Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą las. Pokaż wszystkie posty

9/20/2017

Opowiadanie #14 - Las

Szanowni Czytelnicy,
w związku z nowym projektem, za który się zabrałem nie miałem tyle czasu żeby zrobić potrzebny research do felietonu, który mam zamiar Wam teraz zaprezentować. Dlatego przedstawiam Wam pierwszą część opowiadania "Las". Myślę, że to całkiem przyjemna odmiana od felietonów, choć opowiadanie już takie przyjemne nie będzie. Jest ono nieco zainspirowane twórczością Kinga. Następne części kiedyś się pojawią, obiecuję, bo sam chciałbym je dokończyć. Zapraszam do czytania ;)

Las

                - Możesz mi powiedzieć po jaką cholerę jedziemy w tę dzicz? - zapytał wysoki, chudy i niezwykle blady mężczyzna wpatrując się w okno samochodu.
- Bo nie napisałeś nic od roku, bo za każdym razem jak siadasz do pisania to kończy się to przesiadywaniem w internecie i oglądaniem głupot, bo jesteś blady jak śmierć i potrzebujesz wyjść na powietrze - odparła mu wyraźnie zdenerwowana bruneta, która zaciskała dłonie na kierownicy.
- Na powietrze mogłem wyjść na balkon, nie musiałaś mnie tutaj ciągnąć - mruknął opuszczając i podnosząc szybę.
- Marcin! - krzyknęła, ale opanowała się po kilku głębszych oddechach. - Jestem twoją agentką, zajmuję się kontaktem z wydawcami, którzy chcą od ciebie nowej powieści. Chcą ją teraz, Marcin, a nie za kolejny rok. Napisałeś jeden bestseller i liczą na to, że twoja kariera się rozwinie, że zarobią na tobie dopóki twoje nazwisko jest gorące. Za jakiś czas nikt już o tobie nie będzie pamiętał. Musimy iść za ciosem.
- Przecież mówię, że napiszę - bąknął grzebiąc w schowku. - Nie musicie mnie poganiać co pół roku. Przecież książki się nie tworzy w tydzień, musi być pomysł, muszą być postaci, musi być fabuła, świat, to wszystko trzeba dopracować. Nie będę strzelał tytułami jak Stephen King.
- Zgadzam się, trzeba to dopracować, ale czy ty w ogóle masz jakikolwiek zarys tego co chcesz napisać?
- Coś bardziej na kształt zarysu…
- Nawet mnie nie denerwuj! - energicznie zmieniła bieg. - Przez cały rok nie zrobiłeś nic?!
- Oj, Sandra - przeciągnął się w fotelu. - Miałem inne rzeczy do roboty.
- Masz wielki talent. Twoja pierwsza książka była najlepiej sprzedającym się tytułem przez cały rok. Wygrałeś masę nagród i mówisz mi, że miałeś inne rzeczy do roboty niż pisać następną żeby iść za ciosem?
- Ale po co iść za ciosem? Ta książka będzie się sprzedawać jeszcze przez lata, porobi się jakieś drugie wydania czy coś i…

1/25/2015

Opowiadanie #6 - "Pełnia"

Nadszedł czas na kolejne opowiadanie z moich pisarskich zbiorów. Właściwie nie wiem sam jak je oceniać. Pozostawię to Wam, czytelnikom. Napisałem je pod wpływem pełni księżyca. Spoglądałem na niebo, na którym znajdował się wielki księżyc, małe obłoczki były gnane przez silny wiatr i od czasu do czasu go w niewielkiej części przykrywały. Zacząłem rozmyślać i tak wpadł mi do głowy pomysł na postaci, scenerię i fabułę tego opowiadania. Zapraszam do czytania!

"Pełnia"



