Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

3/09/2016

Opowiadanie #11 - Legenda o duszy z kamienia cz. 2

Szanowni Czytelnicy,

wstawiam drugą część opowiadania w środku tygodnia, ale wpadło tyle wyświetleń ile chciałem, więc zasłużyliście. Dla tych, którzy nie czytali jeszcze pierwszej części podrzucam link poniżej. A wszystkich zapraszam do lektury ;)

Legenda o sercu z kamienia cz. 1

 Legenda o duszy z kamienia cz.1



               - Widzę, że bardzo pan smutny, w takim razie może dotrzymam towarzystwa rozmową? - powiedział.
- Proszę… - odpowiedziałem beznamiętnie.
- Oho! Widzę, że kobieta - zaśmiał się delikatnie. - Wie pan, będą następne.
- Takiej jak ta nie będzie - odparłem i już miałem się zbierać, bo koleś był wybitnie irytujący.
- Czyli miłość życia… - nagle spoważniał. - W takim razie rozumiem co pana trapi. Nie będę pana pocieszał.
- Dobre i to.
- Widzę, że jest pan jeszcze młody, ale łatwo po panu zauważyć, że to była miłość życia. Nazywam się Peter Gloom i jestem pastorem Kościoła Miłości.
-Nie jarają mnie sekty - od razu odparłem żeby nie gadał dalej.
- Nie o to mi chodzi. Chciałem tylko panu powiedzieć co odkryliśmy. Badaliśmy wraz z innymi członkami Kościoła przypadki miłości na przestrzeni dziejów, które doprowadziły do śmierci jednego czy obydwojga kochanków. Staraliśmy się znaleźć informacje o tym co się stało z tymi, którzy przeżyli.
- Teoria oparta na bajkach - sceptycznie rzucił Fred.
- Dokładnie to samo mu powiedziałem, ale on nie zraził się tym i mówił dalej.
- Doszliśmy do wniosku, że Bóg w dziele stworzenia rzeczywiście wyznaczył każdemu z ludzi drugą połowę. Bratnią duszę, z którą te osoby powinny spędzić życie. Traf chciał jednak, że Szatan dowiedział się o tym i zmienił boski plan. Stanęło na tym, że każdy miał swoją połówkę, ale każdy inną. Załóżmy, że moją połówką jest moja żona, ale jej połówką jest pan, z kolei ja jestem połówką angielskiej królowej.
- Wiesz, Fred, jakie ja mam podejście do wszelkich sekt, religii i tego wszystkiego. Więc jakby od razy mój mózg się wyłączył. Rejestrowałem jednak nadal to co on mówił.
- Wie pan, jeśli dusze dobrze się dobiorą, bo tak też się zdarza, są najszczęśliwsze. Jeśli źle to ktoś z pary jest nieszczęśliwy. Jednak jeśli dusza znajdzie swoją połowę, a ta połową ją odtrąci to mamy wielki kłopot. Taka dusza zmienia się wtedy w kamień. Wewnątrz jest pusta, ale nie jest już sobą, nie będzie w stanie pokochać nikogo tak jak tę jedyną. Dlatego wierzę w miłość życia i w legendę o duszy z kamienia. Ci którzy żyją, są w stanie dać ciepło, ale nie tak wielką miłość. Nie wskoczą za nikim innym w ogień, mówiąc obrazowo, ale większość, czując ciężar tego kamienia i wewnętrzną pustkę postanawia umrzeć.

