Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą policja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą policja. Pokaż wszystkie posty

8/08/2018

Opowiadanie #12 - Amator cz. 6

Szanowni Czytelnicy,
po straszliwie długim czasie oczekiwania detektyw bez doświadczenia wraca do pracy. W tym opowiadaniu będziecie mogli przeczytać o tym, co są w stanie zrobić niektórzy ludzie żeby zdobyć uznanie, oraz jak łatwo można wprowadzić w błąd organy ścigania. Nie zabraknie również akcentów, mam nadzieję, humorystycznych.

Linki do poprzednich części:
Amator cz.1
Amator cz.2
Amator cz.3
Amator cz.4
Amator cz.5

Stalker

Walczak był tak przestraszony, że nie mogłem czekać. Nie znałem tego młodego policjanta prawie wcale, ale to on mógł być dla mnie szansą kontrolowania działań miejscowej policji. Miałem zapewnienia, że będą mnie informować w sprawie napadu na Hotel i w sprawie Marty, ale wiedziałem jak to będzie wyglądać. Mówiliby mi tylko tyle, ile by chcieli, a z Walczakiem jako przyjacielem mogłem dowiedzieć się dużo więcej. Wrzuciłem więc akta sprawy Marty, które dostałem z policji, do szafki, zamknąłem biuro i pojechałem na miejsce. Młody śledczy mieszkał w niewielkiej kawalerce na Retkini. Kiedy zapukałem do drzwi otworzył mi roztrzęsiony, a zaraz za nim pojawił się szczeniak, którego znalazł pod moim biurem.
- Jak to dobrze, że tak szybko pan przyjechał - powiedział drżącym głosem.
- Co się stało, młody? W ciąży jesteś?
- Nnie, dzwonił naczelnik i mam pierwszą sprawę o zabójstwo, bo… bo reszta ma weekend, a to podobno nic skomplikowanego, więc mam się zająć…
- No to w czym problem? Powinieneś się cieszyć, że wreszcie dostajesz poważne zadanie, a nie robienie za kuriera.
- Nno tak, ale… ja nigdy nie widziałem trupa i… nie wiem co się robi na miejscu zbrodni… znaczy wiem, ale teoretycznie i…
- I mam jechać tam z tobą i ci pomóc. W porządku, żaden problem.
- Naprawdę? - oczy mu błysnęły.
- Jasne, pakuj się do auta i jedziemy.

11/01/2017

Życie boli #28 - Słówko o gapiach

Szanowni Czytelnicy,
w ostatnim czasie musiałem spędzić więcej czasu w samochodzie. Wiązało się to też ze staniem w korkach i to nie tylko w tych, które spowodowane były godzinami szczytu. Nawet w dniu, w którym piszę ten felieton miałem nieprzyjemność znaleźć się w korku spowodowanym wypadkiem. Z tym, że wypadek to chyba zbyt duże słowo. Po prostu dwa samochody zderzyły się przednimi zderzakami, bo któryś z nich nie ustąpił pierwszeństwa drugiemu. Ofiar w ludziach raczej nie było, bo karetek nie widziałem. A wiecie jak to się stało, że zdążyłem tyle zauważyć? Oprócz tego, że jestem superspostrzegawczy to miałem na to mnóstwo czasu, bo każdy samochód jadący przede mną zwalniał na chwilkę żeby przyjrzeć się zdarzeniu i właśnie to mnie natknęło do napisania tego felietonu.

Prześledziłem w pamięci wszystkie wypadki, które działy się w mojej okolicy oraz wszystkie interwencje służb i przypomniałem sobie, że w zasadzie nawet tym najdrobniejszym przyglądali się jacyś postronni ludzie. W każdej sytuacji znajdowała się jakaś grupka gapiów, która nie mogła, nie potrafiła albo nie chciała pomóc, a jednak poświęciła swój cenny czas na przyglądanie się temu co się wydarzyło. Należy się zatem zastanowić dlaczego ludzi tak ciągnie do oglądania krzywdy innych, dlaczego poświęcają czas żeby to obejrzeć.