Okrągła tarcza księżyca oświetlała gęste lasy położone na górskim zboczu. Na niebie przesuwały się postrzępione chmury, które od czasu do czasu potęgowały grozę. Wiatr szeleścił liśćmi, słychać było pohukiwanie sów i wycie wilków. Aura była mroczna, dało się wyczuć, że coś tej nocy nie jest tak jak być powinno. Natura dawała wyraźne znaki, ostrzegała żeby nie wchodzić do tego lasu, nie tej nocy. Czerwony księżyc w pełni górował nad mrocznymi ostępami, dzięki czemu choć odrobina światła wpadała między gęsto rosnące drzewa. Między pniami wysokich i smukłych świerków przedzierała się wysoka i barczysta postać. Miała na sobie czarną pelerynę z kapturem, która sprawiała, że był niemal niewidoczny w tym mrocznym lesie. Kierował się w górę zbocza. Poruszał się niemal bezszelestnie. Był szybki jak wiatr. Przeskakiwał od drzewa do drzewa. Podmuch wiatru rozwiał jego pelerynę na tyle, by w blasku księżyca błysnęła srebrna klinga długiego miecza wiszącego u jego pasa. Broń nie była zabezpieczona w pochwie, wisiała swobodnie. Postać zatrzymała się nagle i przykucnęła. Wysunął dłoń w ciemnej rękawicy i sprawdził ściółkę. Podniósł fragment i powąchał go. Rozkruszył między palcami to co zebrał i biegiem ruszył w górę. Przeciągłe wycie rozdarło ciszę, która niespodziewanie zapadła. Nawet wiatr ustał. Postać wbiegła na szczyt. Wsparła się dłonią o pień świerku. Zsunęła kaptur z głowy. Płomienne, rude włosy spoczęły na czarnej pelerynie. Zielone oczy osadzone pod rudymi brwiami wpatrywały się w dal. Szeroka szczęka, orli nos i, zaciśnięte w grymasie furii, wąskie usta czyniły jego twarz przerażającą. Było w niej coś, co budziło grozę i pasowało do tej nocy i tego lasu niemal idealnie. Mężczyzna ruszył w dół zbocza. Biegł z zawrotną prędkością, ale nie tracił równowagi. Zrzucił z siebie pelerynę, odpinając guzik jedną dłonią. Pod peleryną była schowana kusza. Wyciągnął ją i przygotował do strzału. Nałożył bełt, którego grot błyszczał w świetle księżyca. Wyglądał na srebrny. Zbiegł na samo dno wąwozu, który oddzielał dwie najwyższe góry. Pobiegł wąwozem i wreszcie wybił się z jednego z płaskich kamieni, które leżały na jego dnie. Wyskoczył w górę i wystrzelił z kuszy między drzewa. Głośne wycie ponownie rozdarło ciszę panującą tej nocy. Mężczyzna skoczył między drzewa, tam gdzie strzelił i wylądował na wielkiej bestii. Przeturlał się razem z nią i wylądował jej na klatce piersiowej. Wyciągnął miecz i przycisnął go do grubego karku potwora. Bestia miała gęste, czarne futro. Wielki łeb przypominający łeb wilka, długie łapy zakończone ostrymi pazurami. Z uda potwora wystawał bełt, który został wystrzelony kilka sekund wcześniej. Krew barwiła trawę, a futro wokół rany zaczynało wypadać. Stworzenie wyszczerzyło kły próbując ugryźć mężczyznę, ale ostrze na gardle powstrzymało jego zapędy.
- Gdzie ją przetrzymujecie? - zapytał chrapliwym głosem rudy mężczyzna.
- Ruvik… - bestia warknęła. - Nic ci nie powiem, nigdy jej nie znajdziesz.
- Zginiesz tej nocy - mężczyzna odpowiedział ze stoickim spokojem. - Od ciebie zależy czy szybko czy w męczarniach.
- Odsuń ostrze od mojej szyi to może coś ci powiem.
- W twoim położeniu nie stawiałbym warunków - trącił kolanem bełt wbity w udo bestii, ta zawyła głośno.
- Zaraz przybędą inni… wtedy nasza pozycja będzie zupełnie inna, Ruvik.
- Nawet jeśli ktoś przyjdzie pomóc takiemu ścierwu jak ty, to już tego nie zobaczysz. Ostatnia szansa. Powiedz mi dokąd ją zabraliście?
- Zginiesz próbując się tam dostać - bestia wyszczerzyła kły. - Dlatego ci powiem. Jestem w Tevedarn, tam gdzie jeszcze nikt niepowołany nie wszedł. Nikt z twoich parszywych towarzyszy. Nikt tam nie wejdzie, Ruvik, nikt nie…
Potwór nie dokończył zdania. Srebrne ostrze zatopiło się w jego gardle. Krew zabulgotała w jego paszczy i po chwili zastygł bez ruchu. Futro zaczęło sypać się z niego niczym igły ze ściętego drzewa. Jego ciało wchłonęła ziemia, pozostały jedynie włosy. 