                - Powiedziałem mu, że nie jestem zainteresowany tymi bredniami i dosiadłem się do jednej dziewczyny - kontynuował Martin. - Kiedy w nocy leżałem obok niej nie mogąc zasnąć przypomniało mi się to wszystko co on mówił i postanowiłem to sprawdzić samemu. Kończyłem wtedy studia i nie był to najlepszy moment na szukanie wiatru w polu, ale czułem, że musiałem tak zrobić.
- Inaczej nic nie miało sensu… - wnuk ponownie dokończył myśl dziadka.
- Wyszedłem od niej w środku nocy zastanawiając się nad tym czy coś takiego jest w ogóle możliwe. Nawet nie wierząc w żadne religie przekonałem się, że ludzie mają różne charaktery, które biorą się nie tylko z wychowania i połączenia genów, ale również z tego czegoś, co większość nazywa duszą. Pozostańmy zatem przy tej nazwie, dla ułatwienia. Braterstwo dusz, czyli więź między ludźmi, którzy mają podobne charaktery i dobrze się dogadują, już widziałem. Nie sądziłem jednak, że zerwanie takiej więzi może mieć aż takie konsekwencje. Wiedziałem też wtedy, że sektom nie można wierzyć. Równie dobrze mógł wykorzystać temat żeby mi coś wbić go głowy i pozyskać nowego członka. Postanowiłem, że nie będę się z tym facetem kontaktował w żaden sposób i wszystko zrobię od początku do końca na własną rękę. Zacząłem od analizy wszystkich książek, w których pojawiał się taki motyw. Trochę tego było, znaczna większość okazała się po prostu zwykła literacką fikcją, jaką sam stosowałem, i nie była nawet luźno wsparta historią, która miała miejsce. Nie mogłem znaleźć punktu zaczepienia, w którym mógłbym zacząć prawdziwe poszukiwania odpowiedzi na to pytanie. Wiedziałem tylko tyle, że jest mi źle, właśnie na duszy, że bez niej życie jest tragicznie smutne i nie warto żyć. Dlatego chciałem się dowiedzieć czy to zawsze tak wygląda czy faktycznie straciłem jedyną szansę na prawdziwą miłość.
- No i czego się dowiedziałeś? - zapytał zaciekawiony Fred.
- Okazało się, że oprócz wielu utworów opartych na fantazji autorów znalazłem kilka, które były wzorowane na autentycznych historiach. Pierwszym tropem była historia z Werony. Nie, nie ta o Romeo i Julii. Zupełnie nieznany autor spisał na początku dwudziestego wieku opowieść o mężczyźnie, który po stracie ukochanej żony wstąpił do zakonu. Pojechałem na miejsce i postarałem się odnaleźć ten zakon. Nie było to takie proste jakby się mogło wydawać. Sam budynek zakonu stanowiło tylko kilka niewielkich, starych domków z kamienia.
- Nigdy nie słyszałem o jakimś zakonie w Weronie.
- Podejrzewam, że niewiele osób słyszało. W tej chwili, w której tam byłem, przebywało tam tylko pięć osób i to nie najmłodszych. Drugą najtrudniejszą sprawą była rozmowa z nimi. Włoski jeszcze wtedy nie był moją najmocniejszą stroną, ale nie o to chodzi. To zakon, który nawet nie jest specjalnie religijny. W zasadzie nie ma znaczenia wyznawana religia. Po prostu złożyli śluby milczenia i życia w całkowitej abstynencji. Zero alkoholu, papierosów, narkotyków, kobiet, a nawet mięsa. Nie było tam muzyki, a w ich celach było tylko kamienne podwyższenie i wiadro. Nic więcej. Nie chcieli ze mną rozmawiać przez te śluby milczenia. Wyjaśniłem przeorowi tego zakonu kogo szukam i w jakiej sprawie. Nie powiedział nic, po prostu zaprowadził mnie do celi. Tam, na kamiennym podwyższeniu leżały zasuszone szczątki tego człowieka. Otworzył mi drzwi do pomieszczenia i sobie poszedł.
- Zostawił cię ze zwłokami?
- Tak, też byłem w ciężkim szoku. Już w tamtych czasach ciężko było mnie czymś zaskoczyć, ale jemu się udało. Wszedłem do celi i zacząłem się rozglądać. Znalazłem to czego szukałem niemal natychmiast. Na ziemi, obok szkieletu leżał narysowany portret dziewczyny i zapiski tego człowieka. Wziąłem to i zapytałem przeora czy mogę zabrać, bo prawdę mówiąc nie rozumiałem co w nich jest napisane, nie powiedział nic, tylko zacisnął moją dłoń na pożółkłych kartkach.
- Mogę je zobaczyć? - Fred poderwał się z krzesła.
- Cierpliwości - uśmiechnął się ciepło Martin. - Pokażę ci wszystko jak opowiem całą historię. Z Włoch wróciłem do kraju i zająłem się studiowaniem tych tekstów. Dowiedziałem się z nich, że człowiek, który stracił ukochaną nazywał się Marcello i wstąpił do zakonu mając lat pięćdziesiąt sześć, a umarł równo trzydzieści lat później. Jego ukochana, która była dla niego całym światem, zmarła na tyfus. Nie potrafił już pokochać żadnej kobiety przez ponad trzydzieści lat. Był w innych związkach, ale jak sam to opisał „dawał im wszystko, oprócz gorącej miłości”. To w zasadzie wszystko czego się dowiedziałem od Marcello, ale dał mi jeszcze jeden ważny trop. Sam też chciał się dowiedzieć skąd wzięła się tak wielka i ciężka pustka w jego wnętrzu i ten brak zdolności do wyższych uczuć. Szukał odpowiedzi w religii, ale tam nic o tym nie znalazł. To wykluczyło z kręgu poszukiwań ogromny materiał.
- Wszystkie religie?
- Zgadza się. Zanim wybrał się do zakonu nie chcąc ranić innych kobiet, zapoznał się ze wszystkimi znanymi religiami. Przeszukał je pod kontem odpowiedzi na ten brak empatii i depresję. Dowiedział się tylko, że ból z czasem zanika. U niego tak się nie stało.
- No i co zrobiłeś dalej? - Fred siedział na krawędzi fotela wpatrując się w dziadka.
- Dalej musiałem udać się na wschód. Do Rosji. Tam jeden z carskich twórców wspominał o bezkresnym żalu dziewczyny po tym jak władca odrzucił jej umizgi. Dziewczyna oszalała, jak pisał, i została starą panną. Ciężko było zdobyć informacje, bo to działo się dawno temu, ale na szczęście wieś, w której historia się wydarzyła, stała nadal. I jak to w Rosji bywa, nie zmieniła się aż tak bardzo. Rosyjski na szczęście trochę znałem i dogadałem się z nimi w miarę sprawnie. Dziewczyna tak naprawdę nie oszalała, tylko nie chciała innych mężczyzn, zamieszkała sama poza wioską w małej chatce. Zajmowała się wyłącznie zwierzętami i popełniła samobójstwo po tym jak grupa pijanych wieśniaków spaliła jej obórkę i ją zgwałciła.
- Alkohol…
- Tak. W każdym razie odrzucenie sprawiło, że zapadła się w rozpacz i została sama na świecie. W książce opisane było to w dość realny i prawdopodobny sposób, ale nie miałem jak tego zweryfikować. Jeździłem tak po wielu krajach. Nieraz bywały to ślepe uliczki i moja wizyta nic nie dawała. Pieniądze się skończyły i musiałem wstrzymać poszukiwania. Rozstawiłem wszystko co miałem, zrobiłem z tego bardzo dokładną mapę myśli i analizowałem długimi godzinami. Dopiero po latach, kiedy miałem na tyle stabilną sytuację finansową żeby te podróże nie sprowadziły na mnie bankructwa, ruszyłem w dalszą drogę. Oczywiście w międzyczasie szukałem rozwiązania w bibliotekach.
- Nie straciłeś zapału?
- Znasz mnie i znasz siebie - Martin uśmiechnął się. - Zacząłem, więc musiałem dokończyć. Zabrnąłem w to zbyt daleko. Okazało się, że w każdym stuleciu było kilka tekstów, które wskazywały na takie, nazwijmy to, schorzenie. Cofałem się wzdłuż linii czasu. Momentami błądziłem, bo nie dało się odnaleźć źródeł potwierdzających te historie, ale wreszcie natrafiłem na najciekawszy trop. Od razu ci powiem, Freddy, że to co odkryłem nie może być uważane za naukową teorię. To jest coś w stylu bardziej religii, możesz w to uwierzyć lub nie, nie jestem w stanie udowodnić z całą pewnością, że mam rację. Ostatnim miejscem, które odwiedziłem była Islandia. Na północny - wschód od Husavik znalazłem to czego szukałem. Mała rybacka wioska, w której potwierdziło się to co przewijało się przez stulecia. To co teraz usłyszysz jest legendą, którą powtarzali sobie w tej wiosce od pokoleń. W każdej legendzie jest ziarno prawdy, nie wiemy jednak jak bardzo to ziarno wyewoluowało po drodze. Trzeba było zatem dokonać analizy tej legendy i wyłuskania z niej tylko tego co najważniejsze.
- Rozumiem, że to już zrobiłeś? - zapytał Fred.
- Tak, ale też nie do końca. Analizowałem ją codziennie przez lata i nadal nie wiem czy mam rację, więc porównam to z twoją opinią.
- Dobrze, opowiedz teraz.
- Wszystko rozbija się o pokrewieństwo dusz, ale nie w tym przyziemnym stopniu, w którym chodzi o dobre dogadywanie się, wspólne pasje i inne tego typu kwestie. To zupełnie inne pokrewieństwo dusz, właśnie to się ujawnia kiedy się zakochujemy. Wtedy widzimy tę osobę jak bóstwo. Nawet jeśli poznamy jakąś jej wadę to zupełnie nam nie przeszkadza, a wydawać by się mogło, że tak nie może być w normalnej sytuacji. Nienawidzisz dymu papierosowego, a jak ona pali zupełnie ci to nie wadzi, nie cierpisz tańczyć, ale z nią mógłbyś tańczyć całą noc, nie znosi spacerów, ale obok niej mógłbyś iść na koniec świata. Wytwarza się jakaś metafizyczna więź, która sprawa, że twoje życie przestaje istnieć, a stwarza się wasze życie. No i kiedy wasze życie umiera, wtedy ty też. Co ważniejsze, z tego wynika, że nie jest potrzebna wzajemność. Może być to całkowicie jednostronna reakcja, o której druga osoba może nawet nie wiedzieć. Jeśli te dwie osoby stworzą taką więź między sobą, znajdą to pokrewieństwo, odnajdą swoje odbicie w drugiej osobie wtedy będą żyły przez długie lata razem, w szczęściu. Widziałeś pewnie takie pary staruszków, którzy siedzą na ławce i trzymają się za ręce. Właśnie o tym mowa.
- Rozumiem to, a teraz opowiedz legendę żebym mógł to zinterpretować - Fred poprosił z bardzo poważnym wyrazem twarzy.
- Wszystko zaczęło się kiedy pierwsze ludzkie cywilizacje dopiero zasiedlały ziemię. Młody i silny drwal wybrał się po drewno do pobliskiego lasu. Był piękny, letni poranek. Rosa pokrywała leśne poszycie. Chłopak z siekiera wszedł między gęsty las i wybierając drzewo, które chciał wyciąć trafił na polanę. Wystraszył się tym co zobaczył i skrył się w krzakach. Widok jednak był tak niespodziewany, że wychylił się i podziwiał dalej. Na polanie tańczyła dziewczyna. Miała długie, jasne włosy, była oszałamiająco zgrabna, poruszała się lekko i zwiewnie, a na sobie miała jedynie cieniutką suknię z materiału, który ludziom noszącym skóry nie był znany. Drwal był zachwycony do tego stopnia, że wyprostował się i upuścił siekierę. Dziewczyna spłoszyła się i wbiegła w las, a tam jakby rozpłynęła się w porannej delikatnej mgle. Był zauroczony widokiem jaki zastał na leśnej polance. Wrócił do chatki i nie mógł myśleć o niczym innym prócz pięknej nieznajomej. Dziewczyny w wiosce garnęły się do niego, on ich nie odrzucał, ale nie chciał z żadną mieszkać.
- Wtedy coś takiego było dopuszczalne? - zdziwił się wnuk.
- Nie wiem - odparł dziadek. - Jakoś musieli się mnożyć, a śmiertelność była wysoka. Nie mam pojęcia. Poza tym to tylko legenda, więc prawda mogło wyglądać trochę inaczej. W każdym razie następnego dnia, skoro świt, po nieprzespanej nocy drwal wybrał się do lasu. Ruszył prosto na polankę, na której dzień wcześniej widział tę zjawiskową piękność. Nie było jej i poczuł ogromne ukłucie w sercu. Próbował sobie wmówić, że wczoraj to była tylko wizja, że nie było jej tutaj naprawdę. Poszedł dalej i wtedy jakiś jasny punkt mignął mu między drzewami. To była ona, zatrzymali się na wprost siebie i patrzyli. On zatracił się całkiem, spotykali się codziennie. Wioska musiała znaleźć innego drwala, bo z niego pożytku już nie było. Znikał w lesie na całe dnie, wracał wieczorem z nieobecnym wzrokiem i zamykał się w swojej chatce. Po jakimś czasie okazało się, że ona jest leśną boginką i nie może związać się z człowiekiem. Nie mógł tego przyjąć do wiadomości, wyciął prawie cały las, a kiedy padał na środku polanki wycieńczony na śmierć przeklął wszystkich, którzy spotkają w życiu taką boginkę lub takiego bożka żeby umierał tak jak on i nie był szczęśliwy, a jego dusza zamieniła się w kamień.
- I ci ludzie w to wierzą?
- Ci, którzy się nieszczęśliwie zakochali, do tego szalonego stopnia, wierzą. Legendy potrafią się mocno zakorzenić w świadomości lokalnej społeczności, a to, że podobny motyw pojawia się w różnych krajach, na różnych kontynentach i w różnych kulturach tylko mnie utwierdza w tym, że coś w tym być musi.
- Uważasz, że to się wzięło od tego przekleństwa?
- Nie, nie wierzę w takie rzeczy. Chodzi mi o to, że przez wiele setek lat, na różnych kontynentach, w różnych kulturach ludzie zauważali to samo zjawisko. Uważam, że to nie może być przypadek.
- Moim zdaniem możesz mieć rację, ale to by dla mnie oznaczało nieciekawy los - zasmucił się Fred.
- A czy mój los był nieciekawy? - dziadek wyjął z kieszonki mały zamykany wisiorek. - W tym małym pudełeczku mam zamknięte zdjęcia dwóch kobiet. Tej, która mnie zabiła i tej, która mnie wskrzesiła, czyli twojej babci. Dzięki tej pierwszej stałem się tym kim jestem, chyba nie jestem najgorszym człowiekiem, mimo masy wad, które mam? Większość wiedzy, którą mam, prac, które wykonywałem, miejsc, które odwiedziłem zawdzięczam jej, bo przez nią to wszystko miało miejsce. No a jeśli chodzi o twoją babcię - zamyślił się na chwilę. - Widziałeś jak to wygląda. Gdybym ci o tym nie opowiedział nie miałbyś pojęcia jak to dokładnie wygląda. Babcia jest dla mnie kimś bardzo ważnym, była przez całe życie. To ona dawała mi motywację do życia, dbała o mnie, sprawiała, że się uśmiechałem, wytrzymywała wszystko co wymyśliłem, każdy mój gorszy humor. Tak, to prawda, że wierzę w istnienie tego powiązania dusz, tej małej złotej nici, która wypruta z umysłu sprawia, że nie może on więcej funkcjonować tak jak wcześniej, ale prawda jest taka, że na tym świat się nie musi kończyć. Bo, jak dobrze wiesz, miłość nie jest jednowymiarowa. Inaczej rodzice kochają dzieci a inaczej siebie nawzajem. Wszystko to co sobie nawzajem z babcią dawaliśmy i dajemy przez życie można nazwać miłością, chociaż nie w tym burzliwym, romantycznym znaczeniu. Ciepło, zrozumienie, przyjaźń, możliwość polegania na sobie, stabilizacja, pewność, oparcie. Te rzeczy są ważniejsze niż burzliwe romanse. Ale to może zrozumieć tylko osoba, której życie jest już za nią, czyli taka jak ja. Ty jeszcze tego nie wiesz, teraz masz otwartą ranę, która powoduje, że czujesz się jakbyś umierał. Ta rana zarośnie się kamieniem, przez co będziesz dużo twardszy, ale też zimniejszy. Pamiętaj jednak, że z kamienia też mogą powstać piękne rzeczy, ale musi się za to wziąć odpowiedni artysta. W moim wypadku była to babcia. U ciebie też ktoś taki się znajdzie.
- Chciałbym w to wierzyć, dziadku - powiedział smutno Fred.
- To nie jest kwestia wiary. To kwestia wiedzy i doświadczenia. Przekazałem ci tyle rzeczy, które po prostu uznałeś za pewniki, więc to też tak przyjmij i czekaj spokojnie. Każda rana musi się zagoić, potem jest lepiej. Zaufaj mi, wiem co mówię - Martin uśmiechnął się szeroko, ale jego oczy błysnęły smutkiem.
- Dobrze, dziadku. Widziałem co łączy ciebie i babcię i jestem w stanie przyjąć to co mówisz. Jednak ta historia o duszy z kamienia wydaje mi się prawdziwsza niż inne legendy.