6/21/2017

Opowiadanie #12 - Amator cz. 5

Link do części szóstej KLIKNIJ!Szanowni czytelnicy,
przedstawiam Wam kolejną odsłonię opowiadania "Amator". W niej nasz detektyw zajmie się niezwykle ciekawą sprawą pewnego małżeństwa, która to na pierwszy rzut oka będzie całkiem zwyczajna. Poza tym rozpocznie nową znajomość, przeczytajcie żeby dowiedzieć się jaką.

Linki do poprzednich części:
Amator cz.1
Amator cz.2
Amator cz.3
Amator cz.4



Powrót

Z lotniska w Łodzi odebrał mnie prokurator wraz z kilkoma śledczymi. Mieli wszystkie dokumenty z Hiszpanii, ale i tak postanowili mnie przepytać osobiście. Opowiedziałem im to samo co ich kolegom po fachu. Uwierzyli mi, na szczęście, i puścili obiecując pomoc jeśli trafią na jakiś ślad mojej Marty. Miałem wrażenie, że ona ani nie była moja, ani nie miała na imię Marta, ale nie kłóciłem się tylko pojechałem do mieszkania. Dobrze było się wreszcie wyspać we własnym łóżku. Razem z kulą profesor wyciągnął mi z głowy również bezsenność. Od operacji spałem każdej nocy, bez żadnych koszmarów. Okazało się, że podczas mojej nieobecności nazbierało się sporo spraw wymagających moich działań. Na skrzynce mailowej miałem kilkanaście próśb o pomoc. Ludzie zwracali się głównie w sprawach udowodnienia zdrad małżeńskich, ale było też kilka ciekawszych spraw. Ze względu na to, że współpraca z Martą skończyła się na dobre nie mogłem już liczyć na tak znaczne zastrzyki gotówki. Postanowiłem zatem pracować dwutorowo. Jednocześnie chciałem zajmować się dwiema sprawami, jedną błahą taką jak właśnie udowodnienie zdrady, a drugą bardziej skomplikowaną, tak dla rozrywki. Z samego rana, jeszcze przed wyjazdem do biura, odpisałem na maile. W sprawach, które miały poczekać poprosiłem o cierpliwość i przeprosiłem za to, że nie mogę się tym zająć od razu. Na szczęście było ich tylko kilkanaście, więc nie sądziłem żebym stracił szczególnie wielu klientów. W drodze do biura zadzwoniłem do dwóch zleceniodawców i umówiłem się na spotkania, na których mieliśmy ustalić szczegóły współpracy. Wyszło tak, że człowiek ze sprawą bardziej interesującą miał czas dopiero wieczorem, więc od rana pozostało mi się spotkać z panią, która podejrzewała, że ma rogi.

8/09/2015

Opowiedanie #9 - "Bo nic nie pozostało" cz. 4

Drodzy czytelnicy,
przedostatnia część opowiadania. Już wkrótce wszystko się rozstrzygnie. Zapraszam do czytania!

Poprzednie części:
"Bo nic nie pozostało" cz.1
"Bo nic nie pozostało" cz.2
"Bo nic nie pozostało" cz.3

