Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą walka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą walka. Pokaż wszystkie posty

9/27/2015

Opowiadanie #9 - "Bo nic nie pozostało" cz. 5

Drodzy czytelnicy,

nie będę po raz kolejny tłumaczył się dlaczego mnie nie było tak długo. W każdym razie macie ostatnią część opowiadania, w której wszystko się rozstrzygnie. Będą wybuchy, będą mordobicia, czyli to czym lata 80' w kinie akcji słynęły. Zapraszam do czytania.

Poprzednie części:
"Bo nic nie pozostało" cz.1
"Bo nic nie pozostało" cz.2
"Bo nic nie pozostało" cz.3
"Bo nic nie pozostało" cz.4

Bo nic nie pozostało cz. 5

Czarna furgonetka mknęła ulicami miasta. Było ciemno, słońce ni zdążyło jeszcze wzejść, więc nikt nie mógł zauważyć czarnego pojazdu. Wewnątrz siedziała grupa pięciu mężczyzn, uzbrojonych po zęby. Nie mieli na sobie kominiarek czy kamizelek kuloodpornych. Samochód prowadził Stevens, dowódca i najbardziej doświadczony policjant, były żołnierz. Obok niego siedział Marcus, młokos, który niedawno trafił do zespołu, człowiek, który pogubił się w życiu, ale mimo wszystko chce zrobić coś dobrego. Z tyłu znajdował się Woods, były bokser, którego cechowała wrodzona brutalność. Kirk, olbrzym, który lubił awantury i Ying, uciekinier z Korei Północnej, wyszkolony do zabijania i nad wyraz brutalny. Ta ekipa kierowała się do posiadłości Pinto, Kolumbijczyka, który dorobił się na handlu narkotykami, a teraz trzyma za gardło całe miasto robiąc w nim wszystko na co przyjdzie mu ochota.
- Panowie - Stevens przerwał ciszę. - Powtórzmy jeszcze raz co robimy.
- Tak jest - rzucił Kirk. - Ja z Woodsem wpierniczamy się na główną bramę. Robimy hałas, obijamy mordy i spadamy na tył.
- W tym czasie ja - zaczął Ying - przejdę przez płot od strony rzeki i wyłączę prąd przy okazji zabijając kogo się da.
- Zgadza się. Ja z młodym rozstawimy granatnik na górce i otworzymy ogień. Ta broń ma dwanaście strzałów, więc trochę zamieszania zrobi. Kiedy będzie strzelać podejdziemy bliżej i wejdziemy za ogrodzenie od wschodniej strony.
- Jak już zajmiemy strażników na tyle żeby się zlecieli przy głównej bramie wracamy do furgonetki i wjeżdżamy do środka.
- To bardzo ważne! Mamy tutaj trzysta kilo materiałów wybuchowych. Wjeżdżacie do środka i jedziecie prosto na willę. W ostatniej chwili musicie wyskoczyć i odpalić ładunki. Bez dziury w ścianie nie wejdziemy do środka.
- A w środku - Marcus uśmiechnął się - bawcie się jak najlepiej, tylko zabijcie Pinto. Samochód zatrzymał się kawałek od brzegu szerokiej i brudnej rzeki. Marcus i Stevens wynieśli z niego spory granatnik i udali się w pobliskie zarośla. Ying ubrany w piankę do nurkowania zanurkował w toń brudnej wody. Pozostała dwójka wsiadła do auta i pojechała dalej.
- Wiesz, który jest dzisiaj? - zapytał Marcus.
- Chyba dwudziesty szósty, a co?
- Dokładnie rok temu ją poznałem.
- Pamiętasz takie rzeczy? - zdziwił się Stevens.
- Pamiętam wszystko co ma związek z tą kobietą…
- Nigdy nie kochałem tak bardzo jak ty, młody.
- To się ciesz - burknął i zajął się rozstawianiem sprzętu.
Światła wokół płotu i w domu zgasły co oznaczało, że Ying zrobił swoje. Stevens odpalił granatnik i razem z Marcusem ruszyli biegiem przez niewielki mostek prowadzący do wschodniej strony muru.
Tymczasem przed główną bramą słychać było strzały. Ochroniarze Pinta nie do końca widzieli do kogo strzelają, ale bronili się przed rzucanymi w ich kierunku granatami. Nagle wybuchy granatów usłyszeli również wewnątrz posiadłości, nie wiedzieli zupełnie co mają robić. Zobaczyli tylko dwa światła czarnej furgonetki, która przebiła się przez nich i przez bramę i pomknęła prosto w stronę wielkiego domu. Zatrzymała się dopiero na tarasie, którego dach podtrzymywały marmurowe kolumny. Ziemia zadrżała od wybuchu jaki wysadził pół ściany willi Pinta.
- Ying, szybko do środka! - krzyknął Kirk.
- A Stevens?
- Biegną tam!
- Naprzód! - Woods wyrwał się z karabinem w dłoni.
Kurz po wybuchu jeszcze nie opad, a ekipa uderzeniowa już była w środku. Część ochroniarzy zginęła na miejscu, więc policjanci mieli mniej roboty. Rozbiegli się po korytarzach olbrzymiego domostwa narkotykowego barona. Każdy wybrał swój korytarz. Woods biegł pierwszy, skręcił na schody w górę i od razu odbił się od jednego z ochroniarzy Pinta. Juanito był byłym zapaśnikiem. Walczył w największych federacjach Ameryki Południowej. Miał szansę na wielkie pieniądze, ale wybrał narkotyki i Pinto to wykorzystał. Latynos był wielkim facetem, miał ponad dwa metry wzrostu i olbrzymie mięśnie. Woods odbił się od niego, mimo że też malcem nie był.
- No i o to mi chodziło! - ucieszył się policjant.
- Nie wiem ilu was tutaj wpadło, ale będzie jednego mniej - odpowiedział Juanito.
- Skończ pierdolić…
Woods nie chciał już gadać, wyprowadził prawy sierpowy, który wstrząsnął olbrzymim Latynosem. Ten otrząsnął się i rzucił Woodsa na ziemię. Czarnoskóry bokser wolał walczyć stojąc, ale dawał radę również na ziemi. Obijał żebra wrestlera kiedy ten złamał mu nos uderzeniem głową. Rozwścieczyło to policjanta. Przetoczył ochroniarza na plecy i siedząc na nim obijał mu twarz niemiłosiernie. Skończył dopiero kiedy z twarzy Juanita została miazga. Ruszył dalej, chociaż czuł skutki tej walki.
Kirk wbiegł w grupę nadbiegających gangsterów i zaczął do nich strzelać ze swojego karabinu. Niestety było ich zbyt wielu i nie mógł się przebić, zatrzymało to jego szybki atak i z tyłu nadbiegli kolejni. Zdążył zabić czterech, ale piąty trafił go w kolano. Wielki chłop przyklęknął, ale strzelał dalej. Dostał drugą kulę, tym razem w brzuch. Nie powstrzymało go to do końca. Dopiero trzecia i czwarta rana sprawiła, że wypuścił karabin z rąk. Nadbiegł cały oddział ochroniarzy Pinta i chciał złapać żywego policjanta, ale Kirk wyciągnął zawleczkę granatu.
- To się pożegnam z hukiem…