                Noc mijała, a panowie rozmawiali o zupełnie innych rzeczach. Temat, który miał być najważniejszą lekcją dla młodego Freda, został wyczerpany i można było przejść do innych kwestii. Martin osiągnął to co chciał. Fred zrozumiał, że to co przeżył nie jest końcem świata i można żyć nadal, będąc w miarę szczęśliwym. Jane już dawno skończyła prace w kuchni i spała spokojnie, nie wiedząc nic o „Duszy z kamienia”.


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)
 

9/27/2015

Opowiadanie #9 - "Bo nic nie pozostało" cz. 5

Drodzy czytelnicy,

nie będę po raz kolejny tłumaczył się dlaczego mnie nie było tak długo. W każdym razie macie ostatnią część opowiadania, w której wszystko się rozstrzygnie. Będą wybuchy, będą mordobicia, czyli to czym lata 80' w kinie akcji słynęły. Zapraszam do czytania.

Poprzednie części:
"Bo nic nie pozostało" cz.1
"Bo nic nie pozostało" cz.2
"Bo nic nie pozostało" cz.3
"Bo nic nie pozostało" cz.4

Bo nic nie pozostało cz. 5

Czarna furgonetka mknęła ulicami miasta. Było ciemno, słońce ni zdążyło jeszcze wzejść, więc nikt nie mógł zauważyć czarnego pojazdu. Wewnątrz siedziała grupa pięciu mężczyzn, uzbrojonych po zęby. Nie mieli na sobie kominiarek czy kamizelek kuloodpornych. Samochód prowadził Stevens, dowódca i najbardziej doświadczony policjant, były żołnierz. Obok niego siedział Marcus, młokos, który niedawno trafił do zespołu, człowiek, który pogubił się w życiu, ale mimo wszystko chce zrobić coś dobrego. Z tyłu znajdował się Woods, były bokser, którego cechowała wrodzona brutalność. Kirk, olbrzym, który lubił awantury i Ying, uciekinier z Korei Północnej, wyszkolony do zabijania i nad wyraz brutalny. Ta ekipa kierowała się do posiadłości Pinto, Kolumbijczyka, który dorobił się na handlu narkotykami, a teraz trzyma za gardło całe miasto robiąc w nim wszystko na co przyjdzie mu ochota.
- Panowie - Stevens przerwał ciszę. - Powtórzmy jeszcze raz co robimy.
- Tak jest - rzucił Kirk. - Ja z Woodsem wpierniczamy się na główną bramę. Robimy hałas, obijamy mordy i spadamy na tył.
- W tym czasie ja - zaczął Ying - przejdę przez płot od strony rzeki i wyłączę prąd przy okazji zabijając kogo się da.
- Zgadza się. Ja z młodym rozstawimy granatnik na górce i otworzymy ogień. Ta broń ma dwanaście strzałów, więc trochę zamieszania zrobi. Kiedy będzie strzelać podejdziemy bliżej i wejdziemy za ogrodzenie od wschodniej strony.
- Jak już zajmiemy strażników na tyle żeby się zlecieli przy głównej bramie wracamy do furgonetki i wjeżdżamy do środka.
- To bardzo ważne! Mamy tutaj trzysta kilo materiałów wybuchowych. Wjeżdżacie do środka i jedziecie prosto na willę. W ostatniej chwili musicie wyskoczyć i odpalić ładunki. Bez dziury w ścianie nie wejdziemy do środka.
- A w środku - Marcus uśmiechnął się - bawcie się jak najlepiej, tylko zabijcie Pinto. Samochód zatrzymał się kawałek od brzegu szerokiej i brudnej rzeki. Marcus i Stevens wynieśli z niego spory granatnik i udali się w pobliskie zarośla. Ying ubrany w piankę do nurkowania zanurkował w toń brudnej wody. Pozostała dwójka wsiadła do auta i pojechała dalej.
- Wiesz, który jest dzisiaj? - zapytał Marcus.
- Chyba dwudziesty szósty, a co?
- Dokładnie rok temu ją poznałem.
- Pamiętasz takie rzeczy? - zdziwił się Stevens.
- Pamiętam wszystko co ma związek z tą kobietą…
- Nigdy nie kochałem tak bardzo jak ty, młody.
- To się ciesz - burknął i zajął się rozstawianiem sprzętu.
Światła wokół płotu i w domu zgasły co oznaczało, że Ying zrobił swoje. Stevens odpalił granatnik i razem z Marcusem ruszyli biegiem przez niewielki mostek prowadzący do wschodniej strony muru.
Tymczasem przed główną bramą słychać było strzały. Ochroniarze Pinta nie do końca widzieli do kogo strzelają, ale bronili się przed rzucanymi w ich kierunku granatami. Nagle wybuchy granatów usłyszeli również wewnątrz posiadłości, nie wiedzieli zupełnie co mają robić. Zobaczyli tylko dwa światła czarnej furgonetki, która przebiła się przez nich i przez bramę i pomknęła prosto w stronę wielkiego domu. Zatrzymała się dopiero na tarasie, którego dach podtrzymywały marmurowe kolumny. Ziemia zadrżała od wybuchu jaki wysadził pół ściany willi Pinta.
- Ying, szybko do środka! - krzyknął Kirk.
- A Stevens?
- Biegną tam!
- Naprzód! - Woods wyrwał się z karabinem w dłoni.
Kurz po wybuchu jeszcze nie opad, a ekipa uderzeniowa już była w środku. Część ochroniarzy zginęła na miejscu, więc policjanci mieli mniej roboty. Rozbiegli się po korytarzach olbrzymiego domostwa narkotykowego barona. Każdy wybrał swój korytarz. Woods biegł pierwszy, skręcił na schody w górę i od razu odbił się od jednego z ochroniarzy Pinta. Juanito był byłym zapaśnikiem. Walczył w największych federacjach Ameryki Południowej. Miał szansę na wielkie pieniądze, ale wybrał narkotyki i Pinto to wykorzystał. Latynos był wielkim facetem, miał ponad dwa metry wzrostu i olbrzymie mięśnie. Woods odbił się od niego, mimo że też malcem nie był.
- No i o to mi chodziło! - ucieszył się policjant.
- Nie wiem ilu was tutaj wpadło, ale będzie jednego mniej - odpowiedział Juanito.
- Skończ pierdolić…
Woods nie chciał już gadać, wyprowadził prawy sierpowy, który wstrząsnął olbrzymim Latynosem. Ten otrząsnął się i rzucił Woodsa na ziemię. Czarnoskóry bokser wolał walczyć stojąc, ale dawał radę również na ziemi. Obijał żebra wrestlera kiedy ten złamał mu nos uderzeniem głową. Rozwścieczyło to policjanta. Przetoczył ochroniarza na plecy i siedząc na nim obijał mu twarz niemiłosiernie. Skończył dopiero kiedy z twarzy Juanita została miazga. Ruszył dalej, chociaż czuł skutki tej walki.
Kirk wbiegł w grupę nadbiegających gangsterów i zaczął do nich strzelać ze swojego karabinu. Niestety było ich zbyt wielu i nie mógł się przebić, zatrzymało to jego szybki atak i z tyłu nadbiegli kolejni. Zdążył zabić czterech, ale piąty trafił go w kolano. Wielki chłop przyklęknął, ale strzelał dalej. Dostał drugą kulę, tym razem w brzuch. Nie powstrzymało go to do końca. Dopiero trzecia i czwarta rana sprawiła, że wypuścił karabin z rąk. Nadbiegł cały oddział ochroniarzy Pinta i chciał złapać żywego policjanta, ale Kirk wyciągnął zawleczkę granatu.
- To się pożegnam z hukiem…