Bo nic nie pozostało cz. 4



Młody nie odrywał wzroku od fotografii w ramce. Milczał, ale widać było, że chce to z siebie wyrzucić. Zbierał po prostu siły.
- Poznaliśmy się rok temu - zaczął wreszcie. - Wiesz, na początku była jakaś dziwna. Widać było, że chce się do mnie zbliżyć, ale nie robiła tego. Gdyby nie to, że cholernie mi się podobała, to dałbym spokój. Dopiero po kilku spotkaniach otworzyła się na tyle, że to było ciekawe. Nie sądziłem, że tyle z tego będzie… - znów zawiesił głos, Stevens nie wtrącał się. - Zakochałem się… jak idiota, jak szczeniak. Kurwa, życie bym za nią oddał. Było nam dobrze aż nagle zaczęło się pierdolić. Nie będę ci mówił o szczegółach, po prostu się zjebało i ja się zjebałem. Kiedy mnie zostawiła postanowiłem zemścić się na całym świecie, a przede wszystkim na sobie. Chciałem zrobić sobie krzywdę. Jak największą, jak najszybciej. Wyjechałem z domu. Poszedłem w miasto, kurwa… Nigdy nawet nie ciągnęło mnie do alkoholu, a po rozstaniu wypiłem w chuj. Narkotyków nie widziałem wcześniej, a wciągałem i jarałem co się dało. Dupy? Zawsze i to nie bardzo mnie obchodziło kim one są. Zawsze nocowałem u nich i jeszcze przed świtem spierdalałem. Nie pamiętam nawet połowy z nich, nie wiem jak wyglądały, jak miały na imię. Bójki? Chętnie. Im było ich więcej, tym lepiej. Budziłem się gdzieś w zaułku z obitym ryjem, skopanymi żebrami. Piękne uczucie dla człowieka, który ma życie w dupie.
- Nie wyglądasz na takiego gościa - rzucił Stevens.
- Bo taki nie jestem i nie byłem. To przez to, że zawalił mi się świat. Wiesz kurwa jakie ja miałem plany… Niczego by jej nie zabrakło… Pewnego razu postanowiłem, że zbiorę się w sobie i z nią pogadam. Może zmieniła zdanie. Zachowywałem się normalnie przez jakiś czas żeby opuchlizna z mordy zeszła. Najpierw napisałem list, ale nie doczekałem się odpowiedz, więc wybrałem się do niej. Okazało się, że poczta zjebała i list nie dotarł. Dowiedziałem się tyle, że po wyjściu od niej pojechałem prosto do mieszkania. Wziąłem jakiś pasek, zawiązałem go na drążku do ćwiczeń i wsadziłem łeb w pętle.
- Czemu teraz z tobą rozmawiam?
- Bo wtedy pomyślałem, że można zginąć przydając się do czegoś. Śmierć to śmierć, nie ważne w jaki sposób się to odbywa. Kiedy dowiedziałem się, że w tym mieście jest taka sytuacja to od razu ruszyłem w drogę.
- Nie potrzebnie, bo rozwiązujemy oddział - dowódca odstawił szklankę i wstał.
- Dobrze, mi nie zależy na wsparciu oddziału. Ja chcę skopać dupy tym palantom i to wszystko.
- Uważasz, że dasz radę zrobić to sam?
- Nie, pewnie zginę przy pierwszej próbie. Pewnie będą mnie torturować zanim nie zabiją, ale kto by się przejmował takimi pierdołami.
- Tego ci nie mogę zabronić. Rób jak uważasz, młody człowieku.
- Stevens, powiedz mi dlaczego chcesz teraz rozwiązać oddział. Przecież od dawna wiedziałeś, że nic z tym nie zrobicie, a ginąć będziecie.
- Ci faceci myśleli tak jak ty, ale zauważyłem, że ostatnio coś im się zmieniło. W teorii nikt z nich nie boi się śmierci, ale jeśli jednego dnia ginie twój brat i siedmiu najlepszych kumpli to zaczynasz się bać, a jeśli jest tak co wieczór to zaczynasz srać w gacie ze strachu i oni teraz nie są w stanie wygrać. Będą się bali śmierci i przez to nie zaryzykują, a żeby pokonać Pinta i jego mafię trzeba ryzykować.
- Rozumiem - pokiwał głową. - Dzięki za odwiedziny.
Stevens skierował się w stronę drzwi, ale kiedy złapał za klamkę zatrzymał się na chwilę. Po tej krótkiej sekundzie odwrócił się i powiedział z błyskiem w oku:
- Przyjdź w południe na komendę. Pogadamy, może coś się wymyśli - i wyszedł.