Ying usłyszał głośny wybuch, ale wyszarpnął nóż z klatki piersiowej jednego z ochroniarzy i pobiegł dalej. Dostał mocny cios w tył głowy i pociemniało mu w oczach. Zdążył jeszcze kątem oka zobaczyć zbliżające się nunczako.  Zasłonił się dłonią, ale usłyszał tylko odgłos łamanych kości. Ból był taki, że oparł się o ścianę. Azjata, który stał naprzeciwko niego po raz kolejny zaatakował. Tym razem jednak Ying w ostatniej chwili uchylił się przed ciosem. Uderzył napastnika, ale zapomniał, że ta ręka oberwała i ściągnięty bólem stracił czujność. Otrzymał kolejny cios w głowę. Padł na marmurową podłogę, która od razu zaczęła pokrywać się krwią. Azjata chciał pobiec dalej, ale policjant złapał go za kostkę i pociągnął w swoją stronę. Tamten przewrócił się i broń wypadła mu z dłoni. Ying nie wahał się nawet przez sekundę i wbił mu nóż w nerkę.
Marcus ze Stevensem wbiegli do gabinetu Pinta. Przedtem musieli wywarzyć drzwi. Gangster był niskim, grubym mężczyzną z długimi, czarnymi i mokrymi od potu włosami. Wąsy wyrastały mu pod długim, zakrzywionym nosem.
- Panowie! - zapiszczał Pinto. - To się nie musi tak skończyć! Ja mam pieniądze! Dam wam ile chcecie! Wszystko wam dam!
- Zastrzel go, Stevens - Marcus uśmiechnął się.
- Nie powinniśmy poczekać aż skończy gadać żeby jego ludzie zdążyli tutaj dobiec i nas zabić?
- To by było bardzo logiczne, ale nie mamy tyle czasu.
- No tak…
Pociągnął za spust i mózg Pinto pokrył ścianę. Mężczyźni szybko opuścili pomieszczenie i zaczęli uciekać w stronę wyjścia, które stanowiła wielka wyrwa w ścianie. Po drodze zebrali ze sobą Woodsa i Yinga.
- Daliśmy radę? - Zapytał Ying ocierając krew z oczu.
- Tak, Pinto wypadł z biznesu.
- Plan młodego wypalił.
- GDZIE?! - rozległ się głośny ryk nim odbiegli dalej od domu.
Odwrócili się wszyscy i zobaczyli wielkiego chłopa z miazgą zamiast twarzy.
- To mój koleś, załatwię go do końca! - Woods ruszył do przodu.
- Nie, wy musicie stąd spierdalać żeby utrzymać porządek po tym co się stało - Marcus mówił z zupełną powagą. - Potrzeba doświadczenia i szacunku, a wy to macie.
- Damy mu radę we czterech - Stevens wtrącił.
- Nie będzie tutaj sam, już biegną kolejni. Zatrzymam ich - uśmiechnął się.
- Pojebało cię?!
- Stevens, wiesz o co chodzi. Idźcie już.
- Chodźmy…
Marcus posłał im jeszcze uśmiech i ruszył w stronę Juanita. Reszta oddziału biegiem opuściła posiadłość. Kiedy Marcus znalazł się naprzeciwko rywala wokół zdążyła się już zgromadzić jeszcze kilku ochroniarzy z bronią.
- Dlaczego nie uciekłeś jak reszta panienek? - zapytał Juanito sepleniąc nieziemsko.
- Chciałem Cię zobaczyć z bliska - odpowiedział Marcus z uśmiechem.
- Będziemy sobie gadać czy podejdziesz?
- Myślałem, że nie zaproponujesz…
Marcus doskoczył do dużo wyższego Juanita i huknął go w brzuch. Latynos zgarbił się, ale od razu wyprostował i oddał ciosem w twarz. Marcus zatoczył się i przyklęknął na jedną nogę.
- Kiedyś oglądałem wrestling - powiedział ocierając usta, z których ściekała krew. - Myślałem, że nie jesteście aż takimi ciotami.
Juanito ruszył na niego i huknął kolanem w głowę. Młody chłopak padł jak długi, ale przed kolejnym atakiem zdążył się odsunąć i chwycił go za kostkę. Wykręcił kolano i szarpnął. Dźwięk łamanych kości został przerwany przez krzyk Latynosa.
- Nie przyda ci się to, ale jakbyś kiedyś miał walczyć z wielkim gościem to złam mu kolano. Klęcząc nie będzie już taki duży - Marcus uśmiechnął się jeszcze raz.
Juanito nic nie odpowiedział, zerwał się na jednej nodze i doskoczył ponownie do przeciwnika. Przewrócił go na ziemię i zaczął go obijać. Krew tryskała z twarzy Marcusa, ale ten ostatkiem sił wbił mu kciuki w porozbijane już wcześniej oczy. Wściekły gangster podniósł się z ziemi wraz z Marcusem przyczepionym do jego głowy. Bił go w tułów, ale po chwili padł na kolana, a potem na bok i przestał oddychać. Marcus ledwo się podniósł. Trzymał się za żebra, a z jego twarzy pozostał jeden wielki strup. Niepełne już zęby trwały jednak w uśmiechu. Ochroniarze, którzy przyglądali się pojedynkowi już wyciągnęli karabiny i trzymali Marcusa na muszce.

Huk salwy karabinów rozległ się po okolicznych lasach. Dotarł także do uszu uciekających policjantów. Woods zatrzymał się.
- Dlaczego go zostawiliśmy, Stevens?
- Słyszeliście, sam tego chciał. Rozmawiałem z nim długo i wiem, że taka bohaterska śmierć była najlepszym rozwiązaniem.
- Śmierć to śmierć, chuj nie bohaterska.
- Możliwe, ale to był jego wybór. Rozmawiałem z nim przez pół nocy, wiedział co robi i czego chce.
- Ale dlaczego? - zapytał Ying.
- Bo jego sens życia go zostawił.
 


 Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

6/28/2015

Opowiadanie #9 - "Bo nic nie pozostało" cz.1

Nowe opowiadanie, które będę wstawiał w odcinkach. Nie wiem z jaką częstotliwością, to zależy też od tego czy Wam się spodoba. Przestępcy, korupcja, sporo brutalności, podwójne dno całej sprawy, może przypadnie Wam do gustu. Nie wiem ile będzie części, okaże się jak skończę pisać. Zapraszam do czytania!

