Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

11/01/2017

Życie boli #28 - Słówko o gapiach

Szanowni Czytelnicy,
w ostatnim czasie musiałem spędzić więcej czasu w samochodzie. Wiązało się to też ze staniem w korkach i to nie tylko w tych, które spowodowane były godzinami szczytu. Nawet w dniu, w którym piszę ten felieton miałem nieprzyjemność znaleźć się w korku spowodowanym wypadkiem. Z tym, że wypadek to chyba zbyt duże słowo. Po prostu dwa samochody zderzyły się przednimi zderzakami, bo któryś z nich nie ustąpił pierwszeństwa drugiemu. Ofiar w ludziach raczej nie było, bo karetek nie widziałem. A wiecie jak to się stało, że zdążyłem tyle zauważyć? Oprócz tego, że jestem superspostrzegawczy to miałem na to mnóstwo czasu, bo każdy samochód jadący przede mną zwalniał na chwilkę żeby przyjrzeć się zdarzeniu i właśnie to mnie natknęło do napisania tego felietonu.

Prześledziłem w pamięci wszystkie wypadki, które działy się w mojej okolicy oraz wszystkie interwencje służb i przypomniałem sobie, że w zasadzie nawet tym najdrobniejszym przyglądali się jacyś postronni ludzie. W każdej sytuacji znajdowała się jakaś grupka gapiów, która nie mogła, nie potrafiła albo nie chciała pomóc, a jednak poświęciła swój cenny czas na przyglądanie się temu co się wydarzyło. Należy się zatem zastanowić dlaczego ludzi tak ciągnie do oglądania krzywdy innych, dlaczego poświęcają czas żeby to obejrzeć.

4/18/2015

Opowiadanie #8 - "Tylko raz"

Drodzy Czytelnicy,

najpierw kila słów wstępu, tak jak to zazwyczaj bywa. Długo chodziło mi po głowie opowiadanie w takim stylu i o takiej treści. Nie miałem jednak czasu żeby te myśli z głowy wyrzucić. Dopiero niedawno usiadłem i znalazłem godzinę czy dwie na spisanie tego wszystkiego co kłębiło się w zakamarkach mojego mózgu. O czym jest to opowiadanie? O najważniejszej rzeczy w życiu, czyli o szczęściu. Przekonacie się sami jak łatwo jest takie szczęście utracić i co potem może się stać z człowiekiem. Zapraszam do czytania!

"Tylko raz"

    Zmrok powoli pokrywał lasy. Między gęste drzewa ciemność zapuszczała się szybciej niż na niewielkie polany, które te lasy otaczały. Zapowiadała się bezksiężycowa noc. Ciężkie chmury zakrywały szczelnie całe niebo. Lasy odcinały się czernią na tle polan. Na jednej z takich niewielkich bezdrzewnych przestrzeni tliło się jedyne światło w okolicy. Słaby płomień ogniska nie wydostawał się poza polanę szczelnie osłoniętą drzewami. Wiatr nie dochodził do tego miejsca i płomień spokojnie wił się w górę. Słabe światło padało na cztery twarze. Twarze skryte pod kapturami. Ciężko było rozpoznać szczegóły tych twarzy. Z całą pewnością jednak można było stwierdzić, że to byli mężczyźni. Nie po twarzach, a po sylwetkach. Szerokie barki i plecy czwórki siedzącej wokół ognia niemal zasłaniały płonienie stykając się ze sobą. Siedzieli blisko, bo noc była zimna. Zaczynała się już jesień i było to czuć w powietrzu. Nie mieli gdzie się schować na tym terenie.