Stevens siedział za swoim biurkiem i palił cygaro. Siwy już mężczyzna nie stracił nic z młodzieńczej werwy. Zarzucił nogi na biurko i czekał w spokoju. Pierwszy zjawił się Ying.
- Co to za pilna sprawa, szefie? - zapytał prosto z drzwi.
- Usiądź, napij się - Stevens wlał mu szklankę whisky. - Poczekamy na resztę. Nie będę mówił tyle razy.
- Dobra, ale ile trzeba będzie na… - Kirk wpadł do pokoju jeszcze się zataczając - nich czekać…
- Lej, potem mów - usiadł ciężko na fotelu.
- Mecząca noc? Zaraz się wszystkiego dowiecie.
- Stevens, ja jeszcze piętnaście minut temu wygrywałem zawody w piciu…
- To akurat widać - dociął Ying.
Drzwi otworzyły się ponownie i uśmiechem przywitał się czarnoskóry były bokser Woods. Miał jeszcze bandaż na żebrach, ale nie było po nim widać cierpienia.
- Są już wszyscy - Ying stuknął w szklankę Stevensa. - Zaczynaj.
- To nie są wszyscy, ale to właśnie z wami chciałem pogadać.
- Jak to nie wszyscy? - zdziwił się Woods.
- Pamiętacie tego chłopaka, który wszedł tutaj i powiedział, że sam się zajmie problemem?
- Taa, miałem mu zajebać - Kirk mruknął znad szklanki.
- Rozmawiałem z nim, opowiedział mi swoją historię i dał do myślenia. Woods, masz rodzinę, kogoś bliskiego?
- Nie, żona odeszła. Dzieci mnie nienawidzą. Nie rozmawiałem z nimi z 10 lat i nie mam zamiaru.
- A ty, Kirk?
- Przecież wiesz, że nie.
- Ying?
- Miałem w Korei, tutaj nie mam.
- Właśnie Marcus pokazał mi to, że w życiu trzeba mieć dla kogo uważać. My nie mamy nikogo takiego, ale i tak ostatnio zachowujemy się jak cioty. Skupiliśmy się na ratowaniu kolegów zamiast na walce i przegraliśmy. Wiem, że to co mówię jest brutalne, ale założeniem tego oddziału była brutalność. Każdy z nas miał być indywidualistą, a my staliśmy się ekipą, w której odpowiadamy jedno za drugiego. Straciliśmy przez to wielu ludzi, najlepszych. Ten chłopak stracił sens życia, tak jak my, ale powiedział, że nie obchodzi go to co zrobimy my. Chce iść do Pinta i go zajebać.
- Ten gówniarz? - zaśmiał się Woods.
- Powiedziałeś mu, że to śmierć?
- Powiedziałem. Przyjął to do wiadomości, ale nie zmieniło to jego decyzji.
- Gość ma coś z głową - skrzywił się Ying.
- Tak jak każdy z nas. Tylko, że on mam jaja żeby zrobić to co trzeba.
- Pierdolisz… - Kirk wlał sobie kolejną szklankę.
- Marcus przyjdzie tutaj za piętnaście minut. Nie będę was zmuszał do czegokolwiek, ale ja idę z tym chłopakiem.
Po kwadransie milczenia i picia w ciszy drzwi skrzypnęły i do pokoju wszedł Marcus. Ponownie jego oczy nie wyrażały żadnych emocji.
- Jestem - oparł się o ścianę obok Kirka jakby chcąc go sprowokować. - Tak jak chciałeś.
- Wiem, że chcesz uderzyć w samo centrum, czyli w Pinta. Nie mamy nic przeciwko temu, ale jakby nie było, jesteśmy policjantami w tym przeklęty mieście. Chciałem wiedzieć jak chcesz się za to zabrać. Siadaj i mów.
- Nie mam jakiegoś skomplikowanego planu - zaczął spokojnie. - Po prostu wkradnę się do jego domu i go zabiję.
- Wkradniesz się?! - roześmiał się Kirk. - Widziałeś kiedyś taką fortecę?
- Kirk ma rację - Stevens pokręcił głową. - Nie da się tam tak po prostu wejść. Jeśli nie zrobisz się niewidzialny to zabiją cię już pierwsi strażnicy.
- To co proponujecie?
- No właśnie, bo ja też się nad tym zastanawiałem kiedyś - zaczął Ying.
Woods rzucił na biurko mapę posiadłości Pinta, wszyscy nachylili się nad nią i prowadzili ożywioną dyskusję. Momentami grozili sobie nawet przysłowiowym wpierdolem, ale wszystko rozchodziło się kiedy ktoś wpadał na lepszy pomysł zdobycia twierdzy. Stevens zbliżył się do Marcusa i klepnął go w plecy z wiele mówiącym uśmiechem.

 Kamil Bednarek

Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

7/21/2015

Opowiedanie #9 - "Bo nic nie pozostało" cz. 3

Drodzy czytelnicy,
trzecia część opowiadania. Zapraszam do czytania. Poniżej oczywiście linki do poprzednich części.