"Bo nic nie pozostało" cz.1

    W brudnym mieście, w którym aż roiło się od przestępców, w którym ciężko żyło się zwyczajnym ludziom, w którym nigdy nie było się pewnym czy dożyje się świtu, trudno o nowych rekrutów w policji. W takim mieście nawet policjantom się nie ufa, właściwie to przede wszystkim policjantom. Ludność nie wierzy w to, że pod bokiem policji przestępczość mogła się rozwinąć aż tak bardzo. Według obywateli to policja pozwoliła na to i jest zadowolona z tego co się dzieje w mieście. Są przekonani, że funkcjonariusze żyją sobie dostatnio z łapówek, jakie od złoczyńców otrzymują. Prawda jednak, jest zupełnie inna. Policjanci giną codziennie na służbie, starają się walczyć, ale w tym mieście nie pomógłby nawet superbohater. Przez częste pogrzeby funkcjonariuszy nie ma nowych rekrutów. Nikt normalny nie chce walczyć z wiatrakami, z czymś czego pokonać nie sposób. Jedne, najważniejszy, oddział składał się teraz wyłącznie ze starych gliniarzy, którym było już wszystko jedno co się z nimi stanie. Z ludzi, których nikt nie chce spotkać na drodze. Z takich, którzy odstraszali samym wyglądem. Zostało ich tylko siedmiu. Kiedy oddział został utworzony była ich trzydziestka. Od tego czasu nie dołączył do nich nikt nowy. Nikt nie chciał stanąć na pierwszej linii frontu, wraz z tymi szajbusami.
     W gorący letni wieczór siedmioosobowy zespół szykował się do akcji. Dostali cynk, że przez miasto przejeżdżać będzie pociąg transportujący chemikalia. Tyle wystarczyło żeby wiedzieli, że muszą tam być i spróbować go osłonić.
- W siedmiu ludzi - mruknął Kirk. - Cały jebany pociąg...
Kirk był wielkim chłopem. Miał ponad dwa metry wzrostu i dłonie wielkości kołpaków. Jego mięśnie były tak ogromne, że nie mieścił się w mundurze. Miał na sobie porozrywane spodnie i koszulkę z urwanymi rękawami. Na ramionach wiły się tatuaże w kształcie węży. Czyścił broń, którą był karabin M4-A1. Siedział skupiony. Na jego wrednie wyglądającej twarzy pokrytej kilkudniowym zarostem widniało zacięcie. Krótkie, ciemne włosy lśniły od potu. Od lewego oka do kącika ust biegłą szeroka, czerwona blizna.
- Wiadomo chociaż ile to ma wagonów? - zapytał Ying.
Ying był koreańskim imigrantem, który dopłynął do USA wyżynając po drodze dwa pułki północnokoreańskich żołnierzy. Zabijał swoich rodaków bez mrugnięcia okiem. Był bezwzględny i to mu pomogło w uwolnieniu się z tego piekła. Był niewysoki i szczupły. Ubierał się na czarno. Tym razem miał na sobie czarny mundur antyterrorystów. Skręcał karabin snajperski, a obok niego leżał długi nóż. Nie wyróżniał się wyglądem. Czarne, proste włosy, skośne oczy i chęć mordu wypisana na twarzy.
- Podobno trzydzieści cztery, ale dowiemy się na miejscu - odpowiedział Stevens.
- Jak, kurwa, zawsze... - mruknął Kirk nie podnosząc głowy.
- Stevens był dowódcą oddziału. Siwizna pokrywała jego głowę, ale mięśnie nadal wyraźnie odznaczały się pod policyjnym mundurem. Był silny i zawzięty. Żyły na skroniach i karku nieustannie pulsowały. Zmrużone oczy i zaciśnięte usta oddawały permanentny gniew jaki w sobie nosił. Prawego ucha miał tylko dolną połowę, reszta przepadła w Wietnamie. Na plecach było więcej pamiątek po służbie, ale starał się ich nie pokazywać.
Ci faceci nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele. Szanowali się i ufali sobie, ale nie było u nich mowy o jakiejkolwiek sympatii. Nie musieli wiedzieć o sobie nic więcej niż imiona czy ksywy. W ciasnym, szarym budynku komisariatu przygotowywali się w ciszy do kolejnej, niemal samobójczej, misji.
Marshall był saperem. Nie miał kilku palców, bo od dziecka bawił się ładunkami wybuchowymi. Przy stoliku w rogu sprawdzał podzespoły detonatorów. Był wątły, ale potrafił uzbroić i rozbroić dosłownie wszystko. Miał jasne włosy i kilka niewielkich blizn po poparzeniach na twarzy.
Woods kiedyś był bokserem, ale nie pozwolili mu walczyć przez zbytnią brutalność w ringu. Jego przeciwnicy często kończyli w śpiączce, albo po tamtej stronie. Miał wielkie mięśnie i pokiereszowaną twarz. Jego odcień skóry był tak ciemny, że w ciemności stawał się niemal niewidoczny. Zajmował się swoją strzelbą. Lubił walkę na krótki dystans, bo wtedy mógł kogoś poczęstować prawym sierpowym.
Jess i Linn, bracia bliźniacy, od dziecka zapuszczali się w lasy i polowali. Jeden tropił, drugi strzelał. Jess miał na twarzy ślad niedźwiedzich pazurów, a Linn stracił pół prawej łydki w walce z wilkami. W oddziale wyższy i silniejszy Jess zajmuje się włamywaniem do budynków, obchodzeniem zabezpieczeń i eliminacją wartowników, jeśli zajdzie taka potrzeba. A mniejszy i smuklejszy Linn do łuku, który zawsze nosi na plecach, dołożył snajperkę, z której doskonale korzysta.
- Dobra panowie - Setevens wstał z krzesła. - Zbieramy się, jest robota do zrobienia.
- Hura, kurwa... - Kirk schował szmatkę do kieszeni i zarzucił karabin na ramię.
Wyszli z komisariatu i wsiedli do czarnej furgonetki. Stevens usiadł z przodu, obok niego Ying. Reszta składu zajęła miejsca z tyłu i oddział specjalny ruszył na stację kolejową.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

1/06/2015

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 7)

Ostatnia część opowiadania przed Wami. Historia dobiega końca. Zanim jednak przejdziemy do samego tekstu chciałem napisać kilka słów, odnieść się do tego opowiadania. Rzadko jest tak żeby mi się coś pisało tak dobrze. Potrzebowałem odpoczynku od książki, nad którą pracuję obecnie i usiadłem do tego opowiadania. Na początku nie miałem w planach tego żeby było aż tak długie. W zasadzie ten pomysł mógłbym wykorzystać za jakiś czas do napisania całej książki, problem jednak w tym, że (celowo) jest tutaj wiele nawiązań do mojej ulubionej sagi "Miecz Prawdy" Terry'ego Goodnikda. O ile wątpię w to żeby światowej sławy pisarz miał do mnie pretensje o podparcie się jego powieściami, o tyle wydawcy są na to bardzo uczuleni. No i przy okazji zachęcam do przeczytania "Miecza Prawdy" jeśli komuś choć troszkę to moje opowiadanie się spodobało. Zapewniam, że będziecie zadowoleni z lektury. Najważniejszym powodem, dla którego pisało mi się tak dobrze, dla którego wyszło to takie długie i dla którego zostało opowiadaniem, a nie pomysłem na książkę jest Inspiracja, dzięki której i dla której to stworzyłem. Artystom o wiele łatwiej i przyjemniej jest tworzyć jeśli jest dla kogo (i mam tutaj na myśli kogoś wyjątkowego). To wszystko co chciałem przekazać. Zapraszam do czytania i może jakiejś małej oceny całego opowiadania.