   Nad słabym płomieniem piekło się jakieś zwierze. W żadnym wypadku nie mogło być mowy żeby ci mężczyźni się tym najedli. Siedzieli w milczeniu wpatrując się w płomienie. Nagle ciszę przerwało wycie wilka co ożywiło grupkę milczących.
- Byle do świtu - sapnął ochryple siedzący w szarym, skórzanym płaszczu.
- Ano - odparł mu drugi z mężczyzn, ten miał na sobie zieloną kurtę i kaptur obszywany futrem jelenia. - To truchełko już przepieczone, ino zajadać.
- Szkoda sobie smaka robić takim chudym zającem - dorzucił trzeci, ten w czarnym, długim płaszczu.
- Coś żreć, panie, trzeba - bąknął ten w zielonym i oderwał sobie chrupiącą nóżkę zająca.
- Taa, pewno, że trzeba - mężczyzna w szarym zajął drugą nóżkę dla siebie.
- To dla nas, kamracie, zostało to co najgorsze - rzucił, niby żartem, ubrany w czerń.
Ostatni z mężczyzn, który do tej pory nie odezwał się ani słowem, spojrzał na niego. Jego oczy było wyjątkowo smutne, jakby widziały całe zło tego świata. Twarz nie wyrażała nic poza niechęcią.
- Częstuj się - podstawił mu połowę tego co zostało z kolacji.
- Nie trzeba - bąknął cicho.
- Pan niegłodny? - zapytał ten w zielonym.
- Panu nie smakuje, bo nie przywykł do takiego jedzenia. Sam zjem, ja nie wybrzydzam.
- Mości panowie, siedzimy tutaj razem i zajadamy to suche truchełko, a nawet imion swoich nie znamy. Nie ma czym zapoznania przepić, ale zawsze znać kamratów zawołania lepiej - wygłosił mężczyzna w butelkowo -  zielonym kapturze. - Na mnie wołają Tor i z małej wioski w majątku Wagen pochodzę.
- Jak na chłopa niesłychanie zgrabnie się wypowiadasz, Tor - odparł mężczyzna w czerni. - Jam jest Kilian von Soneden i chociaż nazwisko brzmi szlachetnie to szlachcicem nie jestem. Pochodzę z majątku Soneden. To długa historia i na razie się w nią nie będę zagłębiał.
- Mirko - rzucił jakby do siebie ten odziany w skórę. - Z Kasateny.
- A pan hrabia się nie przedstawi? - rzucił z błyszczącym uśmiechem Kilian.
- Lars.
- Lars?
- Lars - powtórzył spokojnie.
- Niedługo pewnie wojowie ruszą - Tor przerwał niezręczną ciszę. - Tylko czekają aż bagna mróz ściśnie.
- Tak, Król Sinester tylko na to czeka - dorzucił Kilian. - Przejście przez bagna pozwoli raz na zawsze wyplenić te wściekłe barbarzyńskie bestie z naszej ziemi. Zapuszczają się coraz dalej i zabijają niewinnych.
- Słyszałem, że niedawno ich straszni żołnierze pojawili się nawet w mojej Kasatenie, czyli na samym południu.
- Wątpię - Kilian uciął krótko. - To dla nich za daleko. Cała północ, jednak, nie może być spokojna. Co chwilę gdzieś płonie jakaś wioska. Te bestie zabierają kobiety i płodzą z nimi te potworne bękarty. Czarcie pomioty chodzą potem po ziemi i roznoszą zło.
- U mnie we wsi był kiedyś jeden taki - Tor mówił szeptem jakby bał się, że ten jeden go usłyszy. - Wyglądał jak sam diabeł. Wielki był jak cały mój dom. O dwie głowy wyższy niż ja. Konie to na karku nosił i nawet nie dyszał. Czarne miał kudły i takie grube, że wisiały jak strąki. Na łapach włosy miał jak niedźwiedź, a pracował u kowala. Kowal był stary i dzieciaków nie miał, to się zgodzi to dziwo przyjąć. Potem długo żałował, bo ludzie przestali do niego chadzać. Bali się stwora. Ten demon żelazo w rękach gniótł, a w piecu z węglami palcem grzebał. Nic mu się nie robiło. Któregoś dnia kowal umarł, a stwór zniknął i cała wieś się uspokoiła.
- Podobno wszyscy wyglądają tak jak Tor opisał i każden jeden taki silny i jeszcze czarami miotają - dorzucił Mirko z wyraźnym południowym akcentem.
- To po co panowie się na wojnę pchacie, skoroście tacy strachliwi? - zapytał Kilian drwiąco.
- A pan się nie boisz? - zdziwił się Tor.
- Nie - odparł krótko. - To wszystko bujdy i zabobony. Słyszałem o tych barbarzyńcach masę plotek. Od tego, że mają ogony zaczynając, a na tym, że szczają ogniem kończąc. Prawda jest taka, że mają swoich szamanów i oni potrafią szerzyć zło. Prawda jest taka, że są silni i wielcy, ale dużego łatwiej trafić. Widziałem jak umierają. Ich krew jest tak samo czerwona jak wasza. Tak poważnie jednak, to co panów skłoniło do zaciągnięcia się do oddziału Sinestera?
