Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fabuła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fabuła. Pokaż wszystkie posty

7/21/2015

Opowiedanie #9 - "Bo nic nie pozostało" cz. 3

Drodzy czytelnicy,
trzecia część opowiadania. Zapraszam do czytania. Poniżej oczywiście linki do poprzednich części.

Poprzednie części:
"Bo nic nie pozostało" cz.1
"Bo nic nie pozostało" cz.2

Bo nic nie pozostało cz. 3


- Kim ty kurwa jesteś?! - Kirk ruszył w stronę drzwi.
Doskoczył do młodego mężczyzny, który w nich stał. Górował nad nim o głowę, był też dużo szerszy w barkach, ale młody nawet nie drgnął. Nie mrugnął nawet okiem co trochę zbiło Kirka z tropu.
- Dobre pytanie, Kirk - Stevens obrócił się w stronę drzwi. - Nie każdy może tutaj wejść i przeszkadzać w zebraniu, więc dobrze by było gdybyś się przedstawił.
- Marcus, nowy w zespole - odparł spokojnie.
- I? - wtrącił Ying.
- I to wystarczy do pracy - odpowiedział mu nowy.
- Kolego… - Stevens zbliżył się. - Marcus, tak? Nie będzie żadnej pracy, bo zanim tutaj wszedłem poinformowałem o rozwiązaniu tego oddziału, więc teraz spakuj swój pojemnik na drugi śniadanie i wracaj do wsi, z której przyjechałeś.
- Panowie, słyszałem o waszym zespole i chciałem do niego dołączyć - mówił patrząc w oczy Stevensowi. - Wiem, jak w mieście jest sytuacja i dlatego chciałem trafić tutaj.
- Po akcji dzisiejszego wieczora - Woods wstał z noszy. - Została nas czwórka. Z tobą będzie pięciu, w tym mieście prawie każdy jest przestępcą. Myślisz, że jesteś tak dobry, że dasz sobie z tym radę?
- Słyszałem o akcji, współczuję z powodu kolegów. Tak jak powiedziałem, nawet jeśli nie można wygrać, to można zginąć próbując.
- Jak ci tak szybko do śmierci to ja to mogę załatwić, bo już mnie wkurwiasz! - Kirk jeszcze bliżej podszedł do Marcusa.
- Proszę bardzo - odpowiedział bez mrugnięcia okiem.
- Spokój, Kirk! - Stevens położył mu dłoń na ramieniu. - Nie będziemy się bić wewnątrz. Marcus, jeśli tak bardzo chcesz walczyć o to miasto, to załóż sobie maskę i pelerynę i idź nocą na ulice.
- Sądziłem, że słynny oddział specjalny będzie bardziej chętny do zabijania, ale jeśli tak panowie stawiacie sprawę to ja się nie będę narzucał. W każdym razie tutaj zostawiam kontakt do siebie. Zadzwońcie jeśli podejmiecie męską decyzję.
Średniego wzrostu brunet, krótko ostrzyżony. Położył na stoliku wizytówkę. Miał na sobie czarną koszulkę i jeansy. Pustka w jego oczach była niepokojąca. Wyszedł z pomieszczenia nie spoglądając nawet na resztę oddziału.
- Wracając do rozwiązania oddziału… - chciał zacząć Stevens, ale natychmiast mu przerwano.
- Chwila! - Ying zaczął. - Wchodzi tutaj koleś z ulicy, nie pokazuje żadnego przydziału i mówi, że chce do nas dołączyć. Nie wydaje ci się to podejrzane?
- No właśnie! Przecież to może być kret!
- Ten gnój mi się nie podoba, Stevens. Jebnę mu jak tu przylezie jeszcze raz - Kirk huknął pięścią w stół.
- Woods, co o tym myślisz?
- Chłopak na pewno nie jest normalny, nikt o zdrowych zmysłach nie przyszedłby tutaj z własnej woli.
- A my to co? - zaśmiał się Ying.
- No racja, banda degeneratów - Kirk klepnął go w ramię, aż Ying przykucnął.
- Sprawdzimy go, bo też mi coś tutaj śmierdzi - Stevens zerknął na kartkę, którą Marcus zostawił.
- Czyli co z oddziałem?
- Sprawdzimy go i wtedy zdecydujemy, idźcie do domów - Stevens zabrał kartkę i wyszedł z biura.
Policjanci rozeszli się. Każdy wsiadł na swój pojazd i ruszyli w swoje strony. Zaczynało już świtać. Stevens nie udał się jednak do swojego mieszkania w starej kamienicy. Ruszył prosto pod adres z kartki pozostawionej przez Marcusa. Nie było daleko, a i o tej porze ruchu na ulicach nie było. Świt był najbezpieczniejszą porą dnia w tym mieście. Wtedy nawet bandyci nie byli groźni. Kiedyś musieli odpoczywać po nocnych eskapadach. Marcus mieszkał a motelu na przedmieściach. Był to niski budynek, którego konstrukcja przypominała literę „U”. Ściany był odrapane, ale dało się jeszcze dojrzeć różową farbę. Kilka drzwi i kilkanaście okien również nie wyglądało najlepiej. Nawet w neonie nad bramą wjazdową nie było wszystkich liter. Stevens zsiadł z motocykla i rozejrzał się przed motelem. Znalazł lokal, w którym mieszkał Marcus i zapukał donośnie. Marcus otworzył po chwili.
- Wchodź - rzucił krótko.
- Kim jesteś?
- Mówiłem już.
- Nie, nie o to mi chodzi. Chcę poznać twoją historię, Marcus.
- Siadaj i weź sobie wódki, to trochę potrwa.
- Tobie też wlać?
- Nie.
- Skąd się tutaj wziąłeś?
- Przyjechałem z centrum.
- Co tam robiłeś?
- Wiele różnych rzeczy, to nie jest ważne w tej historii.
- To powiedz mi co jest w tej historii ważne twoim zdaniem.
Stevens usiadł na niewygodnym zielony fotelu i wychylił kieliszek wódki. Marsu siedział na łóżku patrząc na zdjęcie w ramce, które trzymał w dłoniach. Gładził to zdjęcie i powoli oddychał. Stevens nie popędzał go. Był doświadczonym człowiekiem i wiedział, że historia życia tego chłopaka nie jest najłatwiejsza do opowiedzenia. 