Poprzednie części:
"Jesień niespodzianek" (część 1)
"Jesień niespodzianek" (część 2)
"Jesień niespodzianek" (część 3)
"Jesień niespodzianek" (część 4)
"Jesień niespodzianek" (część 5)
"Jesień niespodzianek" (część 6)

"Jesień niespodzianek" (część 7)


Poczuł, że ból ustąpił. Otworzył oczy i spojrzał na sufit. Zaskoczony aż zamrugał kilka razy. Widział baldachim na łożem, a nie białe ściany okrągłego pomieszczenia. Pod plecami czuł pościel, było bardzo wygodnie. Pomyślał, że umarł i trafił do innego wymiaru. Przypomniały mu się jednak słowa Catherine: „Chciałabym żebyś znalazł sens życia we mnie.” I poderwał się. Ciało zabolała potwornie. Czuł, że nie umarł. Kości były świeżo zaleczone, a rany na ciele dopiero co się zagoiły. Poczuł chłodny wiatr na nagim ciele. W drzwiach do komnaty stanęła ona. Była naga, choć nie wiele się to różniło od jej wyglądu w białym kostiumie. Miała za to rozpuszczone włosy. Były kręcone i bardzo ładne. Martin wykorzystał chwilę i zobaczył, że jego topór stoi pod oknem po lewej stronie łóżka. Nie widział za dużo, bo pokój oświetlały jedynie delikatne płomienie kilku świec.
- Obudziłeś się, więc jesteś gotów - powiedziała kroczą w stronę łóżka, kołysała biodrami. - Teraz zostaniesz tylko mój. Wymażę ci z głowy wspomnienia o tej wiedźmie.
Położyła się obok i zaczęła go dotykać. Ból nie był tak intensywny jak w pokoju tortur, ale nadal był nieprzyjemny. Starała się być delikatna. Martin nie wiedział co ona kombinuje. Położyła się na nim swoim nagim ciałem, zaczęła go dotykać piersiami i brzuchem. Włożyła rękę między jego nogi, pulsujący ból przeszedł po jego kręgosłupie. Zaczęła go całować po szyi i klatce piersiowej. Jej zachowanie zaczęło mu się podobać, zbijało go z tropu, nie był już pewny co ma zrobić. Co było jego zadaniem. Ból, który mu sprawiała przestał go interesować. Zaczął poddawać się pożądaniu. Ocierała się o niego całując i masując, cicho jęczała. Zamknął oczy i zobaczył Catherine i wpatrujące się prosto w niego piękne zielone oczy, jej cudowny uśmiech, idealne brwi. Usłyszał w głowie „Chciałabym żebyś znalazł sens życia we mnie” wypowiedziane ze łzami w oczach, a zaraz po tym zobaczył jak wielcy żołnierze porywają ją i wleką przed oblicze władcy Baldentu, ten wtrąca ją do lochu, a potem odsyła do odległych krain, gdzie gwałcą ją inni władcy. Otworzył oczy i zrzucił z siebie kobietę.
- Powiedz mi gdzie jest Catherine? - złapał ją za ramiona ignorując ból jako to sprawiało.
- Naprawdę ci na niej zależy… - posmutniała. - Jest w Kryształowej Świątyni, tam ją zamknęli od czasu porwania. Władca jeszcze jej nigdzie nie wysyłał, za to sam ją gwałcił. Sama widziałam.
- Muszę cię zabić - syknął z wściekłością.
- Wiem, ale mimo to jestem ci wdzięczna za to co mi pokazałeś. Pokazałeś mi jak uczucie może zmienić człowieka. Twoje życie nie jest już puste, masz teraz cel i wiem, że będziesz dążył do tego żeby być szczęśliwym. Wiedząc co tak naprawdę uszczęśliwia ludzi mogę umrzeć, zostałam stworzona do zadawania bólu i nigdy nie zaznam prawdziwej miłości. Weź swój topór i spróbuj mnie uderzyć.
- Wiem, że to podstęp - puścił ją i wstał z łóżka. - Mówiłaś mi kiedyś, że magia nie może zrobić ci krzywdy, magia nie może cię zabić.
- Tak, ale ty przezwyciężyłeś to co jest we mnie, uda ci się…
Sięgnął po topór, podniósł go jedną ręką, choć straszliwie bolał go łokieć. Wziął zamach.
- Przepraszam… - powiedzieli w tym samym czasie.
Ciął z całej siły prosto w klatkę piersiową otwierając ją. Kobieta upadła na łóżko, które natychmiast zaczęło nasiąkać krwią. Wciągnął na siebie spodnie leżące w rogu, nie brał plecaka, który też tam leżał. Wziął tylko broń, którą przypisała mu przepowiednia. Wiedział, że to nie była ostatnia osoba, którą musiał zabić tej nocy. Przeczuwał, że po drodze czeka go ciężka walka z żołnierzami, być może z magicznymi bestiami, ale wiedział też, że musi dotrzeć do Kryształowej Świątyni. Nie zwracał uwagi na ból całego ciała, na to, że ledwo mógł utrzymać broń. Musiał iść na przód by spełnić swoje przeznaczenie i uratować kobietę, która sprawiła, że życie przestało być mu obojętne.

Wysoki, dość szczupły i całkiem łysy mężczyzna krążył o pomieszczeniu. Maił na sobie długą, białą szatę sięgającą kostek, która opinała jego wątłe ciało. Światło z kryształowego żyrandola odbijało się od jego wygolonej czaszki. Miał ciemne oczy, które kontrastowały z bielą stroju i bladością skóry. Długie palce miał skrzyżowane za plecami. Poruszał się po, idealnie wypolerowanej, posadzce kryształowej sali. Była to wysoka piramida stworzona z kryształu. Przezroczyste szkło zmieniało barwy światła wpadające z zewnątrz w kolorowe tęcze. Bajeczny widok zapierał dech w piersiach. Olbrzymi pryzmat stał wewnątrz pałacowego ogrodu. Przez ściany widać było to co działo się w ogrodzie. Był o wiele większy niż sama świątynia.  Ogrom pałacu przytłaczał. Mężczyzna podszedł do łoża stojącego pod samym czubkiem piramidy. Wskoczył na nie nerwowo i przydusił osobę, która tam leżała. Była to piękna blondynka, okryta niemal przezroczystą tkaniną. Ręce i nogi miała przywiązane do łóżka.
- Na przełęczach spadł śnieg! - uderzył ją w twarz otwartą dłonią. - Nie tego chciałem, miałaś zrobić tak żeby cały czas świeciło słońce!
- Nie potrafię…
- Bzdura! - uderzył ją raz jeszcze. - Masz moc, którą możesz kontrolować pogodę, którą możesz kontrolować ludzi i jeśli jej nie wykorzystasz dla mnie to cię zabiję! Zginiesz w męczarniach, szmato!