- U mnie to była całkiem prosta sprawa - zaczął Mirko. - Na południu zaczęła się susza i ciężko było wyżyć. Ojciec miał ósemkę dzieci. Ja byłem najmłodszy, więc mogłem zostać albo księdzem albo żołnierzem. Wojen ostatnio nie było, a mnie do księdzowego życia daleko. Kobitki bardzo mnie ciągną i w celibacie bym nie wytrzymał. Ojciec już trzy razy mnie do klasztoru wysyłał żebym nauki zaczął, ale za każdym razem jakoś się wywijałem. Tym razem powiedział, że albo pójdę, albo on mnie z domu wyrzuci. Mam dopiero 19 lat i nie chciałem marnować życia w kościele. Jak tylko usłyszałem, że Król Sinester zbiera wojów żeby na dzikich ruszyć to od razu powiedziałem ojcu, że jednak żołnierzem zostanę. Spakowałem wszystko co miałem i ruszyłem na północ. Tor, a ty skąd się tutaj wziąłeś?
- U mnie to było tak, że tatko miał gospodarstwo, bardzo małe, ale część musielim państwu oddawać. Zawsze brakowało na zimę. Ciężko było później, bo mama zmarła, a ja sam zostałem z tatem. Miałem braci i sióstr dużo, ale wszystko umierało za dziecka. Ja wyrosłem jedyny i całe gospodarstwo od małego na mojej głowie było. Tatko tylko mówił co trza robić, a ja żem robił. Jak konia nie było to sam chodziłem z pługiem. Potem, jakieś pół roku do tyłu, tatko umarł też. Sam zostałem w tej mojej chatce. Żony chciałem poszukać, ale ja okropnie nieśmiały jestem i żadna mnie z takim majątkiem nie chciała. Nie wiedziałem co robić. Kiedyś przyjechał do mnie właściciel Wegen, Margrabia, powiedział, że Król szykuje armię na pogan i że trzeba ją wspomóc. Powiedział, że weźmie ode mnie ten mój kawałek ziemi, a za to da mi monety żebym na miejsce dotarł. Powiedział, że jak wrócę i na wojnie się spiszę to dostanę dwa razy taką działkę i drewno na nowy dom. Zgodziłem się od razu, ale teraz żałuję.
- Dlaczego? - zapytał Mirko.
- Ja silny może i jestem, ale bić się nie lubię. Jak te stwory na nas wyjdą to się boję, że ucieknę. Bojaźliwy jestem strasznie i pewnie żołnierz też ze mnie żaden. Ja wolę robić niż myśleć i to mi się teraz odbije, odbije mi się panowie.
- Może nie będzie tak źle, Tor - powiedział Mirko. - Armia będzie duża i może nawet nie będziesz musiał stawać do boju.
- Gadanie - mruknął Kilian. - Taki wielki chłop to w pierwszej linii będzie stał.
- A ty Kilianie? Czemu siedzisz tu z nami? - Mirko zapytał bez cienia strachu.
- Jak mówiłem moja historia jest długa, ale i tak nic lepszego do roboty nie mamy. Nazywam się Kilian von Soneden. Pochodzę z Soneden i jestem młodszym synem tamtejszego księcia. Dostałem nazwisko, ale księstwa nigdy nie dostanę, bo mój starszy brat nakłamał ojcu na mój temat. Ten mu wierzy w każde słowo i zostałem wyklęty z rodziny. Nie jestem już teraz nawet szlachcicem.
- A co o tobie opowiedział? - Tor zapytał zaciekawiony.
- Powiedział, że ja wraz z kilkoma innymi młodszymi braćmi z sąsiedztwa próbowaliśmy otruć starszych braci żeby zgarnąć majątki dla siebie. To oczywiście nie prawda, ale ojciec mu uwierzył. Ja zwyczajnie chciałem zostać żołnierzem, nie w głowie mi siedzenie na zamku i rządzenie. Przygody, walka, sława i kobiety to jest coś czego potrzebuję. A nasz milczący kompan Lars? Jaka jest twoja historia?
- Nie mam zamiaru o tym mówić - mruknął.
Klinga srebrnego sztyletu błysnęła w płomieniach ognia i znalazła się przy szyi Larsa. Kilian rzucił się na niego w mgnieniu oka.
- Coś jesteś za bardzo tajemniczy - syknął. - Nie ufam ci, a to nie dobrze jeśli mamy spędzić noc przy jednym ognisku.
- Tnij, a oddasz mi wielką przysługę - Lars odparł bezbarwnie.
- Zostaw go Kilian! - Mirko wtrącił się. - A ty, Lars, powiedz nam co ci leży na żołądku.
- Niech wam będzie, ale spać spokojnie po tym nie będziecie - westchnął. - Moja historia jest całkiem zwyczajna. Pochodzę z Baden i nie byłem nikim konkretnym. Raczej chodziłem całe dnie przygnębiony, nie miałem ochoty do życia i wtedy pojawiła się ona. Wysoka, długie blond włosy, cudownie piękna, a do tego wspaniała osobowość. Nie będę się rozgadywał, ale tylko przy niej byłem szczęśliwy. Kiedy jej nie widziałem nie miałem ochoty wstawać z posłania. Przez długi czas było nam bardzo dobrze, ale pewnego dnia coś się wydarzyło. Wyjechała i już do mnie nie wróciła. Dlatego jestem tutaj i idę na wojnę z tymi wielkimi bestiami. Jestem zbyt dużym tchórzem żeby popełnić samobójstwo, a żyć dalej nie chcę i nie mam po co. Wiem, że nigdy nikogo nie pokocham tak jak jej, więc wolę umrzeć niż cierpieć nadal i jeszcze ranić inne damy. Pomyślałem, że warto stracić to nędzne życie walcząc o coś dobrego. Dlatego się nie odzywam, dlatego nie jem, dlatego jestem kim jestem. Ja już właściwie nie żyję. Ona wyjeżdżając zabrała ze sobą moją duszę.

