Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty

2/27/2015

Opowiadanie #7 - "Sen"

Wybaczcie, że długo nic tutaj się nie działo, ale miałem za bardzo zajętą głowę żeby skupić się na pisaniu czegokolwiek. Bywa i tak, że brakuje weny kiedy mamy czas i brakuje czasu kiedy mamy wenę. Dorosłe życie jednak nie jest takie fajne jak się dzieciom wydaje.

Wracając jednak do tego co przed Wami, Drodzy Czytelnicy. Jak zauważyliście po tytule tego posta, będzie to opowiadanie. Nie będzie to jednak zwykłe opowiadanie, a przynajmniej tak mi się wydaje. Będzie to coś pomiędzy majakiem, omamem a rzeczywistością. Do stworzenia tego zainspirował mnie cytat, który zobaczyłem w jednym z tomów sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Autor wstawia przed rozdziałami różne cytaty. Niektóre sam wymyśla, inne są prawdziwe. Akurat ten był napisany wcześniej przez mojego ulubionego poetę Edgara Allana Poe. Opowiadanie nie będzie długie, więc zapraszam do czytania!

"Sen"

"All that we see or seem
Is but a dream within a dream"

Edgar Allan Poe - "A dream within a dream"

Kolejna noc, zegar wrednie wybija swoje sekundy. Coraz dłuższe przerwy między ruchami wskazówki. Słyszę ją chociaż nie mam zegarka. Ciemno. Tylko Księżyc za oknem. Księżyc czy lampa? Okno? Przecież je zasłaniałem. Nie zasnę jeśli nie zasłonię. Muszę opuścić tę roletę, ale nie chce mi się wstać. Nie zasnę. Chce mi się spać, jestem już taki zmęczony. Muszę. Wstać. Kołdra tak przyjemnie mnie otula. Idealna pozycja by wreszcie zasnąć, ale muszę zasłonić okno. Wstaję. Podnoszę kołdrę, wychodzę spod niej, podchodzę do okna. Okno wychodzi na ulicę, ale nie na moją ulicę. Widzę wozy ciągnięte przez konie, widzę drewniane chaty. Przecież mieszkam w bloku, skąd te chaty? Ludzie na dole mają na sobie stroje ze Średniowiecza. Jeden z chłopów zatrzymuje wóz i patrzy na mnie. Widzę jego twarz tuż przed sobą. Pomarszczoną, ogorzałą, z bliznami po ospie, z krótkimi włoskami siwego zarostu. Jego wąskie usta, długi nos i szare oczy. Czuję smród z jego ust. Otwiera je i coś mówi. Wiedźma! Słyszę. Ale jaka wiedźma, przecież on patrzy na mnie. Sięgam w bok żeby opuścić roletę, ale tam zamiast tych białych, malutkich koralików wisi gruba lina zakończona pętlą. Wydawało mi się, że wyciągnąłem ku niej rękę, ale znalazła się w niej moja głowa. Wiedźma! Krzyczą, cały tłum już się zebrał. Lina zaciska się wokół szyi. Czuję jak miażdży mi krtań, jak odcina tlen. Sinieję, oczy wychodzą mi z czaszki, próbuję rozerwać linę, ale nie daję rady.

Budzę się nagle w swoim pokoju zlany potem. Spoglądam w okno. Roleta zasłonięta. Rozglądam się po pokoju, wszystko jest tak jak być powinno. Sięgam po wodę stojącą przy łóżku. Piję trzy łyki, tak jak zawsze. Kładę się jeszcze raz, na zegarze dopiero druga. Nie mam zegara. Moje łóżko jest mokre. Spociłem się aż tak bardzo? Zlałem się? Co jest grane? Sprawdzam. Czuję smród. Łajno. Łóżko zrobione z gówna, kołdra z gówna. Wyskakuję z niego jak poparzony. Biegnę do łazienki zmyć z siebie ten smród. Otwieram drzwi, a z kibla wylewa się fontanna gnoju, cała podłoga jest tym pokryta. Chcę wejść do wanny, noga odjeżdża. Uderzam głową o futrynę. Przed oczami robi się ciemno. Nie mogę się ruszyć, nie mam władzy nad kończynami. Duszę się, dławię.

