twoje życie przestaje istnieć, a stwarza się wasze życie. No i kiedy wasze życie umiera, wtedy ty też. Co ważniejsze, z tego wynika, że nie jest potrzebna wzajemność. Może być to całkowicie jednostronna reakcja, o której druga osoba może nawet nie wiedzieć. Jeśli te dwie osoby stworzą taką więź między sobą, znajdą to pokrewieństwo, odnajdą swoje odbicie w drugiej osobie wtedy będą żyły przez długie lata razem, w szczęściu. Widziałeś pewnie takie pary staruszków, którzy siedzą na ławce i trzymają się za ręce. Właśnie o tym mowa.
- Rozumiem to, a teraz opowiedz legendę żebym mógł to zinterpretować - Fred poprosił z bardzo poważnym wyrazem twarzy.
- Wszystko zaczęło się kiedy pierwsze ludzkie cywilizacje dopiero zasiedlały ziemię. Młody i silny drwal wybrał się po drewno do pobliskiego lasu. Był piękny, letni poranek. Rosa pokrywała leśne poszycie. Chłopak z siekiera wszedł między gęsty las i wybierając drzewo, które chciał wyciąć trafił na polanę. Wystraszył się tym co zobaczył i skrył się w krzakach. Widok jednak był tak niespodziewany, że wychylił się i podziwiał dalej. Na polanie tańczyła dziewczyna. Miała długie, jasne włosy, była oszałamiająco zgrabna, poruszała się lekko i zwiewnie, a na sobie miała jedynie cieniutką suknię z materiału, który ludziom noszącym skóry nie był znany. Drwal był zachwycony do tego stopnia, że wyprostował się i upuścił siekierę. Dziewczyna spłoszyła się i wbiegła w las, a tam jakby rozpłynęła się w porannej delikatnej mgle. Był zauroczony widokiem jaki zastał na leśnej polance. Wrócił do chatki i nie mógł myśleć o niczym innym prócz pięknej nieznajomej. Dziewczyny w wiosce garnęły się do niego, on ich nie odrzucał, ale nie chciał z żadną mieszkać.
- Wtedy coś takiego było dopuszczalne? - zdziwił się wnuk.
- Nie wiem - odparł dziadek. - Jakoś musieli się mnożyć, a śmiertelność była wysoka. Nie mam pojęcia. Poza tym to tylko legenda, więc prawda mogło wyglądać trochę inaczej. W każdym razie następnego dnia, skoro świt, po nieprzespanej nocy drwal wybrał się do lasu. Ruszył prosto na polankę, na której dzień wcześniej widział tę zjawiskową piękność. Nie było jej i poczuł ogromne ukłucie w sercu. Próbował sobie wmówić, że wczoraj to była tylko wizja, że nie było jej tutaj naprawdę. Poszedł dalej i wtedy jakiś jasny punkt mignął mu między drzewami. To była ona, zatrzymali się na wprost siebie i patrzyli. On zatracił się całkiem, spotykali się codziennie. Wioska musiała znaleźć innego drwala, bo z niego pożytku już nie było. Znikał w lesie na całe dnie, wracał wieczorem z nieobecnym wzrokiem i zamykał się w swojej chatce. Po jakimś czasie okazało się, że ona jest leśną boginką i nie może związać się z człowiekiem. Nie mógł tego przyjąć do wiadomości, wyciął prawie cały las, a kiedy padał na środku polanki wycieńczony na śmierć przeklął wszystkich, którzy spotkają w życiu taką boginkę lub takiego bożka żeby umierał tak jak on i nie był szczęśliwy, a jego dusza zamieniła się w kamień.
- I ci ludzie w to wierzą?
- Ci, którzy się nieszczęśliwie zakochali, do tego szalonego stopnia, wierzą. Legendy potrafią się mocno zakorzenić w świadomości lokalnej społeczności, a to, że podobny motyw pojawia się w różnych krajach, na różnych kontynentach i w różnych kulturach tylko mnie utwierdza w tym, że coś w tym być musi.
- Uważasz, że to się wzięło od tego przekleństwa?
- Nie, nie wierzę w takie rzeczy. Chodzi mi o to, że przez wiele setek lat, na różnych kontynentach, w różnych kulturach ludzie zauważali to samo zjawisko. Uważam, że to nie może być przypadek.
- Moim zdaniem możesz mieć rację, ale to by dla mnie oznaczało nieciekawy los - zasmucił się Fred.
- A czy mój los był nieciekawy? - dziadek wyjął z kieszonki mały zamykany wisiorek. - W tym małym pudełeczku mam zamknięte zdjęcia dwóch kobiet. Tej, która mnie zabiła i tej, która mnie wskrzesiła, czyli twojej babci. Dzięki tej pierwszej stałem się tym kim jestem, chyba nie jestem najgorszym człowiekiem, mimo masy wad, które mam? Większość wiedzy, którą mam, prac, które wykonywałem, miejsc, które odwiedziłem zawdzięczam jej, bo przez nią to wszystko miało miejsce. No a jeśli chodzi o twoją babcię - zamyślił się na chwilę. - Widziałeś jak to wygląda. Gdybym ci o tym nie opowiedział nie miałbyś pojęcia jak to dokładnie wygląda. Babcia jest dla mnie kimś bardzo ważnym, była przez całe życie. To ona dawała mi motywację do życia, dbała o mnie, sprawiała, że się uśmiechałem, wytrzymywała wszystko co wymyśliłem, każdy mój gorszy humor. Tak, to prawda, że wierzę w istnienie tego powiązania dusz, tej małej złotej nici, która wypruta z umysłu sprawia, że nie może on więcej funkcjonować tak jak wcześniej, ale prawda jest taka, że na tym świat się nie musi kończyć. Bo, jak dobrze wiesz, miłość nie jest jednowymiarowa. Inaczej rodzice kochają dzieci a inaczej siebie nawzajem. Wszystko to co sobie nawzajem z babcią dawaliśmy i dajemy przez życie można nazwać miłością, chociaż nie w tym burzliwym, romantycznym znaczeniu. Ciepło, zrozumienie, przyjaźń, możliwość polegania na sobie, stabilizacja, pewność, oparcie. Te rzeczy są ważniejsze niż burzliwe romanse. Ale to może zrozumieć tylko osoba, której życie jest już za nią, czyli taka jak ja. Ty jeszcze tego nie wiesz, teraz masz otwartą ranę, która powoduje, że czujesz się jakbyś umierał. Ta rana zarośnie się kamieniem, przez co będziesz dużo twardszy, ale też zimniejszy. Pamiętaj jednak, że z kamienia też mogą powstać piękne rzeczy, ale musi się za to wziąć odpowiedni artysta. W moim wypadku była to babcia. U ciebie też ktoś taki się znajdzie.
- Chciałbym w to wierzyć, dziadku - powiedział smutno Fred.
- To nie jest kwestia wiary. To kwestia wiedzy i doświadczenia. Przekazałem ci tyle rzeczy, które po prostu uznałeś za pewniki, więc to też tak przyjmij i czekaj spokojnie. Każda rana musi się zagoić, potem jest lepiej. Zaufaj mi, wiem co mówię - Martin uśmiechnął się szeroko, ale jego oczy błysnęły smutkiem.
- Dobrze, dziadku. Widziałem co łączy ciebie i babcię i jestem w stanie przyjąć to co mówisz. Jednak ta historia o duszy z kamienia wydaje mi się prawdziwsza niż inne legendy.

                Noc mijała, a panowie rozmawiali o zupełnie innych rzeczach. Temat, który miał być najważniejszą lekcją dla młodego Freda, został wyczerpany i można było przejść do innych kwestii. Martin osiągnął to co chciał. Fred zrozumiał, że to co przeżył nie jest końcem świata i można żyć nadal, będąc w miarę szczęśliwym. Jane już dawno skończyła prace w kuchni i spała spokojnie, nie wiedząc nic o „Duszy z kamienia”.