Wielkie kryształowe drzwi wystrzeliły z zawiasów. Szkło rozprysnęło się po całej komnacie. Przerażony mężczyzna zeskoczył z łóżka i aż wstrzymał oddech na widok tego co zobaczył. Do Świątynie wdarł się człowiek, a przynajmniej coś co go przypominało. Jego ciało było pokryte krwią, miał na nim pełno ran zarówno od ostrzy jak i od pazurów, był przygarbiony, kulał, ledwo ciągnął za sobą prawą nogę. Podpierał się na czymś co przeraziło go jeszcze bardziej. Miał ze sobą starożytny topór, który mógł zniszczyć cały plan władcy Baldentu. Ta zjawa kroczyła przez świątynię rysując kryształ toporem i zostawiając na podłodze krwawe ślady.
- Zatrzymaj się! - krzyknął łysy mężczyzna, ale postać nie zareagowała. - Zginiesz jeśli się nie zatrzymasz!
Do kryształowej sali wpadło kilka kobiet w bieli i ponad dziesiątka strażników. Część dysponowała kuszami. Bełty zostały wycelowane w zakrwawionego napastnika. Kobiety ustawiły się przed łysym mężczyzną i stworzyły biały mur, który miał go bronić za wszelką cenę. Rycerze w białych zbrojach uzbrojeni w miecze ruszyli w stronę mężczyzny. Zaatakowali go z okrzykiem furii na ustach. Cięli ile tylko mieli sił, ale żadne z ich uderzeń nie trafiło celu. Mimo wielu ran, mężczyzna uchylał się przed ciosami i sam je wyprowadzał. Cięcia toporem odrąbywały kończyny i głowy, otwierały zbroje razem z ciałem. Po kilku sekundach rzezi na nogach nie stał już nikt poza mężczyzną z toporem. Kusznicy byli już gotowi by oddać strzał, ale mężczyzna w białej szacie uniósł dłoń do góry.
- Kim jesteś? - zapytał. - I kto cię nauczył tak dobrze walczyć?
- Martin i to z mojej ręki zginiesz - odparł nie zatrzymując się.
- Jesteś bardzo pewny siebie, nie wiem czy zdajesz sobie sprawę co trzymasz w dłoniach…
- Narzędzie, które pozbawi cię głowy - odpowiedział jak w amoku.
- Z pewnością, ale nie będziesz miał szansy mi tego pokazać, bo widzisz - klepnął jedną z pięknych kobiet w bieli w tyłek. - Te panie nie boją się żadnej broni, w której jest magia, a w twojej jest.
Martin nie zwrócił na to uwagi, po prostu kroczył na przód. Zobaczył, że w łóżku ustawionym w samym centrum leży kobieta. Spojrzał na nią przelotnie, ich oczy spotkały się na mniej niż sekundę. Kusznicy oddali serię strzałów. Chłopak okręcił się wokół własnej osi trzymając topór w górze i przeciął każdy z bełtów zanim ten zdążył go drasnąć. Żołnierze próbowali załadować ponownie, ale nim zdążyli sięgnąć po broń część z nich już leżała martwa na ziemi. W mgnieniu oka podbiegł do nich i porozcinał im ciała od obojczyków aż po miednice. Krew pokrywała kryształową podłogę. Jedna z kobiet, z miną pokazującą nieskrywaną pewność siebie ruszyła w stronę Martina. Wyciągnęła dłoń by go dotknąć, ale po chwili pobladłą i upadła na kolana. Jej dłoń spadła obok, a biały strój pokrył się jej własną krwią. Martin zamachnął się raz jeszcze i ściął jej głowę, która wraz z długim warkoczem potrulała się w stronę wyjścia. Kolejne ruszyły na niego ławą, ale nie były już tak pewne siebie i tak odważne. Próbowały go zaskoczyć raz z jednej, a raz drugiej strony. Nie udawało im się, wyprzedzał ich ruchy i ostrze topora już czekało tam gdzie one chciały się ruszyć. Wreszcie krzyknął i rzucił się w stronę jednej z nich. Gdy wylądował ciało za nim upadło na ziemię przecięte w połowie wysokości. Wnętrzności wyleciały na śliską już kryształową posadzkę. Kolejne chciały wykorzystać chwilę i zaatakowały go od tyłu. Spotkała je za to straszliwa kara. Ostrze przeszło przez ich głowy odcinając mniej więcej po połowie czaski. Pozostała tylko jedna. Nie wiedziała co ma zrobić. Uklęknęła więc przed nim i zaczęła błagać o litość. Nie było litości. Topór wbił się w jej bark i doszedł aż do serca.
- Brawo! - łysy mężczyzna zaczął klaskać w dłonie. - Fantastyczny pokaz! Gdybyś tylko zechciał dołączyć do mnie i pomógł władać Baldentem to nie potrzebowałbym usług tej nieudolnej wywłoki, którą porwałem. Zostałbyś pierwszym gwardzistą Joanisa, Władcy Baldentu. Czy to nie piękny tytuł?
- Obiecałem, że zginiesz i dotrzymam słowa - odpowiedział.
- Skoro tak stawiasz sprawę to jestem bardzo niepocieszony. Może i jesteś dość silny by pokonać stal, może jesteś dość szybki by powstrzymać strzały i może masz w sobie coś co pozwoliło ci zabić moje służki, ale nie ma na świecie nic mocniejszego niż czarna magia.

Mężczyzna wyrzucił dłonie przed siebie. W całej kryształowej piramidzie zrobiło się niezwykle ciemno. Ściany zaczęły drżeć. Kula czarnej niczym najczarniejsza noc materii zebrała się przed jego palcami. Nagle ze świstem wystrzeliła prosto w Martina. Rycząca kula czystej śmierci wzbiła w górę kawałki kryształu leżące na podłodze i mknęła zakrzywiając czas i wchłaniając światło. Martin zdążył jedynie instynktownie unieść topór. Promień śmierci odbił się od płaskiej strony broni i wyleciał w górę, prosto w sam wierzchołek świątyni. Ta zaczęła drżeć bardzo mocno, kryształowe ściany pękały i na ich głowy zaczęły spadać kawałki szkła. Joanis stał wpatrzony w to co się stało, nie mógł zrozumieć jakim cudem cała jego moc po prostu odbiła się od tej broni. Martin szybko otrząsnął się i ruszył biegiem w stronę wroga. Nie zwracał już uwagi na niesprawne kolano, na ból i rany z jakimi się zmagał. Ruszył, wybił się w powietrze i ciął od góry. Trafił prosto w środek łysej czaszki. Topór wbił się z ogromną siłą, która wsparta była przerażającym okrzykiem. Kiedy ostrze utkwiło w kryształowej podłodze Martin spojrzał w przerażone oczy mężczyzny, którego ciało zostało rozpołowione. Dwie połowy przewróciły się w przeciwnych kierunkach. Świątynia za chwilę musiała upaść. Pęknięcia były zbyt wielkie żeby mogła się długo utrzymać. Martin wyrwał broń z podłogi i ruszył w stronę łóżka. Łańcuchy rozciął silnymi uderzeniami i wyniósł Catherinę nim Kryształowa Świątynia zdążyła upaść. Gdy tylko wyszli do ogrodu cała konstrukcja zawaliła się. Martin odstawił dziewczynę i upadł na trawę. Dopiero teraz zobaczyła ile śladów walki nosi jego ciało, mogła się tylko domyślać co przeszedł.
- Uratowałeś świat - szepnęła niemal płacząc.
- Tak - odpowiedział cicho. - Uratowałem cały mój świat…


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)


12/19/2014

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 5)

Mam nadzieję, że znajdziecie chwilkę między myciem okien, a ubieraniem choinki i pieczeniem pierników i przeczytacie kolejną, piątą już cześć opowiadania "Jesień niespodzianek". Jesteśmy już blisko końca, więc wyczekujcie finału.