Zrywam się z łóżka we własnym pokoju. Zapalam lampkę. Wszystko jest w porządku. Wszystko jest tak jak trzeba. Biorę trzy łyki wody. Gaszę światło i idę spać ponownie. Serce nadal się nie uspokoiło. Bije szybciej niż zegar. Zegar. Nie mam zegara. Widzę, że jest już ranek, ale jeszcze nie pora wstawać. Nie chcę już spać. Nie będę jej budził. Śpi obok, taka spokojna i piękna. Powoli, żeby jej nie zbudzić. Udało się. Jestem w łazience. Patrzę w lustro. Siwe włosy na skroniach. Mogłem się tego spodziewać. W końcu przy tym co siedzi mi w głowie nawet włosy bledną. Wychodzę. Wracam. Ona i jakiś mężczyzna. Przytulają się całują. W powietrzu unosi się zapach alkoholu. Nie zwrócili na mnie uwagi. Zrzuciłem z nich kołdrę. Był w niej. Musiałem się przytrzymać szafki żeby nie upaść. Wściekłość. Łzy napłynęły do oczu. Poczułem jak serce mi pęka. Nóż. Miałem w reku nóż. Jego? Ją? Siebie? Skończył. Wstał i wyjął mi z dłoni nóż. Spojrzał w oczy uśmiechając się tak, że włosy na karku mi się zjeżyły. Odwrócił się i chciał ją pchnąć. Skoczyłem. Prosto pod ostrze.

Poderwałem się dysząc głośno. Było już widno. Koniec nocy. Wreszcie. Wstałem. Zjadłem. Umyłem się. Ubrałem. Wyszedłem. Wszystko wyglądało tak jak zawsze. Nic nie mogło wzbudzić podejrzeń. Wyszedłem. Idąc przez miasto zauważyłem staruszkę. Spojrzała na mnie. Miała przerażająco wielkie i gadzie oczy. Miała szereg długi zębów wystających z wielkich ust. Odrzuciła balkonik, którym się podpierała i ruszyła za mną. Biegał szybko wyjąc przy tym głośno. Rzuciłem się do ucieczki. Wracałem do swojego mieszkania. Nie pozwalała mi się oddalić. Biegłem ile sił w nogach. Dopadłem do drzwi, była tuż za mną. Zamknąłem drzwi uderzając ją w pysk. Spojrzałem przez wizjer. Odchodziła powoli patrząc w moją stronę i przeklinając. Odetchnąłem i odwróciłem się plecami do drzwi. Byłem w tym samym punkcie miasta, z którego uciekałem. Tym razem nie widziałem tej staruszki. Widziałem tylko wysoką postać w czarnym płaszczu i kapturze z kosą w dłoniach. Dostrzegła mnie. Chciałem uciec, ale biegłem w miejscu, a ona powoli się zbliżała. Zdzierałem podeszwy w miejscu, a ona była tuż za mną. Podniosła kosę i założyła mi ją na szyję. Wtedy jej czar puścił i ruszyłem biegiem.