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)
 

3/06/2016

Opowiadanie #11 - Legenda o duszy z kamenia cz.1

Szanowni Czytelnicy,

postanowiłem napisać opowiadanie, które nie będzie podobne do tych, które pisałem wcześniej. Nie ma w nim za dużo akcji, ale może jest coś innego. Tego nie wiem, o tym musicie sami zdecydować. Opowiadanie będzie w dwóch częściach, bo się trochę rozpisałem, ale nie martwcie się, druga część jest już napisana, więc już niedługo (jak zobaczę, że wyświetlenia ładnie lecą to nawet dzisiaj) będzie. Zapraszam do czytania ;)

 Legenda o duszy z kamienia cz.1

                Późnym jesiennym wieczorem Martin siedział przy kominku, w którym spokojnie paliły się drewniane polana. Czytał gazetę wyciągnięty w starym, skórzanym fotelu. Nogi przykryte miał kocem w kratę. Był już grubo po osiemdziesiątce, ale wciąż nieźle się trzymał. Na głowie nadal miał gęste i proste włosy, które na przestrzeni lat stopniowo zmieniły się z czarnych w niemal zupełnie białe. W tle cichutko grało radio. Nie było w stanie jednak zagłuszyć odgłosów krzątania się po kuchni żony Martina. Jane przygotowywała ciasto na przyjazd wnuka. Miała siwe włosy i była krępą kobietą. Krzątała się po kuchni dorzucając kolejne składniki do misy robota kuchennego. Akompaniował jej niewielki telewizor ustawiony w kuchni. Lubiła telewizję. Spokojny wieczór przerwało pukanie do drzwi. Jane wiedziała, że zanim Martin podniesie się z fotela minie sporo czasu. Doskonale wiedziała jak duże problemy ma ze stawami. Złapała więc ścierkę i ruszyła do drzwi. Z kuchni do korytarza nie było daleko, bo i domek, w którym spędzali starość nie był największy. Przestronny salon, spora kuchnia, dwie niewielkie sypialnie, łazienka i  gabinet Martina umieszczony na poddaszu, na które coraz ciężej było mu wchodzić. Domek był urządzony przez Jane, było widać kobiecą rękę. W każdym pokoju czuć było ciepło i rodzinną atmosferę. Pastelowe kolory ścian, dobrze dopasowane tapety, drewniana podłoga i kominek, który oprócz ciepła rozsiewał również spokój. Gustownie dobrane meble i dodatki wieńczyły efekt. Jane otworzyła drzwi i aż klasnęła z radości. Jej radosny śmiech rozniósł się po domu.
- Fred! Miałeś być jutro rano! Nic jeszcze nie jest gotowe! Ciasto jest jeszcze w przygotowaniu, pokój jeszcze nie przygotowany, nawet pościeli jeszcze nie wyprasowałam. Wchodź! Zaraz zrobię herbaty, dziadek się ucieszy.
Fred uściskał babcię uśmiechając się słysząc, że mimo upływu lat ciągle mówi tak samo dużo i szybko. Jej radosne, cały czas śmiejące się oczy wciąż miały w sobie wiele chęci do życia. Wnuk wniósł ze sobą sporą torbę. Zdjął buty i płaszcz. Był wysoki, miał ciemne włosy i błysk w oku, który kiedyś miał jego dziadek. Na twarzy miał kilkudniowy zarost. Spod ciepłych ubrań nie było widać wysportowanej sylwetki, którą mógł się pochwalić. Miał już dwadzieścia dwa lata i studiował. Wybrał medycynę. To była wyłącznie jego decyzja. Podjął ją na rok przed maturą, po długiej rozmowie z dziadkiem. Rozmowie, która z pozoru nawet nie dotknęła tematu studiów czy wyboru zawodu. Martin i Fred doskonale się rozumieli, potrafili rozmawiać na takim poziomie, że nikt poza nimi nie mógł wiedzieć o co chodzi. Posługiwali się przenośniami, aluzjami, nie wszystko było wytłumaczone wprost, próbowali na sobie różnych psychologicznych sztuczek, co zazwyczaj kończyło się długimi salwami śmiechu. Fred od najmłodszych lat chłonął od dziadka wszystko co ten miał do zaoferowania. Martin uczył go wszystkiego co wiedział, a wiedział bardzo wiele. Przez swoje życie zgromadził ogromną wiedzę o bardzo wielu kwestiach i, póki jeszcze jego pamięć działała dobrze, postanowił dzielić się tym wszystkim ze swoim jedynym wnukiem. W rodzinie Martina złożyło się tak, że nikt nie miał więcej niż jedno dziecko. Zaczęło się tak od Martina, który był jedynakiem. Jane również nie miała rodzeństwa. Dorobili się oni jedynie córki, Alice, matki Freda. Alice ze swoim mężem także nie mieli więcej dzieci. Przyszły lekarz zostawił torbę w małej sypialni, którą zawsze zajmował przebywając u dziadków, i poszedł przywitać się z dziadkiem. Uściskał go bardzo mocno i usiadł obok. Babcia w tym czasie zdążyła już zrobić mu kubek gorącej czekolady.
- Dziękuję - powiedział. W jego głosie nie było jednak słychać wielkiej radości.
- Może zrobisz też dla mnie, kochanie? - zapytał Martin puszczając oczko do swojej żony.
- Lekarze pewnie woleliby żebyś wypił co innego - uśmiechnęła się opierając ręce na biodrach.
- Mój rodzinny lekarz nie ma nic przeciwko temu żebym wypił z nim czekoladę, prawda Fred? - klepnął wnuka w kolano.
- Jeden kubem nie zaszkodzi - młody uśmiechnął się w dziarski sposób i również puścił babci oczko.
- Ah wy dwaj! - zaśmiała się i poszła do kuchni.
Martin odłożył gazetę na mały stolik znajdujący się obok jego fotela. Przeciągnął się, a jego stawy po kolei wydawały z siebie dźwięk chrupnięcia. Jergo żona wróciła już z kubkiem pełnym parującej czekolady. Postawiła go na stoliku, a kiedy to robiła Martin cmoknął ją w policzek.
- Pogadajcie sobie chłopcy - powiedziała. - Ja muszę dokończyć ciasto i przygotować sypialnię dla mojego ulubionego wnuka.
- Babciu - Fred zaśmiał się. - Nie masz ich więcej. Tylko proszę, nie prasuj pościeli. To naprawdę nie jest konieczne.
- Dobrze, dobrze - odpowiedziała i zniknęła w kuchni.

