Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

1/25/2015

Opowiadanie #6 - "Pełnia"

Nadszedł czas na kolejne opowiadanie z moich pisarskich zbiorów. Właściwie nie wiem sam jak je oceniać. Pozostawię to Wam, czytelnikom. Napisałem je pod wpływem pełni księżyca. Spoglądałem na niebo, na którym znajdował się wielki księżyc, małe obłoczki były gnane przez silny wiatr i od czasu do czasu go w niewielkiej części przykrywały. Zacząłem rozmyślać i tak wpadł mi do głowy pomysł na postaci, scenerię i fabułę tego opowiadania. Zapraszam do czytania!

"Pełnia"



Okrągła tarcza księżyca oświetlała gęste lasy położone na górskim zboczu. Na niebie przesuwały się postrzępione chmury, które od czasu do czasu potęgowały grozę. Wiatr szeleścił liśćmi, słychać było pohukiwanie sów i wycie wilków. Aura była mroczna, dało się wyczuć, że coś tej nocy nie jest tak jak być powinno. Natura dawała wyraźne znaki, ostrzegała żeby nie wchodzić do tego lasu, nie tej nocy. Czerwony księżyc w pełni górował nad mrocznymi ostępami, dzięki czemu choć odrobina światła wpadała między gęsto rosnące drzewa. Między pniami wysokich i smukłych świerków przedzierała się wysoka i barczysta postać. Miała na sobie czarną pelerynę z kapturem, która sprawiała, że był niemal niewidoczny w tym mrocznym lesie. Kierował się w górę zbocza. Poruszał się niemal bezszelestnie. Był szybki jak wiatr. Przeskakiwał od drzewa do drzewa. Podmuch wiatru rozwiał jego pelerynę na tyle, by w blasku księżyca błysnęła srebrna klinga długiego miecza wiszącego u jego pasa. Broń nie była zabezpieczona w pochwie, wisiała swobodnie. Postać zatrzymała się nagle i przykucnęła. Wysunął dłoń w ciemnej rękawicy i sprawdził ściółkę. Podniósł fragment i powąchał go. Rozkruszył między palcami to co zebrał i biegiem ruszył w górę. Przeciągłe wycie rozdarło ciszę, która niespodziewanie zapadła. Nawet wiatr ustał. Postać wbiegła na szczyt. Wsparła się dłonią o pień świerku. Zsunęła kaptur z głowy. Płomienne, rude włosy spoczęły na czarnej pelerynie. Zielone oczy osadzone pod rudymi brwiami wpatrywały się w dal. Szeroka szczęka, orli nos i, zaciśnięte w grymasie furii, wąskie usta czyniły jego twarz przerażającą. Było w niej coś, co budziło grozę i pasowało do tej nocy i tego lasu niemal idealnie. Mężczyzna ruszył w dół zbocza. Biegł z zawrotną prędkością, ale nie tracił równowagi. Zrzucił z siebie pelerynę, odpinając guzik jedną dłonią. Pod peleryną była schowana kusza. Wyciągnął ją i przygotował do strzału. Nałożył bełt, którego grot błyszczał w świetle księżyca. Wyglądał na srebrny. Zbiegł na samo dno wąwozu, który oddzielał dwie najwyższe góry. Pobiegł wąwozem i wreszcie wybił się z jednego z płaskich kamieni, które leżały na jego dnie. Wyskoczył w górę i wystrzelił z kuszy między drzewa. Głośne wycie ponownie rozdarło ciszę panującą tej nocy. Mężczyzna skoczył między drzewa, tam gdzie strzelił i wylądował na wielkiej bestii. Przeturlał się razem z nią i wylądował jej na klatce piersiowej. Wyciągnął miecz i przycisnął go do grubego karku potwora. Bestia miała gęste, czarne futro. Wielki łeb przypominający łeb wilka, długie łapy zakończone ostrymi pazurami. Z uda potwora wystawał bełt, który został wystrzelony kilka sekund wcześniej. Krew barwiła trawę, a futro wokół rany zaczynało wypadać. Stworzenie wyszczerzyło kły próbując ugryźć mężczyznę, ale ostrze na gardle powstrzymało jego zapędy.
- Gdzie ją przetrzymujecie? - zapytał chrapliwym głosem rudy mężczyzna.
- Ruvik… - bestia warknęła. - Nic ci nie powiem, nigdy jej nie znajdziesz.
- Zginiesz tej nocy - mężczyzna odpowiedział ze stoickim spokojem. - Od ciebie zależy czy szybko czy w męczarniach.
- Odsuń ostrze od mojej szyi to może coś ci powiem.
- W twoim położeniu nie stawiałbym warunków - trącił kolanem bełt wbity w udo bestii, ta zawyła głośno.
- Zaraz przybędą inni… wtedy nasza pozycja będzie zupełnie inna, Ruvik.
- Nawet jeśli ktoś przyjdzie pomóc takiemu ścierwu jak ty, to już tego nie zobaczysz. Ostatnia szansa. Powiedz mi dokąd ją zabraliście?
- Zginiesz próbując się tam dostać - bestia wyszczerzyła kły. - Dlatego ci powiem. Jestem w Tevedarn, tam gdzie jeszcze nikt niepowołany nie wszedł. Nikt z twoich parszywych towarzyszy. Nikt tam nie wejdzie, Ruvik, nikt nie…
Potwór nie dokończył zdania. Srebrne ostrze zatopiło się w jego gardle. Krew zabulgotała w jego paszczy i po chwili zastygł bez ruchu. Futro zaczęło sypać się z niego niczym igły ze ściętego drzewa. Jego ciało wchłonęła ziemia, pozostały jedynie włosy. 