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

1/25/2015

Opowiadanie #6 - "Pełnia"

Nadszedł czas na kolejne opowiadanie z moich pisarskich zbiorów. Właściwie nie wiem sam jak je oceniać. Pozostawię to Wam, czytelnikom. Napisałem je pod wpływem pełni księżyca. Spoglądałem na niebo, na którym znajdował się wielki księżyc, małe obłoczki były gnane przez silny wiatr i od czasu do czasu go w niewielkiej części przykrywały. Zacząłem rozmyślać i tak wpadł mi do głowy pomysł na postaci, scenerię i fabułę tego opowiadania. Zapraszam do czytania!

"Pełnia"



Okrągła tarcza księżyca oświetlała gęste lasy położone na górskim zboczu. Na niebie przesuwały się postrzępione chmury, które od czasu do czasu potęgowały grozę. Wiatr szeleścił liśćmi, słychać było pohukiwanie sów i wycie wilków. Aura była mroczna, dało się wyczuć, że coś tej nocy nie jest tak jak być powinno. Natura dawała wyraźne znaki, ostrzegała żeby nie wchodzić do tego lasu, nie tej nocy. Czerwony księżyc w pełni górował nad mrocznymi ostępami, dzięki czemu choć odrobina światła wpadała między gęsto rosnące drzewa. Między pniami wysokich i smukłych świerków przedzierała się wysoka i barczysta postać. Miała na sobie czarną pelerynę z kapturem, która sprawiała, że był niemal niewidoczny w tym mrocznym lesie. Kierował się w górę zbocza. Poruszał się niemal bezszelestnie. Był szybki jak wiatr. Przeskakiwał od drzewa do drzewa. Podmuch wiatru rozwiał jego pelerynę na tyle, by w blasku księżyca błysnęła srebrna klinga długiego miecza wiszącego u jego pasa. Broń nie była zabezpieczona w pochwie, wisiała swobodnie. Postać zatrzymała się nagle i przykucnęła. Wysunął dłoń w ciemnej rękawicy i sprawdził ściółkę. Podniósł fragment i powąchał go. Rozkruszył między palcami to co zebrał i biegiem ruszył w górę. Przeciągłe wycie rozdarło ciszę, która niespodziewanie zapadła. Nawet wiatr ustał. Postać wbiegła na szczyt. Wsparła się dłonią o pień świerku. Zsunęła kaptur z głowy. Płomienne, rude włosy spoczęły na czarnej pelerynie. Zielone oczy osadzone pod rudymi brwiami wpatrywały się w dal. Szeroka szczęka, orli nos i, zaciśnięte w grymasie furii, wąskie usta czyniły jego twarz przerażającą. Było w niej coś, co budziło grozę i pasowało do tej nocy i tego lasu niemal idealnie. Mężczyzna ruszył w dół zbocza. Biegł z zawrotną prędkością, ale nie tracił równowagi. Zrzucił z siebie pelerynę, odpinając guzik jedną dłonią. Pod peleryną była schowana kusza. Wyciągnął ją i przygotował do strzału. Nałożył bełt, którego grot błyszczał w świetle księżyca. Wyglądał na srebrny. Zbiegł na samo dno wąwozu, który oddzielał dwie najwyższe góry. Pobiegł wąwozem i wreszcie wybił się z jednego z płaskich kamieni, które leżały na jego dnie. Wyskoczył w górę i wystrzelił z kuszy między drzewa. Głośne wycie ponownie rozdarło ciszę panującą tej nocy. Mężczyzna skoczył między drzewa, tam gdzie strzelił i wylądował na wielkiej bestii. Przeturlał się razem z nią i wylądował jej na klatce piersiowej. Wyciągnął miecz i przycisnął go do grubego karku potwora. Bestia miała gęste, czarne futro. Wielki łeb przypominający łeb wilka, długie łapy zakończone ostrymi pazurami. Z uda potwora wystawał bełt, który został wystrzelony kilka sekund wcześniej. Krew barwiła trawę, a futro wokół rany zaczynało wypadać. Stworzenie wyszczerzyło kły próbując ugryźć mężczyznę, ale ostrze na gardle powstrzymało jego zapędy.
- Gdzie ją przetrzymujecie? - zapytał chrapliwym głosem rudy mężczyzna.
- Ruvik… - bestia warknęła. - Nic ci nie powiem, nigdy jej nie znajdziesz.
- Zginiesz tej nocy - mężczyzna odpowiedział ze stoickim spokojem. - Od ciebie zależy czy szybko czy w męczarniach.
- Odsuń ostrze od mojej szyi to może coś ci powiem.
- W twoim położeniu nie stawiałbym warunków - trącił kolanem bełt wbity w udo bestii, ta zawyła głośno.
- Zaraz przybędą inni… wtedy nasza pozycja będzie zupełnie inna, Ruvik.
- Nawet jeśli ktoś przyjdzie pomóc takiemu ścierwu jak ty, to już tego nie zobaczysz. Ostatnia szansa. Powiedz mi dokąd ją zabraliście?
- Zginiesz próbując się tam dostać - bestia wyszczerzyła kły. - Dlatego ci powiem. Jestem w Tevedarn, tam gdzie jeszcze nikt niepowołany nie wszedł. Nikt z twoich parszywych towarzyszy. Nikt tam nie wejdzie, Ruvik, nikt nie…
Potwór nie dokończył zdania. Srebrne ostrze zatopiło się w jego gardle. Krew zabulgotała w jego paszczy i po chwili zastygł bez ruchu. Futro zaczęło sypać się z niego niczym igły ze ściętego drzewa. Jego ciało wchłonęła ziemia, pozostały jedynie włosy. 