                Mężczyźni siedzieli w milczeniu popijając napój. To było dla nich zupełnie normalne. Nie musieli rozmawiać żeby czuć się dobrze w swoim towarzystwie. Fredy był bardzo podobny do dziadka. Nawet bardziej z charakteru niż z wyglądu. W zasadzie nie mówił zbyt wiele, ale zdarzały się tematy, na które mógł dyskutować godzinami. Lubił czytać, lubił poszerzać swoją wiedzę i miał niezwykle skomplikowany charakter. Nie był towarzyski, ale dzięki dziadkowi nauczył się wykorzystywać ludzi tak, żeby było jak najbardziej użyteczni i jak najmniej drażniący. Unikał tłumów, nie pił, nie palił, niezbyt lubił tańczyć. Dokładnie tak jak Martin. Był też szczery, chociaż na ich własny sposób. Nie zawsze mówił wszystko, ale nie kłamał. Uczciwość, honor i oddanie bliskim były u niego na pierwszym miejscu. Spokojne melodie płynące z radia i ogień w kominku sprzyjały kontemplacji. Obydwaj panowie uwielbiali myśleć, analizować, tworzyć scenariusze zdarzeń. Nie potrafili żyć bez tego, choć nie zawsze dobrze to wpływało na ich nastrój. Ten spokój przerwał Martin pierwszy się odzywając.
- Kobieta?
- Tak… - Fred odpowiedział smętnie po chwili.
- Chodź na górę - rzucił dziadek i zaczął wstawać z fotela.
Młody pomógł mu, wziął kubki z napojem i ruszył za dziadkiem. Martin miał problemy głównie z kolanami, które wynikały z wielu lat uprawiania różnych sportów. Jego inne stawy i kręgosłup również nie były w najlepszej kondycji, ale akurat kolana przeszkadzały mu najbardziej, bo utrudniały wchodzenie po schodach do jego sanktuarium. Tym razem jednak dziarsko pokonał te dziesięć schodów, które dzieliły go od poddasza. Otworzył drzwi i ruszył do biurka, na którym stał komputer. Usiadł na wygodnym fotelu z wysokim oparciem. Fred usiadł przed nim, z drugiej strony dębowego biurka, na równie wygodnym fotelu. Najlepiej im się rozmawiało kiedy ten stary mebel był między nimi. W pokoju panował półmrok, ale dało się zauważyć pełno półek i szafek ustawionych w rzędach i pod ścianami. Na nich znajdowała się kolekcja, która Martin gromadził przez prawie całe swoje życie. Było tam wszystko. Począwszy od pocztówek, zdjęć, plakatów, przez puchary, figurki, ozdoby, elementy garderoby czy sprzętu. Niekiedy ciężko było się domyśleć pochodzenia czy przeznaczenia danej rzeczy, ale Martin mógł o niej wiele opowiedzieć i nigdy się nie pomylił.
- Freddy - zaczął. - Pamiętasz wszystkie nasze rozmowy?
- Tak, pamięć mam po tobie, dziadku.
- To dobrze, chociaż… - Martin na sekundę się zamyślił. - Pamiętasz więc też, że wszystkie ważniejsze rozmowy odbywały się w tym pokoju. Ta będzie najważniejsza. Wiem, że dopiero co przyjechałeś, jest późno, ale w moim wieku nie można już niczego odkładać na później.
- Przecież dobrze się trzymasz, dziadku - uśmiechnął się.
- Tak, nie jest ze mną najgorzej, ale różnie bywa. - Zacznę od tego, że Alice z Tomem mają duży dom, dorobili się pokaźnego majątku i na pewno ciebie również zabezpieczyli. Zresztą tego moją córkę uczyłem, ale chciałbym żebyś przejął ten dom po mojej śmierci.
- Dziadku…
- Poczekaj - uciął. - Babcia będzie żyła dłużej, więc niech mieszka tutaj razem z tobą. Tego bym chciał. Wiem, że domek jest stary i niewielki, ale chodzi o ten pokój. Wiesz jak ważny jest dla mnie i wiem, że twoja matka nie pozwoli ci tych rzeczy zabrać do siebie. Będzie chciała je sprzedać, a tego czego nikt nie kupi po prostu się pozbędzie. Kobiety już tak mają. Dla niej to nie ma wartości. My wiemy, że jest inaczej.
- Zgadza się, to twoje dziedzictwo - Fred stracił pewność w głosie, nie wiedział do czego dziadek zmierza.
- To są rzeczy, które zbierałem przez całe życie, które było trochę za długie jak na mój gust - puścił młodemu oczko. - Działka jest dużo, więc możesz sobie rozbudować dom, ale nie niszcz go. Niech ten pokój pozostanie taki jakim jest teraz. Dokładaj nowe rzeczy. Jeśli braknie miejsca, stwórz nowe, ale korzystaj z tego gabinetu. Pracuj tutaj, czytaj, ucz się, rozmyślaj. Tutaj jest do tego bardzo dobra atmosfera.
- Też tak uważam - zgodził się Fred rozglądając się po ścianach.
- Jesteś w stanie dać mi słowo, że spełnisz moją prośbę? Że zamieszkasz tutaj z babcią do końca jej dni, że zajmiesz się domem, że nie pozostawisz tych rzeczy samych sobie?
- Tak, przysięgam - powiedział z pełną powagą.
- Teraz będę spał spokojnie - odetchnął dziadek. - Jest jeszcze jedna sprawa. Pamiętasz jak rozmawialiśmy przed klasą maturalną, o tym co jest w życiu najważniejsze?
- Oczywiście, to była najważniejsza nasza rozmowa.
- Aż do dzisiaj - zaznaczył Martin. -Wtedy powiedziałem ci, że przy wyborze życiowej drogi nie możesz kierować się niczyimi radami. Musisz sam wybrać to co uznasz dla siebie za najlepsze. Powiedziałem też, że zawsze możesz to zmienić i spróbować czegoś innego, to nie jest coś z czym wiążesz się na całe życie.
- Tak, powiedziałeś też, że najlepiej zacząć od rzeczy najtrudniejszych, żeby potem nie mieć problemów z pozyskaniem potrzebnych umiejętności. Łatwiej się uczyć kiedy człowiek jest młody. Kiedy ma wiedzę, przychodzi doświadczenie, które pokazuje mu na co mógłby dotychczasową drogę zmienić.
- Ja zacząłem od trudnych studiów, potem pracowałem w zawodzie, ale kiedy przestało mi to dawać satysfakcję przeskoczyłem do czego innego. Byłem dziennikarzem, handlowcem, pisarzem, pracowałem fizycznie, podróżowałem, fotografowałem, znowu pisałem, wróciłem do zawodu. Robiłem mnóstwo rzeczy…
- Dzięki którym teraz masz takie doświadczenie i wiedzę - dokończył za niego wnuk.
- Tak - twarz Martina rozpromieniła się w uśmiechu. - Chcesz zostać lekarzem. Te studia są trudniejsze niż były moje, ale to dobrze. Jeśli zaczniesz od trudniejszego wyzwania to więcej osiągniesz. Kiedy ja musiałem dokonać wyboru nie wiedziałem tego, teraz wiem. Chciałbym jednak żebyś nie trzymał się kurczowo posady lekarza. Jeśli przestanie ci to sprawiać przyjemność, jeśli będzie cię to męczyło i każde wyjście do pracy będzie wewnętrzną walką, to daj spokój. Czasem może wystarczyć krótka przerwa żebyś za tym zatęsknił, ale może być też tak, że pół życia spędzisz robiąc co innego. Pamiętaj tylko, że ma być to dla ciebie przyjemność, nie katorga. Przyjemność i nauka.
- Dobrze, dziadku. Zapamiętam to.
- Chciałbym żebyś po przeżyciu swojego czasu jak najlepiej przekazał wszystko to co ja przekazałem tobie swoim wnukom.
- Raczej wnukowi - zaśmiał się Fred.
- W przypadku naszej rodziny to pewnie tak. W każdym razie moją wiedzę i doświadczenia uzupełnisz tym, co sam zdobędziesz, a będzie tego jeszcze więcej niż ja Ci przekazałem i to dużo więcej. Zbierzesz jeszcze pewnie trochę ciekawych rzeczy i to wszystko przekażesz wnukom. Zapytasz dlaczego nie dzieciom. Bo mając dzieci twoja wiedza będzie jeszcze za mała. Tak jak w moim przypadku było z Alice.
- Wiesz, że mam cię kocha - wtrącił Fred.
- Wiem. Kocha mnie jako ojca, ale nie byliśmy przyjaciółmi. Nie wiedziałem jeszcze wtedy jak to wszystko powinno wyglądać… To moja wina, chciałem dla niej jak najlepiej, ale robiłem to w zły sposób.
- Myślę, że mimo wszystko mama jest wdzięczna, bo to co ma osiągnęła dzięki wam.
- Nie, ona to osiągnęła dzięki Jane i pomimo tego co robiłem ja. Chciałem wszystko wykonać perfekcyjnie, a wychowanie nie na tym polega. Jest prawnikiem, to fakt. Zarabia dużo, to też fakt. Ma wspaniałą rodzinę, ale nie korzysta z życia tak jak powinna. Nie mówiłem ci tego, ale ona nie chciała być prawnikiem. Chciała zostać aktorką. Wymusiłem na niej zmianę decyzji. Powiedziałem jej, że będzie mogła być kim chce, ale najpierw musi zmierzyć się z wyzwaniem. Poszła na prawo, ale to co na niej wymusiłem zabiło jej marzenia.
- Nie bądź dla siebie taki okrutny - Fred położył dłoń na pokrzywionej już dłoni dziadka.
- Nie jestem okrutny, ale obiektywny. Uważaj na wychowanie swoich dzieci. Ucz się na moich błędach, o których ci cały czas mówiłem.
- Wiesz, dziadku… - zmieszał się. - Jeśli chodzi o te dzieci, wnuki i tak dalej, to u mnie nie będzie z tym problemu.
- Wiem, kobieta cię odtrąciła i uważasz, że nie znajdziesz już nigdy innej miłości.
- Nie! - zaprotestował. - To znaczy… tak. Ona jest miłością mojego życia, tą jedyną, nie chcę innej, nie chcę mieć dzieci z inną, żyć z inną, myślę tylko o niej…
- Ile trwał wasz związek? - dziadek zapytał sucho.
- Nie rozumiesz…
- Ile trwał wasz związek? - Martin powtórzył pytanie dużo bardziej stanowczo.
- Pół roku - Fred burknął w odpowiedzi.
- Mhm - Martin przeczesał palcami siwą czuprynę. - Oddałbyś za nią życie?
- Tak - młody odpowiedział bez chwili wahania.
- Odebrałbyś życie gdyby cię o to poprosiła?
- Tak - ponownie potwierdził z pewnością w głosie.
- Czyli jest dokładnie tak jak myślę. Opowiedz mi o niej, proszę.
- Poznaliśmy się w pociągu. Jest cudowna. Ma długie, blond włosy. Sięgają jej pleców. Nie jest zbyt szczupła, ani za gruba. Ma idealną figurę. Kiedy ją zobaczyłem świat mi się zatrzymał. Jej zielone oczy miały w sobie taki blask, takie przyciąganie. Nie mogłem oderwać od nich wzroku. Powiedział mi, że mam świdrujące spojrzenie. Nie wiedziałem co odpowiedzieć, ale jakoś udało się zaprosić ją na kawę. Potem wyszliśmy parę razy. Zakochałem się, ona też. Byliśmy razem pół roku, ale teraz powiedziała, że to koniec, że za bardzo się różnimy, że to nie ma przyszłości i odeszła.
- I czujesz teraz jak narasta w tobie pustka, tęsknota do tej idealnej istoty, jak twoja dusza staje się zimna i twarda bez niej - Martin nawet nie zapytał czy to prawda, on po prostu dokończył wypowiedź za wnuka.
- Tak… ale skąd wiesz, dziadku?
- Właśnie teraz przejdziemy do najważniejszej rozmowy. Do historii, która pozwoli mi wszystko wyjaśnić i być całkowicie spokojnym, że to nie zginie po mojej śmierci. Otóż znam doskonale twój problem. Poznałem kiedyś dziewczynę, dla której spaliłbym cały świat i sam rzucił się dla niej w ogień gdyby tylko to było jej życzeniem.
- To babcia - młody pokiwał głową.
- Nie - odpowiedział Martin.
- Jak to? Przecież widać jak bardzo się kochacie…
- Wyjaśnię ci wszystko od początku, ale co do babci to jest ona cudowną osobą, dzięki niej miałem jakąkolwiek motywację by żyć. Dała mi ciepło, spokój, poczucie bezpieczeństwa, jest moim przyjacielem przez dużą część życia. Starałem się oddać jej całe dobro, którym mnie obdarzyła. Byłem dla niej najlepszy jaki potrafiłem być, ale to nie jest miłość. Przynajmniej nie w takim znaczeniu o jakim myślisz, kiedy masz przed oczami tę dziewczynę, przez którą jesteś tak smutny.
- Jeszcze nigdy nie byłem tak podekscytowany opowieścią - powiedział Fred kręcąc głową.
- Ja też… - dodał Martin. - Jeszcze nikomu o tym nie mówiłem. Cała historia zaczęła się pewnego dnia kiedy pierwszy raz ją spotkałem. Była zgrabna, miała zielone oczy, przepiękną twarz z cudownie promiennym uśmiechem, która dawał masę energii i włosy. Długie, proste, jasne włosy sięgające talii, a nawet dalej. Widać mamy do niektórych cech słabość - Martin zażartował. - Była wycofana, jakby się mnie bała. Ja byłem tak zauroczony, że nie potrafiłem nalać wody z dzbanka do filiżanki żeby nie rozlać. Bardzo dobrze mi się z nią rozmawiało, a może inaczej, bardzo dobrze mi było w jej towarzystwie. Czułem się wtedy zupełnie spokojny. Na zewnątrz mogły wybuchać bomby, a mi serce nawet by nie drgnęło.
- Znam to doskonale - wtrącił Fred.
- Po tym spotkaniu mnie przytuliła, tak spontanicznie,  byłem tak bardzo zaskoczony, że nie wiedziałem co zrobić. W końcu też ją objąłem, ale chwilę, która dla mnie była wiecznością, to zajęło. Spotkaliśmy się parę razy nim się pocałowaliśmy. Pamiętam to do dziś, bez żadnych luk. Mógłbym cię zabrać w miejsce gdzie to było i wskazać każdy szczegół. Było bardzo dobrze. Wiele dzięki niej zrozumiałem i wiele się nauczyłem. Nie będę ci teraz tego opowiadał, bo wszystko co już wiesz w znacznej mierze od niej się zaczęło. Kochaliśmy się. Widziałem w jej oczach, że moje uczucie jest odwzajemnione. Może nie w tak wielkim stopniu jak bym chciał, ale zawsze. Sielanka trwała mniej więcej tyle co w twoim przypadku. Potem odeszła, niszcząc mój świat niczym apokaliptyczna burza. Straciłem sens życia. Wszystko co dobre się w nim działo zniknęło i teraz została pustka. Postanowiłem ze sobą skończyć, ale nie miałem tyle odwagi.
- Sam mówiłeś, że większa odwagą jest żyć na tym świecie niż popełnić samobójstwo - wtrącił ponownie wnuk.
- Tak, ale wtedy tego nie wiedziałem. Nie miałem doświadczenia i wydawało mi się, że samobójstwo to największa odwaga. To było wielkie załamanie, depresja, topienie smutków w alkoholu, szukanie znajomości na jedną noc. Łapałem się wszystkiego co choć na moment da mi to co dawała mi ona, tę siłę płynącą z niej, to poczucie bezpieczeństwa, ciepło… Siedziałem kiedyś przy barze, kiedy podszedł do mnie starszy jegomość. Był dobrze ubrany i pił whisky. Poprosił barmana o to samo dla mnie i zaczął rozmowę.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