Poprzednie części:
"Jesień niespodzianek" (część 1)
"Jesień niespodzianek" (część 2)
"Jesień niespodzianek" (część 3)
"Jesień niespodzianek" (część 4)

"Jesień niespodzianek" (część 5)



               Wyszli przed dom. Na niebie nie było żadnej chmury. Gwiazdy pokrywały je niemal w całości. Okrągły i olbrzymi księżyc górował nad kominem domu Marcusa. Martin stanął na polanie bez koszulki. Blask gwiazd oświetlał jego wilgotne ciało. Jego zabandażowane ramię dzierżyło bogato rzeźbiony, czarny jak noc trzonek lśniącego topora, którego ostrza wyglądały tak jak księżyc nad nimi. Marcus i Catherina stanęli kilka metrów od niego. Martin uniósł oburęczny topór nad głowę jedną ręką.
- Zaryzykuję swoje nic nie warte życie by zwalczyć plagę mroku, która zagraża całemu światu - krzyknął. - Poniosę to brzemię i stanę do śmiertelnej walki z każdym złem jakie spotkam na swej drodze. Przysięgam przed tymi świadkami i przed własnym honorem.

               Wygrawerowane linie na ostrzu topora zaczęły jarzyć się słabym światłem by po chwili rozbłysnąć oświetlając mroki nocy. Okoliczne drzewa pokryły się świetlistymi liniami, które składały się w przeróżne symbole. Choć rysunki na ostrzu nie ruszały się to te na drzewach tak. Linie wiły się i układały w różne kształty. Księżyc zmienił się nagle w czerwoną kulę. Świetliste linie, które wydobyły się z jej wnętrza uderzyły wprost w ostrze topora. Światło zgasło, zapadł całkowity mrok. Zwierzęta w lesie nie ważyły się nawet pisnąć. Wiatr nie ruszył nawet listkiem. Wydawało się, że życie zamarło. Po chwili jednak wszystko wróciło do normy. Księżyc znów był księżycem, a Martin opuścił topór na ziemię i przyklęknął.
- To chyba nie ma już odwrotu - zażartował wstając z trudem.
- Tak, chyba tak - Marcus rzucił z przerażeniem w oczach. - Nigdy nie widziałem tak potężnej magii, nawet w Campusie Magów.
- Gdzie? - zapytał Martin.
- To nie jest moment na opowieści - zbył go dziadek. - Teraz wracajmy do domu i przygotujmy się do podróży na południe!
- Wyruszamy od razu? - Catherine nie ukrywała zaskoczenia.
- Nie - odparł Marcus. - Jutro z samego rana.

                Kiedy tylko słońce wzeszło cała trójka opuściła dom wyposażona w plecaki wypełnione zapasami. Marcus wziął ze sobą kilka magicznych przedmiotów i buteleczek, które mogą pomóc w leczeniu. Martin zabrał nóż i topór, trochę suchego prowiantu i bukłak z wodą. Catherine niosła najmniejszy plecak, w którym niosła najpotrzebniejsze rzeczy. Martin uzbroił ją w długi sztylet, którego kiedyś sam używał, a który był na tyle lekki by ona mogła się nim posługiwać bez problemu. Marcus również miał mały nóż, ale wolał używać swoich magicznych umiejętności. Na początku podróż nie była trudna. Kierowali się na południe. Ciepła pogoda nie utrudniała marszu. Martin i Catherina rozmawiali cały czas, choć chłopak przy okazji obserwował okolicę. Chciał mieć pewność czy nikt ich nie zaskoczy. Cały dzień minął spokojnie. Udało im się przebyć spory fragment drogi prowadzącej do Baldentu. Zaczęło się jednak ściemniać i musieli rozbić obóz. Martin uznał, że najbezpieczniej będzie zostać w lesie gdzie wróg nie wypatrzy ich z daleka. Co prawda nie wydarzyło się nic niepokojącego przez cały dzień, ale wolał dmuchać na zimne. Niestety nie znalazł drzewa, które mogłoby posłużyć za nocleg nad ziemią, który był bezpieczniejszy ze względu na te wielkie psiska, które ścigały Catherine. Rozstawili szałas z pozbieranych gałęzi i rozpalili małe ognisko. Martin pierwszy stanął na warcie, uznał, że właśnie tak trzeba zrobić. Obserwował noc, ale nic się nie wydarzyło. Marcus zmienił go po kilku godzinach, jego warta też była spokojna. Nie chcieli zgodzić się żeby młoda Wiedźma pilnowała obozu, ale ona nie dała za wygraną. Ta noc minęła całkiem spokojnie. Nie wydarzyło się zupełnie nic. Od świtu szli dalej. Wiedzieli, że im szybciej dotrą na miejsce tym szybciej będą mogli zająć się swoim przeznaczeniem.