                Ruvik podniósł się i ruszył dalej wąwozem. Biegł długo niemal się przy tym nie męcząc. Po dobrych kilku godzinach trafił na grupkę podobnych bestii. Czarne futra, długie łapy, błyszczące kły i pazury. Nie zauważyły go. Skrył się między drzewami i obserwował ich ruchy. Siedem bestii pilnowało wąskiego przesmyku, który prowadził wprost do groty. Żeby dostać się to Tavedarn musiał przejść tą grotą, nie było innej drogi. Wiedział, że ta siódemka to tylko warta, a wewnątrz groty jest ich znacznie więcej. Sprawdził odruchowo czy miecz jest pod ręką. Sięgnął za szeroki pas i wyjął kilka krótkich sztyletów, wiedział, że przydadzą mu się za chwilę. Rozłożył przed sobą sześć bełtów. Spokojnie załadował jeden z nich. Wycelował i strzelił w jednego z wilkołaków. Strzała wbiła się prosto w łeb, a po kilku sekundach po potworze pozostała jedynie kupka czarnego futra. Reszta wpadła w popłoch. Rozglądali się i starali się wywęszyć zagrożenie. Ruvik był ustawiony tak, że nie byli w stanie go wykryć. Załadował ponownie i zlikwidował drugą bestię. Strzelał raz za razem, aż został się ostatni z wilkołaków. Ten był wyjątkowy. Przez środek jego pyska przebiegała jasna i gruba szrama, która niemal świeciła w blasku księżyca. Ruvik wyszedł z ukrycia i gdy tylko bestia go zobaczyła wyszczerzyła zęby w grymaśnym uśmiechu.
- Baras - Ruvik wyciągnął miecz. - Znowu się spotykamy.
- Ruvik… - odpowiedziało mu warknięcie. - Dotarłeś aż tutaj, szkoda będzie przerwać ci tę podróż.
- Więc tym razem nie chcesz uciec? To zupełnie nie w twoim stylu.
Wilk nie wytrzymał i rzucił się na mężczyznę. Ten zrobił spokojny unik i ciął mieczem w nogi. Bestia padła w mech jak długa. Wycie odbiło się echem między górami, ale Ruvik szybko je skrócił. Przewrócił Barasa na plecy i wyjął krótki, zakrzywiony nóż.
- Odkryłem pewną tajemnicę, Barasie - powiedział. - Wasze ciała rozpadają się po śmierci, ale jeśli ściągnie się z was skórę przed śmiercią to ona pozostaje na tym świecie. Kilka już mam w domu, całkiem ciepłe są, ale i tak najlepiej wyglądają wokół ogniska.
- Kłamca! - warknął wilkołak.
- Sprawdźmy to.
Ruvik wbił sztylet pod skórę i zaczął oddzielać ją od mięśni. Ból nie pozwalał wydać z siebie nawet piśnięcia i Baras leżał z szeroko otwartym pyskiem. Białe zębiska odbijały światło księżyca. Kiedy rudy mężczyzna skończył wilkołak pozostał nagi, jego porozcinane mięśnie drżały i krwawiły. Czarna krew wsiąkała w zielony mech.
- To pomoże mi szybko wykonać moją misję - powiedział. - Ale ty powinieneś wrócić tam skąd wylazłeś.
Wbił mu swój długi miecz w czaszkę i przekręcił klingę. Słychać było trzask łamanych kości. Wyciągnął ostrze z bestii, po której nie zostało nic. Zarzucił na siebie futro i wszedł do groty. Przemykał się ciemnym korytarzem. Dzięki skórze, którą miał na sobie nie rozpoznają jego zapachu. Mógł więc swobodnie podkradać się do przeciwników i cicho ich eliminować. Tak też robił. Wykańczał jednego po drugim najciszej jak się dało. Wiedział, że w mogą zamknąć mu drogę z obydwu stron. W tak ciasnym pomieszczeniu przewaga liczebna nie ma znaczenia, ale z atakiem z dwóch frontów mógł sobie nie poradzić. Ta misja była zbyt ważna żeby działać pochopnie. Nie mógł sobie pozwolić na błąd. 

                Wreszcie przedostał się na drugą stronę góry. W grocie za sobą zostawił mnóstwo futra, które zostało po martwych wilkołakach. Pozostało mu teraz jedynie wspiąć się na stromy szczyt i dostać do kolejnej groty. To właśnie była góra Tavedarn. Jej stromy, skalisty szczyt był ledwo widoczny z tego miejsca. Nie prowadziła do niej żadna droga, trzeba było się wspinać. To tam, przed wiekami, zagnieździły się wilkołaki i to stamtąd rozłaziły się po całym świecie. To był ich matecznik. Ruvik domyślał się, że do samego centrum prowadzą długie korytarze, w których można się pogubić. Nie zrzucił więc skóry, którą był okryty. Wiedział, że to zwiększy jego szanse. Wiedział też, że nie są one zbyt duże. Nikt jeszcze nie wrócił z wyprawy do Tavedarn. Księżyc powoli zachodził i musiał się spieszyć. Znał ten rytuał. Wykorzystają moment kiedy na niebie będą jednocześnie księżyc i słońce by przemienić tę dziewczynę w wilczycę, która wyda na świat kolejne pokolenie potworów. Tylko w tym czasie było to możliwe. Nie zastanawiał się więc długo i ruszył po skalistej ścianie w górę. Kamienie były wyślizgane po wiekach wspinaczki. Piął się jednak dzielnie ku górze. Wiatr był tam przejmująco zimny. Ucieszył się, że nie pozostawił skóry z Barasa na dole. Dawała mu dodatkową osłonę. Trzymała jeszcze ciepło bestii, która ją nosiła. Ruvik był bardzo sprawny i szybko dostał się na szczyt. Wejścia do groty pilnowała kolejna grupa wilkołaków. Tym razem nie miał możliwości by ich zaskoczyć. Oparł się mocno nogami i wyskoczył w górę. Nim bestie spostrzegły co się dzieje, on zrzucił skórę i wyrzucił przed siebie kilka sztyletów. Wszystkie trafiły w cel i pozbył się większości przeciwników. Zostało trzech. Starały się go otoczyć i zepchnąć do krawędzi urwiska. On jednak nie pozwolił im na to i zaszarżował na jednego z nich. Wbił mu miecz w okolicach obojczyka i przeskoczył nad wysoką bestią. Pozostałe dwa były teraz bliżej krawędzi i mógł wykorzystać zdobytą przewagę. Ruszył biegiem prosto w stronę jednego z nich. Ściął mu głowę nim tamten zdążył zawyć. Odbił się jedną nogą od ciała, które spadło w dół, i spadł niczym grom na drugiego. Ciął go mieczem rozpłatując brzuch. Wnętrzności wylały się na kamień. Wściekłe oczy wpatrywały się teraz w pustkę, a po chwili zniknęły. Ruvik nie napawał się zwycięstwem. Ruszył w głąb jaskini. Tak jak myślał, było tam wiele korytarzy. Instynkt jednak ciągnął go w jedną stronę. Poruszał się przy ścianie, eliminował napotkanych wrogów, ale, gdy tylko była na to szansa, starał się unikać walki. Czaił się w mroku. Wiedział, że jeśli któraś z bestii zacznie wyć to nie skończy się to dobrze ani dla niego, ani dla dziewczyny, którą miał uratować. Serce biło mu mocno, czuł zimno pot na karku. To była najważniejsza misja w jego życiu i czuł silną presję, ale pierwszy raz od bardzo dawna, poczuł też strach. Jeśli wróci z Tavedarn i uratuje tę dziewczynę stanie się najsławniejszym Łowcą na świecie. Będzie równy królom. Chęć zdobycia sławy pchała go do przodu, mimo strachu i mimo zdrowego rozsądku. 