11/22/2015

Opowiadanie #10 - "Błąd"

Dziady, Wszystkich Świętych, Halloweeny i inne takie już za nami, ale takie opowiadanie kiedyś tam mi się napisało, na jakiś śmieszny konkurs, w jeszcze śmieszniejszej internetowej gazetce i teraz wreszcie mogę je opublikować. Zapraszam do czytania!

Mam kilka tematów pod pitolenie w "życie boli", więc dla tych, którzy lubią ten cykl w niedługim czasie coś się pojawi.

Błąd



- Musimy kupić dynie! - niewysoka brunetka wpadła do szatni z radosnym okrzykiem.
- Po co ci dynie? - zdziwił się wysoki chłopak w długich włosach.
- Jak to po co? Mariusz, jest Halloween! - opowiedziała śliczna blondynka, której długie włosy niemal rozświetlały szkolną szatnię.
- Serio? Chcesz świętować tę maskaradę prosto z US i A? - niski, rudawy chłopak podniósł się z ławki i zawiesił skórzaną kurtkę na wieszaku.
- Na a co w tym złego, Łukasz? Znowu masz jakiś problem? - brunetka spojrzała na niego z niechęcią.
- Nie, Maja, ja nie mam żadnego problemu. Jeśli chcesz trwonić pieniądze na jakieś głupie dynie czy przebrania to jest to twoja sprawa.
- To na kostiumową imprezę też się nie wybieracie chłopaki? - blondynka zapytała zalotnie.
- Nie, Sandra - poderwał się chłopak w dresach, który miał na sobie bluzę z kapturem. - My jesteśmy patriotami i chcemy zorganizować Dziady.
- Dziady? Te co były na polskim? - zdziwiła się Maja.
- Eh, dziewczyno - westchnął Łukasz. - Twoja koleżanka ma jaśniejsze włosy, ale nie zadaje tak głupich pytań jak ty. Mickiewicz w „Dziadach” opisał rytuał, ale to tylko książka. My wiemy o tym wiele więcej i zamierzamy patriotycznie, po słowiańsku, spędzić tę noc, a nie pajacować w jakimś kostiumie pirata.
Dziewczyny spojrzały na siebie wyraźnie zaintrygowane. Rozległ się dzwonek i młodzież niespiesznie udała się na lekcje.

            Po południu licealistki wyszły ze szkoły i udały się na przystanek autobusowy. Dziewczyny zauważyły, że trójka chłopaków, z którymi rano rozmawiały, stoją za przystankiem i palą papierosy. Od razu podeszły do nich.
- Hej chłopaki! - radośnie zaczęła Sandra. - Nie szukacie może pomocy w organizacji tych Dziadów?
- A kto niby miałby nam pomóc? - odparł zaskoczony Seba.
- No może my… - Maja lekko się zawahała. - Ale musicie nam coś więcej powiedzieć o tym co planujecie.
Panowie porozumiewawczo wymienili spojrzenia. Kiwnęli do siebie głowami i Łukasz zaczął mówić:
- Dziady to obrzęd, który pomaga przybywającym na ziemię duszom. Otóż, z trzydziestego pierwszego października na pierwszego listopada na ziemię wracają duchy naszych przodków. A w tradycji słowiańskiej oczywistym jest, że gości trzeba ugościć. Dlatego w tę noc organizuje się coś co wy możecie nazwać imprezą. Organizowało się ucztę na cmentarzu, podczas której karmiło się i poiło duszę oraz samemu też się bawiło.
- Tak robią cyganie? - zdziwiła się Sandra.
- No mniej więcej. W trakcie tej uczty trzeba rozlewać i upuszczać na ziemię potrawy oraz rozpalić ognisko. W sumie mogłybyście nam pomóc w przygotowaniu potraw. Są potrzebne kasza, jajka, kutia i co tam jeszcze wymyślicie, byle tylko było staropolskie. My zajmiemy się napojeniem dusz.
- Mówiłeś, że to ma być na cmentarzu, tak? - zapytała Maja.
- Zgadza się. Mamy już upatrzony taki, po którym nikt się nie kręci. No i przydałby się jeszcze jakiś menel, jako łącznik między nami i duchami, ale to nie jest konieczne.
- Wszystko macie opracowane?
- Tak - wtrącił Łukasz. - Pozostają tylko potrawy, którymi wy byście się mogły zająć. No i potem w sobotę idziemy na cmentarz.
- Myślę, że możemy się w to pobawić! - zaśmiała się Sandra, Mariuszowi błysnęło w oku.
- To jesteśmy w kontakcie, a widzimy się w sobotę - pożegnał się Łukasz.
Chłopcy wsiedli do autobusu, a dziewczyny poszły do domu pieszo. Gorączkowo rozmawiały o tym, która co będzie gotować i co założą na taki wieczorny melanż na cmentarzu. Nie bardzo lubiły chłopaków, którzy organizowali Dziady, ale podniecała je taka propozycja. Czuły dreszcz emocji na karku kiedy myślały o nocy na cmentarzu. Lubiły imprezować, ale taka odmiana od Halloween w klubie na pewno musiała być interesująca. Niebezpieczeństwo kusiło je niewymownie. 