   Cisza zapadła nad lasem. Nawet wilki umilkły przerażone tym jak łatwo zniszczyć wielkiego mężczyznę. Tego wieczora ta czwórka już nie rozmawiała. Poszli spać, choć spać nie mogli. Lars objął wartę. Snu również nie potrzebował. Nie istniało nic co miałoby dla niego jakąś wartość. Nie mógł się doczekać kiedy stanie oko w oko z całą hordą olbrzymich barbarzyńców i zazna spokoju rozszarpywany przez ich zardzewiałe, pokrzywione topory. Marzył o chwili kiedy myśli nie będą już palić, kiedy pustka nie będzie niszczyć, kiedy oddech nie będzie palił, kiedy samotność przestanie go zabijać. Jego usta nie drgnęły nawet w uśmiechu, ale w głębi duszy był pewny i cieszył się na śmierć. Wiedział, że tylko ona da mu ukojenie. Tylko ona (śmierć) albo ona.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

2/27/2015

Opowiadanie #7 - "Sen"

Wybaczcie, że długo nic tutaj się nie działo, ale miałem za bardzo zajętą głowę żeby skupić się na pisaniu czegokolwiek. Bywa i tak, że brakuje weny kiedy mamy czas i brakuje czasu kiedy mamy wenę. Dorosłe życie jednak nie jest takie fajne jak się dzieciom wydaje.

Wracając jednak do tego co przed Wami, Drodzy Czytelnicy. Jak zauważyliście po tytule tego posta, będzie to opowiadanie. Nie będzie to jednak zwykłe opowiadanie, a przynajmniej tak mi się wydaje. Będzie to coś pomiędzy majakiem, omamem a rzeczywistością. Do stworzenia tego zainspirował mnie cytat, który zobaczyłem w jednym z tomów sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Autor wstawia przed rozdziałami różne cytaty. Niektóre sam wymyśla, inne są prawdziwe. Akurat ten był napisany wcześniej przez mojego ulubionego poetę Edgara Allana Poe. Opowiadanie nie będzie długie, więc zapraszam do czytania!

"Sen"

"All that we see or seem
Is but a dream within a dream"

Edgar Allan Poe - "A dream within a dream"

Kolejna noc, zegar wrednie wybija swoje sekundy. Coraz dłuższe przerwy między ruchami wskazówki. Słyszę ją chociaż nie mam zegarka. Ciemno. Tylko Księżyc za oknem. Księżyc czy lampa? Okno? Przecież je zasłaniałem. Nie zasnę jeśli nie zasłonię. Muszę opuścić tę roletę, ale nie chce mi się wstać. Nie zasnę. Chce mi się spać, jestem już taki zmęczony. Muszę. Wstać. Kołdra tak przyjemnie mnie otula. Idealna pozycja by wreszcie zasnąć, ale muszę zasłonić okno. Wstaję. Podnoszę kołdrę, wychodzę spod niej, podchodzę do okna. Okno wychodzi na ulicę, ale nie na moją ulicę. Widzę wozy ciągnięte przez konie, widzę drewniane chaty. Przecież mieszkam w bloku, skąd te chaty? Ludzie na dole mają na sobie stroje ze Średniowiecza. Jeden z chłopów zatrzymuje wóz i patrzy na mnie. Widzę jego twarz tuż przed sobą. Pomarszczoną, ogorzałą, z bliznami po ospie, z krótkimi włoskami siwego zarostu. Jego wąskie usta, długi nos i szare oczy. Czuję smród z jego ust. Otwiera je i coś mówi. Wiedźma! Słyszę. Ale jaka wiedźma, przecież on patrzy na mnie. Sięgam w bok żeby opuścić roletę, ale tam zamiast tych białych, malutkich koralików wisi gruba lina zakończona pętlą. Wydawało mi się, że wyciągnąłem ku niej rękę, ale znalazła się w niej moja głowa. Wiedźma! Krzyczą, cały tłum już się zebrał. Lina zaciska się wokół szyi. Czuję jak miażdży mi krtań, jak odcina tlen. Sinieję, oczy wychodzą mi z czaszki, próbuję rozerwać linę, ale nie daję rady.