                Ruvik podniósł się i ruszył dalej wąwozem. Biegł długo niemal się przy tym nie męcząc. Po dobrych kilku godzinach trafił na grupkę podobnych bestii. Czarne futra, długie łapy, błyszczące kły i pazury. Nie zauważyły go. Skrył się między drzewami i obserwował ich ruchy. Siedem bestii pilnowało wąskiego przesmyku, który prowadził wprost do groty. Żeby dostać się to Tavedarn musiał przejść tą grotą, nie było innej drogi. Wiedział, że ta siódemka to tylko warta, a wewnątrz groty jest ich znacznie więcej. Sprawdził odruchowo czy miecz jest pod ręką. Sięgnął za szeroki pas i wyjął kilka krótkich sztyletów, wiedział, że przydadzą mu się za chwilę. Rozłożył przed sobą sześć bełtów. Spokojnie załadował jeden z nich. Wycelował i strzelił w jednego z wilkołaków. Strzała wbiła się prosto w łeb, a po kilku sekundach po potworze pozostała jedynie kupka czarnego futra. Reszta wpadła w popłoch. Rozglądali się i starali się wywęszyć zagrożenie. Ruvik był ustawiony tak, że nie byli w stanie go wykryć. Załadował ponownie i zlikwidował drugą bestię. Strzelał raz za razem, aż został się ostatni z wilkołaków. Ten był wyjątkowy. Przez środek jego pyska przebiegała jasna i gruba szrama, która niemal świeciła w blasku księżyca. Ruvik wyszedł z ukrycia i gdy tylko bestia go zobaczyła wyszczerzyła zęby w grymaśnym uśmiechu.
- Baras - Ruvik wyciągnął miecz. - Znowu się spotykamy.
- Ruvik… - odpowiedziało mu warknięcie. - Dotarłeś aż tutaj, szkoda będzie przerwać ci tę podróż.
- Więc tym razem nie chcesz uciec? To zupełnie nie w twoim stylu.
Wilk nie wytrzymał i rzucił się na mężczyznę. Ten zrobił spokojny unik i ciął mieczem w nogi. Bestia padła w mech jak długa. Wycie odbiło się echem między górami, ale Ruvik szybko je skrócił. Przewrócił Barasa na plecy i wyjął krótki, zakrzywiony nóż.
- Odkryłem pewną tajemnicę, Barasie - powiedział. - Wasze ciała rozpadają się po śmierci, ale jeśli ściągnie się z was skórę przed śmiercią to ona pozostaje na tym świecie. Kilka już mam w domu, całkiem ciepłe są, ale i tak najlepiej wyglądają wokół ogniska.
- Kłamca! - warknął wilkołak.
- Sprawdźmy to.
Ruvik wbił sztylet pod skórę i zaczął oddzielać ją od mięśni. Ból nie pozwalał wydać z siebie nawet piśnięcia i Baras leżał z szeroko otwartym pyskiem. Białe zębiska odbijały światło księżyca. Kiedy rudy mężczyzna skończył wilkołak pozostał nagi, jego porozcinane mięśnie drżały i krwawiły. Czarna krew wsiąkała w zielony mech.
- To pomoże mi szybko wykonać moją misję - powiedział. - Ale ty powinieneś wrócić tam skąd wylazłeś.
Wbił mu swój długi miecz w czaszkę i przekręcił klingę. Słychać było trzask łamanych kości. Wyciągnął ostrze z bestii, po której nie zostało nic. Zarzucił na siebie futro i wszedł do groty. Przemykał się ciemnym korytarzem. Dzięki skórze, którą miał na sobie nie rozpoznają jego zapachu. Mógł więc swobodnie podkradać się do przeciwników i cicho ich eliminować. Tak też robił. Wykańczał jednego po drugim najciszej jak się dało. Wiedział, że w mogą zamknąć mu drogę z obydwu stron. W tak ciasnym pomieszczeniu przewaga liczebna nie ma znaczenia, ale z atakiem z dwóch frontów mógł sobie nie poradzić. Ta misja była zbyt ważna żeby działać pochopnie. Nie mógł sobie pozwolić na błąd. 

                Wreszcie przedostał się na drugą stronę góry. W grocie za sobą zostawił mnóstwo futra, które zostało po martwych wilkołakach. Pozostało mu teraz jedynie wspiąć się na stromy szczyt i dostać do kolejnej groty. To właśnie była góra Tavedarn. Jej stromy, skalisty szczyt był ledwo widoczny z tego miejsca. Nie prowadziła do niej żadna droga, trzeba było się wspinać. To tam, przed wiekami, zagnieździły się wilkołaki i to stamtąd rozłaziły się po całym świecie. To był ich matecznik. Ruvik domyślał się, że do samego centrum prowadzą długie korytarze, w których można się pogubić. Nie zrzucił więc skóry, którą był okryty. Wiedział, że to zwiększy jego szanse. Wiedział też, że nie są one zbyt duże. Nikt jeszcze nie wrócił z wyprawy do Tavedarn. Księżyc powoli zachodził i musiał się spieszyć. Znał ten rytuał. Wykorzystają moment kiedy na niebie będą jednocześnie księżyc i słońce by przemienić tę dziewczynę w wilczycę, która wyda na świat kolejne pokolenie potworów. Tylko w tym czasie było to możliwe. Nie zastanawiał się więc długo i ruszył po skalistej ścianie w górę. Kamienie były wyślizgane po wiekach wspinaczki. Piął się jednak dzielnie ku górze. Wiatr był tam przejmująco zimny. Ucieszył się, że nie pozostawił skóry z Barasa na dole. Dawała mu dodatkową osłonę. Trzymała jeszcze ciepło bestii, która ją nosiła. Ruvik był bardzo sprawny i szybko dostał się na szczyt. Wejścia do groty pilnowała kolejna grupa wilkołaków. Tym razem nie miał możliwości by ich zaskoczyć. Oparł się mocno nogami i wyskoczył w górę. Nim bestie spostrzegły co się dzieje, on zrzucił skórę i wyrzucił przed siebie kilka sztyletów. Wszystkie trafiły w cel i pozbył się większości przeciwników. Zostało trzech. Starały się go otoczyć i zepchnąć do krawędzi urwiska. On jednak nie pozwolił im na to i zaszarżował na jednego z nich. Wbił mu miecz w okolicach obojczyka i przeskoczył nad wysoką bestią. Pozostałe dwa były teraz bliżej krawędzi i mógł wykorzystać zdobytą przewagę. Ruszył biegiem prosto w stronę jednego z nich. Ściął mu głowę nim tamten zdążył zawyć. Odbił się jedną nogą od ciała, które spadło w dół, i spadł niczym grom na drugiego. Ciął go mieczem rozpłatując brzuch. Wnętrzności wylały się na kamień. Wściekłe oczy wpatrywały się teraz w pustkę, a po chwili zniknęły. Ruvik nie napawał się zwycięstwem. Ruszył w głąb jaskini. Tak jak myślał, było tam wiele korytarzy. Instynkt jednak ciągnął go w jedną stronę. Poruszał się przy ścianie, eliminował napotkanych wrogów, ale, gdy tylko była na to szansa, starał się unikać walki. Czaił się w mroku. Wiedział, że jeśli któraś z bestii zacznie wyć to nie skończy się to dobrze ani dla niego, ani dla dziewczyny, którą miał uratować. Serce biło mu mocno, czuł zimno pot na karku. To była najważniejsza misja w jego życiu i czuł silną presję, ale pierwszy raz od bardzo dawna, poczuł też strach. Jeśli wróci z Tavedarn i uratuje tę dziewczynę stanie się najsławniejszym Łowcą na świecie. Będzie równy królom. Chęć zdobycia sławy pchała go do przodu, mimo strachu i mimo zdrowego rozsądku. 