                Ruvik podniósł się i ruszył dalej wąwozem. Biegł długo niemal się przy tym nie męcząc. Po dobrych kilku godzinach trafił na grupkę podobnych bestii. Czarne futra, długie łapy, błyszczące kły i pazury. Nie zauważyły go. Skrył się między drzewami i obserwował ich ruchy. Siedem bestii pilnowało wąskiego przesmyku, który prowadził wprost do groty. Żeby dostać się to Tavedarn musiał przejść tą grotą, nie było innej drogi. Wiedział, że ta siódemka to tylko warta, a wewnątrz groty jest ich znacznie więcej. Sprawdził odruchowo czy miecz jest pod ręką. Sięgnął za szeroki pas i wyjął kilka krótkich sztyletów, wiedział, że przydadzą mu się za chwilę. Rozłożył przed sobą sześć bełtów. Spokojnie załadował jeden z nich. Wycelował i strzelił w jednego z wilkołaków. Strzała wbiła się prosto w łeb, a po kilku sekundach po potworze pozostała jedynie kupka czarnego futra. Reszta wpadła w popłoch. Rozglądali się i starali się wywęszyć zagrożenie. Ruvik był ustawiony tak, że nie byli w stanie go wykryć. Załadował ponownie i zlikwidował drugą bestię. Strzelał raz za razem, aż został się ostatni z wilkołaków. Ten był wyjątkowy. Przez środek jego pyska przebiegała jasna i gruba szrama, która niemal świeciła w blasku księżyca. Ruvik wyszedł z ukrycia i gdy tylko bestia go zobaczyła wyszczerzyła zęby w grymaśnym uśmiechu.
- Baras - Ruvik wyciągnął miecz. - Znowu się spotykamy.
- Ruvik… - odpowiedziało mu warknięcie. - Dotarłeś aż tutaj, szkoda będzie przerwać ci tę podróż.
- Więc tym razem nie chcesz uciec? To zupełnie nie w twoim stylu.
Wilk nie wytrzymał i rzucił się na mężczyznę. Ten zrobił spokojny unik i ciął mieczem w nogi. Bestia padła w mech jak długa. Wycie odbiło się echem między górami, ale Ruvik szybko je skrócił. Przewrócił Barasa na plecy i wyjął krótki, zakrzywiony nóż.
- Odkryłem pewną tajemnicę, Barasie - powiedział. - Wasze ciała rozpadają się po śmierci, ale jeśli ściągnie się z was skórę przed śmiercią to ona pozostaje na tym świecie. Kilka już mam w domu, całkiem ciepłe są, ale i tak najlepiej wyglądają wokół ogniska.
- Kłamca! - warknął wilkołak.
- Sprawdźmy to.
Ruvik wbił sztylet pod skórę i zaczął oddzielać ją od mięśni. Ból nie pozwalał wydać z siebie nawet piśnięcia i Baras leżał z szeroko otwartym pyskiem. Białe zębiska odbijały światło księżyca. Kiedy rudy mężczyzna skończył wilkołak pozostał nagi, jego porozcinane mięśnie drżały i krwawiły. Czarna krew wsiąkała w zielony mech.
- To pomoże mi szybko wykonać moją misję - powiedział. - Ale ty powinieneś wrócić tam skąd wylazłeś.
Wbił mu swój długi miecz w czaszkę i przekręcił klingę. Słychać było trzask łamanych kości. Wyciągnął ostrze z bestii, po której nie zostało nic. Zarzucił na siebie futro i wszedł do groty. Przemykał się ciemnym korytarzem. Dzięki skórze, którą miał na sobie nie rozpoznają jego zapachu. Mógł więc swobodnie podkradać się do przeciwników i cicho ich eliminować. Tak też robił. Wykańczał jednego po drugim najciszej jak się dało. Wiedział, że w mogą zamknąć mu drogę z obydwu stron. W tak ciasnym pomieszczeniu przewaga liczebna nie ma znaczenia, ale z atakiem z dwóch frontów mógł sobie nie poradzić. Ta misja była zbyt ważna żeby działać pochopnie. Nie mógł sobie pozwolić na błąd. 