                Dotarł wreszcie tam gdzie chciał. Czuł, że jest we wnętrzu góry i wiedział, że ucieczka z niej nie będzie łatwa. Zobaczył okrągłą jaskinię, w której znajdowało się mnóstwo bestii. Klęczały wpatrując się w coś na kształt ołtarza. Był to kawałek skały na tyle płaski by można było coś na nim położyć. Przy tym ołtarzu stała postać wyglądająca na ludzką, a na samej skale leżała naga kobieta. Ruvik zauważył jej rude włosy. To była kobieta, po którą tutaj przyszedł. Niestety rytuał zaczął się już, a w pomieszczeniu było zbyt dużo mrocznych bestii by z nimi walczyć. Przyjrzał się lepiej postaci nad dziewczyną. Również była naga, ale nie do końca. Na jej głowie znajdowała się idealnie biała czaszka wilkołaka. Udało mu się dostrzec, że to mężczyzna i że ma w ręku długi nóż, z robiony z kości. Kiedy tylko podniósł go do góry Ruvik skoczył między piekielne bestie ze swoim srebrnym mieczem.
- Zostawcie go! - ryknął mężczyzna z czaszką na głowie, a wilki zamarły wykonując rozkaz. - Ruvik! Najdzielniejszy z dzielnych, największy Łowca! Jak miło cię widzieć!
- Kim jesteś?! Oddaj mi dziewczynę to zniknę i nikt więcej nie zginie!
- Jestem Mortar, wiele setek lat temu mieszkańcy twojego świata wygnali mnie ze swojej wspólnoty tylko za to, że mój wilk pogryzł jakieś dziecko. Widocznie mu się należało - wzruszył ramionami. - Zamieszkałem wraz z nim tutaj w Tavedarn i postanowiłem się zemścić. Wysłałem go do wioski po jedną z młódek. Przyniósł mi ją, a ja, dzięki wiedzy zmieszałem ich krew. Tak powstało kilka pierwszych wilkołaków, jak je nazywacie. Wypuściłem je w świat, a one, w podzięce, pozwalają mi tworzyć kolejne ich pokolenia.
- To niemożliwe - wtrącił Ruvik. - Nie możesz tutaj żyć od setek lat.
- To jest w tym najlepsze, chłopcze. Mogę. Dzięki specjalnemu rytuałowi i krwi tych młodych dziewczyn. Trzeba ją zmieszać z krwią jednego z wilków, ale to dla nich żaden problem, bo rany szybko się goją. Walczą między sobą o to kto może mi podarować krew. Właśnie miałem przedłużyć sobie życie o kolejne pół roku. Może zechcesz się do mnie przyłączyć?
- Co? - wydukał zaskoczony.
- Byłoby bardzo miło mieć ciebie za towarzysza. Dużo o tobie słyszałem, zabiłeś wiele moich dzieci. Chciałbym cię bliżej poznać, byłbyś użyteczny.
- Nie wierzę w te bajki, po prostu oddaj mi dziewczynę i pozwól stąd wyjść, a nic ci się nie stanie…
- Groźba? - zaśmiał się. - Jesteś otoczony przez kilkadziesiąt bestii, w całej górze jest ich kilkaset. Myślisz, że uda ci się mnie zabić i wynieść stąd to dziewczę?
- Nie wiem czy mi się to uda, ale wiem, że jeśli nie przystanę na twoją propozycję to i tak mnie zabijesz, więc czemu nie spróbować?
- Wiedziałem, że to powiesz. Słyszałem o tobie naprawdę dużo. Ale zaraz zajdzie księżyc, a my tutaj sobie rozmawiamy. Wybieraj!
Ruvik nie czekał nawet aż głos przestanie brzmieć w sali i ruszył ze srebrnym mieczem w stronę Mortara. Rzucił się w jego kierunku, ale został powalony przez wilkołaka. Kolejne zbierały się do ataku. Miecz szlachtował je na prawo i lewo. Wycie, skamlenie i piski wypełniły całe wnętrze góry. Ciął mieczem ile tylko miał sił, ale czuł, że zaczyna mu już ich brakować. Ręce miał jak z ołowiu i ruchy coraz wolniejsze. Wiedział, że to nie ma sensu. Musi się przedostać do Mortara i zabić go. Tylko to mogło go uratować. I mogło uratować ją. Zebrał się w sobie i ruszył. Miecz aż płonął od czarnej krwi. Uderzał raz za razem. Atakowały go z przodu, z tyłu i z boków. Nie miał nawet sekundy wytchnienia. Wreszcie poczuł palący ból w łydce. Spojrzał i zobaczył, że jego mięsień jest rozrywany przez szczęki ogromnego wilka. Wbił mu miecz w głowę i bestia puściła, ale tę chwilę zawahania wykorzystał inny potwór, który powalił Ruvika uderzeniem pazurów. Ostre jak noże pazury rozcięły skórę na klatce piersiowej. Poczuł, że zaczyna mu brakować sił. Miał mroczki przed oczami. Był bliski omdlenia, ale między napierającymi cielskami włochatych bestii zobaczył nagie ciało rudowłosej dziewczyny. Mortar kończył modły będąc zupełnie spokojnym o swoje bezpieczeństwo. Uderzenie zębów wyrwało z dłoni Ruvika miecz. Wilki przyparły go do ściany. Widział jedynie ich przekrwione, błyszczące ślepia i ślinę ściekającą po białych kłach. Dyszały, wyły i szczekały. Czas jakby stanął w miejscu. Mężczyzna nie widział już zbyt dużo. Utrata krwi i zmęczenie dawały o sobie znać. Wyjął nóż, który służył mu do zdejmowania skór z przeciwników i rzucił nim w stronę ołtarza w przebłysku świadomości. Ostrze trafiło w czaszkę, rozbiło ją na pół, ale nie zrobiło krzywdy Mortarowi. Wilkołaki jednak na chwilę zostały zbite z tropu i spojrzały w stronę swojego władcy. Ruvik zebrał się na ostatni akt odwagi. Wyjął kuszę i założył na nią bełt. Ręce drżały bardzo mocno, a czas mu się kończył. Wilki znów zainteresowały się nim. Napiął cięciwę i wycelował. Zdążył oddać strzał nim się na niego rzuciły.