                Dotarł wreszcie tam gdzie chciał. Czuł, że jest we wnętrzu góry i wiedział, że ucieczka z niej nie będzie łatwa. Zobaczył okrągłą jaskinię, w której znajdowało się mnóstwo bestii. Klęczały wpatrując się w coś na kształt ołtarza. Był to kawałek skały na tyle płaski by można było coś na nim położyć. Przy tym ołtarzu stała postać wyglądająca na ludzką, a na samej skale leżała naga kobieta. Ruvik zauważył jej rude włosy. To była kobieta, po którą tutaj przyszedł. Niestety rytuał zaczął się już, a w pomieszczeniu było zbyt dużo mrocznych bestii by z nimi walczyć. Przyjrzał się lepiej postaci nad dziewczyną. Również była naga, ale nie do końca. Na jej głowie znajdowała się idealnie biała czaszka wilkołaka. Udało mu się dostrzec, że to mężczyzna i że ma w ręku długi nóż, z robiony z kości. Kiedy tylko podniósł go do góry Ruvik skoczył między piekielne bestie ze swoim srebrnym mieczem.
- Zostawcie go! - ryknął mężczyzna z czaszką na głowie, a wilki zamarły wykonując rozkaz. - Ruvik! Najdzielniejszy z dzielnych, największy Łowca! Jak miło cię widzieć!
- Kim jesteś?! Oddaj mi dziewczynę to zniknę i nikt więcej nie zginie!
- Jestem Mortar, wiele setek lat temu mieszkańcy twojego świata wygnali mnie ze swojej wspólnoty tylko za to, że mój wilk pogryzł jakieś dziecko. Widocznie mu się należało - wzruszył ramionami. - Zamieszkałem wraz z nim tutaj w Tavedarn i postanowiłem się zemścić. Wysłałem go do wioski po jedną z młódek. Przyniósł mi ją, a ja, dzięki wiedzy zmieszałem ich krew. Tak powstało kilka pierwszych wilkołaków, jak je nazywacie. Wypuściłem je w świat, a one, w podzięce, pozwalają mi tworzyć kolejne ich pokolenia.
- To niemożliwe - wtrącił Ruvik. - Nie możesz tutaj żyć od setek lat.
- To jest w tym najlepsze, chłopcze. Mogę. Dzięki specjalnemu rytuałowi i krwi tych młodych dziewczyn. Trzeba ją zmieszać z krwią jednego z wilków, ale to dla nich żaden problem, bo rany szybko się goją. Walczą między sobą o to kto może mi podarować krew. Właśnie miałem przedłużyć sobie życie o kolejne pół roku. Może zechcesz się do mnie przyłączyć?
- Co? - wydukał zaskoczony.
- Byłoby bardzo miło mieć ciebie za towarzysza. Dużo o tobie słyszałem, zabiłeś wiele moich dzieci. Chciałbym cię bliżej poznać, byłbyś użyteczny.
- Nie wierzę w te bajki, po prostu oddaj mi dziewczynę i pozwól stąd wyjść, a nic ci się nie stanie…
- Groźba? - zaśmiał się. - Jesteś otoczony przez kilkadziesiąt bestii, w całej górze jest ich kilkaset. Myślisz, że uda ci się mnie zabić i wynieść stąd to dziewczę?
- Nie wiem czy mi się to uda, ale wiem, że jeśli nie przystanę na twoją propozycję to i tak mnie zabijesz, więc czemu nie spróbować?
- Wiedziałem, że to powiesz. Słyszałem o tobie naprawdę dużo. Ale zaraz zajdzie księżyc, a my tutaj sobie rozmawiamy. Wybieraj!
Ruvik nie czekał nawet aż głos przestanie brzmieć w sali i ruszył ze srebrnym mieczem w stronę Mortara. Rzucił się w jego kierunku, ale został powalony przez wilkołaka. Kolejne zbierały się do ataku. Miecz szlachtował je na prawo i lewo. Wycie, skamlenie i piski wypełniły całe wnętrze góry. Ciął mieczem ile tylko miał sił, ale czuł, że zaczyna mu już ich brakować. Ręce miał jak z ołowiu i ruchy coraz wolniejsze. Wiedział, że to nie ma sensu. Musi się przedostać do Mortara i zabić go. Tylko to mogło go uratować. I mogło uratować ją. Zebrał się w sobie i ruszył. Miecz aż płonął od czarnej krwi. Uderzał raz za razem. Atakowały go z przodu, z tyłu i z boków. Nie miał nawet sekundy wytchnienia. Wreszcie poczuł palący ból w łydce. Spojrzał i zobaczył, że jego mięsień jest rozrywany przez szczęki ogromnego wilka. Wbił mu miecz w głowę i bestia puściła, ale tę chwilę zawahania wykorzystał inny potwór, który powalił Ruvika uderzeniem pazurów. Ostre jak noże pazury rozcięły skórę na klatce piersiowej. Poczuł, że zaczyna mu brakować sił. Miał mroczki przed oczami. Był bliski omdlenia, ale między napierającymi cielskami włochatych bestii zobaczył nagie ciało rudowłosej dziewczyny. Mortar kończył modły będąc zupełnie spokojnym o swoje bezpieczeństwo. Uderzenie zębów wyrwało z dłoni Ruvika miecz. Wilki przyparły go do ściany. Widział jedynie ich przekrwione, błyszczące ślepia i ślinę ściekającą po białych kłach. Dyszały, wyły i szczekały. Czas jakby stanął w miejscu. Mężczyzna nie widział już zbyt dużo. Utrata krwi i zmęczenie dawały o sobie znać. Wyjął nóż, który służył mu do zdejmowania skór z przeciwników i rzucił nim w stronę ołtarza w przebłysku świadomości. Ostrze trafiło w czaszkę, rozbiło ją na pół, ale nie zrobiło krzywdy Mortarowi. Wilkołaki jednak na chwilę zostały zbite z tropu i spojrzały w stronę swojego władcy. Ruvik zebrał się na ostatni akt odwagi. Wyjął kuszę i założył na nią bełt. Ręce drżały bardzo mocno, a czas mu się kończył. Wilki znów zainteresowały się nim. Napiął cięciwę i wycelował. Zdążył oddać strzał nim się na niego rzuciły.

                Ocknął się leżąc na ziemi wśród czarnego futra. Rozejrzał się i zobaczył postać przy ołtarzu z wystającym z klatki piersiowej bełtem. Na skale leżała naga dziewczyna. Wokół nie było nikogo. Jaskinia wydawała się zupełnie opuszczona. Podniósł się. Czuł, że jest bardzo słaby, że stracił sporo krwi, ale nie do końca zdawał sobie sprawę z tego co się stało. Podszedł do dziewczyny i ściągnął koszulę, na której widać było ślady pazurów. Założył jej swoje ubranie i wziął ją na ręce. Powoli, nieco oszołomiony, wyszedł na zewnątrz. Po drodze nie spotkali żadnego wilkołaka.

                Czterech mężczyzn w czarnych płaszczach siedziało wokół ogniska. Las, w którym się znajdowali, był cichy, jakby nic w nim nie żyło. Noc była czarna, chmury zakrywały niebo tak szczelnie, że gdyby nie ogień nie byłoby widać własnej ręki. Ruvik odgryzł kawałek mięsa niewiadomego pochodzenia, a kość wrzucił w ogień. Iskierki uniosły się w górę. Dwaj siedzący wraz z nim wyglądali na bardzo młodych. Mieli rude włosy i dziecięce rysy. Nie byli też zbyt rośli. W porównaniu z Ruvikiem wyglądali jak uczniaki. Ostatnim towarzyszem był niemal siwy mężczyzna. Resztki pigmentu w jego włosach połyskiwały miedzią. Zmarszczki i blizny zdobiły jego zmęczoną twarz. Był wielki. Mimo wieku jego mięśnie nadal miał w sobie dużo siły. U każdego z mężczyzn połyskiwał srebrny miecz, a na plecach wisiała kusza.
- Mistrzu - zaczął Ruvik. - Jak to się stało, że te wilkołaki zniknęły. Została po nich tylko sierść. Jakby pozdychały.
- Bo pozdychały - odparł ochrypłym głosem.
- Jak to możliwe?
- To nie były zwyczajne wilkołaki. One nie powstały z rzuconej na człowieka klątwy. One były sztucznie hodowane przez Mortara. Były wytworami jego czarnej magii. Zabiłeś go, a w tego jego czary przestały działać.
- I wszystkie wilkołaki zginęły?
- Nie wszystkie - wrzucił kość w ogień. - Nie wszystkie, Ruvik. Tylko te, które stworzył Mortar. Po świecie łazi pełno wilkołaków, na które ktoś rzucił klątwę. One się łączą w pary i rozmnażają. Zakładają siedliska i stamtąd rozłażą się po okolicy. Będziemy mieć co robić jeszcze przez wiele lat. Cieszy mnie to, że pozbyłeś się tych stworzonych przez czarną magię. Co prawda zostanie nam mniej roboty, ale nie będzie ginęło już tylko naszych.