            Sobotni wieczór był lekko mglisty, ale w miarę ciepły. Słońce dawno już zaszło, ale warstwa chmur nie pozwalała na pojawienie się na niebie księżyca. Ewangelicki cmentarz oddalony nieco od centrum miasta pogrążony był w całkowitej ciszy. Bramy już zamknięto. I tak nikt tego miejsca nie odwiedzał, zwłaszcza po zmroku. Pięć ubranych na czarno postaci wysiadło z tramwaju z pakunkami i poszło wzdłuż cmentarnego parkanu. Nie chcieli przekradać się przez bramę, którą było widać z ulicy. Seba już wcześniej znalazł lepsze miejsce do wejścia na teren nekropolii. W jednym miejscu obok parkanu stał śmietnik. Wystarczyła się na niego wdrapać i po prostu przeskoczyć na drugą stronę. Nie było wysoko, więc nawet dziewczyny nie będą miały z tym problemu. Paczka dotarła na miejsce. Widać było, że są podekscytowani. W oczach im błyszczało, a w torbach dzwoniły butelki. Pierwszy na teren cmentarza dostał się Łukasz, który odebrał pakunki od Mariusza. Potem pomogli zejść dziewczynom. Seba wskoczył jako ostatni rozglądając się czy nikt ich nie widział. Chłopak, który znalazł miejsce do wejścia na cmentarz, wybrał też odpowiedni grób. Był to pomnik jakiejś pani, która zmarła w podeszłym wieku. Litery na tablicy zamazały się na tyle, że ciężko było cokolwiek przeczytać. Grób znajdował się obok skrzyżowania dwóch alejek. To też było elementem rytuału Dziadów. Na skrzyżowaniu trzeba było rozpalić ognisko. Drewno już wcześniej przygotowali. Rozłożyli koce obok pomnika. Na samej płycie dziewczyny szybko porozstawiały przygotowane potrawy i plastikowe talerze. Chłopaki postawili pół litra czystej i kubeczki. Mariusz rozpalił ognisko, niewielkie, ale też nie chcieli zwracać na siebie uwagi.
- Możemy zaczynać - spokojnie powiedział Łukasz. - Powinien teraz wystąpić menel, ale żadnego w tramwaju nie było, więc sami to zrobimy. Powtarzajcie za mną. Dusze, które w czyśćcu cierpicie, chodźcie do nas i się posilcie. Ugościć was dzisiaj wypada, inaczej biada nam, biada. Wszystko co na tym stole zrobione na waszą wole. Dziś chodźcie do ognia dusze cierpiące, my was ugościm w waszej bolączce.
Wszyscy zgodnie powtórzyli i przeszły ich ciarki. Nic się nie wydarzyło. Znicze, które zapalili na grobie żeby lepiej widzieć, nie zgasły. Wiatr nie zrzucił nawet plastikowych kubeczków. Nie stało się absolutnie nic, a mimo to nie byli już tak odważni jak na początku.
- No to teraz możemy jeść i pić - Łukasz przerwał niezręczną ciszę. - Tylko pamiętajcie o tym żeby ulewać i zrzucać na ziemię to co jecie i pijecie. To bardzo ważne.
- Jasne, mówiłeś to już - wtrącił Seba już trzymając w dłoniach butelkę.
- Zacznijmy od jednego to się zrobi cieplej - nieco nieśmiało rzuciła Sandra.
Jej piękne, długie i jasne włosy wystawały spod szarej czapki i spadały na czarny płaszcz. Płomienie zniczy odbijały się w jej cudownych zielonych oczach niemal tańcząc. Nie pasowała do tego ponurego cmentarza. Wprowadzała tutaj za dużo ciepła, za dużo światła. Zupełnie tak jakby anioł nagle znalazł się w piekle. Maja, druga z dziewczyn, nie była tak urodziwa. Nie miała tak posągowej urody. Była przeciętna, ciemne krótkie włosy nie dodawały jej uroku. Miała na sobie czarną kurtkę i komin w takim samym kolorze. Ona mogłaby zostać częścią takiego jesiennego krajobrazu, ale nie Sandra. Ona była wiosną, latem, ale nie była niczym co wiąże się ze smutkiem.
- To bardzo dobry pomysł, Sandra - Seba polał wszystkim i wypili pierwszą kolejkę.
Potem od razu drugą. Maja wykrzywiła się, a jej koleżanka nawet nie popiła. Rozpoczęły się Dziady zorganizowane przez piątkę młodych ludzi. Jedli, pili, rozmawiali, ale pamiętali o duszach, które wpadły na poczęstunek. Upuszczali i ulewali sporo. Mariusz był odpowiedzialny za ognisko, które nie mogło zgasnąć w trakcie obrzędu. 

            Noc mijała. Panowie postarali się i przynieśli więcej wódki niż było konieczne dla dobrego nastroju w tak ponurym miejscu. Maja już dawno zasnęła na ławce obok pobliskiego pomnika. Okryli ją kocem, a sami bawili się dalej. Dużo rozmawiali, choć teraz ciężko było trzeźwej osobie zrozumieć o czym. Sandra potrafiła wypić, dotrzymywała tempa chłopakom. W końcu jednak sama powiedziała dość, nie zostało już też wiele alkoholu. Mgło zgęstniała. Zrobiło się niemal całkowicie szaro. Pochłonięci rozmowami i spożywaniem alkoholu zapomnieli o ognisku. Byli zresztą przekonani, że jest już grubo po północy i noc Dziadów dobiegła końca. Nie było. Ogień powoli gasł. 

            To dziś. Dziś jest ta przeklęta noc. Pogański obyczaj, który praktykowały te ciemne masy. Jak tak można zakłócać spokój dusz i mamić je jakimiś ognikami. Ale zaraz… Co to tam? Co to tam w oddali świeci? Takie mdłe, jasne światełko, tuż obok, zaraz przy drodze. Ledwo je dostrzegam, ale jakby robiło się coraz jaśniejsze. Jakby ogień się rozpalał. Ale tutaj, gdzie ja trafiłem nie ma ognia… Co to tam? Tutaj jest tylko ciemność i bardzo dobrze, lubię ciemność, ten mrok jest taki jak moja dusza. Co to tam? Całkiem jasno? Muszę sprawdzić, może… Może! Tak! Tak!

Maja zerwała się z ławki na równe nogi. Z mgły dobiegł dźwięk podobny do śmiechu. Brzmiał jednak bardziej gardłowo i bardziej złowieszczo. Dziewczyna podbiegła do grupy, która również to słyszała i jakby od razu otrzeźwiała. Pakowali już to co przynieśli ze sobą. Nie zamierzali sprzątać, brali tylko to co konieczne. Chcieli stamtąd uciekać jak najdalej i jak najszybciej.
- Kurwa, gdybym tylko ja to słyszał to by znaczyło, że za dużo w siebie wlałem… - Łukasz pokręcił głową.
- Nawet ja to słyszałam, a spałam - dodała Maja.
- Może to był jakiś pies czy coś… - niepewnie wtrąciła Sandra.
- Psy się nie śmieją, a przynajmniej nie w taki sposób - Seba już kierował się w stronę parkanu.
- Jak wyjdziemy?
- Prawie tak jak weszliśmy, tylko teraz wejdziesz na tablicę, a nie na śmietnik.
- Na grób?
- A widzisz tutaj coś innego? Nie ma czasu, spierdalajmy stąd jak najdalej!
Wyszli wszyscy. Pobiegli w stronę przystanku tramwajowego. Mieli szczęście, bo akurat podjechał tramwaj, co w nocy nie zdarza się tak często. Pojechali do domów i od razu znaleźli się w łóżkach. Po drodze nie rozmawiali o tym dziwnym zjawisku, które pojawiło się w mgle. Nie wiedzieli co się stało i nie próbowali się tego dowiedzieć. Woleli o wszystkim zapomnieć i liczyć, że to tylko pijackie przywidzenie.

Ponownie zobaczyli się dopiero w poniedziałek w szkole. Nie poruszali tematu Dziadów. Udawali, że nic nie miało miejsca i rozmawiali, dość sztucznie, o wszystkim innym. Po lekcjach jednak  spotkali się i postanowili pogadać w parku o tym co tam dokładnie się stało.
- Słyszeliśmy czyjś śmiech, tak? - zapytała Maja.
- No coś co mogło brzmieć jak śmiech przy odrobinie interpretacji - odpowiedział Mariusz.
- Wszyscy słyszeli to samo? - dziewczyna ciągnęła dalej.
- No tak, to już ustaliliśmy. Tylko co nam da rozpamiętywanie tej sprawy?
- Pamiętacie te wszystkie amerykańskie horrory? Zrobili coś złego, nie próbowali tego naprawić i potem dosięgała ich zemsta - Maja była coraz bardziej zdenerwowana.
- Mówisz o „Koszmarze minionego lata” i innych takich? - zapytała zaskoczona Sandra.
- Dokładnie! Wszystko układa się tak jak tam…
- Pierdolisz - uciął Seba. - Nic się tak nie układa. W ogóle nie wiemy nawet co się stało. To mogło być cokolwiek. W takiej mgle gówno było widać. Nie ma po co tam wracać i marnować czasu. Jeszcze ktoś się do nas doczepi.
- Ognisko zgasło… - Łukasz szepnął bardziej do siebie niż do reszty grupy.
- Co?
- Ognisko zgasło. Nie było już czego dołożyć, a poza tym byłem zbyt pijany.
- Było już po północy… Zresztą to tylko taka zabawa. Przecież od setek lat nikt w to nie wierzy - Mariusz pokręcił głową.
- Nie było po północy. Tramwaj był siedem po dwunastej, ale przecież zanim się spakowaliśmy, dobiegliśmy do przystanku, a jeszcze chwilę czekaliśmy - ciągnął Łukasz.
- To tylko zabawa. Zabobony, które nie mają znaczenia! - Mariusz krzyknął. - Naprawdę uwierzyliście w to, że jak porozrzucamy żarcie po ziemi to jakieś dusze przylezą i to zaczną żreć?! To była zabawa. Mieliśmy się najebać w trochę innych okolicznościach niż zazwyczaj. Nikt nigdy nie mówił, że jakieś duchy w ogóle do nas przyjdą i nie ma co się nad tym zastanawiać. Jasne?!