Obudziłem się w swoim łóżku jeszcze przez chwilę czując jak ostrze wtapia się w moją szyję. Czułem jak odpada mi głowa. Wstałem, pomacałem kark. Wszystko było w porządku. Napiłem się wody i położyłem na plecach. Patrząc w sufit. Powoli uspokoiłem oddech, uspokoiłem ciśnienie i zaczynałem zasypiać. Oddychałem w rytmie wybijanym przez zegar. Poczułem, że ktoś na mnie patrzy. Spojrzałem. Jezus. Zakrwawiony. Zdjęty z krzyża. Chciałem się ruszyć, nie mogłem. Nie spałem, ale nie mogłem się ruszyć. Nie poruszał ustami, ale mówił. Słyszałem donośny głos. Nie próbuj, nic ci to nie da. Chciałem krzyczeć, ale nie mogłem. I tak nikt cię nie usłyszy. Wszyscy nie żyją. Zobacz. Moje ciało zostało na łóżku. Puste oczy patrzyły w sufit. Ja patrzyłem na siebie. Za oknem biła czerwona łuna. Nie było nic oprócz mojego mieszkania. Wszystko było zniszczone. Poleciałem do pokoju rodziców. Martwi. Poleciałem do niej. Miał rację. Powiedział mi, że to nie jest nieuniknione. To jedna z możliwych dróg. Powiedział też, że nie mam na to wpływu. Kiedy zapytałem czemu mi to pokazał. Odparł, że kiedyś zrozumiem. Nie rozumiem. Nigdy się tak nie bałem. Nagle duch wrócił do ciała, a ciało zerwało się z łóżka. Płakałem. Przez cały czas płakałem. Nie wierzę, a mimo to się modliłem. Słowa nie oddadzą tego co widziałem.

Spojrzałem na zegar. Była dopiero 20. Jedź do niej. Szepnęło coś w głowie. Ubrałem się i wsiadłem do samochodu. Pojechałem. Nie do domu. Od razu skierowałem się do klubu. Każdy szczegół drogi był dokładni taki jaki powinien. Samochody, ludzie w nich, przechodnie, budynki. Dotarłem na miejsce. Zapłaciłem oświetleniowcowi żeby pozwolił mi wejść na rusztowanie z lampami. Wszedłem tam. Głośna muzyka, tłok, ruch. Dostrzegłem ją. Tańczyła z kieliszkiem w ręku. Ubrana tak, że wszystko było widać. Wokół niej mnóstwo facetów. Z każdym choć przez chwilę musiała się zetknąć. Widzisz jak cudownie bawi się bez ciebie? Usłyszałem w głowie. Do czego ty jej jesteś potrzebny? Przecież jesteś nikim. Taka dziewczyna potrzebuje kogoś poważnego, kto zapewni jej rozrywkę. A ty? Jesteś żałosny. Nie! Krzyknąłem, ale nie przebiło się to przez muzykę. A praca? Dlaczego poszła do pracy? Żeby nie musieć oglądać ciebie. Ogranicza kontakt, a potem całkiem go zerwie. Tak będzie lepiej dla niej. Chyba ci na niej zależy? Zobacz jak jej dobrze bez ciebie. Zobacz! Spojrzałem. Nie wierzyłem. Zakręciło się w głowie. Spadłem z rusztowania. Huknąłem o parkiet. Spojrzała na mnie tym cudownym wzrokiem. Nie odezwała się nawet. Wróciła do tańca.

Obudziłem się ponownie. Szarpnęło mną na łóżku. Co się dzieje, kochanie? Usłyszałem. Miałeś zły sen? To nic takiego. Odpowiedziałem. Szkoda, że już musisz wychodzić do pracy. Powiedziała. Wstałem. Napiłem się wody. Ubrałem się zostawiając ją w łóżku. Wyszedłem zerkając na zegarek. Nie mam...

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

11/21/2014

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 2)

Jest i druga część opowiadania. Jeśli chcecie poznać dalsze losy bohaterów i to co z tego wyjdzie to zapraszam do przeczytania. Jeśli nie czytaliście pierwszej części to tutaj macie link: "Jesień niespodzianek" (część 1). W przyszłym tygodniu prawdopodobnie będzie kolejna część, więc nie musicie na nie czekać zbyt długo. Czytajcie i komentujcie ;)

"Jesień niespodzianek" (część 2)