                Ruvik westchnął i spojrzał między drzewa i skoncentrował wzrok na jednym punkcie. Już wiedział co tam jest… 



Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

12/19/2014

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 5)

Mam nadzieję, że znajdziecie chwilkę między myciem okien, a ubieraniem choinki i pieczeniem pierników i przeczytacie kolejną, piątą już cześć opowiadania "Jesień niespodzianek". Jesteśmy już blisko końca, więc wyczekujcie finału.

Poprzednie części:
"Jesień niespodzianek" (część 1)
"Jesień niespodzianek" (część 2)
"Jesień niespodzianek" (część 3)
"Jesień niespodzianek" (część 4)

"Jesień niespodzianek" (część 5)



               Wyszli przed dom. Na niebie nie było żadnej chmury. Gwiazdy pokrywały je niemal w całości. Okrągły i olbrzymi księżyc górował nad kominem domu Marcusa. Martin stanął na polanie bez koszulki. Blask gwiazd oświetlał jego wilgotne ciało. Jego zabandażowane ramię dzierżyło bogato rzeźbiony, czarny jak noc trzonek lśniącego topora, którego ostrza wyglądały tak jak księżyc nad nimi. Marcus i Catherina stanęli kilka metrów od niego. Martin uniósł oburęczny topór nad głowę jedną ręką.
- Zaryzykuję swoje nic nie warte życie by zwalczyć plagę mroku, która zagraża całemu światu - krzyknął. - Poniosę to brzemię i stanę do śmiertelnej walki z każdym złem jakie spotkam na swej drodze. Przysięgam przed tymi świadkami i przed własnym honorem.

               Wygrawerowane linie na ostrzu topora zaczęły jarzyć się słabym światłem by po chwili rozbłysnąć oświetlając mroki nocy. Okoliczne drzewa pokryły się świetlistymi liniami, które składały się w przeróżne symbole. Choć rysunki na ostrzu nie ruszały się to te na drzewach tak. Linie wiły się i układały w różne kształty. Księżyc zmienił się nagle w czerwoną kulę. Świetliste linie, które wydobyły się z jej wnętrza uderzyły wprost w ostrze topora. Światło zgasło, zapadł całkowity mrok. Zwierzęta w lesie nie ważyły się nawet pisnąć. Wiatr nie ruszył nawet listkiem. Wydawało się, że życie zamarło. Po chwili jednak wszystko wróciło do normy. Księżyc znów był księżycem, a Martin opuścił topór na ziemię i przyklęknął.
- To chyba nie ma już odwrotu - zażartował wstając z trudem.
- Tak, chyba tak - Marcus rzucił z przerażeniem w oczach. - Nigdy nie widziałem tak potężnej magii, nawet w Campusie Magów.
- Gdzie? - zapytał Martin.
- To nie jest moment na opowieści - zbył go dziadek. - Teraz wracajmy do domu i przygotujmy się do podróży na południe!
- Wyruszamy od razu? - Catherine nie ukrywała zaskoczenia.
- Nie - odparł Marcus. - Jutro z samego rana.

                Kiedy tylko słońce wzeszło cała trójka opuściła dom wyposażona w plecaki wypełnione zapasami. Marcus wziął ze sobą kilka magicznych przedmiotów i buteleczek, które mogą pomóc w leczeniu. Martin zabrał nóż i topór, trochę suchego prowiantu i bukłak z wodą. Catherine niosła najmniejszy plecak, w którym niosła najpotrzebniejsze rzeczy. Martin uzbroił ją w długi sztylet, którego kiedyś sam używał, a który był na tyle lekki by ona mogła się nim posługiwać bez problemu. Marcus również miał mały nóż, ale wolał używać swoich magicznych umiejętności. Na początku podróż nie była trudna. Kierowali się na południe. Ciepła pogoda nie utrudniała marszu. Martin i Catherina rozmawiali cały czas, choć chłopak przy okazji obserwował okolicę. Chciał mieć pewność czy nikt ich nie zaskoczy. Cały dzień minął spokojnie. Udało im się przebyć spory fragment drogi prowadzącej do Baldentu. Zaczęło się jednak ściemniać i musieli rozbić obóz. Martin uznał, że najbezpieczniej będzie zostać w lesie gdzie wróg nie wypatrzy ich z daleka. Co prawda nie wydarzyło się nic niepokojącego przez cały dzień, ale wolał dmuchać na zimne. Niestety nie znalazł drzewa, które mogłoby posłużyć za nocleg nad ziemią, który był bezpieczniejszy ze względu na te wielkie psiska, które ścigały Catherine. Rozstawili szałas z pozbieranych gałęzi i rozpalili małe ognisko. Martin pierwszy stanął na warcie, uznał, że właśnie tak trzeba zrobić. Obserwował noc, ale nic się nie wydarzyło. Marcus zmienił go po kilku godzinach, jego warta też była spokojna. Nie chcieli zgodzić się żeby młoda Wiedźma pilnowała obozu, ale ona nie dała za wygraną. Ta noc minęła całkiem spokojnie. Nie wydarzyło się zupełnie nic. Od świtu szli dalej. Wiedzieli, że im szybciej dotrą na miejsce tym szybciej będą mogli zająć się swoim przeznaczeniem.