Cóż ten dzieciak wygaduje? Zabobon? Może i zabobon, ale i one potrafią być skuteczne. Otto von Backen powrócił do tego świata i pobawi się z tymi, którzy mu na to pozwolili. Pobawi się tak jak wiele lat temu z dziećmi w tym wszawym miasteczku. 

- Jasne, Mariusz, dla mnie to od początku było jasne - wtrącił Seba.
- Łukasz? To, że ci zgasło ognisko to jeszcze nic takiego. Ważne żeby ci konar zapłonął jak będzie trzeba…
- I nie spalił się za szybko - zaśmiał się Seba, kończąc żart kolegi.
- Drogie panie - Mariusz zwrócił się do dziewczyn. - Czy możecie przestać panikować i wrócić do świata żywych zamiast zajmować się duchami?
- No… Niech będzie - Maja machnęła ręką z rezygnacją.
- Tak, nie będziemy już - dorzuciła z czarującym uśmiechem Sandra.
            Co to tam? Cóż za uśmiech… Cóż za uroda… Niespotykana, posągowa, bogini.
- No to idziemy do domu, bo piździ - zakończył Seba i wszyscy się rozeszli.

            Na początek ich trochę postraszymy. Otto von Backen musi wykorzystać to, że jest duchem. Postraszymy ich, a dopiero potem… Tak! Tak właśnie zrobimy. Najpierw ten, który dał światło. On najpierw. Trzeba mu podziękować. Otto von Backen jest dobrze wychowany i wie jak trzeba podziękować. Najpierw on, potem ta czarna. Ona dostarczy dużo zabawy…

            - Mamo! - krzyknął Łukasz wchodząc do domu. - Nie jem dziś kolacji. Muszę zrobić prezentację do szkoły i nie mam czasu.
Nie usłyszał odpowiedzi, ale zdjął buty i kurtkę i zatrzasnął za sobą drzwi swojego pokoju. Rozsiadł się wygodnie prze komputerem, którego nawet nie wyłączał. Zarzucił nogi na biurko i założył słuchawki. Odpalił grę i natychmiast wsiąknął w świat rozgrywki. Jakiś dziwny cień przemknął za jego plecami. Zobaczył go kątem oka, ale nie przejął się. Musiał być skupionym na rozgrywce. W pokoju zrobiło się chłodniej. W przerwie między rundami sprawdził czy okna są zamknięte. O dziwo były, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bo musiał grać dalej. Światło w lampce zaczęło drżeć, na chwilę zgasło.
- Kurwa, nie teraz! - syknął przez zęby i grał dalej.
Srebrzyste pasy przemknęły przez monitor, ale nie wywołały żadnej reakcji poza kolejnym przekleństwem. 

            Co to tam? On nie reaguje na nic, jest poza tym światem. Nie będzie tak pogrywał z Otto von Backenem. Oj nie będzie. Mieliśmy go tylko wystraszyć, ale w takiej sytuacji… Tak! Myślę, że moglibyśmy… Moglibyśmy go… zabić! Tak! Zrobimy to za chwilę. Tak jak dawniej, tak jak dawniej. Tak będzie najlepiej.

- Co się dzisiaj dzieje!? No nic mi nie wchodzi! - krzyknął Łukasz i huknął pięścią w biurko.
W pokoju zrobiło się zupełnie ciemno i chłodno. Łukasz zaczął się pocić, brakowało mu tchu. Powietrze grzęzło mu w gardle, coraz trudniej mu się oddychało. Wreszcie zrzucił z głowy słuchawki i chwycił kołnierzyk koszulki. Rozchylił go i próbował łapać powietrze coraz bardziej łapczywie. Oczy podeszły mu krwią, żyły wyszły na twarzy. Zrobił się całkiem siny i wreszcie opadł na biurko. Głowa wpadła w klawiaturę, a straszliwy wyraz twarzy pozostał na jego martwym obliczu. Kiedy po kilku godzinach do pokoju weszła jego matka rozległ się wyłącznie krzyk, który zbudził wszystkich mieszkańców bloku.

            Ahh, jak nam tego brakowało… Otto von Backen powrócił i to tak jak w dawnych czasach. Te oczy, te żyły… Ahh, gdybym tylko był cielesny. Gdyby nie brak ciała to nie zostawiłbym go tak szybko. Oj nie! Ale teraz czas na nas…

- Jak to się stało? - zapytała wstrząśnięta Maja.
- Podobno uduszenie. Tak mówiła wychowawczyni - smutno odparł Mariusz.
- Kurwa… - Seba pokręcił głową.
- To na pewno ma jakiś związek z…
- Zamknij się! - ryknął Mariusz przerywając Mai w pół zdania. - Nic nie ma wspólnego z niczym! To był zbieg okoliczności. Po prostu miał pecha ktoś go udusił. Może to jakiś morderca, w końcu mieszkamy w dużym mieście i tutaj może się to przytrafić. Nie ma co panikować!
- Racja, nie denerwuj się - Sandra poklepała go po plecach, od razu się uspokoił.
- Nie ma co się podniecać - wtrącił się Seba. - Nic nam to nie da. Chłopak miał pecha i koniec.
- Wiecie co ja myślę? - Maja lekko podniosła głos. - To nie był żaden przypadek i nic sobie nie dam wmówić. Czytałam o tym wczoraj wieczorem jak tylko się dowiedziałam co się stało. Nasz ogień, który zgasł w trakcie Dziadów, miał nie tylko sprowadzać dusze, ale także chronić przed tymi złymi. Zgasł, więc złe mogły też do nas dotrzeć i widocznie jedna z nich musiała udusić Łukasza.
- Ty masz coś pod tą czarną grzywką? - zapytał ostro Mariusz. - Nie istnieją ani dobre, ani złe duchy, które by właziły przez ogniska!
- Możecie mi nie wierzyć, ale ja swoje wiem! - krzyknęła i pobiegła.

            Co to tam? To tak się znaleźliśmy znowu w tym świecie? Hmm, dobrze wiedzieć. Ale ta dziewczynka wie zbyt dużo i zbyt często otwiera swoje wąskie ustka. Wieczorem, tak… wieczorem odwiedzimy ją i pobawimy się z nią jak za dawnych lat. Tak! tak…

- Ja im udowodnię! - Maja wpadła do domu zapłakana. - Udowodnię im i pokażę im tego upiora! Będą wiedzieli, że to nie są żarty i że to on zabił Łukasza. Nie będą się ze mnie wyśmiewać!
Usiadła przy komputerze i zaczęła szukać w Internecie jak dostarczyć dowodów istnienia ducha. Znalazła mnóstwo sposobów, ale najszybciej mogła skorzystać tylko z jednego. Musiała zrobić duchowi zdjęcie. Wzięła więc telefon do ręki i wrzeszcząc na ducha robiła zdjęcia ciemnego pokoju. Flesze rozświetlały mrok.

            Co to tam? Co to za urządzenie? Nic nam to nie robi, ale dziewczynka chciałaby żeby było inaczej. Tak. Chciałaby się nas pozbyć, ale tym urządzeniem tego nie zrobi. Zobaczymy co to tam.

- Pokaż się, morderco! - krzyczała. - Pokażę im, że istniejesz! Pokaż się! Wiem, że tu jesteś! Czuję to zimno, pokaż się, śmieciu!
Lampa błyskowa oślepiała raz za razem, a Maja miała coraz większe problemy z oddychaniem. Powietrze grzęzło jej w przełyku i nie chciało wpaść do płuc. Otwierała usta coraz szerzej i łykała hausty powietrza, ale nic to nie dawało. Zaczęło jej się kręcić w głowie. Przewróciła się i telefon wypadł jej z dłoni. Leżała na podłodze w ciemnym pokoju. Dłonie błądziły po szyi, na której żyły nabrzmiewały bardziej z każdą sekundą. Szukała też telefonu. Wreszcie udało jej się znaleźć urządzenie, wysłała wszystkie zdjęcia do Sandry i jej przekrwione oczy wywróciły się w tył. 