                Ocknął się leżąc na ziemi wśród czarnego futra. Rozejrzał się i zobaczył postać przy ołtarzu z wystającym z klatki piersiowej bełtem. Na skale leżała naga dziewczyna. Wokół nie było nikogo. Jaskinia wydawała się zupełnie opuszczona. Podniósł się. Czuł, że jest bardzo słaby, że stracił sporo krwi, ale nie do końca zdawał sobie sprawę z tego co się stało. Podszedł do dziewczyny i ściągnął koszulę, na której widać było ślady pazurów. Założył jej swoje ubranie i wziął ją na ręce. Powoli, nieco oszołomiony, wyszedł na zewnątrz. Po drodze nie spotkali żadnego wilkołaka.

                Czterech mężczyzn w czarnych płaszczach siedziało wokół ogniska. Las, w którym się znajdowali, był cichy, jakby nic w nim nie żyło. Noc była czarna, chmury zakrywały niebo tak szczelnie, że gdyby nie ogień nie byłoby widać własnej ręki. Ruvik odgryzł kawałek mięsa niewiadomego pochodzenia, a kość wrzucił w ogień. Iskierki uniosły się w górę. Dwaj siedzący wraz z nim wyglądali na bardzo młodych. Mieli rude włosy i dziecięce rysy. Nie byli też zbyt rośli. W porównaniu z Ruvikiem wyglądali jak uczniaki. Ostatnim towarzyszem był niemal siwy mężczyzna. Resztki pigmentu w jego włosach połyskiwały miedzią. Zmarszczki i blizny zdobiły jego zmęczoną twarz. Był wielki. Mimo wieku jego mięśnie nadal miał w sobie dużo siły. U każdego z mężczyzn połyskiwał srebrny miecz, a na plecach wisiała kusza.
- Mistrzu - zaczął Ruvik. - Jak to się stało, że te wilkołaki zniknęły. Została po nich tylko sierść. Jakby pozdychały.
- Bo pozdychały - odparł ochrypłym głosem.
- Jak to możliwe?
- To nie były zwyczajne wilkołaki. One nie powstały z rzuconej na człowieka klątwy. One były sztucznie hodowane przez Mortara. Były wytworami jego czarnej magii. Zabiłeś go, a w tego jego czary przestały działać.
- I wszystkie wilkołaki zginęły?
- Nie wszystkie - wrzucił kość w ogień. - Nie wszystkie, Ruvik. Tylko te, które stworzył Mortar. Po świecie łazi pełno wilkołaków, na które ktoś rzucił klątwę. One się łączą w pary i rozmnażają. Zakładają siedliska i stamtąd rozłażą się po okolicy. Będziemy mieć co robić jeszcze przez wiele lat. Cieszy mnie to, że pozbyłeś się tych stworzonych przez czarną magię. Co prawda zostanie nam mniej roboty, ale nie będzie ginęło już tylko naszych.

                Ruvik westchnął i spojrzał między drzewa i skoncentrował wzrok na jednym punkcie. Już wiedział co tam jest… 



Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

12/30/2014

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 6)

Przedstawiam Wam kolejną, szóstą już i przedostatnią część opowiadania "Jesień niespodzianek". Nasza historia powoli dobiega końca i nadchodzi moment kulminacyjny. Wiele się dzieje, a akcja nabiera zawrotnego tempa. Bohaterowie wpadają w ogromne tarapaty i jeśli Was to interesuje to warto przeczytać.

Zanim jednak przejdziemy do opowiadania chciałem Wam złożyć Noworoczne życzenia. Rok 2014 był dla mnie bardzo udany. Spełniłem swoje marzenie i wydałem pierwszą książkę, w związku z tym życzę by rok 2015 był dla Was jeszcze bardziej udany niż poprzedni (bo chciałbym żeby było tak i dla mnie). Życzę Wam dużo szczęścia, pogody ducha, spełnienia niektórych marzeń. Studentom - udanych sesji, maturzystom - dobrze zdanych matur, a całej znakomitej reszcie moich czytelników wszystkiego czego pragną (oprócz władzy nad światem :P ). Do siego Roku!

Poprzednie części:
"Jesień niespodzianek" (część 1)
"Jesień niespodzianek" (część 2)
"Jesień niespodzianek" (część 3)
"Jesień niespodzianek" (część 4)
"Jesień niespodzianek" (część 5)

"Jesień niespodzianek" (część 6)