                Wreszcie przedostał się na drugą stronę góry. W grocie za sobą zostawił mnóstwo futra, które zostało po martwych wilkołakach. Pozostało mu teraz jedynie wspiąć się na stromy szczyt i dostać do kolejnej groty. To właśnie była góra Tavedarn. Jej stromy, skalisty szczyt był ledwo widoczny z tego miejsca. Nie prowadziła do niej żadna droga, trzeba było się wspinać. To tam, przed wiekami, zagnieździły się wilkołaki i to stamtąd rozłaziły się po całym świecie. To był ich matecznik. Ruvik domyślał się, że do samego centrum prowadzą długie korytarze, w których można się pogubić. Nie zrzucił więc skóry, którą był okryty. Wiedział, że to zwiększy jego szanse. Wiedział też, że nie są one zbyt duże. Nikt jeszcze nie wrócił z wyprawy do Tavedarn. Księżyc powoli zachodził i musiał się spieszyć. Znał ten rytuał. Wykorzystają moment kiedy na niebie będą jednocześnie księżyc i słońce by przemienić tę dziewczynę w wilczycę, która wyda na świat kolejne pokolenie potworów. Tylko w tym czasie było to możliwe. Nie zastanawiał się więc długo i ruszył po skalistej ścianie w górę. Kamienie były wyślizgane po wiekach wspinaczki. Piął się jednak dzielnie ku górze. Wiatr był tam przejmująco zimny. Ucieszył się, że nie pozostawił skóry z Barasa na dole. Dawała mu dodatkową osłonę. Trzymała jeszcze ciepło bestii, która ją nosiła. Ruvik był bardzo sprawny i szybko dostał się na szczyt. Wejścia do groty pilnowała kolejna grupa wilkołaków. Tym razem nie miał możliwości by ich zaskoczyć. Oparł się mocno nogami i wyskoczył w górę. Nim bestie spostrzegły co się dzieje, on zrzucił skórę i wyrzucił przed siebie kilka sztyletów. Wszystkie trafiły w cel i pozbył się większości przeciwników. Zostało trzech. Starały się go otoczyć i zepchnąć do krawędzi urwiska. On jednak nie pozwolił im na to i zaszarżował na jednego z nich. Wbił mu miecz w okolicach obojczyka i przeskoczył nad wysoką bestią. Pozostałe dwa były teraz bliżej krawędzi i mógł wykorzystać zdobytą przewagę. Ruszył biegiem prosto w stronę jednego z nich. Ściął mu głowę nim tamten zdążył zawyć. Odbił się jedną nogą od ciała, które spadło w dół, i spadł niczym grom na drugiego. Ciął go mieczem rozpłatując brzuch. Wnętrzności wylały się na kamień. Wściekłe oczy wpatrywały się teraz w pustkę, a po chwili zniknęły. Ruvik nie napawał się zwycięstwem. Ruszył w głąb jaskini. Tak jak myślał, było tam wiele korytarzy. Instynkt jednak ciągnął go w jedną stronę. Poruszał się przy ścianie, eliminował napotkanych wrogów, ale, gdy tylko była na to szansa, starał się unikać walki. Czaił się w mroku. Wiedział, że jeśli któraś z bestii zacznie wyć to nie skończy się to dobrze ani dla niego, ani dla dziewczyny, którą miał uratować. Serce biło mu mocno, czuł zimno pot na karku. To była najważniejsza misja w jego życiu i czuł silną presję, ale pierwszy raz od bardzo dawna, poczuł też strach. Jeśli wróci z Tavedarn i uratuje tę dziewczynę stanie się najsławniejszym Łowcą na świecie. Będzie równy królom. Chęć zdobycia sławy pchała go do przodu, mimo strachu i mimo zdrowego rozsądku. 