            Nie mamy ciała. A ona leży taka piękna. Brakuje tego. Teraz kiedy już się nie rusza, nie oddycha, ale nie jest jeszcze zimna. Ahh… Że też nie ma sposobu żeby ciało wróciło, choćby we fragmencie. Wredny los pozwolił Otto von Backenowi cieszyć się powrotem tylko w połowie. Ale co to tam, trzeba się cieszyć i z tego. Chociaż w połowie bawimy się znakomicie.
- To już nie są żarty! - rozpłakała się Sandra. - Ona mi to przysłała, a potem…
- Musimy działać zanim psy do nas dotrą - Seba palił zdenerwowany. - Pokaż mi te zdjęcia.
- No widać wszystko… - Mariusz pokręcił głową. - No widać, wysoki, chudy, wąsy, pekaesy, mundur pruski, no ewidentnie jakiś Niemiec.
- Co myśmy, kurwa, zrobili…
- Trzeba szybko zadziałać. Policja będzie chciała cię, Sandra, przesłuchać. Na pewno, bo w końcu Majka do ciebie przysłała zdjęcia.
- Co ja im powiem? - załkała. - Przecież nie powiem, że piliśmy na cmentarzu i wywołaliśmy ducha…
- Dobra, ochłońmy - Mariusz objął ją delikatnie. - Nie ma co tracić czasu na chodzenie do szkoły. Musimy poszukać informacji o tym co zrobić. Proponuję żeby Seba poszukał w internecie, a ja z Sandrą pójdziemy do biblioteki. Trzeba szukać wszystkiego.
- Nie - wtrącił Seba. - Zanim zaczniemy szukać jakichkolwiek informacji to warto chyba sprawdzić nazwiska na grobach. Może w tych książkach będą nazwiska, które pojawiają się na grobach.
- No racja - Mariusz pokiwał głową. - Czyli ty idź na cmentarz, ja idę poszukać informacji w necie, a Sandra idzie do biblioteki. Zgadza się? - obydwoje potwierdzili. - No to dobrze, tylko musimy być cały czas w kontakcie, bo ten Niemiec ma nas na oku.
- Ale on dopiero wieczorem atakuje - Sandra cicho szepnęła. - A jest dopiero rano.
- Nie ma co ryzykować. Lepiej żebyśmy wiedzieli co się dzieje. Może damy radę jakoś zapobiec najgorszemu.

            Młodzi rozeszli się przygnębieni. Sandra cieszyła się w duchu, że wysłali ją do biblioteki. Miała nadzieję, że w miejscu publicznym nic jej nie grozi. Śmiertelnie się bała tej bladej i mrocznej postaci, którą zobaczyła na zdjęciu. Nie chciała umierać. Przestała o tym myśleć kiedy znalazła się w bibliotece. Weszła między regały i rozpoczęła poszukiwania. Zaczęła od historii miasta. Wiedziała, że skoro on leżał na tym cmentarzu to musiał tutaj mieszkać. Napisała wiadomość, że dotarła do celu bez kłopotów i zaczęła szukać informacji.

            W tym samym czasie Seba przeskakiwał parkan cmentarza. Odnalazł skrzyżowanie, przy którym rozpalili ognisko i przeglądał pomniki. Na starych, poniemieckich tablicach ciężko było dostrzec napisy. Starał się jednak i za każdym razem gdy udało mu się coś odszyfrować wysyłał dane do swoich znajomych. Tylko z kilku bardzo starych mogił nie mógł nic odczytać. Szybko zrobił to co do niego należało i udał się w drogę powrotną. Nie chciał przebywać na cmentarzu dłużej niż to konieczne. Już śmierć Łukasza przeraziła go, choć tego po sobie nie pokazywał. Kolejna śmierć i zdjęcia tego upiora wytrąciły go z równowagi zupełnie. 

            Co to tam? Dlaczego te dzieci cały czas wpatrują się w te obrazki? Całe wieczory siedzą i wciskają przyciski gapiąc się w te zmieniające się ciągle obrazki. Ten chłopiec szuka czegoś. Dostaje informacje na to małe, płaskie urządzenie i szuka ich na tym większym. Potrafimy odczytać niektóre nazwiska. Znamy tych ludzi, oni żyli w naszych czasach. Czyżby szukali nas? Tak… Tak! Na pewno szukają nas. Nie można na to pozwolić.

            Mariusz szukał nazwisk, które Seba odczytał z tablic nagrobnych. Byli to zwyczajni ludzie i ciężko było znaleźć o nich jakiekolwiek informacje. Był spięty. Bał się tego co się wydarzyło z jego znajomymi i tego upiora, którego zdjęcia zobaczył. Otworzył okno, mimo deszczu. Nie chciał żeby chociaż przez chwilę zrobiło mu się duszno. Mógłby wtedy spanikować. Wiedział przecież, że ofiary się dusiły. Udawał racjonalnego i mądrego chłopaka, często dyskutował i popisywał się swoją wiedzą, ale tak naprawdę to wierzył w przesądy i bardzo się bał zjawisk paranormalnych. Nigdy nie oglądał horrorów, bał się po nich spać, a teraz sam występuje w jednym z nich. Zaśmiał się nerwowo i szukał dalej. Nic mu nie pomagała lista nazwisk z cmentarza. Już bardziej informacje z kronik od Sandry, ale mimo wszystko niewiele znaleźli. Poczuł, że robi mu się duszno. Otworzył okno na szerz i nabierał powietrza. Oddychał tak głęboko aż zakręciło mu się w głowie. Nagle poczuł mocny uścisk w gardle. Pociemniało mu przed oczami, mocniej chwycił się ramy okna. Próbował opanować panikę, ale to nie pomagało. Dusił się, dusił się coraz bardziej. Nie miał już siły walczyć o każdy najmniejszy wdech. Przechylił się przez parapet i wypadł z ósmego piętra. Wylądował na daszku nad wejściem do klatki schodowej.

            - W książkach znalazłam tylko wzmiankę o mordercy, który dusił dzieci, a potem je gwałcił jakieś dwieście lat temu. Nie było nawet jego nazwiska - Sandra mówiła zrezygnowana. - Ale zajrzałem też do innej książki, tak żeby dowiedzieć się czegoś więcej o tych Dziadach. Tam napisali, że kiedy ogień zgaśnie to zło może się przedostać do naszego świata, bo działa to tak jakby w ich mrocznym świecie się otworzyły drzwi. No i nie pisali tam jak coś z nimi zrobić, ale dowiedziałam się, że na wschodzie, na Podlasiu przy granicy jeszcze się te obrzędy praktykuje i tam są  kobiety, które potrafią odesłać taką zmorę z powrotem.
- No to dużo wiem - odparł Seba. - Tylko co z Mariuszem? Nie odzywał się od dawna.
- Słyszałeś te syreny?
- Tak i myślę o najgorszym.
- Ja też… Eh, musimy jechać na wschód i to szybko.
- Musimy zobaczyć co z nim. Chodź pod jego blok, a potem pojedziemy na dworzec i znajdziemy jakiś pociąg. 

            Nie musieli podchodzić zbyt blisko żeby zobaczyć co się stało. Światła wozów strażackich, karetek pogotowia i radiowozów widać było z daleka. Widzieli też tłum gapiów i otwarte na szerz okno na ósmym piętrze. Seba doskonale wiedział, że to okno pokoju Mariusza.
- No to idziemy na dworzec - westchnęła Sandra.
- Tak - odparł wstrząśnięty Sebastian.

            Nie minęła godzina, a już siedzieli w pociągu. Jechali do Lublina, tam mieli przesiąść się w autobus i dojechać do Modliborzyc, w okolicy których podobno miała mieszkać stara kobieta zajmująca się leczeniem ziołami, odpędzaniem złych duchów i innymi tego typu rzeczami. Tego dowiedzieli się już w pociągu od kobiety, które wracała w rodzinne strony na weekend. W pociągu nie działo się nic konkretnego. Czuli jednak jakąś dziwnie przytłaczającą atmosferę i mimo słonecznej pogody czuli chłód. Nie wiedzieli czy to wyobraźnia płata im figle czy rzeczywiście upiór cały czas jest obok nich. Woleli się tego nawet nie domyślać. Nie rozmawiali zbyt dużo. Byli zbyt wstrząśnięci wydarzeniami z ostatnich dni. Seba patrzył tylko pustym wzrokiem na przesuwający się za oknem krajobraz. Rozklekotanym pekaesem dojechali na miejsce. Wysiedli tam, gdzie wskazała im kobieta z pociągu i udali się wąską ścieżką prowadzącą przez las. Według wskazówek tej kobiety spacer ścieżką miał zająć im pół godziny. Niestety szli już grubo ponad godzinę i nic nie znaleźli. Nie było starego płotu, ani drewnianej chaty. Niczego, o czym ta kobieta mówiła.

            Co to tam? Pamiętamy te zapachy, już tutaj kiedyś byliśmy. Na jakiś czas. To był przyjemny czas… Tutaj nikt nas nie ścigał. Nikt. Szkoda, że trzeba było wracać. A teraz te dzieci tutaj przyjechały. Miło z ich strony. Cieszymy się z tego. Idą tą znajomą ścieżką. Ciekawe czy to nadal jest tak przyjemne.