               Kolejne kilka dni i nocy upłynęło bardzo spokojnie. Przemierzali rozległe ziemie Baldentu, ale do zamku i Kryształowej Świątyni było jeszcze dość daleko. Krocząc przez pola spotykali mieszkańców, którzy czasami chcieli im pomóc, a innym razem byli wrogo nastawieni. Wtedy niestety musieli zginąć. Topór kąpał się w krwi cywili, ale w zamian za to Martin musiał zmagać się z bólem. Każde zabójstwo powodowało ból również u niego, ból psychiczny. Radził sobie z nim, ale widać było, że nie jest to łatwe.
- Może się zatrzymamy? - Catherine zapytała.
- Nie ma takiej potrzeby, dopiero wieczorem rozbijemy obóz - Martin odparł.
- Widzę, że źle się czujesz…
- Nic mi nie jest, idziemy dalej - nie spojrzał nawet w jej kierunku.
Nagle z lasu wyszło kilkunastu ciężkozbrojnych żołnierzy w towarzystwie pięknej brunetki. Wyciągnęli miecze i topory i rzucili się w kierunku podróżującej trójki. Otoczyli ich w mgnieniu oka. Martin chwycił topór, Catherine nóż, a Marcus podwinął rękawy. Rycerze w jasnych zbrojach rzucili się na nich. Martin ciął toporem zabijając jednego ucięciem głowy. Zaraz za nim zaatakował następny, który stracił rękę i krwawiąc upadł. Kolejny już szarżował, ale Martin zrobił unik i ciął go w plecy. Mityczny topór utkwił w jego kręgosłupie. Chłopak wyszarpnął go i ruszył bliżej Catherine, która nie radziła sobie w starciu z dużo większym rycerzem. Podciął mu kolana i odrąbał głowę. Walczył jak w amoku nie zwracając uwagi na ból jaki towarzyszył zabijaniu kolejnych żołnierzy. Przewaga liczebna dawała się im we znaki. Martin czuł już zmęczenie, jego ruchy nie były tak pewne i płynne jak na początku. Ciężki topór i okrutna walka osłabiła go. Marcus wyczarował niewielką kulę płynnego ognia między dłońmi i rzucił nią w tłum żołnierzy. Kula jednak wróciła do niego i podpaliła czarodzieja. Spośród walczących wyłoniła się długonoga brunetka w białym stroju, który opinał ją tak dokładnie jak własna skóra. Ogień spalał czarodzieja, a ona szła przez pole walki. Martin rzucił się ku swojemu dziadkowi. Chciał mu jakoś pomóc, ale nim dobiegł na miejsce ogień czarodzieja pozostawił jedynie zwęglone kości. Chłopak uklęknął przy zwłokach na chwilę. Zaraz potem podniósł się i ze łzami w oczach popędził w stronę tej kobiety. Ona bawiąc się długim, czarnym warkoczem, który odznaczał się na białym uniformie, nie zwracała uwagi na to co się dzieje wokół. Chłopak rzucił się w jej stronę wkładając wszystkie siły w cięcie toporem. Księżyc w pełni błysnął w blasku dnia i ciężkie ostrze spadło wprost na głowę kobiety. Ona zamknęła oczy i topór zatrzymał się milimetry przed jej piękną twarzą. Przerażony Martin zachłysnął się oddechem. Ona dotknęła palcem wskazującym jego torsu. Chłopak stracił przytomność i upadł na ziemię pokrytą krwią.

                Potworny ból rozdzierający jego serce wyrwał go z nieprzytomności. Otworzył zakrwawione oczy i zobaczył idealnie biały strój i piękną twarz. Wielkie brązowe oczy, czerwone usta i ciemne włosy splecione w warkocz. Śniada cera kontrastowała z bielą skórzanego stroju. Dotknęła go jeszcze raz i ból przeszedł przez jego ciało.
- Nasza nadzieja się obudziła - zaśmiała się. - Wreszcie. Po wczorajszej zabawie myślałam, że nie otworzysz już tych swoich oczu. Może troszkę przesadziłam, ale bardzo nakręciła mnie twoja obojętność. Wiem, że nie możesz mówić, bo masz w gardle kulę zaschniętej krwi, ale możemy coś na to zaradzić. Musisz tylko zacząć walczyć, walcz o swoje życie i o cel, który masz.
Martin uśmiechnął się mimo popękanych ust i zaschniętej na twarzy krwi. Wisiał powieszony za ręce na haku pod sufitem. Był nagi i niemal cały pokryty krwią.
- Nadal jesteś uparty? Nawet nie wiesz jak bardzo mnie to smuci… No nic, będziemy się bawić dalej - uśmiechnęła się i dotknęła go palcem wskazującym w czoło.
Martin zawył z bólu, ale dzięki temu udało mi się przełknąć to co miał w gardle.
- Jak długo tu jestem? - zapytał ochrypłym głosem.
- Nie pamiętasz? - zaśmiała się. - Naprawdę nie pamiętasz! To już drugi miesiąc. Śnieg zdążył zasypać górskie szczyty. Nieźle się trzymasz, swoją drogą, jeszcze kilka dni i będziesz u mnie najdłużej ze wszystkich. Wtedy cię umyjemy - przesuwała mu paznokciem po ciele powodując krwawe rozcięcie - i zostaniesz moim kochankiem. Cieszysz się? Ja też się cieszę.
- Zabiłaś…
- Tak, zabiłam - wtrąciła. - Już o tym rozmawialiśmy, ale widać straciłeś trochę pamięci. Ten czarodziej nie wiedział z kim ma do czynienia. Ja potrafię odbić każdy rodzaj magii, dlatego nie mógł mnie tknąć. Twój topór też jest magiczny, więc nie zrobił mi krzywdy. Nie ma takiej magii, która byłaby w stanie mnie dotknąć. Za to sama dysponuję pewnym darem. Mój dotyk sprawie niewyobrażalny ból, ale to już pamiętasz.
Położyła mu dłonie na barkach, ból zaćmił mu umysł. Było mu wszystko jedno czy tu zginie. Był przyzwyczajony do bólu, zresztą cierpienie fizyczne nie równało się z psychicznym. Tylko takiego się bał, od dziecka miał siniaki, rozcięcia, złamania. Nic go nie ruszało, był odporny. Cierpiał, ale nie tak żeby nie mógł tego wytrzymać. Wiedział, że tylko jedna rzecz jest w stanie go zniszczyć, cierpienie psychiczne. Na szczęście ona o tym nie wiedziała. Stracił przytomność gdy pocałowała go w zakrwawione usta.