Długowłosa dziewczyna ocknęła się w małej, dusznej chacie. Leżała na twardym łóżku przykryta baranią skórą. Do jej nosa doleciał gryzący zapach dymu połączony z przyjemną wonią dobrze przyprawionego gulaszu. Była obolała, czuła każdy mięsień i każdy staw swojego ciała. Nie pamiętała co dokładnie się stało, ale miała nadzieję, że jej nie dopadli. Zganiła się w duchu za te głupie myśli, przecież gdyby ją dopadli to już by nie żyła. Bolała ją głowa i ucieszyła się, że w chacie jest tak ciemno. Światło z pewnością nie pomogłoby w tym bólu. Rozejrzała się, delikatnie unosząc się na łokciach. Syknęła, kiedy poczuła zakwasy w mięśniach. Mała i surowa chatka wydała jej się dziwnie przytulna. Zobaczyła ogień w kominku, nad którym wisiał garnek z gulaszem. Trochę dalej zauważyła stół i dwa krzesła. Przy kominku z czerwonych cegieł leżało czarne, grube futro, chyba niedźwiedzie. Usiadła na łóżku i rozejrzała się dokładniej. Nic nie przykuło jej uwagi, poza uchylonymi drzwiami prowadzącymi do innego pomieszczenia. Nagle położyła się ponownie, bo wystraszył ją dźwięk otwieranych drzwi. Padła na łóżko i zamknęła oczy udając, że nadal śpi.
- Dobrze, że wreszcie wstałaś - powiedział mężczyzna, który wszedł do chatki. - Gulasz jest już prawie gotowy.
Był średniego wzrostu, dobrze zbudowany. Miał ciemne włosy, a na twarzy lekki zarost. Nosił lnianą, szarą koszulę i zielone spodnie. W jego oczach widać było błysk. Patrzył na kogoś tak jakby wiedział o czym ta osoba myśli. Każde spojrzenie wydzierało z człowieka tajemnice. Badawczy wzrok spoczął na łóżku, w którym leżała dziewczyna.
- Jeśli chcesz dobrze udawać sen to jeszcze wiele nauki przed Tobą - powiedział podchodząc do garnka i mieszając w nim drewnianą łyżką. - Wstawaj, musisz coś zjeść po tych trzech dniach.
- Trzech dniach?! - krzyknęła, zrzucając z siebie kołdrę. - Spałam trzy dni?!
- Tak, trzy dni - stanął naprzeciwko niej. - I może zechciałabyś się ubrać przed obiadem. Twoje rzeczy leżą obok łóżka.
Dziewczyna przez chwilę nie zorientowała się o czym on mówi. Patrzyła prosto w jego podejrzliwe oczy stojąc przed nim zupełnie naga. Była niższa o pół głowy, miała gładką skórę, która nosiła jednak kilka śladów pozostawionych przez trudy życia. Na jej ciele nie było żadnego włoska poza długimi, sięgającymi pośladków, blond włosami na głowie.
- Mamy niespodziewanie ciepłą jesień, ale lepiej się ubierz - rzucił i wrócił do mieszania gulaszu, wziął dwie miseczki i je napełnił. - Chyba, że w twojej krainie jada się nago.
Zarumieniła się i natychmiast rzuciła w stronę swoich ubrań. Zakładała je w wielkim pośpiechu. Chciała zapaść się pod ziemię. Nie wiedziała kim jest ten człowiek, ale wydał jej się zaskakująco godny zaufania. Nie pamiętała co się wydarzyło zanim znalazła się tutaj, dlaczego znalazła się w tym domku i kim jest ten człowiek, ale była okropnie głodna. Postanowiła, że zje gulasz i w trakcie posiłku wypyta o szczegóły.
- Siadaj! - wskazał jej krzesło. - Jedzmy, póki gorące.
Usiadła na wskazanym, drewnianym krześle i sięgnęła po łyżkę. Przyjemny zapach gulaszu sprawił, że zrobiła się jeszcze bardziej głodna. Nie chciała jednak tego po sobie pokazać i jadła powoli. Co jakiś czas pogryzała cienki, zbożowy placek, który podał jej mężczyzna.
- Jestem Cathrine - zaczęła nieśmiało. - A ty?
- Martin - odpowiedział krótko nie odrywając oczu od widoku za oknem.
- Mógłbyś mi opowiedzieć, Martinie, co się stało zanim znalazłam się tutaj?