                Dotarł wreszcie tam gdzie chciał. Czuł, że jest we wnętrzu góry i wiedział, że ucieczka z niej nie będzie łatwa. Zobaczył okrągłą jaskinię, w której znajdowało się mnóstwo bestii. Klęczały wpatrując się w coś na kształt ołtarza. Był to kawałek skały na tyle płaski by można było coś na nim położyć. Przy tym ołtarzu stała postać wyglądająca na ludzką, a na samej skale leżała naga kobieta. Ruvik zauważył jej rude włosy. To była kobieta, po którą tutaj przyszedł. Niestety rytuał zaczął się już, a w pomieszczeniu było zbyt dużo mrocznych bestii by z nimi walczyć. Przyjrzał się lepiej postaci nad dziewczyną. Również była naga, ale nie do końca. Na jej głowie znajdowała się idealnie biała czaszka wilkołaka. Udało mu się dostrzec, że to mężczyzna i że ma w ręku długi nóż, z robiony z kości. Kiedy tylko podniósł go do góry Ruvik skoczył między piekielne bestie ze swoim srebrnym mieczem.
- Zostawcie go! - ryknął mężczyzna z czaszką na głowie, a wilki zamarły wykonując rozkaz. - Ruvik! Najdzielniejszy z dzielnych, największy Łowca! Jak miło cię widzieć!
- Kim jesteś?! Oddaj mi dziewczynę to zniknę i nikt więcej nie zginie!
- Jestem Mortar, wiele setek lat temu mieszkańcy twojego świata wygnali mnie ze swojej wspólnoty tylko za to, że mój wilk pogryzł jakieś dziecko. Widocznie mu się należało - wzruszył ramionami. - Zamieszkałem wraz z nim tutaj w Tavedarn i postanowiłem się zemścić. Wysłałem go do wioski po jedną z młódek. Przyniósł mi ją, a ja, dzięki wiedzy zmieszałem ich krew. Tak powstało kilka pierwszych wilkołaków, jak je nazywacie. Wypuściłem je w świat, a one, w podzięce, pozwalają mi tworzyć kolejne ich pokolenia.
- To niemożliwe - wtrącił Ruvik. - Nie możesz tutaj żyć od setek lat.
- To jest w tym najlepsze, chłopcze. Mogę. Dzięki specjalnemu rytuałowi i krwi tych młodych dziewczyn. Trzeba ją zmieszać z krwią jednego z wilków, ale to dla nich żaden problem, bo rany szybko się goją. Walczą między sobą o to kto może mi podarować krew. Właśnie miałem przedłużyć sobie życie o kolejne pół roku. Może zechcesz się do mnie przyłączyć?
- Co? - wydukał zaskoczony.
- Byłoby bardzo miło mieć ciebie za towarzysza. Dużo o tobie słyszałem, zabiłeś wiele moich dzieci. Chciałbym cię bliżej poznać, byłbyś użyteczny.
- Nie wierzę w te bajki, po prostu oddaj mi dziewczynę i pozwól stąd wyjść, a nic ci się nie stanie…
- Groźba? - zaśmiał się. - Jesteś otoczony przez kilkadziesiąt bestii, w całej górze jest ich kilkaset. Myślisz, że uda ci się mnie zabić i wynieść stąd to dziewczę?
- Nie wiem czy mi się to uda, ale wiem, że jeśli nie przystanę na twoją propozycję to i tak mnie zabijesz, więc czemu nie spróbować?
- Wiedziałem, że to powiesz. Słyszałem o tobie naprawdę dużo. Ale zaraz zajdzie księżyc, a my tutaj sobie rozmawiamy. Wybieraj!
Ruvik nie czekał nawet aż głos przestanie brzmieć w sali i ruszył ze srebrnym mieczem w stronę Mortara. Rzucił się w jego kierunku, ale został powalony przez wilkołaka. Kolejne zbierały się do ataku. Miecz szlachtował je na prawo i lewo. Wycie, skamlenie i piski wypełniły całe wnętrze góry. Ciął mieczem ile tylko miał sił, ale czuł, że zaczyna mu już ich brakować. Ręce miał jak z ołowiu i ruchy coraz wolniejsze. Wiedział, że to nie ma sensu. Musi się przedostać do Mortara i zabić go. Tylko to mogło go uratować. I mogło uratować ją. Zebrał się w sobie i ruszył. Miecz aż płonął od czarnej krwi. Uderzał raz za razem. Atakowały go z przodu, z tyłu i z boków. Nie miał nawet sekundy wytchnienia. Wreszcie poczuł palący ból w łydce. Spojrzał i zobaczył, że jego mięsień jest rozrywany przez szczęki ogromnego wilka. Wbił mu miecz w głowę i bestia puściła, ale tę chwilę zawahania wykorzystał inny potwór, który powalił Ruvika uderzeniem pazurów. Ostre jak noże pazury rozcięły skórę na klatce piersiowej. Poczuł, że zaczyna mu brakować sił. Miał mroczki przed oczami. Był bliski omdlenia, ale między napierającymi cielskami włochatych bestii zobaczył nagie ciało rudowłosej dziewczyny. Mortar kończył modły będąc zupełnie spokojnym o swoje bezpieczeństwo. Uderzenie zębów wyrwało z dłoni Ruvika miecz. Wilki przyparły go do ściany. Widział jedynie ich przekrwione, błyszczące ślepia i ślinę ściekającą po białych kłach. Dyszały, wyły i szczekały. Czas jakby stanął w miejscu. Mężczyzna nie widział już zbyt dużo. Utrata krwi i zmęczenie dawały o sobie znać. Wyjął nóż, który służył mu do zdejmowania skór z przeciwników i rzucił nim w stronę ołtarza w przebłysku świadomości. Ostrze trafiło w czaszkę, rozbiło ją na pół, ale nie zrobiło krzywdy Mortarowi. Wilkołaki jednak na chwilę zostały zbite z tropu i spojrzały w stronę swojego władcy. Ruvik zebrał się na ostatni akt odwagi. Wyjął kuszę i założył na nią bełt. Ręce drżały bardzo mocno, a czas mu się kończył. Wilki znów zainteresowały się nim. Napiął cięciwę i wycelował. Zdążył oddać strzał nim się na niego rzuciły.

                Ocknął się leżąc na ziemi wśród czarnego futra. Rozejrzał się i zobaczył postać przy ołtarzu z wystającym z klatki piersiowej bełtem. Na skale leżała naga dziewczyna. Wokół nie było nikogo. Jaskinia wydawała się zupełnie opuszczona. Podniósł się. Czuł, że jest bardzo słaby, że stracił sporo krwi, ale nie do końca zdawał sobie sprawę z tego co się stało. Podszedł do dziewczyny i ściągnął koszulę, na której widać było ślady pazurów. Założył jej swoje ubranie i wziął ją na ręce. Powoli, nieco oszołomiony, wyszedł na zewnątrz. Po drodze nie spotkali żadnego wilkołaka.