                Przebudził się kolejny raz. Ciało bolało go jak nigdy przedtem. Słyszał kapiące spod niego na podłogę krople krwi. Rozejrzał się po białej, marmurowej sali. Ściany były idealnie zaokrąglone. Czuł się jak w okrągłej klatce. Otworzyły się drzwi za nim i poczuł jej zapach. Słyszał skrzypienie białego kostiumu opinającego jej idealne, smukłe i wysokie ciało. Podeszłą i znienacka uderzyła go w nerki. Zaczął się bujać na haku, ręce wypadały mu ze stawów.
- Znowu straciłeś przytomność w trakcie pieszczot! - mówiła zdenerwowana. - Nie ładnie tak ze mną pogrywać! - biła go między zdaniami. - Jeśli zechcę to nie dotrwasz nawet do wieczora!
- Wszystko mi jedno - wychrypiał.
- Tak?! Tak?! To zobaczysz jak ci wszystko jedno - okładała go pięściami ze wszystkich stron, jej moc łamała mu kości. - Teraz też jest ci wszystko jedno, kochasiu?!
- Gdzie jest Catherine? - wydukał w przerwach między ciosami.
- Ta długowłosa blondyneczka? - zaśmiała się i odsunęła na kilka kroków. - Pewnie teraz puszcza się z jakimś księciem żeby mój pan mógł zawładnąć światem. Zależy ci na niej? Może się zakochałeś, co? W każdym razie zostałam ci tylko ja. Ona, po spełnieniu swojego zdania, będzie jedną z nałożnic mojego pana. Ładna jest, może posłuży mu kilka nocy.
- Gdzie…
Nie zdążył dokończyć pytania. Złapała w dłonie jego głowę i ból odciął mu wzrok, słuch i zdolność mówienia. Przez chwilę wisiał bezwładnie. Łańcuchy zdarły mu nadgarstki niemal do kości. Krew spływała mu z uszu, ust i nosa. Ledwo oddychał. Ona odsunęła ręce.
- Nie zemdlałeś? - zdziwiła się. - Brawo! Uczysz się czegoś wreszcie. Jeśli ja jestem szczęśliwa to ty cierpisz mniej. Załapałeś to wreszcie?
- Muszę ją uwolnić - wycedził przez zęby próbując się podciągnąć na łańcuchach.
- Naprawdę ci na niej zależy?! - klasnęła w dłonie. - Była dobra w łożu? Zaraz ci ją wybiję z głowy.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

12/19/2014

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 5)

Mam nadzieję, że znajdziecie chwilkę między myciem okien, a ubieraniem choinki i pieczeniem pierników i przeczytacie kolejną, piątą już cześć opowiadania "Jesień niespodzianek". Jesteśmy już blisko końca, więc wyczekujcie finału.

Poprzednie części:
"Jesień niespodzianek" (część 1)
"Jesień niespodzianek" (część 2)
"Jesień niespodzianek" (część 3)
"Jesień niespodzianek" (część 4)

"Jesień niespodzianek" (część 5)



               Wyszli przed dom. Na niebie nie było żadnej chmury. Gwiazdy pokrywały je niemal w całości. Okrągły i olbrzymi księżyc górował nad kominem domu Marcusa. Martin stanął na polanie bez koszulki. Blask gwiazd oświetlał jego wilgotne ciało. Jego zabandażowane ramię dzierżyło bogato rzeźbiony, czarny jak noc trzonek lśniącego topora, którego ostrza wyglądały tak jak księżyc nad nimi. Marcus i Catherina stanęli kilka metrów od niego. Martin uniósł oburęczny topór nad głowę jedną ręką.
- Zaryzykuję swoje nic nie warte życie by zwalczyć plagę mroku, która zagraża całemu światu - krzyknął. - Poniosę to brzemię i stanę do śmiertelnej walki z każdym złem jakie spotkam na swej drodze. Przysięgam przed tymi świadkami i przed własnym honorem.

               Wygrawerowane linie na ostrzu topora zaczęły jarzyć się słabym światłem by po chwili rozbłysnąć oświetlając mroki nocy. Okoliczne drzewa pokryły się świetlistymi liniami, które składały się w przeróżne symbole. Choć rysunki na ostrzu nie ruszały się to te na drzewach tak. Linie wiły się i układały w różne kształty. Księżyc zmienił się nagle w czerwoną kulę. Świetliste linie, które wydobyły się z jej wnętrza uderzyły wprost w ostrze topora. Światło zgasło, zapadł całkowity mrok. Zwierzęta w lesie nie ważyły się nawet pisnąć. Wiatr nie ruszył nawet listkiem. Wydawało się, że życie zamarło. Po chwili jednak wszystko wróciło do normy. Księżyc znów był księżycem, a Martin opuścił topór na ziemię i przyklęknął.
- To chyba nie ma już odwrotu - zażartował wstając z trudem.
- Tak, chyba tak - Marcus rzucił z przerażeniem w oczach. - Nigdy nie widziałem tak potężnej magii, nawet w Campusie Magów.
- Gdzie? - zapytał Martin.
- To nie jest moment na opowieści - zbył go dziadek. - Teraz wracajmy do domu i przygotujmy się do podróży na południe!
- Wyruszamy od razu? - Catherine nie ukrywała zaskoczenia.
- Nie - odparł Marcus. - Jutro z samego rana.

                Kiedy tylko słońce wzeszło cała trójka opuściła dom wyposażona w plecaki wypełnione zapasami. Marcus wziął ze sobą kilka magicznych przedmiotów i buteleczek, które mogą pomóc w leczeniu. Martin zabrał nóż i topór, trochę suchego prowiantu i bukłak z wodą. Catherine niosła najmniejszy plecak, w którym niosła najpotrzebniejsze rzeczy. Martin uzbroił ją w długi sztylet, którego kiedyś sam używał, a który był na tyle lekki by ona mogła się nim posługiwać bez problemu. Marcus również miał mały nóż, ale wolał używać swoich magicznych umiejętności. Na początku podróż nie była trudna. Kierowali się na południe. Ciepła pogoda nie utrudniała marszu. Martin i Catherina rozmawiali cały czas, choć chłopak przy okazji obserwował okolicę. Chciał mieć pewność czy nikt ich nie zaskoczy. Cały dzień minął spokojnie. Udało im się przebyć spory fragment drogi prowadzącej do Baldentu. Zaczęło się jednak ściemniać i musieli rozbić obóz. Martin uznał, że najbezpieczniej będzie zostać w lesie gdzie wróg nie wypatrzy ich z daleka. Co prawda nie wydarzyło się nic niepokojącego przez cały dzień, ale wolał dmuchać na zimne. Niestety nie znalazł drzewa, które mogłoby posłużyć za nocleg nad ziemią, który był bezpieczniejszy ze względu na te wielkie psiska, które ścigały Catherine. Rozstawili szałas z pozbieranych gałęzi i rozpalili małe ognisko. Martin pierwszy stanął na warcie, uznał, że właśnie tak trzeba zrobić. Obserwował noc, ale nic się nie wydarzyło. Marcus zmienił go po kilku godzinach, jego warta też była spokojna. Nie chcieli zgodzić się żeby młoda Wiedźma pilnowała obozu, ale ona nie dała za wygraną. Ta noc minęła całkiem spokojnie. Nie wydarzyło się zupełnie nic. Od świtu szli dalej. Wiedzieli, że im szybciej dotrą na miejsce tym szybciej będą mogli zająć się swoim przeznaczeniem.