Budzę się nagle w swoim pokoju zlany potem. Spoglądam w okno. Roleta zasłonięta. Rozglądam się po pokoju, wszystko jest tak jak być powinno. Sięgam po wodę stojącą przy łóżku. Piję trzy łyki, tak jak zawsze. Kładę się jeszcze raz, na zegarze dopiero druga. Nie mam zegara. Moje łóżko jest mokre. Spociłem się aż tak bardzo? Zlałem się? Co jest grane? Sprawdzam. Czuję smród. Łajno. Łóżko zrobione z gówna, kołdra z gówna. Wyskakuję z niego jak poparzony. Biegnę do łazienki zmyć z siebie ten smród. Otwieram drzwi, a z kibla wylewa się fontanna gnoju, cała podłoga jest tym pokryta. Chcę wejść do wanny, noga odjeżdża. Uderzam głową o futrynę. Przed oczami robi się ciemno. Nie mogę się ruszyć, nie mam władzy nad kończynami. Duszę się, dławię.

Zrywam się z łóżka we własnym pokoju. Zapalam lampkę. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest tak jak trzeba. Biorę trzy łyki wody. Gaszę światło i idę spać ponownie. Serce nadal się nie uspokoiło. Bije szybciej niż zegar. Zegar. Nie mam zegara. Widzę, że jest już ranek, ale jeszcze nie pora wstawać. Nie chcę już spać. Nie będę jej budził. Śpi obok, taka spokojna i piękna. Powoli, żeby jej nie zbudzić. Udało się. Jestem w łazience. Patrzę w lustro. Siwe włosy na skroniach. Mogłem się tego spodziewać. W końcu przy tym co siedzi mi w głowie nawet włosy bledną. Wychodzę. Wracam. Ona i jakiś mężczyzna. Przytulają się całują. W powietrzu unosi się zapach alkoholu. Nie zwrócili na mnie uwagi. Zrzuciłem z nich kołdrę. Był w niej. Musiałem się przytrzymać szafki żeby nie upaść. Wściekłość. Łzy napłynęły do oczu. Poczułem jak serce mi pęka. Nóż. Miałem w reku nóż. Jego? Ją? Siebie? Skończył. Wstał i wyjął mi z dłoni nóż. Spojrzał w oczy uśmiechając się tak, że włosy na karku mi się zjeżyły. Odwrócił się i chciał ją pchnąć. Skoczyłem. Prosto pod ostrze.

Poderwałem się dysząc głośno. Było już widno. Koniec nocy. Wreszcie. Wstałem. Zjadłem. Umyłem się. Ubrałem. Wyszedłem. Wszystko wyglądało tak jak zawsze. Nic nie mogło wzbudzić podejrzeń. Wyszedłem. Idąc przez miasto zauważyłem staruszkę. Spojrzała na mnie. Miała przerażająco wielkie i gadzie oczy. Miała szereg długi zębów wystających z wielkich ust. Odrzuciła balkonik, którym się podpierała i ruszyła za mną. Biegał szybko wyjąc przy tym głośno. Rzuciłem się do ucieczki. Wracałem do swojego mieszkania. Nie pozwalała mi się oddalić. Biegłem ile sił w nogach. Dopadłem do drzwi, była tuż za mną. Zamknąłem drzwi uderzając ją w pysk. Spojrzałem przez wizjer. Odchodziła powoli patrząc w moją stronę i przeklinając. Odetchnąłem i odwróciłem się plecami do drzwi. Byłem w tym samym punkcie miasta, z którego uciekałem. Tym razem nie widziałem tej staruszki. Widziałem tylko wysoką postać w czarnym płaszczu i kapturze z kosą w dłoniach. Dostrzegła mnie. Chciałem uciec, ale biegłem w miejscu, a ona powoli się zbliżała. Zdzierałem podeszwy w miejscu, a ona była tuż za mną. Podniosła kosę i założyła mi ją na szyję. Wtedy jej czar puścił i ruszyłem biegiem.

Obudziłem się w swoim łóżku jeszcze przez chwilę czując jak ostrze wtapia się w moją szyję. Czułem jak odpada mi głowa. Wstałem, pomacałem kark. Wszystko było w porządku. Napiłem się wody i położyłem na plecach. Patrząc w sufit. Powoli uspokoiłem oddech, uspokoiłem ciśnienie i zaczynałem zasypiać. Oddychałem w rytmie wybijanym przez zegar. Poczułem, że ktoś na mnie patrzy. Spojrzałem. Jezus. Zakrwawiony. Zdjęty z krzyża. Chciałem się ruszyć, nie mogłem. Nie spałem, ale nie mogłem się ruszyć. Nie poruszał ustami, ale mówił. Słyszałem donośny głos. Nie próbuj, nic ci to nie da. Chciałem krzyczeć, ale nie mogłem. I tak nikt cię nie usłyszy. Wszyscy nie żyją. Zobacz. Moje ciało zostało na łóżku. Puste oczy patrzyły w sufit. Ja patrzyłem na siebie. Za oknem biła czerwona łuna. Nie było nic oprócz mojego mieszkania. Wszystko było zniszczone. Poleciałem do pokoju rodziców. Martwi. Poleciałem do niej. Miał rację. Powiedział mi, że to nie jest nieuniknione. To jedna z możliwych dróg. Powiedział też, że nie mam na to wpływu. Kiedy zapytałem czemu mi to pokazał. Odparł, że kiedyś zrozumiem. Nie rozumiem. Nigdy się tak nie bałem. Nagle duch wrócił do ciała, a ciało zerwało się z łóżka. Płakałem. Przez cały czas płakałem. Nie wierzę, a mimo to się modliłem. Słowa nie oddadzą tego co widziałem.