- Jasne. Czekałem kiedy o to zapytasz. Biegłaś przez las i goniło Cię trzech żołnierzy z doborowej jednostki. Postanowiłem ci pomóc i zabiłem ich. Byłaś wyczerpana, potknęłaś się i upadłaś. Straciłaś przytomność, więc przyniosłem Cię tutaj. Rozebrałem, umyłem i położyłem w moim łóżku. Sam spałem na tym futrze - wskazał ręką skórę leżącą obok kominka. - Wyprałem twoje rzeczy i czekałem aż się obudzisz. Podejrzewam, że ścigali cię nie bez powodu i chciałbym się dowiedzieć o tym więcej.
Wysłuchała go z przerażeniem. Pamiętała kto i dlaczego ją ścigał, ale nie sądziła, że jeden człowiek poradzi sobie z trzema żołnierzami przybocznej straży samego władcy Baldentu. Zaczęła się go bać. Nie wiedziała jakie ma wobec niej plany. Rozebrał ją i umył?! Może chce zrobić coś więcej, albo już zrobił… Ale wtedy nie spałby na podłodze.
- Mogę zapytać jak zabiłeś tych ludzi? - jej głos stał się jeszcze bardziej niepewny.
- Zaskoczyłem ich. Dwóch padło zanim zdążyło zareagować. Trzeci się bronił, ale niezbyt długo - odpowiedział bez emocji.
- Dlaczego?
- Co dlaczego? - odparł zdziwiony.
- Dlaczego zaryzykowałeś życie żeby mnie uratować? Dlaczego zadbałeś o mnie nie wiedząc nawet kim jestem?
- Moje życie niezbyt mnie interesuje, nie dbam o nie za bardzo, więc to nie było żadne ryzyko. Uratowałem cię ponieważ nie lubię kiedy trzech facetów goni bezbronną kobietę. Nie interesowało mnie kim jesteś dopóki nie byłaś bezpieczna. Zadbałem o ciebie, bo głupotą byłoby zabicie tamtych ludzi a potem pozostawienie cię nieprzytomną na drodze.
- Rozumiem…
- Teraz, kiedy jesteś już bezpieczna, z radością poznam twoją historię, Cathrino.
- Tak… Chyba jestem ci to wina. Władca Baldentu porwał mnie z mojej krainy pięć jesieni temu. Wtrącił do lochu moich rodziców i powiedział, że jeśli nie będę dobrą żoną to ich zabije. To tępy i okrutny tyran, zdolny do takich czynów. Siedziałam w zamknięciu kiedy on bawił się przed zaślubinami. Kilka miesięcy temu uciekłam mu i trafiłam aż tutaj. Wysłał za mną swoich najlepszych żołnierzy podzielonych na małe oddziały. Udawało mi się gubić ich pogoń, ale tego dnia, kiedy mnie spotkałeś popełniłam błąd. Jestem ci ogromnie wdzięczna za wszystko. Powiedz co chcesz w zamian, a spełnię twoją prośbę.
- W zamian? - zaśmiał się. - Nic nie chcę w zamian. Każdy mężczyzna postąpiłby tak samo jak ja. Nie było w tym nic nadzwyczajnego.
- Było i to nie wiesz jak nadzwyczajnego. Gdzie w ogóle jesteśmy?
- W Tonsilem, a właściwie dobrych kilkanaście kilometrów obok tego miasta.
- Nie znam tych okolic… - zasmuciła się. - Ale muszę ruszyć dalej, muszę. Oni na pewno będą mnie nadal ścigać i nie mogę zostać w miejscu na dłużej.
- Ścigają cię, są nawet niedaleko. Wpadli na zwłoki swoich towarzyszy co sprawiło, że nie są tak pewni siebie. Póki co nie ma dla ciebie bezpieczniejszego miejsca niż ten dom. W tych stronach jesień jest zazwyczaj bardzo nieprzyjemna, a ta jest wyjątkowa, przez co jeszcze groźniejsza. Naprawdę odradzam próbę ucieczki przez lasy o tej porze roku.
- Dlaczego?
- Zostań tutaj jeszcze kilka dni, a się przekonasz i wtedy podejmiesz decyzję. Dziadek mówił mi o jesieni niespodzianek. Wydaje mi się, że właśnie to miał na myśli.
- Opowiesz mi o tym? - spojrzała na niego zielonymi oczami.
- Tak, ale kiedy się przekonam, że mam rację.
- Dobrze, zostanę kilka dni, ale nie chcę być dla ciebie ciężarem. Ja będę spała na podłodze, a ty wrócisz do swojego łóżka.
- Nie ma mowy. Nie musisz robić nic, po prostu nie wychodź z domu. Nie wychylaj się za próg, a zwłaszcza po zmroku.
- Dobrze - wzięła głębszy oddech. - Dziękuję, Martinie.