Ying usłyszał głośny wybuch, ale wyszarpnął nóż z klatki piersiowej jednego z ochroniarzy i pobiegł dalej. Dostał mocny cios w tył głowy i pociemniało mu w oczach. Zdążył jeszcze kątem oka zobaczyć zbliżające się nunczako.  Zasłonił się dłonią, ale usłyszał tylko odgłos łamanych kości. Ból był taki, że oparł się o ścianę. Azjata, który stał naprzeciwko niego po raz kolejny zaatakował. Tym razem jednak Ying w ostatniej chwili uchylił się przed ciosem. Uderzył napastnika, ale zapomniał, że ta ręka oberwała i ściągnięty bólem stracił czujność. Otrzymał kolejny cios w głowę. Padł na marmurową podłogę, która od razu zaczęła pokrywać się krwią. Azjata chciał pobiec dalej, ale policjant złapał go za kostkę i pociągnął w swoją stronę. Tamten przewrócił się i broń wypadła mu z dłoni. Ying nie wahał się nawet przez sekundę i wbił mu nóż w nerkę.
Marcus ze Stevensem wbiegli do gabinetu Pinta. Przedtem musieli wywarzyć drzwi. Gangster był niskim, grubym mężczyzną z długimi, czarnymi i mokrymi od potu włosami. Wąsy wyrastały mu pod długim, zakrzywionym nosem.
- Panowie! - zapiszczał Pinto. - To się nie musi tak skończyć! Ja mam pieniądze! Dam wam ile chcecie! Wszystko wam dam!
- Zastrzel go, Stevens - Marcus uśmiechnął się.
- Nie powinniśmy poczekać aż skończy gadać żeby jego ludzie zdążyli tutaj dobiec i nas zabić?
- To by było bardzo logiczne, ale nie mamy tyle czasu.
- No tak…
Pociągnął za spust i mózg Pinto pokrył ścianę. Mężczyźni szybko opuścili pomieszczenie i zaczęli uciekać w stronę wyjścia, które stanowiła wielka wyrwa w ścianie. Po drodze zebrali ze sobą Woodsa i Yinga.
- Daliśmy radę? - Zapytał Ying ocierając krew z oczu.
- Tak, Pinto wypadł z biznesu.
- Plan młodego wypalił.
- GDZIE?! - rozległ się głośny ryk nim odbiegli dalej od domu.
Odwrócili się wszyscy i zobaczyli wielkiego chłopa z miazgą zamiast twarzy.
- To mój koleś, załatwię go do końca! - Woods ruszył do przodu.
- Nie, wy musicie stąd spierdalać żeby utrzymać porządek po tym co się stało - Marcus mówił z zupełną powagą. - Potrzeba doświadczenia i szacunku, a wy to macie.
- Damy mu radę we czterech - Stevens wtrącił.
- Nie będzie tutaj sam, już biegną kolejni. Zatrzymam ich - uśmiechnął się.
- Pojebało cię?!
- Stevens, wiesz o co chodzi. Idźcie już.
- Chodźmy…
Marcus posłał im jeszcze uśmiech i ruszył w stronę Juanita. Reszta oddziału biegiem opuściła posiadłość. Kiedy Marcus znalazł się naprzeciwko rywala wokół zdążyła się już zgromadzić jeszcze kilku ochroniarzy z bronią.
- Dlaczego nie uciekłeś jak reszta panienek? - zapytał Juanito sepleniąc nieziemsko.
- Chciałem Cię zobaczyć z bliska - odpowiedział Marcus z uśmiechem.
- Będziemy sobie gadać czy podejdziesz?
- Myślałem, że nie zaproponujesz…
Marcus doskoczył do dużo wyższego Juanita i huknął go w brzuch. Latynos zgarbił się, ale od razu wyprostował i oddał ciosem w twarz. Marcus zatoczył się i przyklęknął na jedną nogę.
- Kiedyś oglądałem wrestling - powiedział ocierając usta, z których ściekała krew. - Myślałem, że nie jesteście aż takimi ciotami.
Juanito ruszył na niego i huknął kolanem w głowę. Młody chłopak padł jak długi, ale przed kolejnym atakiem zdążył się odsunąć i chwycił go za kostkę. Wykręcił kolano i szarpnął. Dźwięk łamanych kości został przerwany przez krzyk Latynosa.
- Nie przyda ci się to, ale jakbyś kiedyś miał walczyć z wielkim gościem to złam mu kolano. Klęcząc nie będzie już taki duży - Marcus uśmiechnął się jeszcze raz.
Juanito nic nie odpowiedział, zerwał się na jednej nodze i doskoczył ponownie do przeciwnika. Przewrócił go na ziemię i zaczął go obijać. Krew tryskała z twarzy Marcusa, ale ten ostatkiem sił wbił mu kciuki w porozbijane już wcześniej oczy. Wściekły gangster podniósł się z ziemi wraz z Marcusem przyczepionym do jego głowy. Bił go w tułów, ale po chwili padł na kolana, a potem na bok i przestał oddychać. Marcus ledwo się podniósł. Trzymał się za żebra, a z jego twarzy pozostał jeden wielki strup. Niepełne już zęby trwały jednak w uśmiechu. Ochroniarze, którzy przyglądali się pojedynkowi już wyciągnęli karabiny i trzymali Marcusa na muszce.

Huk salwy karabinów rozległ się po okolicznych lasach. Dotarł także do uszu uciekających policjantów. Woods zatrzymał się.
- Dlaczego go zostawiliśmy, Stevens?
- Słyszeliście, sam tego chciał. Rozmawiałem z nim długo i wiem, że taka bohaterska śmierć była najlepszym rozwiązaniem.
- Śmierć to śmierć, chuj nie bohaterska.
- Możliwe, ale to był jego wybór. Rozmawiałem z nim przez pół nocy, wiedział co robi i czego chce.
- Ale dlaczego? - zapytał Ying.
- Bo jego sens życia go zostawił.
 


 Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

4/18/2015

Opowiadanie #8 - "Tylko raz"

Drodzy Czytelnicy,

najpierw kila słów wstępu, tak jak to zazwyczaj bywa. Długo chodziło mi po głowie opowiadanie w takim stylu i o takiej treści. Nie miałem jednak czasu żeby te myśli z głowy wyrzucić. Dopiero niedawno usiadłem i znalazłem godzinę czy dwie na spisanie tego wszystkiego co kłębiło się w zakamarkach mojego mózgu. O czym jest to opowiadanie? O najważniejszej rzeczy w życiu, czyli o szczęściu. Przekonacie się sami jak łatwo jest takie szczęście utracić i co potem może się stać z człowiekiem. Zapraszam do czytania!

"Tylko raz"

    Zmrok powoli pokrywał lasy. Między gęste drzewa ciemność zapuszczała się szybciej niż na niewielkie polany, które te lasy otaczały. Zapowiadała się bezksiężycowa noc. Ciężkie chmury zakrywały szczelnie całe niebo. Lasy odcinały się czernią na tle polan. Na jednej z takich niewielkich bezdrzewnych przestrzeni tliło się jedyne światło w okolicy. Słaby płomień ogniska nie wydostawał się poza polanę szczelnie osłoniętą drzewami. Wiatr nie dochodził do tego miejsca i płomień spokojnie wił się w górę. Słabe światło padało na cztery twarze. Twarze skryte pod kapturami. Ciężko było rozpoznać szczegóły tych twarzy. Z całą pewnością jednak można było stwierdzić, że to byli mężczyźni. Nie po twarzach, a po sylwetkach. Szerokie barki i plecy czwórki siedzącej wokół ognia niemal zasłaniały płonienie stykając się ze sobą. Siedzieli blisko, bo noc była zimna. Zaczynała się już jesień i było to czuć w powietrzu. Nie mieli gdzie się schować na tym terenie.