                Czterech mężczyzn w czarnych płaszczach siedziało wokół ogniska. Las, w którym się znajdowali, był cichy, jakby nic w nim nie żyło. Noc była czarna, chmury zakrywały niebo tak szczelnie, że gdyby nie ogień nie byłoby widać własnej ręki. Ruvik odgryzł kawałek mięsa niewiadomego pochodzenia, a kość wrzucił w ogień. Iskierki uniosły się w górę. Dwaj siedzący wraz z nim wyglądali na bardzo młodych. Mieli rude włosy i dziecięce rysy. Nie byli też zbyt rośli. W porównaniu z Ruvikiem wyglądali jak uczniaki. Ostatnim towarzyszem był niemal siwy mężczyzna. Resztki pigmentu w jego włosach połyskiwały miedzią. Zmarszczki i blizny zdobiły jego zmęczoną twarz. Był wielki. Mimo wieku jego mięśnie nadal miał w sobie dużo siły. U każdego z mężczyzn połyskiwał srebrny miecz, a na plecach wisiała kusza.
- Mistrzu - zaczął Ruvik. - Jak to się stało, że te wilkołaki zniknęły. Została po nich tylko sierść. Jakby pozdychały.
- Bo pozdychały - odparł ochrypłym głosem.
- Jak to możliwe?
- To nie były zwyczajne wilkołaki. One nie powstały z rzuconej na człowieka klątwy. One były sztucznie hodowane przez Mortara. Były wytworami jego czarnej magii. Zabiłeś go, a w tego jego czary przestały działać.
- I wszystkie wilkołaki zginęły?
- Nie wszystkie - wrzucił kość w ogień. - Nie wszystkie, Ruvik. Tylko te, które stworzył Mortar. Po świecie łazi pełno wilkołaków, na które ktoś rzucił klątwę. One się łączą w pary i rozmnażają. Zakładają siedliska i stamtąd rozłażą się po okolicy. Będziemy mieć co robić jeszcze przez wiele lat. Cieszy mnie to, że pozbyłeś się tych stworzonych przez czarną magię. Co prawda zostanie nam mniej roboty, ale nie będzie ginęło już tylko naszych.

                Ruvik westchnął i spojrzał między drzewa i skoncentrował wzrok na jednym punkcie. Już wiedział co tam jest… 



Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

11/13/2014

Opowiadanie #5 - "Jesień niespodzianek" (część 1)

Zapraszam do zapoznania się z kolejnym opowiadaniem. Jest to pierwsza część, będzie ich kilka, nie wiem jeszcze ile, ale w niedługim czasie dostaniecie kolejne. Opowiadanie opisuje pewną jesień, która zatrzęsła światem, która sprawiła, że wszystko stanęło na głowie. Zapraszam do czytania!

"Jesień niespodzianek" (cz. 1)



Wiatr dudnił w kominie. Zaczęła się jesień. Dokładnie tego samego dnia co rok temu. Tego roku było jednak inaczej. Mimo wiatru, który akurat zaczął wiać mocniej było dosyć ciepło. Nie rozpoczęły się ulewy, nocą nie ściskał mróz. W powietrzu czuło się coś niepokojącego. Martin stał przy oknie swojego domu i wpatrywał się w las. Wypatrywał zagrożenia między drzewami, które teraz spowite były w mroku. Ogień trzaskał w kominku. Mały domek stał w samym środku lasu, z dala od reszty wioski. Martin nie lubił ludzi. Uznał, że nie są mu oni do niczego potrzebni, bo doskonale radzi sobie sam. Własnoręcznie zbudował swój dom, sam zdobywał pożywienie, nawet narzędzia wytwarzał sam. Ludzie by tylko mu przeszkadzali.