                Kolejne kilka dni zeszło im na marszu i rozmowach. Młodzi poznawali się coraz lepiej, rozmawiali dużo. Marcus często im dogryzał z tego powodu. Noce były spokojne, ale mimo to nadal wystawiali warty. Martin nie chciał żadnego ryzyka. Uznał, że nie może sobie pozwolić na walkę i narażenie na urazy członków swojej małej drużyny. Po dwóch tygodniach byli mniej więcej w połowie drogi, porządnie zmęczeni. Martin musiał polować, bo zapasy już się skończyły. Na szczęście w górskim terenie, przez który szli, nie trudno było znaleźć źródełka z czystą wodą. Weszli już na tereny, których Martin nie znał. To wzmagało jego czujność. Pewnej nocy nie mogli znaleźć dogodnego miejsca na nocleg. Weszli więc do małej jaskini, miała tylko kilka metrów długości, więc nie było tam komfortu. Martin martwił się, że w tej jaskini nie ma drogi ucieczki i jeśli coś ich zaskoczy to nie będą mogli ujść bez walki. Wyszedł przed jaskinię i tam wpatrywał się w ciemność. Catherine nie mogła spać i wyszła do niego.
- Coś cię niepokoi? - szepnęła siadając blisko niego.
- Oprócz tego, że zostałem ostatnią nadzieją świata przez jakieś proroctwo, to nie - odparł. - Ale to nie twoja wina. Nie możesz zasnąć?
- Tak… Chyba coś jest w powietrzu. Nie wiem…
- Ja tam nic nie czuję, ale nie mam nic wspólnego z magią, więc to pewnie dlatego.
- Martin - wzięła głęboki wdech. - Chciałabym żebyś wiedział, że polubiłam cię przez ten czas. Widzę jak ciąży ci twoje zadanie, ale widzę też, że jesteś dobrym człowiekiem.
- To nie do końca prawda - wtrącił.
- Właśnie o to chciałam zapytać… Dlaczego nie dbasz o własne bezpieczeństwo, dlaczego nie zależy ci na swoim życiu?
- To bardzo proste, choć nie każdy potrafi to zrozumieć. Jeśli jest się całkiem samotnym to nie zależy ci na tym co się z tobą stanie. Nie chodzi mi o grupę ludzi, którzy nas otaczają. Oni nie są mi do niczego potrzebni. Nie mam przyjaciół i to mi nie przeszkadza, tak jest nawet lepiej. Chodzi mi o pustkę w sercu. Powiem ci szczerze, bo nie wiem jak długo potrwa nasza znajomość. Brakuje mi miłości kobiety, brakuje mi tego bym mógł o nią dbać, bym mógł się nią opiekować, by moje życie mogło być poświęcone jej. Dlatego jest nic nie warte i nie obchodzi mnie czy zginę, zostanę ranny czy cokolwiek innego się ze mną stanie. Gdyby ktoś obdarzył mnie uczuciem - podrapał się po zaroście - to byłbym dla niego jak najlepszy.
- Ah - odwróciła wzrok. - Nie wiedziałam, że to aż tak osobista sprawa, przepraszam…
- Nie szkodzi, nie mam nic do ukrycia - uśmiechnął się.
- Bo wiesz… Ja nie mam dobrych wspomnień jeśli chodzi o mężczyzn. Zaufałam jednemu i źle na tym wyszłam, potem władca Baldentu mnie porwał, ale… - odetchnęła - czuję, że ty jesteś inny niż oni. Masz swoje własne spojrzenie na świat, jesteś uczciwy, potrafisz o siebie zadbać i zaczynam cię lubić coraz bardziej. Chciałabym żebyś znalazł sens życia we mnie…
- Tak? - Martin spojrzał na nią swoimi niebieskimi, przenikliwymi oczami. - Też cię bardzo polubiłem, ale nie jestem dobry w rozmowach na ten temat i nie wiedziałem co czujesz, dlatego nie chciałem o tym mówić - przetarł dłonią czoło. - Zresztą nasze obecne położenie chyba nie jest najlepsze by prowadzić takie rozmowy…
Nagle spadło na nich coś czego się nie spodziewali. Olbrzymie czarne ptaszysko spadło z nieba wprost na nich. Czarne pióra lśniły w blasku gwiazd. Było wyższe od dorosłego człowieka. Miało długie i ostre szpony, a do tego potworny zakrzywiony dziób. Oczy tego ptaszyska pałały czerwienią. Skrzeczało i atakowało. Wielkie skrzydła wzbiły kurz i ptak poderwał się do lotu. Zawirował w powietrzu i rzucił się w dół. Martin wepchnął Catherine do jaskini.
- Marcus! - krzyknął. - Zrób coś!
Ptak wbił w niego szpony nim zdążył podnieść topór. Marcus postawił powietrzną tarczę w wejściu do jaskini. Potwór nie mógł się przez nią przebić na początku, ale moc czarodzieje nie wystarczała na długo. Ptaszysko wróciło do Martina. Ten dopiero podnosił się, krew spływała z jego ramion. Bestia ruszyła na niego. Leciała kilka metrów nad ziemią wzbijając kurz. Otworzyła dziób szykując się do śmiertelnego uderzenia. Martin wzniósł w górę topór i zamachnął się z całej siły. Trafił prosto w łeb ptaka, który zawinął się w powietrzu, uderzył w drzewo i upadł na ziemię. Martin nawet nie spojrzał na zwłoki napastnika i ruszył w stronę wejścia do jaskini. Marcus od razu zbadał jego rany. Dwa głębokie zadrapania na ramionach obficie krwawiły. Razem z Catheriną zajęli się nim.
 
Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

12/12/2014

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 4)

Czwarta część opowiadania. Powoli zbliżamy się do końca i jeśli nie możecie się go doczekać to zapraszam do czytania. Miałem wstawić ten tekst dopiero w poniedziałek, ale że dziś jest dla mnie ważny dzień to macie taki prezencik na początek weekendu.

Poprzednie części:
"Jesień niespodzianek" (część 1)
"Jesień niespodzianek" (część 2)
"Jesień niespodzianek" (część 3)

"Jesień niespodzianek" (część 4)



Starszy siwy mężczyzna usiadł obok Catherine i otworzył jedną z ksiąg, które przyniósł z półek. Była to wielka i gruba księga oprawiona w brązową skórę. Marcus kartkował ją szukając czegoś konkretnego.
- Więc jaką masz moc, dziecko? - zapytał nie odrywając wzroku od kart księgi.
- Słucham? - odparła, udając zaskoczenie.
- Wiem, że masz w sobie moc i to całkiem silną, ale niestety nie potrafię wyczuć jaką dokładnie. Nie jestem aż tak potężnym czarodziejem. Właściwie to nie jestem nim w ogóle, nigdy nie przeszedłem próby bólu. Bałem się jej poddać. Dlatego zamieszkałem z dala od ludzi i od czasu do czasu im pomagam. Powiedz mi jaką masz moc.
- Taak - zawahała się lekko. - Jestem wiedźmą, która potrafi wpływać na pogodę i na ludzi. Nie do końca potrafię korzystać ze swoich mocy, nikt mnie tego nie nauczył.
- Chyba nie omotałaś mojego wnuka swoim czarem, wiedźmo?! - Marcus rzucił jej kąśliwe spojrzenie.
- Nie, nie - odparła nerwowo. - On pomógł mi ponieważ sam chciał. To władca Baldentu, ten tyran, chciał wykorzystać mnie do pokonania swoich wrogów. Uznał, że dzięki panowaniu nad pogodą będzie mógł powiększyć swoje plony, a uprawy tamtych krain zniszczyć. No i kiedy nauczę się kontrolować ludzi będę mogła po prostu zmusić innych władców do oddania mu swoich królestw. Dlatego porwał mnie wraz z rodziną i więził u siebie w zamku. Chciał się ze mną ożenić, a potem wykorzystywać. Nie mówiłam o tym Martinowi, bo nie chciałam żeby się mnie wystraszył.
- Martin? - zaśmiał się dziadek. - On się nie boi magii. Nie zna się na niej, bo nigdy go niczego nie uczyłem, ale na pewno się jej nie boi. Zresztą, co mnie martwi, on nie boi się w ogóle. Nie dba o swoje życie, jakby było mu wszystko jedno…
- Dlaczego?
- Nie mam… - nagle uderzył palcem w stronę księgi - Mam! Tutaj jest to dokładnie opisane, ale nim ci o tym opowiem muszę się jeszcze upewnić. To bardzo ważne. No i poczekamy na Martina.