   Nad słabym płomieniem piekło się jakieś zwierze. W żadnym wypadku nie mogło być mowy żeby ci mężczyźni się tym najedli. Siedzieli w milczeniu wpatrując się w płomienie. Nagle ciszę przerwało wycie wilka co ożywiło grupkę milczących.
- Byle do świtu - sapnął ochryple siedzący w szarym, skórzanym płaszczu.
- Ano - odparł mu drugi z mężczyzn, ten miał na sobie zieloną kurtę i kaptur obszywany futrem jelenia. - To truchełko już przepieczone, ino zajadać.
- Szkoda sobie smaka robić takim chudym zającem - dorzucił trzeci, ten w czarnym, długim płaszczu.
- Coś żreć, panie, trzeba - bąknął ten w zielonym i oderwał sobie chrupiącą nóżkę zająca.
- Taa, pewno, że trzeba - mężczyzna w szarym zajął drugą nóżkę dla siebie.
- To dla nas, kamracie, zostało to co najgorsze - rzucił, niby żartem, ubrany w czerń.
Ostatni z mężczyzn, który do tej pory nie odezwał się ani słowem, spojrzał na niego. Jego oczy było wyjątkowo smutne, jakby widziały całe zło tego świata. Twarz nie wyrażała nic poza niechęcią.
- Częstuj się - podstawił mu połowę tego co zostało z kolacji.
- Nie trzeba - bąknął cicho.
- Pan niegłodny? - zapytał ten w zielonym.
- Panu nie smakuje, bo nie przywykł do takiego jedzenia. Sam zjem, ja nie wybrzydzam.
- Mości panowie, siedzimy tutaj razem i zajadamy to suche truchełko, a nawet imion swoich nie znamy. Nie ma czym zapoznania przepić, ale zawsze znać kamratów zawołania lepiej - wygłosił mężczyzna w butelkowo -  zielonym kapturze. - Na mnie wołają Tor i z małej wioski w majątku Wagen pochodzę.
- Jak na chłopa niesłychanie zgrabnie się wypowiadasz, Tor - odparł mężczyzna w czerni. - Jam jest Kilian von Soneden i chociaż nazwisko brzmi szlachetnie to szlachcicem nie jestem. Pochodzę z majątku Soneden. To długa historia i na razie się w nią nie będę zagłębiał.
- Mirko - rzucił jakby do siebie ten odziany w skórę. - Z Kasateny.
- A pan hrabia się nie przedstawi? - rzucił z błyszczącym uśmiechem Kilian.
- Lars.
- Lars?
- Lars - powtórzył spokojnie.
- Niedługo pewnie wojowie ruszą - Tor przerwał niezręczną ciszę. - Tylko czekają aż bagna mróz ściśnie.
- Tak, Król Sinester tylko na to czeka - dorzucił Kilian. - Przejście przez bagna pozwoli raz na zawsze wyplenić te wściekłe barbarzyńskie bestie z naszej ziemi. Zapuszczają się coraz dalej i zabijają niewinnych.
- Słyszałem, że niedawno ich straszni żołnierze pojawili się nawet w mojej Kasatenie, czyli na samym południu.
- Wątpię - Kilian uciął krótko. - To dla nich za daleko. Cała północ, jednak, nie może być spokojna. Co chwilę gdzieś płonie jakaś wioska. Te bestie zabierają kobiety i płodzą z nimi te potworne bękarty. Czarcie pomioty chodzą potem po ziemi i roznoszą zło.
- U mnie we wsi był kiedyś jeden taki - Tor mówił szeptem jakby bał się, że ten jeden go usłyszy. - Wyglądał jak sam diabeł. Wielki był jak cały mój dom. O dwie głowy wyższy niż ja. Konie to na karku nosił i nawet nie dyszał. Czarne miał kudły i takie grube, że wisiały jak strąki. Na łapach włosy miał jak niedźwiedź, a pracował u kowala. Kowal był stary i dzieciaków nie miał, to się zgodzi to dziwo przyjąć. Potem długo żałował, bo ludzie przestali do niego chadzać. Bali się stwora. Ten demon żelazo w rękach gniótł, a w piecu z węglami palcem grzebał. Nic mu się nie robiło. Któregoś dnia kowal umarł, a stwór zniknął i cała wieś się uspokoiła.
- Podobno wszyscy wyglądają tak jak Tor opisał i każden jeden taki silny i jeszcze czarami miotają - dorzucił Mirko z wyraźnym południowym akcentem.
- To po co panowie się na wojnę pchacie, skoroście tacy strachliwi? - zapytał Kilian drwiąco.
- A pan się nie boisz? - zdziwił się Tor.
- Nie - odparł krótko. - To wszystko bujdy i zabobony. Słyszałem o tych barbarzyńcach masę plotek. Od tego, że mają ogony zaczynając, a na tym, że szczają ogniem kończąc. Prawda jest taka, że mają swoich szamanów i oni potrafią szerzyć zło. Prawda jest taka, że są silni i wielcy, ale dużego łatwiej trafić. Widziałem jak umierają. Ich krew jest tak samo czerwona jak wasza. Tak poważnie jednak, to co panów skłoniło do zaciągnięcia się do oddziału Sinestera?
- U mnie to była całkiem prosta sprawa - zaczął Mirko. - Na południu zaczęła się susza i ciężko było wyżyć. Ojciec miał ósemkę dzieci. Ja byłem najmłodszy, więc mogłem zostać albo księdzem albo żołnierzem. Wojen ostatnio nie było, a mnie do księdzowego życia daleko. Kobitki bardzo mnie ciągną i w celibacie bym nie wytrzymał. Ojciec już trzy razy mnie do klasztoru wysyłał żebym nauki zaczął, ale za każdym razem jakoś się wywijałem. Tym razem powiedział, że albo pójdę, albo on mnie z domu wyrzuci. Mam dopiero 19 lat i nie chciałem marnować życia w kościele. Jak tylko usłyszałem, że Król Sinester zbiera wojów żeby na dzikich ruszyć to od razu powiedziałem ojcu, że jednak żołnierzem zostanę. Spakowałem wszystko co miałem i ruszyłem na północ. Tor, a ty skąd się tutaj wziąłeś?
- U mnie to było tak, że tatko miał gospodarstwo, bardzo małe, ale część musielim państwu oddawać. Zawsze brakowało na zimę. Ciężko było później, bo mama zmarła, a ja sam zostałem z tatem. Miałem braci i sióstr dużo, ale wszystko umierało za dziecka. Ja wyrosłem jedyny i całe gospodarstwo od małego na mojej głowie było. Tatko tylko mówił co trza robić, a ja żem robił. Jak konia nie było to sam chodziłem z pługiem. Potem, jakieś pół roku do tyłu, tatko umarł też. Sam zostałem w tej mojej chatce. Żony chciałem poszukać, ale ja okropnie nieśmiały jestem i żadna mnie z takim majątkiem nie chciała. Nie wiedziałem co robić. Kiedyś przyjechał do mnie właściciel Wegen, Margrabia, powiedział, że Król szykuje armię na pogan i że trzeba ją wspomóc. Powiedział, że weźmie ode mnie ten mój kawałek ziemi, a za to da mi monety żebym na miejsce dotarł. Powiedział, że jak wrócę i na wojnie się spiszę to dostanę dwa razy taką działkę i drewno na nowy dom. Zgodziłem się od razu, ale teraz żałuję.
- Dlaczego? - zapytał Mirko.
- Ja silny może i jestem, ale bić się nie lubię. Jak te stwory na nas wyjdą to się boję, że ucieknę. Bojaźliwy jestem strasznie i pewnie żołnierz też ze mnie żaden. Ja wolę robić niż myśleć i to mi się teraz odbije, odbije mi się panowie.
- Może nie będzie tak źle, Tor - powiedział Mirko. - Armia będzie duża i może nawet nie będziesz musiał stawać do boju.
- Gadanie - mruknął Kilian. - Taki wielki chłop to w pierwszej linii będzie stał.
- A ty Kilianie? Czemu siedzisz tu z nami? - Mirko zapytał bez cienia strachu.
- Jak mówiłem moja historia jest długa, ale i tak nic lepszego do roboty nie mamy. Nazywam się Kilian von Soneden. Pochodzę z Soneden i jestem młodszym synem tamtejszego księcia. Dostałem nazwisko, ale księstwa nigdy nie dostanę, bo mój starszy brat nakłamał ojcu na mój temat. Ten mu wierzy w każde słowo i zostałem wyklęty z rodziny. Nie jestem już teraz nawet szlachcicem.
- A co o tobie opowiedział? - Tor zapytał zaciekawiony.
- Powiedział, że ja wraz z kilkoma innymi młodszymi braćmi z sąsiedztwa próbowaliśmy otruć starszych braci żeby zgarnąć majątki dla siebie. To oczywiście nie prawda, ale ojciec mu uwierzył. Ja zwyczajnie chciałem zostać żołnierzem, nie w głowie mi siedzenie na zamku i rządzenie. Przygody, walka, sława i kobiety to jest coś czego potrzebuję. A nasz milczący kompan Lars? Jaka jest twoja historia?
- Nie mam zamiaru o tym mówić - mruknął.
Klinga srebrnego sztyletu błysnęła w płomieniach ognia i znalazła się przy szyi Larsa. Kilian rzucił się na niego w mgnieniu oka.
- Coś jesteś za bardzo tajemniczy - syknął. - Nie ufam ci, a to nie dobrze jeśli mamy spędzić noc przy jednym ognisku.
- Tnij, a oddasz mi wielką przysługę - Lars odparł bezbarwnie.
- Zostaw go Kilian! - Mirko wtrącił się. - A ty, Lars, powiedz nam co ci leży na żołądku.
- Niech wam będzie, ale spać spokojnie po tym nie będziecie - westchnął. - Moja historia jest całkiem zwyczajna. Pochodzę z Baden i nie byłem nikim konkretnym. Raczej chodziłem całe dnie przygnębiony, nie miałem ochoty do życia i wtedy pojawiła się ona. Wysoka, długie blond włosy, cudownie piękna, a do tego wspaniała osobowość. Nie będę się rozgadywał, ale tylko przy niej byłem szczęśliwy. Kiedy jej nie widziałem nie miałem ochoty wstawać z posłania. Przez długi czas było nam bardzo dobrze, ale pewnego dnia coś się wydarzyło. Wyjechała i już do mnie nie wróciła. Dlatego jestem tutaj i idę na wojnę z tymi wielkimi bestiami. Jestem zbyt dużym tchórzem żeby popełnić samobójstwo, a żyć dalej nie chcę i nie mam po co. Wiem, że nigdy nikogo nie pokocham tak jak jej, więc wolę umrzeć niż cierpieć nadal i jeszcze ranić inne damy. Pomyślałem, że warto stracić to nędzne życie walcząc o coś dobrego. Dlatego się nie odzywam, dlatego nie jem, dlatego jestem kim jestem. Ja już właściwie nie żyję. Ona wyjeżdżając zabrała ze sobą moją duszę.