Spędzili cały dzień na rozmowie. Martin opowiedział jej o tutejszych zwyczajach i o tym dlaczego mieszka tak daleko od miasta. Cathrina z kolei opowiedziała mu o swoim życiu. O rodzinnych stronach, o pobycie u niedoszłego męża, o tym jak ukrywała się przez zabójcami i jak zaszła aż tak daleko. Świetnie im się rozmawiało. Martin zapomniał o uzupełnieniu zapasu drewna przed nocą.
- Zostań tutaj i zamknij za mną drzwi. Wyjdę i wrócę z drzewem. Sam je otworze, a Ty usiądź przy kominku i niczego nie ruszaj.
- Coś się dzieje?
- Jest wyjątkowo piękna jesień i zapadł zmrok. Może coś się wydarzyć, coś wisi w powietrzu już jakiś czas.
- Co takiego? - zapytała ze strachem w głosie.
- Od kiedy jesteś na tych terenach?
- Od tygodnia…
- Zatem na pewno coś się wydarzy - zamyślił się. - Wydaje mi się, że władca Baldentu nie tylko żołnierzy wysłał w pościg za tobą.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

11/13/2014

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 1)

Zapraszam do zapoznania się z kolejnym opowiadaniem. Jest to pierwsza część, będzie ich kilka, nie wiem jeszcze ile, ale w niedługim czasie dostaniecie kolejne. Opowiadanie opisuje pewną jesień, która zatrzęsła światem, która sprawiła, że wszystko stanęło na głowie. Zapraszam do czytania!

"Jesień niespodzianek" (cz. 1)



Wiatr dudnił w kominie. Zaczęła się jesień. Dokładnie tego samego dnia co rok temu. Tego roku było jednak inaczej. Mimo wiatru, który akurat zaczął wiać mocniej było dosyć ciepło. Nie rozpoczęły się ulewy, nocą nie ściskał mróz. W powietrzu czuło się coś niepokojącego. Martin stał przy oknie swojego domu i wpatrywał się w las. Wypatrywał zagrożenia między drzewami, które teraz spowite były w mroku. Ogień trzaskał w kominku. Mały domek stał w samym środku lasu, z dala od reszty wioski. Martin nie lubił ludzi. Uznał, że nie są mu oni do niczego potrzebni, bo doskonale radzi sobie sam. Własnoręcznie zbudował swój dom, sam zdobywał pożywienie, nawet narzędzia wytwarzał sam. Ludzie by tylko mu przeszkadzali.