                Kolejne kilka dni zeszło im na marszu i rozmowach. Młodzi poznawali się coraz lepiej, rozmawiali dużo. Marcus często im dogryzał z tego powodu. Noce były spokojne, ale mimo to nadal wystawiali warty. Martin nie chciał żadnego ryzyka. Uznał, że nie może sobie pozwolić na walkę i narażenie na urazy członków swojej małej drużyny. Po dwóch tygodniach byli mniej więcej w połowie drogi, porządnie zmęczeni. Martin musiał polować, bo zapasy już się skończyły. Na szczęście w górskim terenie, przez który szli, nie trudno było znaleźć źródełka z czystą wodą. Weszli już na tereny, których Martin nie znał. To wzmagało jego czujność. Pewnej nocy nie mogli znaleźć dogodnego miejsca na nocleg. Weszli więc do małej jaskini, miała tylko kilka metrów długości, więc nie było tam komfortu. Martin martwił się, że w tej jaskini nie ma drogi ucieczki i jeśli coś ich zaskoczy to nie będą mogli ujść bez walki. Wyszedł przed jaskinię i tam wpatrywał się w ciemność. Catherine nie mogła spać i wyszła do niego.
- Coś cię niepokoi? - szepnęła siadając blisko niego.
- Oprócz tego, że zostałem ostatnią nadzieją świata przez jakieś proroctwo, to nie - odparł. - Ale to nie twoja wina. Nie możesz zasnąć?
- Tak… Chyba coś jest w powietrzu. Nie wiem…
- Ja tam nic nie czuję, ale nie mam nic wspólnego z magią, więc to pewnie dlatego.
- Martin - wzięła głęboki wdech. - Chciałabym żebyś wiedział, że polubiłam cię przez ten czas. Widzę jak ciąży ci twoje zadanie, ale widzę też, że jesteś dobrym człowiekiem.
- To nie do końca prawda - wtrącił.
- Właśnie o to chciałam zapytać… Dlaczego nie dbasz o własne bezpieczeństwo, dlaczego nie zależy ci na swoim życiu?
- To bardzo proste, choć nie każdy potrafi to zrozumieć. Jeśli jest się całkiem samotnym to nie zależy ci na tym co się z tobą stanie. Nie chodzi mi o grupę ludzi, którzy nas otaczają. Oni nie są mi do niczego potrzebni. Nie mam przyjaciół i to mi nie przeszkadza, tak jest nawet lepiej. Chodzi mi o pustkę w sercu. Powiem ci szczerze, bo nie wiem jak długo potrwa nasza znajomość. Brakuje mi miłości kobiety, brakuje mi tego bym mógł o nią dbać, bym mógł się nią opiekować, by moje życie mogło być poświęcone jej. Dlatego jest nic nie warte i nie obchodzi mnie czy zginę, zostanę ranny czy cokolwiek innego się ze mną stanie. Gdyby ktoś obdarzył mnie uczuciem - podrapał się po zaroście - to byłbym dla niego jak najlepszy.
- Ah - odwróciła wzrok. - Nie wiedziałam, że to aż tak osobista sprawa, przepraszam…
- Nie szkodzi, nie mam nic do ukrycia - uśmiechnął się.
- Bo wiesz… Ja nie mam dobrych wspomnień jeśli chodzi o mężczyzn. Zaufałam jednemu i źle na tym wyszłam, potem władca Baldentu mnie porwał, ale… - odetchnęła - czuję, że ty jesteś inny niż oni. Masz swoje własne spojrzenie na świat, jesteś uczciwy, potrafisz o siebie zadbać i zaczynam cię lubić coraz bardziej. Chciałabym żebyś znalazł sens życia we mnie…
- Tak? - Martin spojrzał na nią swoimi niebieskimi, przenikliwymi oczami. - Też cię bardzo polubiłem, ale nie jestem dobry w rozmowach na ten temat i nie wiedziałem co czujesz, dlatego nie chciałem o tym mówić - przetarł dłonią czoło. - Zresztą nasze obecne położenie chyba nie jest najlepsze by prowadzić takie rozmowy…
Nagle spadło na nich coś czego się nie spodziewali. Olbrzymie czarne ptaszysko spadło z nieba wprost na nich. Czarne pióra lśniły w blasku gwiazd. Było wyższe od dorosłego człowieka. Miało długie i ostre szpony, a do tego potworny zakrzywiony dziób. Oczy tego ptaszyska pałały czerwienią. Skrzeczało i atakowało. Wielkie skrzydła wzbiły kurz i ptak poderwał się do lotu. Zawirował w powietrzu i rzucił się w dół. Martin wepchnął Catherine do jaskini.
- Marcus! - krzyknął. - Zrób coś!
Ptak wbił w niego szpony nim zdążył podnieść topór. Marcus postawił powietrzną tarczę w wejściu do jaskini. Potwór nie mógł się przez nią przebić na początku, ale moc czarodzieje nie wystarczała na długo. Ptaszysko wróciło do Martina. Ten dopiero podnosił się, krew spływała z jego ramion. Bestia ruszyła na niego. Leciała kilka metrów nad ziemią wzbijając kurz. Otworzyła dziób szykując się do śmiertelnego uderzenia. Martin wzniósł w górę topór i zamachnął się z całej siły. Trafił prosto w łeb ptaka, który zawinął się w powietrzu, uderzył w drzewo i upadł na ziemię. Martin nawet nie spojrzał na zwłoki napastnika i ruszył w stronę wejścia do jaskini. Marcus od razu zbadał jego rany. Dwa głębokie zadrapania na ramionach obficie krwawiły. Razem z Catheriną zajęli się nim.
 
Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

11/13/2014

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 1)

Zapraszam do zapoznania się z kolejnym opowiadaniem. Jest to pierwsza część, będzie ich kilka, nie wiem jeszcze ile, ale w niedługim czasie dostaniecie kolejne. Opowiadanie opisuje pewną jesień, która zatrzęsła światem, która sprawiła, że wszystko stanęło na głowie. Zapraszam do czytania!

"Jesień niespodzianek" (cz. 1)



Wiatr dudnił w kominie. Zaczęła się jesień. Dokładnie tego samego dnia co rok temu. Tego roku było jednak inaczej. Mimo wiatru, który akurat zaczął wiać mocniej było dosyć ciepło. Nie rozpoczęły się ulewy, nocą nie ściskał mróz. W powietrzu czuło się coś niepokojącego. Martin stał przy oknie swojego domu i wpatrywał się w las. Wypatrywał zagrożenia między drzewami, które teraz spowite były w mroku. Ogień trzaskał w kominku. Mały domek stał w samym środku lasu, z dala od reszty wioski. Martin nie lubił ludzi. Uznał, że nie są mu oni do niczego potrzebni, bo doskonale radzi sobie sam. Własnoręcznie zbudował swój dom, sam zdobywał pożywienie, nawet narzędzia wytwarzał sam. Ludzie by tylko mu przeszkadzali.

Powinien już spać, ale coś go dręczyło. Jak zawsze na jesień czuł się bardziej niespokojny, to morowe powietrze przepełnione mgłą, dymem z kominów i zapachem gnijących liści jakoś na niego wpływało. W Tonsilem, co roku, jesień zaczynała się dokładnie tego samego dnia od mocnych ulew, porywistego wiatru i niskich temperatur. Martin był do tego przyzwyczajony, a że nie lubił zmian to tegoroczne rozpoczęcie jesieni zaniepokoiło go jeszcze bardziej. Świeca w srebrnym świeczniku stała na niewielkim dębowym stole. Ledwo oświetlała pomieszczenie, co ułatwiało obserwację. Drewniane pale, z których dom był zbudowany, tworzyły w miarę równe ściany. W izbie nie było ozdób. W rogu stało łóżko, obok stołu dwa krzesła. Na jednej ze ścian znajdował się kominek. Dokładnie naprzeciwko łóżka. Za otwartymi drzwiami znajdowało się pomieszczenie, w którym zgromadził zapasy na zbliżającą się zimę, miał tam również broń i narzędzia. Wszystko pod ręką na wypadek gdyby zima nie pozwalała wyjść z domu. Martin odwrócił się od okna i dorzucił do ceglanego kominka dwie szczapy jasnego drewna. Postawił świeczkę na taborecie obok łóżka. Ściągnął lnianą koszulę i zapatrzył się w ogień. Tańczące płomienie oświetlały jego sylwetkę. Miał ciemne, średniej długości włosy, wyraźne, prawie złowieszcze rysy twarzy. Jego wysportowane ciało nosiło na sobie ślady walk, blizny lśniły w ogniu. Był nieźle zbudowany, ale nie był wielki. Nikt by nie pomyślał, że taki mężczyzna może przeżyć sam w lasach Tonsilem. Zdjął czarne spodnie i już miał się położyć kiedy usłyszał coś, czego nikt inny nie mógł usłyszeć. Cicho ruszył do okna. Był nagi, więc nawet ubranie nie szeleściło. Jego mięśnie lśniły w blasku ognia. Dopadł do szyby i wytężył wzrok. W mroku nie działo się nic szczególnego, z pozoru. Martin widział jednak, że coś się przesuwa między drzewami. Nie zbliżało się jednak do jego domostwa, póki co się nie zbliżało. Wziął ze sobą świecę i wszedł do składziku. Wyjął z niego wielki topór, którego obydwa ostrza przypominające w kształcie półksiężyce, a które stykały się ze sobą tak, że tworzyły księżyc w pełni, nosiły na sobie pięknie rzeźbione wzory. Mocny trzonek, wykonany z czarnego jak noc drewna również był bogato zdobiony. Martin postawił go obok łóżka i sam się położył.