   Cisza zapadła nad lasem. Nawet wilki umilkły przerażone tym jak łatwo zniszczyć wielkiego mężczyznę. Tego wieczora ta czwórka już nie rozmawiała. Poszli spać, choć spać nie mogli. Lars objął wartę. Snu również nie potrzebował. Nie istniało nic co miałoby dla niego jakąś wartość. Nie mógł się doczekać kiedy stanie oko w oko z całą hordą olbrzymich barbarzyńców i zazna spokoju rozszarpywany przez ich zardzewiałe, pokrzywione topory. Marzył o chwili kiedy myśli nie będą już palić, kiedy pustka nie będzie niszczyć, kiedy oddech nie będzie palił, kiedy samotność przestanie go zabijać. Jego usta nie drgnęły nawet w uśmiechu, ale w głębi duszy był pewny i cieszył się na śmierć. Wiedział, że tylko ona da mu ukojenie. Tylko ona (śmierć) albo ona.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

2/27/2015

Opowiadanie #7 - "Sen"

Wybaczcie, że długo nic tutaj się nie działo, ale miałem za bardzo zajętą głowę żeby skupić się na pisaniu czegokolwiek. Bywa i tak, że brakuje weny kiedy mamy czas i brakuje czasu kiedy mamy wenę. Dorosłe życie jednak nie jest takie fajne jak się dzieciom wydaje.

Wracając jednak do tego co przed Wami, Drodzy Czytelnicy. Jak zauważyliście po tytule tego posta, będzie to opowiadanie. Nie będzie to jednak zwykłe opowiadanie, a przynajmniej tak mi się wydaje. Będzie to coś pomiędzy majakiem, omamem a rzeczywistością. Do stworzenia tego zainspirował mnie cytat, który zobaczyłem w jednym z tomów sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Autor wstawia przed rozdziałami różne cytaty. Niektóre sam wymyśla, inne są prawdziwe. Akurat ten był napisany wcześniej przez mojego ulubionego poetę Edgara Allana Poe. Opowiadanie nie będzie długie, więc zapraszam do czytania!

"Sen"

"All that we see or seem
Is but a dream within a dream"

Edgar Allan Poe - "A dream within a dream"

Kolejna noc, zegar wrednie wybija swoje sekundy. Coraz dłuższe przerwy między ruchami wskazówki. Słyszę ją chociaż nie mam zegarka. Ciemno. Tylko Księżyc za oknem. Księżyc czy lampa? Okno? Przecież je zasłaniałem. Nie zasnę jeśli nie zasłonię. Muszę opuścić tę roletę, ale nie chce mi się wstać. Nie zasnę. Chce mi się spać, jestem już taki zmęczony. Muszę. Wstać. Kołdra tak przyjemnie mnie otula. Idealna pozycja by wreszcie zasnąć, ale muszę zasłonić okno. Wstaję. Podnoszę kołdrę, wychodzę spod niej, podchodzę do okna. Okno wychodzi na ulicę, ale nie na moją ulicę. Widzę wozy ciągnięte przez konie, widzę drewniane chaty. Przecież mieszkam w bloku, skąd te chaty? Ludzie na dole mają na sobie stroje ze Średniowiecza. Jeden z chłopów zatrzymuje wóz i patrzy na mnie. Widzę jego twarz tuż przed sobą. Pomarszczoną, ogorzałą, z bliznami po ospie, z krótkimi włoskami siwego zarostu. Jego wąskie usta, długi nos i szare oczy. Czuję smród z jego ust. Otwiera je i coś mówi. Wiedźma! Słyszę. Ale jaka wiedźma, przecież on patrzy na mnie. Sięgam w bok żeby opuścić roletę, ale tam zamiast tych białych, malutkich koralików wisi gruba lina zakończona pętlą. Wydawało mi się, że wyciągnąłem ku niej rękę, ale znalazła się w niej moja głowa. Wiedźma! Krzyczą, cały tłum już się zebrał. Lina zaciska się wokół szyi. Czuję jak miażdży mi krtań, jak odcina tlen. Sinieję, oczy wychodzą mi z czaszki, próbuję rozerwać linę, ale nie daję rady.

Budzę się nagle w swoim pokoju zlany potem. Spoglądam w okno. Roleta zasłonięta. Rozglądam się po pokoju, wszystko jest tak jak być powinno. Sięgam po wodę stojącą przy łóżku. Piję trzy łyki, tak jak zawsze. Kładę się jeszcze raz, na zegarze dopiero druga. Nie mam zegara. Moje łóżko jest mokre. Spociłem się aż tak bardzo? Zlałem się? Co jest grane? Sprawdzam. Czuję smród. Łajno. Łóżko zrobione z gówna, kołdra z gówna. Wyskakuję z niego jak poparzony. Biegnę do łazienki zmyć z siebie ten smród. Otwieram drzwi, a z kibla wylewa się fontanna gnoju, cała podłoga jest tym pokryta. Chcę wejść do wanny, noga odjeżdża. Uderzam głową o futrynę. Przed oczami robi się ciemno. Nie mogę się ruszyć, nie mam władzy nad kończynami. Duszę się, dławię.

Zrywam się z łóżka we własnym pokoju. Zapalam lampkę. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest tak jak trzeba. Biorę trzy łyki wody. Gaszę światło i idę spać ponownie. Serce nadal się nie uspokoiło. Bije szybciej niż zegar. Zegar. Nie mam zegara. Widzę, że jest już ranek, ale jeszcze nie pora wstawać. Nie chcę już spać. Nie będę jej budził. Śpi obok, taka spokojna i piękna. Powoli, żeby jej nie zbudzić. Udało się. Jestem w łazience. Patrzę w lustro. Siwe włosy na skroniach. Mogłem się tego spodziewać. W końcu przy tym co siedzi mi w głowie nawet włosy bledną. Wychodzę. Wracam. Ona i jakiś mężczyzna. Przytulają się całują. W powietrzu unosi się zapach alkoholu. Nie zwrócili na mnie uwagi. Zrzuciłem z nich kołdrę. Był w niej. Musiałem się przytrzymać szafki żeby nie upaść. Wściekłość. Łzy napłynęły do oczu. Poczułem jak serce mi pęka. Nóż. Miałem w reku nóż. Jego? Ją? Siebie? Skończył. Wstał i wyjął mi z dłoni nóż. Spojrzał w oczy uśmiechając się tak, że włosy na karku mi się zjeżyły. Odwrócił się i chciał ją pchnąć. Skoczyłem. Prosto pod ostrze.

Poderwałem się dysząc głośno. Było już widno. Koniec nocy. Wreszcie. Wstałem. Zjadłem. Umyłem się. Ubrałem. Wyszedłem. Wszystko wyglądało tak jak zawsze. Nic nie mogło wzbudzić podejrzeń. Wyszedłem. Idąc przez miasto zauważyłem staruszkę. Spojrzała na mnie. Miała przerażająco wielkie i gadzie oczy. Miała szereg długi zębów wystających z wielkich ust. Odrzuciła balkonik, którym się podpierała i ruszyła za mną. Biegał szybko wyjąc przy tym głośno. Rzuciłem się do ucieczki. Wracałem do swojego mieszkania. Nie pozwalała mi się oddalić. Biegłem ile sił w nogach. Dopadłem do drzwi, była tuż za mną. Zamknąłem drzwi uderzając ją w pysk. Spojrzałem przez wizjer. Odchodziła powoli patrząc w moją stronę i przeklinając. Odetchnąłem i odwróciłem się plecami do drzwi. Byłem w tym samym punkcie miasta, z którego uciekałem. Tym razem nie widziałem tej staruszki. Widziałem tylko wysoką postać w czarnym płaszczu i kapturze z kosą w dłoniach. Dostrzegła mnie. Chciałem uciec, ale biegłem w miejscu, a ona powoli się zbliżała. Zdzierałem podeszwy w miejscu, a ona była tuż za mną. Podniosła kosę i założyła mi ją na szyję. Wtedy jej czar puścił i ruszyłem biegiem.

Obudziłem się w swoim łóżku jeszcze przez chwilę czując jak ostrze wtapia się w moją szyję. Czułem jak odpada mi głowa. Wstałem, pomacałem kark. Wszystko było w porządku. Napiłem się wody i położyłem na plecach. Patrząc w sufit. Powoli uspokoiłem oddech, uspokoiłem ciśnienie i zaczynałem zasypiać. Oddychałem w rytmie wybijanym przez zegar. Poczułem, że ktoś na mnie patrzy. Spojrzałem. Jezus. Zakrwawiony. Zdjęty z krzyża. Chciałem się ruszyć, nie mogłem. Nie spałem, ale nie mogłem się ruszyć. Nie poruszał ustami, ale mówił. Słyszałem donośny głos. Nie próbuj, nic ci to nie da. Chciałem krzyczeć, ale nie mogłem. I tak nikt cię nie usłyszy. Wszyscy nie żyją. Zobacz. Moje ciało zostało na łóżku. Puste oczy patrzyły w sufit. Ja patrzyłem na siebie. Za oknem biła czerwona łuna. Nie było nic oprócz mojego mieszkania. Wszystko było zniszczone. Poleciałem do pokoju rodziców. Martwi. Poleciałem do niej. Miał rację. Powiedział mi, że to nie jest nieuniknione. To jedna z możliwych dróg. Powiedział też, że nie mam na to wpływu. Kiedy zapytałem czemu mi to pokazał. Odparł, że kiedyś zrozumiem. Nie rozumiem. Nigdy się tak nie bałem. Nagle duch wrócił do ciała, a ciało zerwało się z łóżka. Płakałem. Przez cały czas płakałem. Nie wierzę, a mimo to się modliłem. Słowa nie oddadzą tego co widziałem.