Spojrzałem na zegar. Była dopiero 20. Jedź do niej. Szepnęło coś w głowie. Ubrałem się i wsiadłem do samochodu. Pojechałem. Nie do domu. Od razu skierowałem się do klubu. Każdy szczegół drogi był dokładni taki jaki powinien. Samochody, ludzie w nich, przechodnie, budynki. Dotarłem na miejsce. Zapłaciłem oświetleniowcowi żeby pozwolił mi wejść na rusztowanie z lampami. Wszedłem tam. Głośna muzyka, tłok, ruch. Dostrzegłem ją. Tańczyła z kieliszkiem w ręku. Ubrana tak, że wszystko było widać. Wokół niej mnóstwo facetów. Z każdym choć przez chwilę musiała się zetknąć. Widzisz jak cudownie bawi się bez ciebie? Usłyszałem w głowie. Do czego ty jej jesteś potrzebny? Przecież jesteś nikim. Taka dziewczyna potrzebuje kogoś poważnego, kto zapewni jej rozrywkę. A ty? Jesteś żałosny. Nie! Krzyknąłem, ale nie przebiło się to przez muzykę. A praca? Dlaczego poszła do pracy? Żeby nie musieć oglądać ciebie. Ogranicza kontakt, a potem całkiem go zerwie. Tak będzie lepiej dla niej. Chyba ci na niej zależy? Zobacz jak jej dobrze bez ciebie. Zobacz! Spojrzałem. Nie wierzyłem. Zakręciło się w głowie. Spadłem z rusztowania. Huknąłem o parkiet. Spojrzała na mnie tym cudownym wzrokiem. Nie odezwała się nawet. Wróciła do tańca.

Obudziłem się ponownie. Szarpnęło mną na łóżku. Co się dzieje, kochanie? Usłyszałem. Miałeś zły sen? To nic takiego. Odpowiedziałem. Szkoda, że już musisz wychodzić do pracy. Powiedziała. Wstałem. Napiłem się wody. Ubrałem się zostawiając ją w łóżku. Wyszedłem zerkając na zegarek. Nie mam...

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

9/16/2014

Opowiadanie #3 - "Zdrada"

Witajcie!
Kolejne krótkie opowiadanie mi się napisało. Tym razem jest umiejscowione w fantastycznym świecie. Opowiada o zdradzie i o tym jakie konsekwencje może ona ze sobą przynieść. Zapraszam do lektury!

Tak przy okazji chciałem podziękować za 700 wejść na bloga! Wiem, że to nie za dużo, ale dla mnie i tak sukces. Dzięki!

"Zdrada"