Poprzednie części:
"Bo nic nie pozostało" cz.1
"Bo nic nie pozostało" cz.2

Bo nic nie pozostało cz. 3


- Kim ty kurwa jesteś?! - Kirk ruszył w stronę drzwi.
Doskoczył do młodego mężczyzny, który w nich stał. Górował nad nim o głowę, był też dużo szerszy w barkach, ale młody nawet nie drgnął. Nie mrugnął nawet okiem co trochę zbiło Kirka z tropu.
- Dobre pytanie, Kirk - Stevens obrócił się w stronę drzwi. - Nie każdy może tutaj wejść i przeszkadzać w zebraniu, więc dobrze by było gdybyś się przedstawił.
- Marcus, nowy w zespole - odparł spokojnie.
- I? - wtrącił Ying.
- I to wystarczy do pracy - odpowiedział mu nowy.
- Kolego… - Stevens zbliżył się. - Marcus, tak? Nie będzie żadnej pracy, bo zanim tutaj wszedłem poinformowałem o rozwiązaniu tego oddziału, więc teraz spakuj swój pojemnik na drugi śniadanie i wracaj do wsi, z której przyjechałeś.
- Panowie, słyszałem o waszym zespole i chciałem do niego dołączyć - mówił patrząc w oczy Stevensowi. - Wiem, jak w mieście jest sytuacja i dlatego chciałem trafić tutaj.
- Po akcji dzisiejszego wieczora - Woods wstał z noszy. - Została nas czwórka. Z tobą będzie pięciu, w tym mieście prawie każdy jest przestępcą. Myślisz, że jesteś tak dobry, że dasz sobie z tym radę?
- Słyszałem o akcji, współczuję z powodu kolegów. Tak jak powiedziałem, nawet jeśli nie można wygrać, to można zginąć próbując.
- Jak ci tak szybko do śmierci to ja to mogę załatwić, bo już mnie wkurwiasz! - Kirk jeszcze bliżej podszedł do Marcusa.
- Proszę bardzo - odpowiedział bez mrugnięcia okiem.
- Spokój, Kirk! - Stevens położył mu dłoń na ramieniu. - Nie będziemy się bić wewnątrz. Marcus, jeśli tak bardzo chcesz walczyć o to miasto, to załóż sobie maskę i pelerynę i idź nocą na ulice.
- Sądziłem, że słynny oddział specjalny będzie bardziej chętny do zabijania, ale jeśli tak panowie stawiacie sprawę to ja się nie będę narzucał. W każdym razie tutaj zostawiam kontakt do siebie. Zadzwońcie jeśli podejmiecie męską decyzję.
Średniego wzrostu brunet, krótko ostrzyżony. Położył na stoliku wizytówkę. Miał na sobie czarną koszulkę i jeansy. Pustka w jego oczach była niepokojąca. Wyszedł z pomieszczenia nie spoglądając nawet na resztę oddziału.
- Wracając do rozwiązania oddziału… - chciał zacząć Stevens, ale natychmiast mu przerwano.
- Chwila! - Ying zaczął. - Wchodzi tutaj koleś z ulicy, nie pokazuje żadnego przydziału i mówi, że chce do nas dołączyć. Nie wydaje ci się to podejrzane?
- No właśnie! Przecież to może być kret!
- Ten gnój mi się nie podoba, Stevens. Jebnę mu jak tu przylezie jeszcze raz - Kirk huknął pięścią w stół.
- Woods, co o tym myślisz?
- Chłopak na pewno nie jest normalny, nikt o zdrowych zmysłach nie przyszedłby tutaj z własnej woli.
- A my to co? - zaśmiał się Ying.
- No racja, banda degeneratów - Kirk klepnął go w ramię, aż Ying przykucnął.
- Sprawdzimy go, bo też mi coś tutaj śmierdzi - Stevens zerknął na kartkę, którą Marcus zostawił.
- Czyli co z oddziałem?
- Sprawdzimy go i wtedy zdecydujemy, idźcie do domów - Stevens zabrał kartkę i wyszedł z biura.
Policjanci rozeszli się. Każdy wsiadł na swój pojazd i ruszyli w swoje strony. Zaczynało już świtać. Stevens nie udał się jednak do swojego mieszkania w starej kamienicy. Ruszył prosto pod adres z kartki pozostawionej przez Marcusa. Nie było daleko, a i o tej porze ruchu na ulicach nie było. Świt był najbezpieczniejszą porą dnia w tym mieście. Wtedy nawet bandyci nie byli groźni. Kiedyś musieli odpoczywać po nocnych eskapadach. Marcus mieszkał a motelu na przedmieściach. Był to niski budynek, którego konstrukcja przypominała literę „U”. Ściany był odrapane, ale dało się jeszcze dojrzeć różową farbę. Kilka drzwi i kilkanaście okien również nie wyglądało najlepiej. Nawet w neonie nad bramą wjazdową nie było wszystkich liter. Stevens zsiadł z motocykla i rozejrzał się przed motelem. Znalazł lokal, w którym mieszkał Marcus i zapukał donośnie. Marcus otworzył po chwili.
- Wchodź - rzucił krótko.
- Kim jesteś?
- Mówiłem już.
- Nie, nie o to mi chodzi. Chcę poznać twoją historię, Marcus.
- Siadaj i weź sobie wódki, to trochę potrwa.
- Tobie też wlać?
- Nie.
- Skąd się tutaj wziąłeś?
- Przyjechałem z centrum.
- Co tam robiłeś?
- Wiele różnych rzeczy, to nie jest ważne w tej historii.
- To powiedz mi co jest w tej historii ważne twoim zdaniem.
Stevens usiadł na niewygodnym zielony fotelu i wychylił kieliszek wódki. Marsu siedział na łóżku patrząc na zdjęcie w ramce, które trzymał w dłoniach. Gładził to zdjęcie i powoli oddychał. Stevens nie popędzał go. Był doświadczonym człowiekiem i wiedział, że historia życia tego chłopaka nie jest najłatwiejsza do opowiedzenia. 