Powinien już spać, ale coś go dręczyło. Jak zawsze na jesień czuł się bardziej niespokojny, to morowe powietrze przepełnione mgłą, dymem z kominów i zapachem gnijących liści jakoś na niego wpływało. W Tonsilem, co roku, jesień zaczynała się dokładnie tego samego dnia od mocnych ulew, porywistego wiatru i niskich temperatur. Martin był do tego przyzwyczajony, a że nie lubił zmian to tegoroczne rozpoczęcie jesieni zaniepokoiło go jeszcze bardziej. Świeca w srebrnym świeczniku stała na niewielkim dębowym stole. Ledwo oświetlała pomieszczenie, co ułatwiało obserwację. Drewniane pale, z których dom był zbudowany, tworzyły w miarę równe ściany. W izbie nie było ozdób. W rogu stało łóżko, obok stołu dwa krzesła. Na jednej ze ścian znajdował się kominek. Dokładnie naprzeciwko łóżka. Za otwartymi drzwiami znajdowało się pomieszczenie, w którym zgromadził zapasy na zbliżającą się zimę, miał tam również broń i narzędzia. Wszystko pod ręką na wypadek gdyby zima nie pozwalała wyjść z domu. Martin odwrócił się od okna i dorzucił do ceglanego kominka dwie szczapy jasnego drewna. Postawił świeczkę na taborecie obok łóżka. Ściągnął lnianą koszulę i zapatrzył się w ogień. Tańczące płomienie oświetlały jego sylwetkę. Miał ciemne, średniej długości włosy, wyraźne, prawie złowieszcze rysy twarzy. Jego wysportowane ciało nosiło na sobie ślady walk, blizny lśniły w ogniu. Był nieźle zbudowany, ale nie był wielki. Nikt by nie pomyślał, że taki mężczyzna może przeżyć sam w lasach Tonsilem. Zdjął czarne spodnie i już miał się położyć kiedy usłyszał coś, czego nikt inny nie mógł usłyszeć. Cicho ruszył do okna. Był nagi, więc nawet ubranie nie szeleściło. Jego mięśnie lśniły w blasku ognia. Dopadł do szyby i wytężył wzrok. W mroku nie działo się nic szczególnego, z pozoru. Martin widział jednak, że coś się przesuwa między drzewami. Nie zbliżało się jednak do jego domostwa, póki co się nie zbliżało. Wziął ze sobą świecę i wszedł do składziku. Wyjął z niego wielki topór, którego obydwa ostrza przypominające w kształcie półksiężyce, a które stykały się ze sobą tak, że tworzyły księżyc w pełni, nosiły na sobie pięknie rzeźbione wzory. Mocny trzonek, wykonany z czarnego jak noc drewna również był bogato zdobiony. Martin postawił go obok łóżka i sam się położył.

Pierwsze promienie jesiennego słońca wdarły się do jego niewielkiego domu przez okna. Martin nie spał już. Zdążył się umyć i ubrać, a teraz posilał się przy stole. Kawałek suszonego mięsa i owsianka stanowiły jego śniadanie. Wstał od stołu i wyszedł z domu. Otworzył drzwi i rozejrzał się uważnie. Założył kurtkę, ale gdy tylko wyszedł z domu przekonał się jak jest ciepło. Zdjął ją i wrzucił do izby przez otwarte drzwi. Błękitne niebo rozciągało się nad lasami, które zmieniły już kolor z zielonego na żółty, pomarańczowy, a miejscami nawet czerwony. Delikatny wiaterek muskał skórę Martina. Potarł dłonią zarost na policzku i ruszył w las. Przy pasie miał tylko średniej długości nóż. Wszedł między drzewa i niskie krzewy. Stąpał po mchu i wpatrywał się w gęstwinę. Liście opadały wokół niego tworząc niesamowitą, kolorową mozaikę. Martin przykucnął i sięgnął do wnętrza krzewu po swojej prawej. Wyciągnął z niej zająca. Szarak szarpał się w jego silnej dłoni, ale nie miał najmniejszej szansy żeby się uratować. Martin sięgnął po nóż. Delikatnie wyjął go z pochwy i zbliżył do przerażonego stworzenia. Nagle przeciągły pisk wzbudził jego czujność. Padł na mech i wypuścił zająca. Słyszał krzyki i korki. Czterech ludzi biegło niedaleko niego. Kolejny krzyk. Teraz był już pewny, że to kobieta. Ucieka przed kimś, przed trzema mężczyznami. Bez zastanowienia ruszył w ich kierunku. Znał ten las jak własną kieszeń, więc wiedział którędy będzie najszybciej. Chciał zrównać się z pogonią zanim ich zaatakuje. Musiał mieć pewność, że powinien pomóc tej kobiecie. Wpadał między krzewy i drzewa, przeskoczył nad strumieniem. W dłoni ściskał nóż. Krzyki nasilały się, po głosie poznał, że kobieta nie ma już zbyt wiele sił i wkrótce ją dopadną.