            Sebastian nagle zatrzymał się i złapał za gardło. Posiniał momentalnie, próbował coś z siebie wykrztusić, ale nie udało mu się to. Przerażona Sandra podbiegła do niego. Oczy chłopca podeszły już krwią, łapał powietrze walcząc o życie. Upadł. Dziewczyna próbowała mu pomóc. Odchyliła głowę Seby żeby ułatwić mu oddychanie, ale to nic nie dało. Chłopak dusił się i nie można było tego uniknąć. Po kilkunastu sekundach zgasł w jej objęciach. Zapłakana dziewczyna odepchnęła od siebie zwłoki. Poderwała się i przerażona biegiem ruszyła wąską ścieżką. Wysokie trawy i nisko zwisające gałęzie szarpały jej ubranie i skórę. Nie zwracała na to uwagi, po prostu biegła przed siebie. Potykała się raz po raz, ale gnana śmiertelnym strachem podnosiła się i parła naprzód. Zatrzymała się dopiero kiedy przed jej oczyma wyrósł stary, chybotliwy drewniany płot. Serce chciało wyskoczyć jej z piersi, płacz dławił w gardle, ale uśmiechnęła się widząc starą chatynkę. Niemal przefrunęła przez furtkę i podbiegła do niewielkich, odrapanych drzwi i zastukała głośno. Stare drzwi skrzypnęły i uchyliły się. Sandra weszła wolno do środka i spostrzegła w kącie jakąś niewielką postać.
- Dzień dobry… - zawołała ochrypłym od płaczu głosem, ale postać nawet nie drgnęła.
Podeszła więc bliżej. Podłoga nie mogła trzeszczeć, bo nie było na niej desek. Podłoże stanowił ubity piasek. Mimo to skradała się na palcach. Ręce jej drżały, wielka kula zatykała gardło, ale wyciągnęła dłoń i postać odwróciła się nagle. Sandra zobaczyła przed sobą starą, pomarszczoną twarz, z której biła nieoczekiwanie dostojność. Bystre, zielone oczy, które Sandra już gdzieś widziała, wpatrywały się teraz w dziewczynę. Świdrowały ją bez słowa. Zaciśnięte usta wreszcie otworzyły się.
- Wiedziałam, że wreszcie się zjawisz - powiedziała z dziwnym akcentem. - Oczekiwałam cię, dziewczyno. Wiem wszystko. Nie musisz nic mówić. Pokaż tylko zdjęcie tego, kogo przyzwałaś.
- Nie przyzywałam nikogo! - zaprotestowała. - Po prostu ognisko zgasło i wtedy… ale my nie zrobiliśmy tego specjalnie. Nie chcieliśmy nikogo przywołać! Sebastian leży tam! On go zabił! Jego też…
- Nie krzycz, wredna dziewucho! - warknęła i odsunęła ją. - Daj mi zdjęcie i nic nie mów! Twój głos drażni moje zmysły!
Agresywnie wyrwała Sandrze telefon i ułożyła go na stoliku. Nawet nie spojrzała na zdjęcie na wyświetlaczu. Wokół urządzenia porozstawiała jakieś dziwne przedmioty. Zasuszone zioła, korale, świece, jakieś zasuszone owady. Ustawiła dłonie nad stołem i zamknęła oczy. Przez l zupełnie nic się nie działo. Ta stara kobiecina po prostu stała z wyciągniętymi, pomarszczonymi i drżącymi dłońmi. Sandra stała przy niewielkim oknie, napięta do granic możliwości. Musiała sobie przypominać żeby oddychać. Poczuła, że coś ją przytłacza. Atmosfera w tej dusznej chatce zgęstniała wyraźnie. Podmuch lodowatego wiatru liznął Sandrę w kark, zadrżała. Kobieta odrzuciła głowę w tył i zaczęła szeptać słowa, których znaczenia młoda dziewczyna nie pojmowała. Czuła tylko jak włoski się jej podnoszą na karku. Płomienie świec zaczęły gasnąć, jakby zabrakło tlenu. Powoli robiły się mniejsze i mniejsze, aż wreszcie zgasły zupełnie. Kobieta odwróciła się do Sandry i zaczęła mówić po niemiecku, bardzo szybko i bardzo głośno. Dziewczyna uczyła się języka w szkole, ale nie zrozumiała wszystkiego dokładnie.

            Bardzo dobrze, że tutaj przyszłaś. Pomogłam losowi cię tutaj sprowadzić, kiedy tylko dowiedziałam się co zrobiliście. Matka zawsze wie takie rzeczy. Kiedy tylko dowiedziałam się, że mój Otto nie żyje przysięgłam, że nie spocznę póki nie spotkam go raz jeszcze. Byłam na cmentarzu wiele razy, spędzałam tam całe noce, odprawiałam różne rytuały, ale nic nie poskutkowało. To co zrobiliście wy, to był czysty łut szczęścia. Poczułam wtedy, że Otto znowu jest wśród nas. Usłyszałem też o tych uduszeniach i od razu wiedziałam, że to on. Teraz jest tutaj z nami, ze swoją mamą, ponownie po tylu latach.

            Sandra aż wzdrygnęła się na słowa kobiety. Oparła się plecami o nierówną drewnianą ścianę i nie potrafiła wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Wpatrywała się tylko w nawiedzoną staruszkę przerażonymi oczyma. Tamta zaśmiała się, a obok niej pojawił się cień. Wysoki, ciemny kontur nie poruszał się, ale do uszu Sandry doszły kolejne niemieckie słowa, tym razem wypowiadane męskim głosem.

            Co to tam? Matka? Dawno temu widzieliśmy cię po raz ostatni. Jak to miło. Te dzieci zrobiły coś, dzięki czemu mogliśmy wrócić do tego świata z mroku, w którym się znajdowaliśmy. Wróciliśmy i bawiliśmy się dobrze, ale nie aż tak. Nie tak jak wcześniej, matko. Pamiętasz co się działo wcześniej?

            Tak, mój Otto, pamiętam doskonale. Lubiłam kiedy wracałeś na przepustki z wojska. Wtedy zawsze przynosiłeś do domu jakieś dziecko. Bawiłeś się z nim najpierw, a kiedy już nie żyło i rozładowałeś na nim swoje napięcia, gotowałam i gotowałam. Wracałeś na front, a ja nie umierałam z głodu tak jak cała okolica. Wtedy wiedzieli, że Helga von Backen to nie byle kto. Pamiętam jak wróciłeś z frontu w wielkim szoku. Musieliśmy wyjechać z miasta tutaj. W naszej okolicy zaczęli podejrzewać, że dzieci giną przez nas. 

            Musieliśmy… Musieliśmy, to było silniejsze ode nas. Musieliśmy! MUSIELIŚMY! - ściany zadrżały - Trzeba było coś jeść, a my musieliśmy rozładować napięcie. Nie mogliśmy żyć w stresie.

            Tak, Otto. Dlatego przyjechaliśmy tutaj. To były bardzo miłe wakacje. Pamiętasz tego chłopca? Był bardzo smaczny.

            Tak! Długo walczył, a potem długo zachował temperaturę. Trzeba było wracać, bo tutaj też nie było już miłych ludzi. Wzięli widły i pochodnie i przyszli tutaj… Wróciliśmy do domu, a tam. Co to tam! Policja… Chcieli nas złapać i zamknąć w ciemnym pokoju.

            Tak, Otto. Nie rozumieli twoich potrzeb, synku. Nie rozumieli, że jesteś chory i tylko tak możesz funkcjonować. 

            Tak! Biegliśmy, uciekaliśmy, przez las przez most i wtedy na moście powiedział, że trzeba skakać. Skoczyliśmy razem i trafiliśmy do mrocznej otchłani, nie było tam nic poza ciemnością…

            Teraz jesteś tutaj i będziemy razem. Zawsze. Już nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić.
Sandra wykorzystała ten dialog między duchem i jego matką, która też od dawna powinna już być martwa i ochłonęła na tyle, by zacząć myśleć. Rozejrzała się po pomieszczeniu i wśród stojących na półce przedmiotów buteleczkę z czymś co wyglądało jak woda. Wyciągnęła rękę obserwując te dwie groteskowe postaci i sięgnęła po butelkę. Pamiętała, że wodą święconą może stać się zwykła woda po odmówieniu modlitw. Była w takiej potrzebie, że szybko modliła się każdą znaną jej formułką. Miała nadzieję, że w tej butelce jest zwykła woda. Otworzyła korek i chlusnęła zawartością na postaci stojące przed nią.
- Odejdźcie do świata zmarłych! - krzyczała. - Boże! Zabierz ich stąd!
Woda trafiła w cel. Głośny jęk, który sprawił, że wszystkie szklane przedmioty popękały momentalnie, rozległ się w okolicy. Cień zniknął, a stara kobieta zaczynała się topić. Jej ciało rozmazywało się, rozpływało i upadało na podłogę, na której łączyło się z piaskiem. Sandra nie czekała na koniec tego makabrycznego widowiska. Wybiegła z chatki i biegiem rzuciła się w stronę miasteczka. 

            Jeszcze tego samego dnia, wieczorem usiadła na własnym łóżku. Zastanawiała się jak wyjaśni policji, że czwórka jej znajomych została uduszona przez ducha z przeszłości. Nie miała na to żadnych dowód oprócz kilku zdjęć. Rozpłakała się i ukryła głowę w ramionach. Płacz wykończył ją do tego stopnia, że niemal zasnęła, ale tuż przed tą błogą chwilą przejścia z jawy w sen poczuła na karku lodowate muśnięcie…


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)