                Marcus szperał po innych księgach co jakiś czas drapiąc się po głowie. Catherine, żeby się czymś zająć, pozmywała po posiłku. Starszy mężczyzna nie był zbyt rozmowny, za to był niesamowicie skupiony na tym by znaleźć w księgach to czego szukał. Wreszcie do domku dotarł Martin, taszcząc ze sobą spory, bardzo ładnie grawerowany topór, którego ostrza tworzyły księżyc w pełni. Wniósł go i oparł o ścianę. Marcus od razu zawołał go do siebie, poprosił też Catherine. Usiedli przy stole. Starszy otworzył największą księgę, tę do której zajrzał na samym początku.
- Przeczytam wam teraz dopełnienie przepowiedni, którą już znacie. Słuchajcie uważnie, bo jest bardzo ważna: Zjawisko, które wskaże człowieka godnego poprowadzenia ludzkości w walce przeciwko złu będzie miało wpływ na pogodę i na ludzi. Nie wpłynie jednak na niego, wszystko co on zrobi, musi zrobić z własnej woli. Jego zachowanie pokaże, czy pokona on mrok czy pomoże mu zwyciężyć. Musi on ponieść oręż, który zapłonie w trakcie pełni i będzie płonął od sierpa do sierpa.
- Po co nam to czytasz? - Martin zapytał po chwili ciszy.
- Już ci to tłumaczę, chłopcze. Otóż twoja koleżanka jest tym zjawiskiem. Ona jest wiedźmą, która ma wpływ na pogodę i ludzi. Co prawda nie wie jak to zrobić, ale ma takie umiejętności. Nie wpłynęła jednak na ciebie, ty pomogłeś jej z własnej woli. Uratowałeś życie, bo chciałeś to zrobić, a nie bo ona cię zaczarowała. Masz już oręż, który zapłonie w trakcie pełni, to właśnie ten topór. Dałem ci go kiedyś, ale nie sądziłem, że to ty będziesz tym wybranym.
- Nie rozumiem - chłopak pobladł.
- To ty poprowadzisz nas w walce o zwycięstwo nad złem. To ty jesteś wybranym i to ona cię wskazała. Gdybyś postąpił inaczej pewnie w jakiś sposób pomógłbyś wygrać złu, ale postąpiłeś tak, że jestem z ciebie dumny, tak dumny jak jeszcze nigdy nie byłem. W trakcie pełni, która notabene jest już dziś w nocy, będziesz musiał podjąć decyzję czy zechcesz pomóc światu, czy wolisz by ten pogrążył się w mroku na setki lat. Ta decyzja musi wyjść od ciebie, nikt nie może na nią wpłynąć. Ja muszę tylko wyjaśnić konsekwencje obydwu decyzji.
- To prawda? - zwrócił się do dziewczyny. - To prawda, że jesteś wiedźmą?
- Tak…
- Czemu mi nie powiedziałaś?
- Bałam się, że się wystraszysz i mnie wydasz. Nie znam cię w ogóle, nie wiedziałam jak zareagujesz - odwróciła twarz od jego przenikliwego wzroku.
- Rozumiem - spojrzał znów na dziadka. - Chyba nie mam wyboru i muszę podjąć jakąś decyzję. Opowiedz mi o tym co muszę wiedzieć.
- Jeśli zgodzisz się ponieść ten ciężar czeka cię trudna walka. Będziesz musiał zabić wielu ludzi, będziesz musiał pokonać wiele przeciwności, być może zginiesz. Będzie czekała cię śmiertelna walka z magicznymi istotami, które będę działać na ciebie podstępnie. Nie będziesz mógł zaufać nikomu. Natomiast jeśli wybierzesz drugą opcję - zawahał się - i oddasz mi ten topór rezygnując z zadania, skarzesz świat na pogrążenie w mroku. Niemal wszyscy zginą. Ci, którzy przeżyją będą dręczeni przez tyrana i jego mroczne sługi. Nie wiadomo czy kiedykolwiek będą w stanie się podnieść i wywalczyć dla siebie miejsce do godnego życia.
- Rozumiem - odparł spokojnie. - Dajcie mi pomyśleć w samotności. Wrócę przed zapadnięciem zmroku.
- Zaczekaj! - Marcus złapał go za ramię. - Jest jeszcze jedna rzecz, o której wcześniej nie wspomniałem.
- Mów.
- Nie będziesz mógł stworzyć regularnej armii. Ludzie za tobą nie pójdą tak łatwo. Będziesz musiał po prostu wyeliminować zło licząc na pomoc nielicznych, którzy będą chcieli zaangażować się w twoją walkę.
- Bycie samemu nie jest złe, dam sobie radę, powiedz mi tylko gdzie znajdę to całe zło.
- Nie będziesz samotny - postukał w oprawę księgi. - Według tej księgi przepowiedni musi ci towarzyszyć zwiastun i przewodnik, czyli Catherine i ja.
- Gdzie znajdę to zło? - zapytał, pomijając temat towarzystwa.
- Według przepowiedni mrok wylewa się z Kryształowej Świątyni.
- To w Baldencie, zaraz obok zamku - Catherine wtrąciła się.
- Czyli chyba już wiemy kto jest naszym przeciwnikiem, idę przemyśleć wszystko czego się dowiedziałem. Wrócę przed zmrokiem.

                Wyszedł trzaskając drzwiami. Zanim przekroczył próg zerknął na topór. Catherine została sama z Marcusem. Rozmawiali długo o tym co ich czeka. Czarodziej wypytywał ją o różne szczegóły dotyczące drogi jaką przebyła, zamku w Baldencie i samej Kryształowej Świątyni. Dziewczyna nie wiedziała zbyt wiele, ponieważ przez większość czasu była zamknięta, jednak sumiennie opowiedziała o wszystkim co tylko zauważyła czy nawet usłyszała. Obydwoje zajęli się rozmową, ale Catherine postanowiła zrobić kolację, sądziła, że Martin będzie głodny kiedy wróci. Marcus nie protestował i pokazał jej gdzie trzyma zapasy żywności. Dziewczyna zajęła się przygotowania, ale nie zdążyła dokończyć posiłku, ponieważ drzwi do domu otworzyły się ponownie. Martin wszedł do chaty z zakrwawionym ramieniem.
- Co się stało?! - wykrzyknął Marcus.
- Biegły tutaj trzy czarne psy, takie jak ten, którego zabiłem przed moim domem. Dwa były przywiązane do ciebie, Cathrino, ale jeden był chyba dla osłony. Rzucił się na mnie kiedy tamte nawet nie zauważyły, że jestem w pobliżu. Nie spodziewałem się tego i zdążył mnie zadrapnąć, to nic groźnego.
- Widziałam jaka to była bestia, na pewno bardzo cię boli i trzeba to opatrzyć.
- Nie boli aż tak bardzo i opatrzymy to dopiero kiedy opowiem resztę historii. Zabiłem tego psa i poszedłem za tamtymi dwoma. Biegły wprost tutaj. Jednego zaskoczyłem dużo wcześniej, jeszcze na ścieżce, ale drugi leży przed drzwiami. Szykował się do skoku. Zdążyłem wbić mu nóż w łeb nim odbił się od ziemi. Może rzucisz na niego okiem, dziadku? Wyczujesz co jest grane. Podjąłem też decyzję sprawie, którą miałem przemyśleć.
- Później - zaprotestowała dziewczyna. - Najpierw Marcus zobaczy co to za bestia, a ja opatrzę twoje ramię, zgoda? Proszę.
- Niech tak będzie - westchnął ciężko widząc wpatrzone w niego piękne, zielone oczy.