- Klaro! - krzyknął mężczyzna w czerwonych szerokich spodniach. Jego tors był odsłonięty. Potężne mięśnie drgały z nerwów. Na klatce piersiowej widać było trzy równoległe blizny, które lśniły w świetle lamp naftowych.
Po kilku sekundach do wielkiej, bogato wyposażonej, ociekającej złotem komnaty wpadła kobieta. Miała długie, czarne i rozpuszczone włosy. Nie była chuda. Miała bardzo zgrabne, kobiece kształty, zaokrąglone biodra i średniej wielkości piersi. Ubrana była w idealnie biały, skórzany uniform, który przylegał do jej ciała niczym druga skóra. Mimo, że nie zakrywał jedynie głowy i tak nie pozostawiał wiele miejsca wyobraźni. Kobieta miała za pasem dwa wąskie sztylety, które wraz z rękojeścią przypominały kształtem trójząb. Jej twarz była dosyć okrągła, ale bardzo ładna. Miała spore, ciemne oczy, zgrabny nos, pasujące do całości usta i pucołowate policzki, które dodawały jej uroku. Klęknęła przed tronem, na którym siedział mężczyzna.
- Jestem, panie - pochyliła głowę.
- Cieszę się, żeś przybiegła tak szybko - odparł niskim głosem. - Muszę z tobą porozmawiać. Powiedz mi kim jesteś.
- Jestem Klara, strażniczka twojej duszy, powierniczka… - odpowiedziała nieco zdezorientowana pytaniem.
- Zgadza się. Oprócz tego jesteś jeszcze moją przyjaciółką i, jak mówiłem już nie raz, jedynym promieniem słońca w tym mrocznym świecie.
- Dziękuję, ale… - przerwał jej uniesieniem palca masywnej dłoni i mówił dalej.
- Wiesz o mnie wszystko, nie mam przed tobą tajemnic - podniósł się ze złotego tronu. - Wielki wódz armii podbijającej światy jest zależny od kobiety - uśmiechnął się. - Powiedz mi, moja droga Klaro, czego nigdy bym nie zniósł.
- Zdrady, panie - stwierdziła z przekonaniem.
- Zgadza się. Nigdy ci nie mówiłem, ale zdrada dzieli się na dwie kategorie. Jest zdrada, którą można było przewidzieć i której się człowiek spodziewał. Takiej zdrady mogą dopuścić się żołnierze, poddani, gnidy, którymi się nie przejmujesz. Wtedy jest się przygotowanym i bardziej czujnym. Gdy się taką zdradę wykryje, a wykryje się na pewno, zabija się takiego zdrajcę w sposób niezwykły. Taki, żeby każdy zapamiętał jak straszliwa śmierć grozi za choćby próbę zdradzenia swojego władcy. Sama zresztą wiesz jak to wygląda, bo nie raz mieliśmy z tym do czynienia. Władając całym światem trzeba się liczyć z tym, że komuś się to nie spodoba.
- A drugi rodzaj zdrady? - zapytała nieśmiało.
- Drugi rodzaj zdrady boli najbardziej. Boli tak bardzo, że wolałbym trafić w ogień Władcy Zaświatów niż przeżyć taką zdradę. To jest niespodziewana zdrada, nawet jeśli sobie wmówisz, że byłeś na nią przygotowany. Ta zdrada niszczy cię od wewnątrz, wypala duszą, rozrywa serce. Jest to zdrada najbliższych - podszedł do lampy, w jego oczach widać było wściekłość i niewypowiedziany żal, niebieskie oczy lśniły od łez. Przeczesał dłonią krótkie ciemne włosy i wrócił do Klary. - Takiej zdrady nie chce się nawet ukarać. Rozumiesz?
- Tak, panie, ale… - ponownie nie pozwolił jej dokończyć.
- Mówiłem ci, że nie ma rzeczy, o której bym nie wiedział?
- Tak.
- Czemu zatem próbowałaś mnie okłamać?
Dziewczyna podniosła się z kolan i prawie zemdlała. W jej ciemnych oczach zagościło przerażenie. Rozejrzała się po komnacie i zobaczyła, że przy jedynych drzwiach pojawił się żołnierz w czarnej, stalowej zbroi.
- Nie okłamałabym cię, panie, uwierz mi, proszę… - łzy ściekały jej po policzkach.
- Uwierzyłem ci raz, Klaro. Drugiej szansy nie będzie i dobrze o tym wiedziałaś od samego początku. Zgodziłaś się trwać u mego boku, dobrowolnie. Mogłem robić wszystko, wziąć jakąkolwiek kobietę, ale nie zrobiłem tego. Poprosiłem ciebie byś była przy mnie, zgodziłaś się, miałaś wybór. - Po jego dumnej twarzy spłynęła łza. - Nie wypieraj się tego co zrobiłaś. To już teraz nie ma sensu.
- Panie, pozwól mi się wytłumaczyć, Max! Proszę!
- Dajcie go tutaj! - zawołał do żołnierza przy drzwiach, ten otworzył pozłacane, dębowe wrota.
                Dwóch innych mężczyzn w stalowych zbrojach wrzuciło do wnętrza niewysokiego i grubawego faceta o śniadej cerze i ciemnych włosach. Przerażone oczy jego i Klary spotkały się na chwilę.
- To jest syn Króla Pungabu, zapomniałem jak się nazywa, ale ty wiesz o tym doskonale - mięśnie na nagim torsie spięły się jeszcze bardziej. - To z nim mnie zdradziłaś!