                Kolejne kilka dni zeszło im na marszu i rozmowach. Młodzi poznawali się coraz lepiej, rozmawiali dużo. Marcus często im dogryzał z tego powodu. Noce były spokojne, ale mimo to nadal wystawiali warty. Martin nie chciał żadnego ryzyka. Uznał, że nie może sobie pozwolić na walkę i narażenie na urazy członków swojej małej drużyny. Po dwóch tygodniach byli mniej więcej w połowie drogi, porządnie zmęczeni. Martin musiał polować, bo zapasy już się skończyły. Na szczęście w górskim terenie, przez który szli, nie trudno było znaleźć źródełka z czystą wodą. Weszli już na tereny, których Martin nie znał. To wzmagało jego czujność. Pewnej nocy nie mogli znaleźć dogodnego miejsca na nocleg. Weszli więc do małej jaskini, miała tylko kilka metrów długości, więc nie było tam komfortu. Martin martwił się, że w tej jaskini nie ma drogi ucieczki i jeśli coś ich zaskoczy to nie będą mogli ujść bez walki. Wyszedł przed jaskinię i tam wpatrywał się w ciemność. Catherine nie mogła spać i wyszła do niego.
- Coś cię niepokoi? - szepnęła siadając blisko niego.
- Oprócz tego, że zostałem ostatnią nadzieją świata przez jakieś proroctwo, to nie - odparł. - Ale to nie twoja wina. Nie możesz zasnąć?
- Tak… Chyba coś jest w powietrzu. Nie wiem…
- Ja tam nic nie czuję, ale nie mam nic wspólnego z magią, więc to pewnie dlatego.
- Martin - wzięła głęboki wdech. - Chciałabym żebyś wiedział, że polubiłam cię przez ten czas. Widzę jak ciąży ci twoje zadanie, ale widzę też, że jesteś dobrym człowiekiem.
- To nie do końca prawda - wtrącił.
- Właśnie o to chciałam zapytać… Dlaczego nie dbasz o własne bezpieczeństwo, dlaczego nie zależy ci na swoim życiu?
- To bardzo proste, choć nie każdy potrafi to zrozumieć. Jeśli jest się całkiem samotnym to nie zależy ci na tym co się z tobą stanie. Nie chodzi mi o grupę ludzi, którzy nas otaczają. Oni nie są mi do niczego potrzebni. Nie mam przyjaciół i to mi nie przeszkadza, tak jest nawet lepiej. Chodzi mi o pustkę w sercu. Powiem ci szczerze, bo nie wiem jak długo potrwa nasza znajomość. Brakuje mi miłości kobiety, brakuje mi tego bym mógł o nią dbać, bym mógł się nią opiekować, by moje życie mogło być poświęcone jej. Dlatego jest nic nie warte i nie obchodzi mnie czy zginę, zostanę ranny czy cokolwiek innego się ze mną stanie. Gdyby ktoś obdarzył mnie uczuciem - podrapał się po zaroście - to byłbym dla niego jak najlepszy.
- Ah - odwróciła wzrok. - Nie wiedziałam, że to aż tak osobista sprawa, przepraszam…
- Nie szkodzi, nie mam nic do ukrycia - uśmiechnął się.
- Bo wiesz… Ja nie mam dobrych wspomnień jeśli chodzi o mężczyzn. Zaufałam jednemu i źle na tym wyszłam, potem władca Baldentu mnie porwał, ale… - odetchnęła - czuję, że ty jesteś inny niż oni. Masz swoje własne spojrzenie na świat, jesteś uczciwy, potrafisz o siebie zadbać i zaczynam cię lubić coraz bardziej. Chciałabym żebyś znalazł sens życia we mnie…
- Tak? - Martin spojrzał na nią swoimi niebieskimi, przenikliwymi oczami. - Też cię bardzo polubiłem, ale nie jestem dobry w rozmowach na ten temat i nie wiedziałem co czujesz, dlatego nie chciałem o tym mówić - przetarł dłonią czoło. - Zresztą nasze obecne położenie chyba nie jest najlepsze by prowadzić takie rozmowy…
Nagle spadło na nich coś czego się nie spodziewali. Olbrzymie czarne ptaszysko spadło z nieba wprost na nich. Czarne pióra lśniły w blasku gwiazd. Było wyższe od dorosłego człowieka. Miało długie i ostre szpony, a do tego potworny zakrzywiony dziób. Oczy tego ptaszyska pałały czerwienią. Skrzeczało i atakowało. Wielkie skrzydła wzbiły kurz i ptak poderwał się do lotu. Zawirował w powietrzu i rzucił się w dół. Martin wepchnął Catherine do jaskini.
- Marcus! - krzyknął. - Zrób coś!
Ptak wbił w niego szpony nim zdążył podnieść topór. Marcus postawił powietrzną tarczę w wejściu do jaskini. Potwór nie mógł się przez nią przebić na początku, ale moc czarodzieje nie wystarczała na długo. Ptaszysko wróciło do Martina. Ten dopiero podnosił się, krew spływała z jego ramion. Bestia ruszyła na niego. Leciała kilka metrów nad ziemią wzbijając kurz. Otworzyła dziób szykując się do śmiertelnego uderzenia. Martin wzniósł w górę topór i zamachnął się z całej siły. Trafił prosto w łeb ptaka, który zawinął się w powietrzu, uderzył w drzewo i upadł na ziemię. Martin nawet nie spojrzał na zwłoki napastnika i ruszył w stronę wejścia do jaskini. Marcus od razu zbadał jego rany. Dwa głębokie zadrapania na ramionach obficie krwawiły. Razem z Catheriną zajęli się nim.
 
Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)