Powinien już spać, ale coś go dręczyło. Jak zawsze na jesień czuł się bardziej niespokojny, to morowe powietrze przepełnione mgłą, dymem z kominów i zapachem gnijących liści jakoś na niego wpływało. W Tonsilem, co roku, jesień zaczynała się dokładnie tego samego dnia od mocnych ulew, porywistego wiatru i niskich temperatur. Martin był do tego przyzwyczajony, a że nie lubił zmian to tegoroczne rozpoczęcie jesieni zaniepokoiło go jeszcze bardziej. Świeca w srebrnym świeczniku stała na niewielkim dębowym stole. Ledwo oświetlała pomieszczenie, co ułatwiało obserwację. Drewniane pale, z których dom był zbudowany, tworzyły w miarę równe ściany. W izbie nie było ozdób. W rogu stało łóżko, obok stołu dwa krzesła. Na jednej ze ścian znajdował się kominek. Dokładnie naprzeciwko łóżka. Za otwartymi drzwiami znajdowało się pomieszczenie, w którym zgromadził zapasy na zbliżającą się zimę, miał tam również broń i narzędzia. Wszystko pod ręką na wypadek gdyby zima nie pozwalała wyjść z domu. Martin odwrócił się od okna i dorzucił do ceglanego kominka dwie szczapy jasnego drewna. Postawił świeczkę na taborecie obok łóżka. Ściągnął lnianą koszulę i zapatrzył się w ogień. Tańczące płomienie oświetlały jego sylwetkę. Miał ciemne, średniej długości włosy, wyraźne, prawie złowieszcze rysy twarzy. Jego wysportowane ciało nosiło na sobie ślady walk, blizny lśniły w ogniu. Był nieźle zbudowany, ale nie był wielki. Nikt by nie pomyślał, że taki mężczyzna może przeżyć sam w lasach Tonsilem. Zdjął czarne spodnie i już miał się położyć kiedy usłyszał coś, czego nikt inny nie mógł usłyszeć. Cicho ruszył do okna. Był nagi, więc nawet ubranie nie szeleściło. Jego mięśnie lśniły w blasku ognia. Dopadł do szyby i wytężył wzrok. W mroku nie działo się nic szczególnego, z pozoru. Martin widział jednak, że coś się przesuwa między drzewami. Nie zbliżało się jednak do jego domostwa, póki co się nie zbliżało. Wziął ze sobą świecę i wszedł do składziku. Wyjął z niego wielki topór, którego obydwa ostrza przypominające w kształcie półksiężyce, a które stykały się ze sobą tak, że tworzyły księżyc w pełni, nosiły na sobie pięknie rzeźbione wzory. Mocny trzonek, wykonany z czarnego jak noc drewna również był bogato zdobiony. Martin postawił go obok łóżka i sam się położył.

Pierwsze promienie jesiennego słońca wdarły się do jego niewielkiego domu przez okna. Martin nie spał już. Zdążył się umyć i ubrać, a teraz posilał się przy stole. Kawałek suszonego mięsa i owsianka stanowiły jego śniadanie. Wstał od stołu i wyszedł z domu. Otworzył drzwi i rozejrzał się uważnie. Założył kurtkę, ale gdy tylko wyszedł z domu przekonał się jak jest ciepło. Zdjął ją i wrzucił do izby przez otwarte drzwi. Błękitne niebo rozciągało się nad lasami, które zmieniły już kolor z zielonego na żółty, pomarańczowy, a miejscami nawet czerwony. Delikatny wiaterek muskał skórę Martina. Potarł dłonią zarost na policzku i ruszył w las. Przy pasie miał tylko średniej długości nóż. Wszedł między drzewa i niskie krzewy. Stąpał po mchu i wpatrywał się w gęstwinę. Liście opadały wokół niego tworząc niesamowitą, kolorową mozaikę. Martin przykucnął i sięgnął do wnętrza krzewu po swojej prawej. Wyciągnął z niej zająca. Szarak szarpał się w jego silnej dłoni, ale nie miał najmniejszej szansy żeby się uratować. Martin sięgnął po nóż. Delikatnie wyjął go z pochwy i zbliżył do przerażonego stworzenia. Nagle przeciągły pisk wzbudził jego czujność. Padł na mech i wypuścił zająca. Słyszał krzyki i korki. Czterech ludzi biegło niedaleko niego. Kolejny krzyk. Teraz był już pewny, że to kobieta. Ucieka przed kimś, przed trzema mężczyznami. Bez zastanowienia ruszył w ich kierunku. Znał ten las jak własną kieszeń, więc wiedział którędy będzie najszybciej. Chciał zrównać się z pogonią zanim ich zaatakuje. Musiał mieć pewność, że powinien pomóc tej kobiecie. Wpadał między krzewy i drzewa, przeskoczył nad strumieniem. W dłoni ściskał nóż. Krzyki nasilały się, po głosie poznał, że kobieta nie ma już zbyt wiele sił i wkrótce ją dopadną.