Spojrzałem na zegar. Była dopiero 20. Jedź do niej. Szepnęło coś w głowie. Ubrałem się i wsiadłem do samochodu. Pojechałem. Nie do domu. Od razu skierowałem się do klubu. Każdy szczegół drogi był dokładni taki jaki powinien. Samochody, ludzie w nich, przechodnie, budynki. Dotarłem na miejsce. Zapłaciłem oświetleniowcowi żeby pozwolił mi wejść na rusztowanie z lampami. Wszedłem tam. Głośna muzyka, tłok, ruch. Dostrzegłem ją. Tańczyła z kieliszkiem w ręku. Ubrana tak, że wszystko było widać. Wokół niej mnóstwo facetów. Z każdym choć przez chwilę musiała się zetknąć. Widzisz jak cudownie bawi się bez ciebie? Usłyszałem w głowie. Do czego ty jej jesteś potrzebny? Przecież jesteś nikim. Taka dziewczyna potrzebuje kogoś poważnego, kto zapewni jej rozrywkę. A ty? Jesteś żałosny. Nie! Krzyknąłem, ale nie przebiło się to przez muzykę. A praca? Dlaczego poszła do pracy? Żeby nie musieć oglądać ciebie. Ogranicza kontakt, a potem całkiem go zerwie. Tak będzie lepiej dla niej. Chyba ci na niej zależy? Zobacz jak jej dobrze bez ciebie. Zobacz! Spojrzałem. Nie wierzyłem. Zakręciło się w głowie. Spadłem z rusztowania. Huknąłem o parkiet. Spojrzała na mnie tym cudownym wzrokiem. Nie odezwała się nawet. Wróciła do tańca.

Obudziłem się ponownie. Szarpnęło mną na łóżku. Co się dzieje, kochanie? Usłyszałem. Miałeś zły sen? To nic takiego. Odpowiedziałem. Szkoda, że już musisz wychodzić do pracy. Powiedziała. Wstałem. Napiłem się wody. Ubrałem się zostawiając ją w łóżku. Wyszedłem zerkając na zegarek. Nie mam...

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

1/06/2015

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 7)

Ostatnia część opowiadania przed Wami. Historia dobiega końca. Zanim jednak przejdziemy do samego tekstu chciałem napisać kilka słów, odnieść się do tego opowiadania. Rzadko jest tak żeby mi się coś pisało tak dobrze. Potrzebowałem odpoczynku od książki, nad którą pracuję obecnie i usiadłem do tego opowiadania. Na początku nie miałem w planach tego żeby było aż tak długie. W zasadzie ten pomysł mógłbym wykorzystać za jakiś czas do napisania całej książki, problem jednak w tym, że (celowo) jest tutaj wiele nawiązań do mojej ulubionej sagi "Miecz Prawdy" Terry'ego Goodnikda. O ile wątpię w to żeby światowej sławy pisarz miał do mnie pretensje o podparcie się jego powieściami, o tyle wydawcy są na to bardzo uczuleni. No i przy okazji zachęcam do przeczytania "Miecza Prawdy" jeśli komuś choć troszkę to moje opowiadanie się spodobało. Zapewniam, że będziecie zadowoleni z lektury. Najważniejszym powodem, dla którego pisało mi się tak dobrze, dla którego wyszło to takie długie i dla którego zostało opowiadaniem, a nie pomysłem na książkę jest Inspiracja, dzięki której i dla której to stworzyłem. Artystom o wiele łatwiej i przyjemniej jest tworzyć jeśli jest dla kogo (i mam tutaj na myśli kogoś wyjątkowego). To wszystko co chciałem przekazać. Zapraszam do czytania i może jakiejś małej oceny całego opowiadania.

Poprzednie części:
"Jesień niespodzianek" (część 1)
"Jesień niespodzianek" (część 2)
"Jesień niespodzianek" (część 3)
"Jesień niespodzianek" (część 4)
"Jesień niespodzianek" (część 5)
"Jesień niespodzianek" (część 6)

"Jesień niespodzianek" (część 7)


Poczuł, że ból ustąpił. Otworzył oczy i spojrzał na sufit. Zaskoczony aż zamrugał kilka razy. Widział baldachim na łożem, a nie białe ściany okrągłego pomieszczenia. Pod plecami czuł pościel, było bardzo wygodnie. Pomyślał, że umarł i trafił do innego wymiaru. Przypomniały mu się jednak słowa Catherine: „Chciałabym żebyś znalazł sens życia we mnie.” I poderwał się. Ciało zabolała potwornie. Czuł, że nie umarł. Kości były świeżo zaleczone, a rany na ciele dopiero co się zagoiły. Poczuł chłodny wiatr na nagim ciele. W drzwiach do komnaty stanęła ona. Była naga, choć nie wiele się to różniło od jej wyglądu w białym kostiumie. Miała za to rozpuszczone włosy. Były kręcone i bardzo ładne. Martin wykorzystał chwilę i zobaczył, że jego topór stoi pod oknem po lewej stronie łóżka. Nie widział za dużo, bo pokój oświetlały jedynie delikatne płomienie kilku świec.
- Obudziłeś się, więc jesteś gotów - powiedziała kroczą w stronę łóżka, kołysała biodrami. - Teraz zostaniesz tylko mój. Wymażę ci z głowy wspomnienia o tej wiedźmie.
Położyła się obok i zaczęła go dotykać. Ból nie był tak intensywny jak w pokoju tortur, ale nadal był nieprzyjemny. Starała się być delikatna. Martin nie wiedział co ona kombinuje. Położyła się na nim swoim nagim ciałem, zaczęła go dotykać piersiami i brzuchem. Włożyła rękę między jego nogi, pulsujący ból przeszedł po jego kręgosłupie. Zaczęła go całować po szyi i klatce piersiowej. Jej zachowanie zaczęło mu się podobać, zbijało go z tropu, nie był już pewny co ma zrobić. Co było jego zadaniem. Ból, który mu sprawiała przestał go interesować. Zaczął poddawać się pożądaniu. Ocierała się o niego całując i masując, cicho jęczała. Zamknął oczy i zobaczył Catherine i wpatrujące się prosto w niego piękne zielone oczy, jej cudowny uśmiech, idealne brwi. Usłyszał w głowie „Chciałabym żebyś znalazł sens życia we mnie” wypowiedziane ze łzami w oczach, a zaraz po tym zobaczył jak wielcy żołnierze porywają ją i wleką przed oblicze władcy Baldentu, ten wtrąca ją do lochu, a potem odsyła do odległych krain, gdzie gwałcą ją inni władcy. Otworzył oczy i zrzucił z siebie kobietę.
- Powiedz mi gdzie jest Catherine? - złapał ją za ramiona ignorując ból jako to sprawiało.
- Naprawdę ci na niej zależy… - posmutniała. - Jest w Kryształowej Świątyni, tam ją zamknęli od czasu porwania. Władca jeszcze jej nigdzie nie wysyłał, za to sam ją gwałcił. Sama widziałam.
- Muszę cię zabić - syknął z wściekłością.
- Wiem, ale mimo to jestem ci wdzięczna za to co mi pokazałeś. Pokazałeś mi jak uczucie może zmienić człowieka. Twoje życie nie jest już puste, masz teraz cel i wiem, że będziesz dążył do tego żeby być szczęśliwym. Wiedząc co tak naprawdę uszczęśliwia ludzi mogę umrzeć, zostałam stworzona do zadawania bólu i nigdy nie zaznam prawdziwej miłości. Weź swój topór i spróbuj mnie uderzyć.
- Wiem, że to podstęp - puścił ją i wstał z łóżka. - Mówiłaś mi kiedyś, że magia nie może zrobić ci krzywdy, magia nie może cię zabić.
- Tak, ale ty przezwyciężyłeś to co jest we mnie, uda ci się…
Sięgnął po topór, podniósł go jedną ręką, choć straszliwie bolał go łokieć. Wziął zamach.
- Przepraszam… - powiedzieli w tym samym czasie.
Ciął z całej siły prosto w klatkę piersiową otwierając ją. Kobieta upadła na łóżko, które natychmiast zaczęło nasiąkać krwią. Wciągnął na siebie spodnie leżące w rogu, nie brał plecaka, który też tam leżał. Wziął tylko broń, którą przypisała mu przepowiednia. Wiedział, że to nie była ostatnia osoba, którą musiał zabić tej nocy. Przeczuwał, że po drodze czeka go ciężka walka z żołnierzami, być może z magicznymi bestiami, ale wiedział też, że musi dotrzeć do Kryształowej Świątyni. Nie zwracał uwagi na ból całego ciała, na to, że ledwo mógł utrzymać broń. Musiał iść na przód by spełnić swoje przeznaczenie i uratować kobietę, która sprawiła, że życie przestało być mu obojętne.