- Nie! Do niczego między nami nie doszło! Uwierz mi, błagam… - załkała.
- W nic ci już nie uwierzę, kochanie. Nawet jeśli jeszcze nie mieliście fizycznego kontaktu, w co wątpię bardziej niż w zwycięstwo moich wrogów, to oddałaś mu swoją uwagę, swój czas, dzielicie zainteresowania, spędzacie czas razem. Czas, który powinien być dla mnie! Dla nas. Sama prosiłaś mnie o to żebym dał ci odrobinę wytchnienia, bo masz dużo zajęć. Zgodziłem się, choć nie musiałem, ale wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko. Każde podbite królestwo było podbite dla ciebie!
- Przepraszam…
- Nie jest ci przykro. To był twój świadomy wybór. Chciałaś związać się z tym człowiekiem. Nie potrafię zrozumieć tylko tego dlaczego nie potrafiłaś powiedzieć mi tego wprost. Wymyślałaś kłamstwa, które i tak musiały wyjść na jaw. Twierdziłaś, że uczysz się języków żeby lepiej pomagać mi w rządzeniu światem, że spotykasz się z ambasadorami narodów żebym ja nie musiał tego robić. Tymczasem każdą wolną chwilę spędzałaś z nim. Te kłamstwa zabolały bardziej. To właśnie była zdrada. Bardziej od twojego ciała zależało mi na twojej duszy, na twoim czasie, na rozmowie z tobą. Tymczasem to wszystko przelałaś na niego. Tego nie mogę wybaczyć. Nie mogę.
- Pandi nic nie zrobił! Gdybym ja nie chciała to do niczego by nie doszło! Nie rób mu krzywdy - zaczęła szlochać upadając na kolana, skórzany strój zatrzeszczał.
- Tego się bałem - Imperator uklęknął naprzeciwko niej. - Związałaś się z nim tak bardzo, że chcesz wziąć mój gniew na siebie. Wiem jednak, że nie tak wyglądała prawda. Oczywiście gdybyś nie chciała to nic by się nie wydarzyło, ale on wydatnie się do tego przyczynił. Widziałem jak na ciebie patrzył, jak z tobą rozmawiał, jak dawał ci prezenty, zabierał na spacery. Widziałem to wszystko i serce mi krwawiło! Rick! - zawołał nie podnosząc się z kolan.
- Tak, panie? - żołnierz zasalutował stając obok.
- Wyślijcie dwóch posłańców. Jednego do Króla Pungabu. Niech zaniesie mu list mówiący o tym czego dopuścił się jego syn oraz dający mu trzy dni na ucieczkę ze swoimi poddanymi. Po trzech dniach moja armia zmiecie jego królestwo z powierzchni ziemi.
- A drugiego, panie?
- Drugi niech biegnie do dowódcy Tibouta. Niech zaniesie rozkaz o zniszczeniu królestwa Pungabu niezwłocznie. Niech spalą wszystko i wszystkich. Ma zostać po nich wielka czarna plama. Atak ma być przeprowadzony zaraz po otrzymaniu rozkazu. Zaznacz to żeby nie przyszło mu do głowy czekać te trzy dni.
- Tak jest! - przyłożył pięść do klatki piersiowej i biegiem opuścił komnatę.
- Jesteś potworem! - Klara krzyknęła i wbiła mu między żebra swoje sztylety.
Imperator nawet się nie skrzywił. Zacisnął zęby i podniósł się z kolan wraz z dziewczyną, która cały czas trzymała broń w dłoniach.
- Twój metal nie zrani mnie bardziej niż twoja zdrada - syknął przez zęby i wyszarpnął z siebie ostrza. Zostawił dziewczynę i podszedł do Pandiego, który był tak przerażony, że nie był w stanie się ruszyć. Krew sączyła się z ran na bokach Imperatora.
- A Ty, mały pędraku - chwycił jego okrągłą twarz w swoją wielką dłoń - zobaczysz co się dzieje kiedy ktoś odbiera mi to co kocham, kiedy ktoś próbuje się zbliżyć do kobiety, którą kocham. Zobaczysz co dzieje się kiedy ktoś wtrąca się w życie szaleńca! - uderzył go w twarz z taką siłą, że zęby Pandiego poturlały się po marmurowej posadzce. - Zabierzecie go do Pungabu, ma patrzeć na to jak jego lud ginie w męczarniach, jak jego kraj zmienia się w popiół. Ma patrzeć i zrozumieć, że to wyłącznie jego wina. Kiedy skończycie robotę znajdźcie odpowiednio długi pień, zaostrzcie go i nadziejcie na niego tego skurwiałego śmiecia. Wbijcie ten pal na samym środku wypalonego do cna placu, który wcześniej był jego domem i go tam zostawcie z jednym strażnikiem. Ma wisieć tak długo aż kruki zostawią tylko kości. Potem strażnik ma mi przynieść jego czaszkę, jasne?!
- Tak, panie! - żołnierze uderzyli pięściami w napierśniki i wywlekli płaczącego mężczyznę z sali.
- Jesteś bestią! Potworem! - wykrzykiwała zapłakana Klara.
- Wiem, wiem o tym doskonale. To uczucie, którym ciebie darzyłem mnie tak zmieniło. To ty zniszczyłaś moje wnętrze, złamałaś mi serce i zmieniłaś w bestię.
- Co ze mną zrobisz?!
- Nic, będziesz żyła dalej z myślą, że zginęły przez ciebie setki tysięcy ludzi, w tym dwóch mężczyzn, do których coś czułaś.