Wreszcie był na tyle blisko by przyjrzeć się całej sytuacji. Trzech wielkich mężczyzn w lekkich pancerzach wykonanych z jasnej skóry i srebrnej stali. Po sposobie w jakim się poruszali widać było, że są zaprawieni w bojach. Mieli przy sobie broń w kształcie sierpów, ale trochę większą i z dłuższym trzonkiem. Nie zauważyli Martina biegnącego równo z nimi. Oni biegli po równej ścieżce, a Martin między drzewami. Wyprzedził ich odrobinę i zobaczył kogo ścigają. Była to kobieta z niespotykanie długimi jasnymi włosami, które teraz ciągnęły się za nią niczym ogon za kometą. Była niezwykle zgrabna, bardzo kobieca, a przy tym szczupła. Była średniego wzrostu. Jej długa, szara suknia nie pomagała w ucieczce. Pęd powietrza sprawiał, że materiał przywierał do jej ciała. Oglądała się za siebie. Twarz również miała piękną, zgrabny nos, zielone oczy, idealne brwi i usta. Martin nie widział wcześniej ani jej, ani mężczyzn, którzy ją ścigali. Nie miał czasu na zawahanie. Wiedział, że ona nie ma już sił. Potknęła się i upadła wpadając w zarośla. Martin wykorzystał ten moment. To była dokładnie ta chwila, na którą czekał. Teraz pewność siebie tych żołnierzy podskoczyła do granic możliwości. Teraz nie będą się spodziewać żadnego kłopotu. Zbliżył się do krawędzi ścieżki i wyskoczył w górę. Przelatując nad jednym z wojaków wbił mu swój nóż w czubek głowy. Wyciągnął go szybko i wylądował na drugim. Zanim tamten zorientował się co się stało krew wypływała z jego rozciętego gardła. Pozostał ostatni. Nie zwrócił uwagi na los swoich towarzyszy, co utwierdziło Martina w przekonaniu, że to żołnierze doborowej jednostki. Ich celem była ta kobieta i nie zwracali uwagi na nic poza nią. Nie liczyło się ilu ich wróci z tej misji, liczyło się tylko by rozwiązali problem jaki wiązał się z tą dziewczyną. Martin zostawił za sobą dwa ciała i ruszył za trzecim żołnierzem. Tamten nie mógł sobie pozwolić na błąd, więc w ostatniej chwili odwrócił się i ciął swoim sierpowatym mieczem. Martin wiedział, że on to zrobi. Był o tym przekonany. Przykucnął unikając ostrza, a sam wyprowadził cios prosto w pachwinę. Tam zbroja była słabsza. Ostrze wbiło się aż po rękojeść. Szarpnął nim w górę. Ponure, brązowe oczy krzyczały z bólu, ale żaden dźwięk nie wydobył się z ust mężczyzny. Ból był zbyt wielki żeby mógł krzyknąć. Chciał jeszcze złapać przeciwnika, powalić go i przynajmniej zabić jeśli sam miał zginąć, ale nie dał rady. Podniósł ręce, które zaraz opadły. Martin wyciągnął nóż, a bezwładne już ciało upadło na ścieżkę. Chłopak poczuł się świetnie przez moment, ale po chwili spojrzał w pobliskie zarośla. Na ścieżkę wystawała tylko bezwładna noga. Oblał go zimny pot. Przez myśl przeszło mu, że mogła uderzyć głową o kamień albo jakiś korzeń i stracić życie. Otarł nóż z krwi i schował go do pochwy wiszącej u pasa. Powoli zbliżył się do zarośli. Delikatnie chwycił tę dziewczynę i podniósł ją. Była zupełnie nieprzytomna, ale oddychała. Czuł jak wali jej serce. Upadek, stres, wyczerpanie ucieczką sprawiły, że jej organizm odmówił posłuszeństwa. Martin wziął ją na ręce i ruszył w stronę domu.

 Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)