                Siwy mężczyzna wyszedł z domu. Martin usiadł na krześle przy stole. Catherine przyniosła bandaże i jakąś maść. Zdjęła mu delikatnie szarą koszulę. Dotykała jego napiętych mięśni. Na barku ziały trzy głębokie rany po pazurach. Krew ściekała po ręku i kapała na podłogę.
- Trzeba będzie to zszyć - powiedziała niemal szeptem.
- Rób co musisz - odparł obojętnie.
- Nie mam nic co uśmierzy ból…
- Nie przejmuj się tym - mrugnął do niej.
Poszła po miskę z wodą i kilka białych ścierek. Przyniosła też igłę i nić, którą zauważyła na jednej z półek. Usiadła na krześle obok Martina i delikatnie przemywała jego ramię wodą. Mimo bólu, jaki musiało mu to sprawiać, nie mrugnął nawet okiem. Patrzył tylko jak jej piękne, długie palce krążą po jego ramieniu. Kiedy rany były już czyste podniosła igłę z nitką. Wzięła kilka głębokich oddechów i wbiła ją w skórę Martina. Kropla krwi spłynęła po mokrym ramieniu. Nawet nie drgnął, po prostu na nią patrzył swoim badawczym wzrokiem. Ona nie odrywała oczu od ran. Była skupiona na tym co robi. Chciała skończyć jak najszybciej. Nie chciała sprawiać mu ani odrobiny bólu. Gdy zszyła wszystkie trzy rany posmarowała je zieloną maścią.
- To zapobiegnie zakażeniu - powiedziała.
- Widzę, że się na tym znasz - odparł z uśmiechem.
- Trochę. Pomagałam mamie, która była kimś w rodzaju uzdrowiciela.
- Rozumiem. Dziękuję - uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Jeszcze bandaż… - poczuła, że się rumieni.
Owinęła mu zranione miejsce kawałkiem materiału. Marcus akurat wrócił do domu.
- To czarna magia - zaczął od progu. - Te bestie nie są z tego świata, są stworzone przez czarną magię. Wiem też, że są połączone z Catheriną w jakiś sposób. Nic na to nie jestem w stanie zaradzić.
- No trudno. Opowiem wam o mojej decyzji - Martin wstał z miejsca i wziął topór. - Chodźcie na zewnątrz, już jest ciemno. Zaraz wzejdzie księżyc.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

11/28/2014

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 3)

Część trzecia opowiadania. Zapraszam do czytania. Jeśli chcecie zapoznać się z poprzednimi dwiema częściami to zapraszam tutaj: "Jesień niespodzianek" (część 1) ; "Jesień niespodzianek" (część 2).

"Jesień niespodzianek" (część 3)



Cathrine rozsiadła się na niedźwiedziej skórze przy kominku i zapatrzyła się w tańczące płomienie. Pomyślała, że to bardzo podejrzane, że Martin nie pozwala jej wyjść. Wpadła jej do głowy myśl, że pewnie liczy na nagrodę i chcę ją sam zaprowadzić do władcy Baldentu. Przestraszyła się, że to może być prawda. Po chwili jednak odrzuciła te myśli i uznała, że zaufa mu. Nie wiedziała gdzie jest, nie wiedziała dokąd ma uciec. Tutaj czuła się bezpieczna, z nim czuła się bezpieczna. Pomógł jej. Zabił tych trzech żołnierzy, zaopiekował się nią, był dla niej dobry. Żałowała, że nie powiedziała mu wszystkiego od razu, ale mógłby się przestraszyć. Mógłby ją wyrzucić, albo wydać. Dobrze zrobiła, że mu nie powiedziała. To nie było kłamstwo, po prostu nie powiedziała o sobie wszystkiego. Głośne uderzenie w drzwi wyrwało ją z zamyślenia. Coś zawyło przeraźliwie i ponownie łupnęło w drewniane drzwi. Dziewczyna zerwała się na równe nogi. Oparła się plecami o jedną ze ścian. Jakaś bestia chciała się dostać do środka. Wycie przypominało dźwięk wydawany przez wilka, ale było o wiele bardziej przerażające. Złapała nóż leżący na stole i przycisnęła go do piersi. Bestia na zewnątrz odbiegła kawałek, słychać było jej dyszenie i głośne wycie. Ruszyła ponownie. Catherine słyszała jak wielkie łapy odbijają się od żwirowej ścieżki. Wyciągnęła przed siebie dłoń, w której trzymała długi nóż. Była gotowa na to, że ta bestia przebije się przez drzwi i wpadnie do chaty. Czekała na ten moment, ale on nie nastąpił. To stworzenie żałośnie zaskamlało i zapadła zupełna cisza. Nagle drzwi otworzyły się, a do środka wszedł Martin wrzucając naręcze sporych drewnianych pieńków. Nie zwracając uwagi na przerażoną dziewczynę wyszedł z domu raz jeszcze i po chwili wrócił z długim noże w ręku ciągnąc za sobą olbrzymiego, czarnego psa. Zwierzę wielkością było bliższe niedźwiedziowi niż psu, było zupełnie czarne, a z jego boku wyciekała bordowa, gęsta krew. Długie, białe kły sterczały z otwartego pyska.
- Nic ci nie jest? - Martin zapytał najzupełniej spokojnie zamykając drzwi.
- Nie, tylko trochę się wystraszyłam - odparła odkładając nóż na stół. - Co to jest?
- Nie mam pojęcia, ale niedawno widziałem to coś skradające się między drzewami w lesie. Pierwszy raz widzę takie stworzenie, ale mam przeczucie, że to wiąże się z jesienią niespodzianek, o której ci wcześniej mówiłem.
- Teraz może opowiesz mi więcej?
- Jasne, ale najpierw sprawdzę cóż to jest.
Nachylił się nad ciałem bestii i dokładnie je badał. Zajrzał w oczy, okazały się całkiem czerwone. Zwierzę miało olbrzymie łapy, było niezwykle silne. Jego gęste futro było bardzo szorstkie, niemal nie dało się go dotykać.
- Szkoda, że to coś chciało cię zjeść, może mógłbym to oswoić - zażartował.
- Skąd wiesz, że chciało zjeść mnie? - zapytała zaskoczona.
- Bo jak do niego podszedłem to nawet na mnie nie spojrzał. Nie zainteresował się mną zupełnie. Wbiłem mu nóż w bok nie odkładając drewna. To wszystko jest bardzo dziwne, ale to pewnie dlatego, że wmieszały się w to wszystko czary.
- Czary? - otworzyła szeroko oczy, zakręciło jej się w głowie.
- Tak. Nie znam się na tym za bardzo, ale wydaje mi się, że to coś tak jak i żołnierze byli z Tobą jakoś połączeni. Chcieli dorwać tylko ciebie nie zwracając uwagi na nic innego.
- To brzmi całkiem sensownie, ale nie wiem jak to możliwe - zbladła jeszcze bardziej.
- Ja też nie. Znam kogoś kto wie więcej na ten temat, ale wybierzemy się do niego dopiero jutro. Teraz pozbędę się tego cielska, a ty prześpij się trochę - złapał ciało zwierzęcia za tylną łapę i wyciągnął za drzwi.