Pierwsze promienie jesiennego słońca wdarły się do jego niewielkiego domu przez okna. Martin nie spał już. Zdążył się umyć i ubrać, a teraz posilał się przy stole. Kawałek suszonego mięsa i owsianka stanowiły jego śniadanie. Wstał od stołu i wyszedł z domu. Otworzył drzwi i rozejrzał się uważnie. Założył kurtkę, ale gdy tylko wyszedł z domu przekonał się jak jest ciepło. Zdjął ją i wrzucił do izby przez otwarte drzwi. Błękitne niebo rozciągało się nad lasami, które zmieniły już kolor z zielonego na żółty, pomarańczowy, a miejscami nawet czerwony. Delikatny wiaterek muskał skórę Martina. Potarł dłonią zarost na policzku i ruszył w las. Przy pasie miał tylko średniej długości nóż. Wszedł między drzewa i niskie krzewy. Stąpał po mchu i wpatrywał się w gęstwinę. Liście opadały wokół niego tworząc niesamowitą, kolorową mozaikę. Martin przykucnął i sięgnął do wnętrza krzewu po swojej prawej. Wyciągnął z niej zająca. Szarak szarpał się w jego silnej dłoni, ale nie miał najmniejszej szansy żeby się uratować. Martin sięgnął po nóż. Delikatnie wyjął go z pochwy i zbliżył do przerażonego stworzenia. Nagle przeciągły pisk wzbudził jego czujność. Padł na mech i wypuścił zająca. Słyszał krzyki i korki. Czterech ludzi biegło niedaleko niego. Kolejny krzyk. Teraz był już pewny, że to kobieta. Ucieka przed kimś, przed trzema mężczyznami. Bez zastanowienia ruszył w ich kierunku. Znał ten las jak własną kieszeń, więc wiedział którędy będzie najszybciej. Chciał zrównać się z pogonią zanim ich zaatakuje. Musiał mieć pewność, że powinien pomóc tej kobiecie. Wpadał między krzewy i drzewa, przeskoczył nad strumieniem. W dłoni ściskał nóż. Krzyki nasilały się, po głosie poznał, że kobieta nie ma już zbyt wiele sił i wkrótce ją dopadną.

Wreszcie był na tyle blisko by przyjrzeć się całej sytuacji. Trzech wielkich mężczyzn w lekkich pancerzach wykonanych z jasnej skóry i srebrnej stali. Po sposobie w jakim się poruszali widać było, że są zaprawieni w bojach. Mieli przy sobie broń w kształcie sierpów, ale trochę większą i z dłuższym trzonkiem. Nie zauważyli Martina biegnącego równo z nimi. Oni biegli po równej ścieżce, a Martin między drzewami. Wyprzedził ich odrobinę i zobaczył kogo ścigają. Była to kobieta z niespotykanie długimi jasnymi włosami, które teraz ciągnęły się za nią niczym ogon za kometą. Była niezwykle zgrabna, bardzo kobieca, a przy tym szczupła. Była średniego wzrostu. Jej długa, szara suknia nie pomagała w ucieczce. Pęd powietrza sprawiał, że materiał przywierał do jej ciała. Oglądała się za siebie. Twarz również miała piękną, zgrabny nos, zielone oczy, idealne brwi i usta. Martin nie widział wcześniej ani jej, ani mężczyzn, którzy ją ścigali. Nie miał czasu na zawahanie. Wiedział, że ona nie ma już sił. Potknęła się i upadła wpadając w zarośla. Martin wykorzystał ten moment. To była dokładnie ta chwila, na którą czekał. Teraz pewność siebie tych żołnierzy podskoczyła do granic możliwości. Teraz nie będą się spodziewać żadnego kłopotu. Zbliżył się do krawędzi ścieżki i wyskoczył w górę. Przelatując nad jednym z wojaków wbił mu swój nóż w czubek głowy. Wyciągnął go szybko i wylądował na drugim. Zanim tamten zorientował się co się stało krew wypływała z jego rozciętego gardła. Pozostał ostatni. Nie zwrócił uwagi na los swoich towarzyszy, co utwierdziło Martina w przekonaniu, że to żołnierze doborowej jednostki. Ich celem była ta kobieta i nie zwracali uwagi na nic poza nią. Nie liczyło się ilu ich wróci z tej misji, liczyło się tylko by rozwiązali problem jaki wiązał się z tą dziewczyną. Martin zostawił za sobą dwa ciała i ruszył za trzecim żołnierzem. Tamten nie mógł sobie pozwolić na błąd, więc w ostatniej chwili odwrócił się i ciął swoim sierpowatym mieczem. Martin wiedział, że on to zrobi. Był o tym przekonany. Przykucnął unikając ostrza, a sam wyprowadził cios prosto w pachwinę. Tam zbroja była słabsza. Ostrze wbiło się aż po rękojeść. Szarpnął nim w górę. Ponure, brązowe oczy krzyczały z bólu, ale żaden dźwięk nie wydobył się z ust mężczyzny. Ból był zbyt wielki żeby mógł krzyknąć. Chciał jeszcze złapać przeciwnika, powalić go i przynajmniej zabić jeśli sam miał zginąć, ale nie dał rady. Podniósł ręce, które zaraz opadły. Martin wyciągnął nóż, a bezwładne już ciało upadło na ścieżkę. Chłopak poczuł się świetnie przez moment, ale po chwili spojrzał w pobliskie zarośla. Na ścieżkę wystawała tylko bezwładna noga. Oblał go zimny pot. Przez myśl przeszło mu, że mogła uderzyć głową o kamień albo jakiś korzeń i stracić życie. Otarł nóż z krwi i schował go do pochwy wiszącej u pasa. Powoli zbliżył się do zarośli. Delikatnie chwycił tę dziewczynę i podniósł ją. Była zupełnie nieprzytomna, ale oddychała. Czuł jak wali jej serce. Upadek, stres, wyczerpanie ucieczką sprawiły, że jej organizm odmówił posłuszeństwa. Martin wziął ją na ręce i ruszył w stronę domu.

 Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)