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

7/13/2015

Opowiadanie #9 - "Bo nic nie pozostało" cz. 2

 Drodzy czytelnicy,
druga część opowiadania. Wybaczcie to polsatowskie cięcie na końcu, ale tak ma być, dla lepszej dramaturgii. Zapraszam do czytania.

Poprzednie części:
"Bo nic nie pozostało" cz.1

Bo nic nie pozostało cz. 2



                Czarna furgonetka zatrzymała się w okolicach stacji kolejowej. Oddział zaparkował w niewielkim, ale za to bardzo zaśmieconym, lasku porastającym okolice stacji. Sama stacja wyglądała jak ruina. Ściany budynku były popękane i dziurawe. Wewnątrz oprócz śmieci i szczurów nie było nic. Jeśli ktoś chciał zaczekać na pociąg to pozostawała mu tylko mała wiata przy samym torowisku. Pociągi nieczęsto zatrzymywały się w tym mieście, niestety przez jakość torów musiały bardzo zwalniać, szczególnie w jednym miejscu. Policjanci wiedzieli, że kiedy pociąg będzie w tym miejscu, nastąpi atak. Lata doświadczenia podpowiadały im takie rozwiązanie.
- To jeden snajper tutaj, drugi po przeciwnej stronie - Stevens wydał krótki rozkaz. - Reszta ze mną.
Ying zniknął w lasku wraz ze swoim karabinem. Less pobiegł przez tory na własną pozycje. Pozostała piątka cichcem przemknęła w pobliże budynku. Stevens rozstawił ludzi w okolicy i pozostało tylko czekać. Zasadzka była dobrze zaplanowana i mieli spore szanse na zaskoczenie przestępców. Dzień był deszczowy i bardzo duszny. Ciężkie chmury przetaczały się po niebie co chwila wyrzucając z siebie rzęsiste opady. Szelest wody pozwalał policjantom jeszcze lepiej ukryć swoją obecność. Po niespełna godzinie nadjechały samochody. Wokół budynku zrobiło się głośno. Około 30 bandziorów wyskoczyło ze swoich zdezelowanych samochodów. Rozbiegli się po terenie, nawet nie sprawdzając czy jest bezpiecznie. Dosłownie kilka minut później zza zakrętu wyłoniły się światła lokomotywy. Monotonny dźwięk kół przesuwających się po torach nasilał się. Przestępcy czekali tylko aż pociąg zwolni, policjanci słyszeli ich podniecone dyszenie. Wreszcie lokomotywa dotoczyła się do newralgicznego miejsca i atak rozpoczął się. Wszyscy jednocześnie skoczyli na lokomotywę. Huk wystrzałów przerwał ciszę. Stevens wystrzelił czerwoną racę w powietrze i policjanci rozpoczęli szturm. Kilku zbirów padło od kul snajperów.
- Kurwa! Co jest?! - krzyknął Kirk. - Co tak wolno strzelają?!
- Widzę strzały tylko ze strony Yinga! - Jess wskazał ręką w stronę lasku. - A co z moim bratem?
- Może ma problemy z bronią - rzucił Stevens. - Nie ma czasu na pierdolenie!