Wysoki, dość szczupły i całkiem łysy mężczyzna krążył o pomieszczeniu. Maił na sobie długą, białą szatę sięgającą kostek, która opinała jego wątłe ciało. Światło z kryształowego żyrandola odbijało się od jego wygolonej czaszki. Miał ciemne oczy, które kontrastowały z bielą stroju i bladością skóry. Długie palce miał skrzyżowane za plecami. Poruszał się po, idealnie wypolerowanej, posadzce kryształowej sali. Była to wysoka piramida stworzona z kryształu. Przezroczyste szkło zmieniało barwy światła wpadające z zewnątrz w kolorowe tęcze. Bajeczny widok zapierał dech w piersiach. Olbrzymi pryzmat stał wewnątrz pałacowego ogrodu. Przez ściany widać było to co działo się w ogrodzie. Był o wiele większy niż sama świątynia.  Ogrom pałacu przytłaczał. Mężczyzna podszedł do łoża stojącego pod samym czubkiem piramidy. Wskoczył na nie nerwowo i przydusił osobę, która tam leżała. Była to piękna blondynka, okryta niemal przezroczystą tkaniną. Ręce i nogi miała przywiązane do łóżka.
- Na przełęczach spadł śnieg! - uderzył ją w twarz otwartą dłonią. - Nie tego chciałem, miałaś zrobić tak żeby cały czas świeciło słońce!
- Nie potrafię…
- Bzdura! - uderzył ją raz jeszcze. - Masz moc, którą możesz kontrolować pogodę, którą możesz kontrolować ludzi i jeśli jej nie wykorzystasz dla mnie to cię zabiję! Zginiesz w męczarniach, szmato!

Wielkie kryształowe drzwi wystrzeliły z zawiasów. Szkło rozprysnęło się po całej komnacie. Przerażony mężczyzna zeskoczył z łóżka i aż wstrzymał oddech na widok tego co zobaczył. Do Świątynie wdarł się człowiek, a przynajmniej coś co go przypominało. Jego ciało było pokryte krwią, miał na nim pełno ran zarówno od ostrzy jak i od pazurów, był przygarbiony, kulał, ledwo ciągnął za sobą prawą nogę. Podpierał się na czymś co przeraziło go jeszcze bardziej. Miał ze sobą starożytny topór, który mógł zniszczyć cały plan władcy Baldentu. Ta zjawa kroczyła przez świątynię rysując kryształ toporem i zostawiając na podłodze krwawe ślady.
- Zatrzymaj się! - krzyknął łysy mężczyzna, ale postać nie zareagowała. - Zginiesz jeśli się nie zatrzymasz!
Do kryształowej sali wpadło kilka kobiet w bieli i ponad dziesiątka strażników. Część dysponowała kuszami. Bełty zostały wycelowane w zakrwawionego napastnika. Kobiety ustawiły się przed łysym mężczyzną i stworzyły biały mur, który miał go bronić za wszelką cenę. Rycerze w białych zbrojach uzbrojeni w miecze ruszyli w stronę mężczyzny. Zaatakowali go z okrzykiem furii na ustach. Cięli ile tylko mieli sił, ale żadne z ich uderzeń nie trafiło celu. Mimo wielu ran, mężczyzna uchylał się przed ciosami i sam je wyprowadzał. Cięcia toporem odrąbywały kończyny i głowy, otwierały zbroje razem z ciałem. Po kilku sekundach rzezi na nogach nie stał już nikt poza mężczyzną z toporem. Kusznicy byli już gotowi by oddać strzał, ale mężczyzna w białej szacie uniósł dłoń do góry.
- Kim jesteś? - zapytał. - I kto cię nauczył tak dobrze walczyć?
- Martin i to z mojej ręki zginiesz - odparł nie zatrzymując się.
- Jesteś bardzo pewny siebie, nie wiem czy zdajesz sobie sprawę co trzymasz w dłoniach…
- Narzędzie, które pozbawi cię głowy - odpowiedział jak w amoku.
- Z pewnością, ale nie będziesz miał szansy mi tego pokazać, bo widzisz - klepnął jedną z pięknych kobiet w bieli w tyłek. - Te panie nie boją się żadnej broni, w której jest magia, a w twojej jest.
Martin nie zwrócił na to uwagi, po prostu kroczył na przód. Zobaczył, że w łóżku ustawionym w samym centrum leży kobieta. Spojrzał na nią przelotnie, ich oczy spotkały się na mniej niż sekundę. Kusznicy oddali serię strzałów. Chłopak okręcił się wokół własnej osi trzymając topór w górze i przeciął każdy z bełtów zanim ten zdążył go drasnąć. Żołnierze próbowali załadować ponownie, ale nim zdążyli sięgnąć po broń część z nich już leżała martwa na ziemi. W mgnieniu oka podbiegł do nich i porozcinał im ciała od obojczyków aż po miednice. Krew pokrywała kryształową podłogę. Jedna z kobiet, z miną pokazującą nieskrywaną pewność siebie ruszyła w stronę Martina. Wyciągnęła dłoń by go dotknąć, ale po chwili pobladłą i upadła na kolana. Jej dłoń spadła obok, a biały strój pokrył się jej własną krwią. Martin zamachnął się raz jeszcze i ściął jej głowę, która wraz z długim warkoczem potrulała się w stronę wyjścia. Kolejne ruszyły na niego ławą, ale nie były już tak pewne siebie i tak odważne. Próbowały go zaskoczyć raz z jednej, a raz drugiej strony. Nie udawało im się, wyprzedzał ich ruchy i ostrze topora już czekało tam gdzie one chciały się ruszyć. Wreszcie krzyknął i rzucił się w stronę jednej z nich. Gdy wylądował ciało za nim upadło na ziemię przecięte w połowie wysokości. Wnętrzności wyleciały na śliską już kryształową posadzkę. Kolejne chciały wykorzystać chwilę i zaatakowały go od tyłu. Spotkała je za to straszliwa kara. Ostrze przeszło przez ich głowy odcinając mniej więcej po połowie czaski. Pozostała tylko jedna. Nie wiedziała co ma zrobić. Uklęknęła więc przed nim i zaczęła błagać o litość. Nie było litości. Topór wbił się w jej bark i doszedł aż do serca.
- Brawo! - łysy mężczyzna zaczął klaskać w dłonie. - Fantastyczny pokaz! Gdybyś tylko zechciał dołączyć do mnie i pomógł władać Baldentem to nie potrzebowałbym usług tej nieudolnej wywłoki, którą porwałem. Zostałbyś pierwszym gwardzistą Joanisa, Władcy Baldentu. Czy to nie piękny tytuł?
- Obiecałem, że zginiesz i dotrzymam słowa - odpowiedział.
- Skoro tak stawiasz sprawę to jestem bardzo niepocieszony. Może i jesteś dość silny by pokonać stal, może jesteś dość szybki by powstrzymać strzały i może masz w sobie coś co pozwoliło ci zabić moje służki, ale nie ma na świecie nic mocniejszego niż czarna magia.

Mężczyzna wyrzucił dłonie przed siebie. W całej kryształowej piramidzie zrobiło się niezwykle ciemno. Ściany zaczęły drżeć. Kula czarnej niczym najczarniejsza noc materii zebrała się przed jego palcami. Nagle ze świstem wystrzeliła prosto w Martina. Rycząca kula czystej śmierci wzbiła w górę kawałki kryształu leżące na podłodze i mknęła zakrzywiając czas i wchłaniając światło. Martin zdążył jedynie instynktownie unieść topór. Promień śmierci odbił się od płaskiej strony broni i wyleciał w górę, prosto w sam wierzchołek świątyni. Ta zaczęła drżeć bardzo mocno, kryształowe ściany pękały i na ich głowy zaczęły spadać kawałki szkła. Joanis stał wpatrzony w to co się stało, nie mógł zrozumieć jakim cudem cała jego moc po prostu odbiła się od tej broni. Martin szybko otrząsnął się i ruszył biegiem w stronę wroga. Nie zwracał już uwagi na niesprawne kolano, na ból i rany z jakimi się zmagał. Ruszył, wybił się w powietrze i ciął od góry. Trafił prosto w środek łysej czaszki. Topór wbił się z ogromną siłą, która wsparta była przerażającym okrzykiem. Kiedy ostrze utkwiło w kryształowej podłodze Martin spojrzał w przerażone oczy mężczyzny, którego ciało zostało rozpołowione. Dwie połowy przewróciły się w przeciwnych kierunkach. Świątynia za chwilę musiała upaść. Pęknięcia były zbyt wielkie żeby mogła się długo utrzymać. Martin wyrwał broń z podłogi i ruszył w stronę łóżka. Łańcuchy rozciął silnymi uderzeniami i wyniósł Catherinę nim Kryształowa Świątynia zdążyła upaść. Gdy tylko wyszli do ogrodu cała konstrukcja zawaliła się. Martin odstawił dziewczynę i upadł na trawę. Dopiero teraz zobaczyła ile śladów walki nosi jego ciało, mogła się tylko domyślać co przeszedł.
- Uratowałeś świat - szepnęła niemal płacząc.
- Tak - odpowiedział cicho. - Uratowałem cały mój świat…


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)