Cathrine usiadła na łóżku i złapała się za głowę. Wiedziała, że nie mogą iść do człowieka, który wie cokolwiek o magii, bo wtedy wszystko się wyda. Wiedziała, że wtedy to co zataiła i tak wyjdzie na jaw. Musiała coś wymyślić, ale w tej chwili miała pustkę w głowie. Do głowy przyszła jej jedynie ucieczka, ale po tym co widziała przed chwilą bała się uciekać. Pozostało tylko powiedzieć prawdę lub liczyć na to, że nic się nie wyda. Martin wrócił po kilku minutach i usiadł obok niej na łóżku.
- Cathrine - zaczął spokojnie patrząc jej w oczy. - Wiem, że nie jest łatwo zaufać obcemu mężczyźnie, zwłaszcza jeśli wcześniej jakiś facet cię skrzywdził, ale naprawdę możesz mi powiedzieć wszystko i prawdopodobnie powinnaś, bo inaczej mogę nie dać rady ci pomóc.
- Opowiedz mi o tej jesieni niespodzianek - uniknęła jego wzroku i zmieniła temat.
- Opowiem ci o tym, ale jutro, dobrze? - uśmiechnął się do niej. - A lepiej będzie jak opowie ci o tym człowiek, do którego pójdziemy. On zna dokładną treść tej legendy, wraz z przepowiednią, która jej towarzyszy. Ja nigdy nie lubiłem przepowiedni ani legend, więc wiem tylko co nieco.
- Dobrze, chociaż miło by było gdybyś opowiedział mi choć trochę - oparła mu głowę na ramieniu, nie cofnął się.
- Ta legenda mówi o tym, że pewnego roku jesień będzie inna niż zwykle. Tutaj co roku zaczynała się tak samo, wraz z pierwszym dniem jesieni przychodziły ulewne deszcze i chłód, do tego mgły i porywisty wiatr. Kiedy nadejdzie ta jesień wydarzy się wiele rzeczy, które mogą odmienić losy świata. Nie bardzo chce mi się w to wierzyć. W każdym razie ludzie opowiadają, że gdy ta jesień przyjdzie czeka nas wojna i to nie zwykła wojna, ale taka, w której udział weźmie magia. Jutro pójdziemy do mojego dziadka, a on opowie ci dokładnie o co chodzi i postara się coś zaradzić na twoje problemy. Może jakoś…
Nie dokończył zdania, bo poczuł, że Catherine zasnęła na jego ramieniu. Położył ją delikatnie w łóżku i przykrył baranią skórą. Sam podszedł do okna i wpatrywał się w ciemny las.

Następnego ranka świeciło piękne słońce i było niespotykanie ciepło. Martin siedział na pniu przed domem i czekał na Catherine, gdy ta tylko wyszło z chatki ruszyli w głąb lasu. Martin prowadził ich krętą ścieżką prowadzącą pod górę. Przy okazji opowiadał jej o roślinach i zwierzętach, które o tej porze roku powinny już dawno czekać na zimę. Teraz jednak na drzewach nadal było sporo liści, krzewy i kwiaty jeszcze kwitły, a zwierzęta żwawo biegały po lesie. Wreszcie dotarli do szczytu wzniesienia, na którym stała niewielka chatka, bardzo podobna do tej, w której mieszkał Martin. Miał stożkowaty dach, a z komina unosił się dym.
- Jesteśmy w sam raz na obiad - zaśmiał się chłopak i ruszył w stronę drzwi drewnianego domku, Catherine ruszyła za nim.
Drzwi otworzyły się nim zdążyli zapukać. Na progu zjawił się starszy mężczyzna. Jego zmarszczki i siwe włosy świadczyły o jego wieku. Miał na sobie długą, skromną, szarą szatę z szerokimi rękawami.
- Martin! - zawołał. - A skąd się tutaj wziąłeś, chłopcze?!
- Mamy pewną sprawę, ale dobrze cię widzieć dziadku! - uściskali się.
Starszy podrapał się po krótkich, siwych włosach i zwrócił się do dziewczyny.
- A kim jest ta piękna, młoda dama?
- Catherine - przedstawiła się. - Miło mi poznać.
- Marcus - ukłonił się i cmoknął ją w dłoń.
Gdy tylko dotknął ustami jej dłoni cofnął się i spojrzał na nią. Jego oczy ukazywały ogromne zdziwienie. Ona natomiast spojrzała na niego błagalnie. Wydawać by się mogło, że prosiła go by nic nie mówił.
- Zapraszam was na gulasz, który właśnie się gotuje! - Marcus klasnął w dłonie. - Opowiecie mi o co chodzi przy ciepłym posiłku.
Usiedli przy okrągłym stole ustawionym na środku pokoju. Przy ścianach stało pełno półek, na których znajdowało się mnóstwo fiolek, słoiczków i ksiąg. W rogu, ja jednym z regałów rosło kilka roślin, o których Catherine nigdy nie słyszała. Z tyłu pokoju w kominku palił się ogień. Dziadek Martina usadził gości przy stole, sam poszedł po kociołek wiszący nad ogniem. Wlał im do miseczek porcje i podał wraz ze świeżym chlebem. Zajadali ze smakiem i zaczęli rozmawiać.
- Wiem po co przyszedłeś, Martin - zaczął Marcus.
- Oczywiście, że wiesz. To przez jesień.
- Taaak - mruknął. - Jesień niespodzianek.
- Dokładnie, wczoraj do mojego domu dobijał się czarny pies z czerwonymi ślepiami, który był wielki jak niedźwiedź.
- Tak, wiem nawet dlaczego się dobijał - spojrzał na dziewczynę. - W dodatku pogoda szaleje, więc to na pewno ta jesień. Twoja koleżanka chce pewnie poznać całą historię?
- Tak, chciałabym - odpowiedziała.
- Przepowiednia, od której to wszystko się zaczęło jest bardzo stara i brzmi tak: Rok za rokiem jesień przychodzi jednaka, ale raz przyjdzie inna. Wtedy nastanie mrok jeśli nie znajdzie się człowiek, który poniesie ostrze przeciwko czarnej pladze. W dniu początku jesieni zjawi się zwiastun, który wskaże człowieka godnego tego zadania. Człowieka, który uratuje ludzkość lub pogrąży ją na wieki w mroku.
- To strasznie brzmi - powiedziała kiedy skończył.
- Tak, ale proroctwa często tak brzmią, a potem okazują się niegroźne. W każdym razie według tego co udało się przez wieki wyczytać z tego proroctwa…
- Czyli z legend - wtrącił kąśliwie Martin, dziadek to zignorował.
- Chodzi o to, że pojawi się jakiś znak, który pokaże kto jest godzien poprowadzić nas w walce przeciwko czarnej magii, którą posłuży się bardzo zły człowiek. Wydarzy się to tej jesieni, tego jestem pewien.
- Tak, też mi się wydaje, że łączy się z tym magia, ale od razu wojna? Nie przesadzajmy - Martin skończył jeść i odstawił miseczkę na bok.
- A skąd w ogóle wytrzasnąłeś taką wspaniałą dziewczynę, chłopcze?
- A to ciekawa historia, bo uciekała przed trójką doborowych żołnierzy władcy Baldentu. Ścigali ją, więc ich zabiłem. Ona była wyczerpana, więc się nią zająłem.
- Nie wierzę - Marcus mruknął zapatrzony w dal. - Teraz już wszystko łączy się w całość…
- Co? - Martin zdziwił się reakcją dziadka.
- Biegnij do domu po topór, który ci dałem i to migiem! - Siwy mężczyzna wstał od stoły i zajął się przeglądaniem ksiąg na jednej z półek. - Biegnij, chłopcze, później wam wszystko wyjaśnię!

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)