Skoczyli na gromadę napastników. Kirk i Jess wpadli między nich z nożami i rozprawili się z kilkoma. Stevens strzelał z rewolweru bardzo celnie, ale nie przeciwników było zbyt wielu, a nie chciał trafić swoich, którzy walczyli w tłumie. Reszta oddziału radziła sobie całkiem nieźle, ale przewaga liczebna dawała się we znaki. Woods był w swoim żywiole, mogąc łamać szczęki w walce wręcz. Rozrzucał przeciwników na boki, tak że nie mogli go trafić. W ferworze walki nie zauważyli, że brakuje wybuchów, które miał zorganizować Marshall. Częścią planu było to żeby wysadzać samochody, którymi przyjechali bandyci. Stevens uznał, że to nie pozwoli im uciec i zdezorganizuje ich, ale wybuchów nie było, samochody stały tam gdzie je pozostawiono. Nagle Kirk wybiegł z tłumu zbirów, złapał Stevensa za rękaw i pociągnął za sobą w stronę budynku kolejowego. Fala ognia, która niepodziewanie pojawiła się za nimi, rzuciła ich na ziemię.
- Co do…
- Jess nie dał rady i wyjął granat - Kirk uderzył pięścią w ziemię. - Jebany granat!
- Brat też nie odpowiada… - Stevens ponownie spojrzał na krótkofalówkę. - Czyli dwóch nie ma. Co z resztą?
- Marshall nie odpowiada, wybuchów nie widać. Woods walczy po drugiej stronie pociągu. Ying nadal strzela, ale chyba nie ma najlepszej pozycji.
- Chuj z tym - wystrzelił kolejną racę.
- A pociąg? - Kirk zdziwił się.
- We czterech chcesz go bronić? - Stevens zerwał się na równe nogi. - Zajebią nas jak psy! Widzisz, kolejni podjeżdżają! Nie damy rady, trzeba rozwiązać ten oddział…
Woods zauważył czerwoną łunę na niebie i zaczął się wycofywać. Poczuł piekący ból pod lewą łopatką. Odwrócił się i łokciem złamał szczękę jednemu z bandytów, niestety nóż zbira pozostał w ciele policjanta. Czarnoskóry były bokser ruszył w stronę samochodu szybszym krokiem. Nie była to jego pierwsza rana, ale poczuł się jakoś wyjątkowo słabo. Ledwo dobiegł do furgonetki, w której na szczęście czekał już Ying. Stevens i Kirk po chwili do nich dołączyli.
- Spierdalamy! - rzucił dowódca.

Ying odpalił samochód i wyrwali się ze stacji kolejowej. Pociąg z niezwykle wartościowym ładunkiem przepadł. Oni stracili trzech kompanów, Stevens przez całą drogę nawet nie podniósł wzroku.
Na komisariacie lekarze opatrywali Woodsa, który dostał nożem. Jego serce zostało delikatnie przerysowane ostrzem, ale nic poważnego mu się nie stało.
- Serce z kamienia, haha - zaśmiał się Woods, ale za chwilę jego śmiech przerwał kaszel.
- Rozwiązuję oddział - Stevens stwierdził z kamienną powagą w głosie.
- Dlaczego? - Ying zapytał zaskoczony.
- Zostało nas czterech, ich są setki. Nie damy rady.
- Poddajesz się? Ty? - Kirk wstał z krzesła.
- Nie zawsze można wygrywać…
- Ale można zginąć próbując - przerwał mu młody mężczyzna, który stanął w drzwiach komisariatu.


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)