Drodzy czytelnicy,
druga część opowiadania. Wybaczcie to polsatowskie cięcie na końcu, ale tak ma być, dla lepszej dramaturgii. Zapraszam do czytania.
Poprzednie części:
"Bo nic nie pozostało" cz.1
Bo nic nie pozostało cz. 2
Czarna
furgonetka zatrzymała się w okolicach stacji kolejowej. Oddział zaparkował w
niewielkim, ale za to bardzo zaśmieconym, lasku porastającym okolice stacji.
Sama stacja wyglądała jak ruina. Ściany budynku były popękane i dziurawe.
Wewnątrz oprócz śmieci i szczurów nie było nic. Jeśli ktoś chciał zaczekać na
pociąg to pozostawała mu tylko mała wiata przy samym torowisku. Pociągi
nieczęsto zatrzymywały się w tym mieście, niestety przez jakość torów musiały
bardzo zwalniać, szczególnie w jednym miejscu. Policjanci wiedzieli, że kiedy
pociąg będzie w tym miejscu, nastąpi atak. Lata doświadczenia podpowiadały im
takie rozwiązanie.
- To jeden snajper tutaj, drugi po przeciwnej stronie - Stevens wydał krótki
rozkaz. - Reszta ze mną.
Ying zniknął w lasku wraz ze swoim karabinem. Less pobiegł przez tory na własną
pozycje. Pozostała piątka cichcem przemknęła w pobliże budynku. Stevens
rozstawił ludzi w okolicy i pozostało tylko czekać. Zasadzka była dobrze
zaplanowana i mieli spore szanse na zaskoczenie przestępców. Dzień był
deszczowy i bardzo duszny. Ciężkie chmury przetaczały się po niebie co chwila
wyrzucając z siebie rzęsiste opady. Szelest wody pozwalał policjantom jeszcze
lepiej ukryć swoją obecność. Po niespełna godzinie nadjechały samochody. Wokół
budynku zrobiło się głośno. Około 30 bandziorów wyskoczyło ze swoich
zdezelowanych samochodów. Rozbiegli się po terenie, nawet nie sprawdzając czy
jest bezpiecznie. Dosłownie kilka minut później zza zakrętu wyłoniły się
światła lokomotywy. Monotonny dźwięk kół przesuwających się po torach nasilał się.
Przestępcy czekali tylko aż pociąg zwolni, policjanci słyszeli ich podniecone
dyszenie. Wreszcie lokomotywa dotoczyła się do newralgicznego miejsca i atak
rozpoczął się. Wszyscy jednocześnie skoczyli na lokomotywę. Huk wystrzałów
przerwał ciszę. Stevens wystrzelił czerwoną racę w powietrze i policjanci
rozpoczęli szturm. Kilku zbirów padło od kul snajperów.
- Kurwa! Co jest?! - krzyknął Kirk. - Co tak wolno strzelają?!
- Widzę strzały tylko ze strony Yinga! - Jess wskazał ręką w stronę lasku. - A
co z moim bratem?
- Może ma problemy z bronią - rzucił Stevens. - Nie ma czasu na pierdolenie!
Skoczyli na gromadę napastników. Kirk i Jess wpadli między nich z nożami i
rozprawili się z kilkoma. Stevens strzelał z rewolweru bardzo celnie, ale nie
przeciwników było zbyt wielu, a nie chciał trafić swoich, którzy walczyli w
tłumie. Reszta oddziału radziła sobie całkiem nieźle, ale przewaga liczebna
dawała się we znaki. Woods był w swoim żywiole, mogąc łamać szczęki w walce
wręcz. Rozrzucał przeciwników na boki, tak że nie mogli go trafić. W ferworze
walki nie zauważyli, że brakuje wybuchów, które miał zorganizować Marshall.
Częścią planu było to żeby wysadzać samochody, którymi przyjechali bandyci.
Stevens uznał, że to nie pozwoli im uciec i zdezorganizuje ich, ale wybuchów
nie było, samochody stały tam gdzie je pozostawiono. Nagle Kirk wybiegł z tłumu
zbirów, złapał Stevensa za rękaw i pociągnął za sobą w stronę budynku
kolejowego. Fala ognia, która niepodziewanie pojawiła się za nimi, rzuciła ich
na ziemię.
- Co do…
- Jess nie dał rady i wyjął granat - Kirk uderzył pięścią w ziemię. - Jebany
granat!
- Brat też nie odpowiada… - Stevens ponownie spojrzał na krótkofalówkę. - Czyli
dwóch nie ma. Co z resztą?
- Marshall nie odpowiada, wybuchów nie widać. Woods walczy po drugiej stronie
pociągu. Ying nadal strzela, ale chyba nie ma najlepszej pozycji.
- Chuj z tym - wystrzelił kolejną racę.
- A pociąg? - Kirk zdziwił się.
- We czterech chcesz go bronić? - Stevens zerwał się na równe nogi. - Zajebią
nas jak psy! Widzisz, kolejni podjeżdżają! Nie damy rady, trzeba rozwiązać ten
oddział…
Woods zauważył czerwoną łunę na niebie i zaczął się wycofywać. Poczuł piekący
ból pod lewą łopatką. Odwrócił się i łokciem złamał szczękę jednemu z bandytów,
niestety nóż zbira pozostał w ciele policjanta. Czarnoskóry były bokser ruszył w
stronę samochodu szybszym krokiem. Nie była to jego pierwsza rana, ale poczuł
się jakoś wyjątkowo słabo. Ledwo dobiegł do furgonetki, w której na szczęście
czekał już Ying. Stevens i Kirk po chwili do nich dołączyli.
- Spierdalamy! - rzucił dowódca.
Ying odpalił samochód i wyrwali się ze stacji kolejowej. Pociąg z niezwykle
wartościowym ładunkiem przepadł. Oni stracili trzech kompanów, Stevens przez
całą drogę nawet nie podniósł wzroku.
Na komisariacie lekarze opatrywali Woodsa, który dostał
nożem. Jego serce zostało delikatnie przerysowane ostrzem, ale nic poważnego mu
się nie stało.
- Serce z kamienia, haha - zaśmiał się Woods, ale za chwilę jego śmiech
przerwał kaszel.
- Rozwiązuję oddział - Stevens stwierdził z kamienną powagą w głosie.
- Dlaczego? - Ying zapytał zaskoczony.
- Zostało nas czterech, ich są setki. Nie damy rady.
- Poddajesz się? Ty? - Kirk wstał z krzesła.
- Nie zawsze można wygrywać…
- Ale można zginąć próbując - przerwał mu młody mężczyzna, który stanął w
drzwiach komisariatu.
Kamil Bednarek