Wreszcie był na tyle blisko by przyjrzeć się całej sytuacji. Trzech wielkich mężczyzn w lekkich pancerzach wykonanych z jasnej skóry i srebrnej stali. Po sposobie w jakim się poruszali widać było, że są zaprawieni w bojach. Mieli przy sobie broń w kształcie sierpów, ale trochę większą i z dłuższym trzonkiem. Nie zauważyli Martina biegnącego równo z nimi. Oni biegli po równej ścieżce, a Martin między drzewami. Wyprzedził ich odrobinę i zobaczył kogo ścigają. Była to kobieta z niespotykanie długimi jasnymi włosami, które teraz ciągnęły się za nią niczym ogon za kometą. Była niezwykle zgrabna, bardzo kobieca, a przy tym szczupła. Była średniego wzrostu. Jej długa, szara suknia nie pomagała w ucieczce. Pęd powietrza sprawiał, że materiał przywierał do jej ciała. Oglądała się za siebie. Twarz również miała piękną, zgrabny nos, zielone oczy, idealne brwi i usta. Martin nie widział wcześniej ani jej, ani mężczyzn, którzy ją ścigali. Nie miał czasu na zawahanie. Wiedział, że ona nie ma już sił. Potknęła się i upadła wpadając w zarośla. Martin wykorzystał ten moment. To była dokładnie ta chwila, na którą czekał. Teraz pewność siebie tych żołnierzy podskoczyła do granic możliwości. Teraz nie będą się spodziewać żadnego kłopotu. Zbliżył się do krawędzi ścieżki i wyskoczył w górę. Przelatując nad jednym z wojaków wbił mu swój nóż w czubek głowy. Wyciągnął go szybko i wylądował na drugim. Zanim tamten zorientował się co się stało krew wypływała z jego rozciętego gardła. Pozostał ostatni. Nie zwrócił uwagi na los swoich towarzyszy, co utwierdziło Martina w przekonaniu, że to żołnierze doborowej jednostki. Ich celem była ta kobieta i nie zwracali uwagi na nic poza nią. Nie liczyło się ilu ich wróci z tej misji, liczyło się tylko by rozwiązali problem jaki wiązał się z tą dziewczyną. Martin zostawił za sobą dwa ciała i ruszył za trzecim żołnierzem. Tamten nie mógł sobie pozwolić na błąd, więc w ostatniej chwili odwrócił się i ciął swoim sierpowatym mieczem. Martin wiedział, że on to zrobi. Był o tym przekonany. Przykucnął unikając ostrza, a sam wyprowadził cios prosto w pachwinę. Tam zbroja była słabsza. Ostrze wbiło się aż po rękojeść. Szarpnął nim w górę. Ponure, brązowe oczy krzyczały z bólu, ale żaden dźwięk nie wydobył się z ust mężczyzny. Ból był zbyt wielki żeby mógł krzyknąć. Chciał jeszcze złapać przeciwnika, powalić go i przynajmniej zabić jeśli sam miał zginąć, ale nie dał rady. Podniósł ręce, które zaraz opadły. Martin wyciągnął nóż, a bezwładne już ciało upadło na ścieżkę. Chłopak poczuł się świetnie przez moment, ale po chwili spojrzał w pobliskie zarośla. Na ścieżkę wystawała tylko bezwładna noga. Oblał go zimny pot. Przez myśl przeszło mu, że mogła uderzyć głową o kamień albo jakiś korzeń i stracić życie. Otarł nóż z krwi i schował go do pochwy wiszącej u pasa. Powoli zbliżył się do zarośli. Delikatnie chwycił tę dziewczynę i podniósł ją. Była zupełnie nieprzytomna, ale oddychała. Czuł jak wali jej serce. Upadek, stres, wyczerpanie ucieczką sprawiły, że jej organizm odmówił posłuszeństwa. Martin wziął ją na ręce i ruszył w stronę domu.

 Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

9/29/2014

Opowiadania #4 - "Porwanie"

Przed Wami kolejne opowiadanie, które pozwoliłem sobie napisać. Napisałem je w godzinę, co rzadko mi się zdarza. Działałem pod wpływem silnej inspiracji i myślę, że moja Inspiracja wie o co chodzi. To opowiadanie jest dziwne, zaskakujące. Może być niezrozumiałe dla niektórych. W każdym razie zapraszam do czytania!

"Porwanie"



                Jesienne słońce wznosiło się na wieżowcami. Wysokie na 11 pięter budynki znajdowały się przy ruchliwej ulicy, na której, mimo południa, nadal tworzyły się korki. Na parkingu, który od wieżowca oddzielał jedynie chodnik stał samochód z włączonym silnikiem. Za jego kierownicą siedział młody mężczyzna o ciemnych włosach. Był średniego wzrostu, ale dobrze zbudowany. Miał wyraźnie zaniepokojoną minę. Denerwował się zupełnie jakby na kogoś czekał. Nagle otworzył drzwi i wyszedł na chodnik, którym przechodziła bardzo zgrabna dziewczyna o wyjątkowo długich blond włosach. Włosy te sięgały do końca jej pleców i były dosyć ciemne jak na blondynkę. Była średniego wzrostu i maszerowała nieświadoma tego co zaraz się wydarzy.
                Chłopak podbiegł do niej z tyłu. Jednym ramieniem chwycił ją w talii, a drugim zasłonił usta. Ona zesztywniała z przerażenia, nie mogła się zmusić do żadnego ruchu. Mężczyzna wciągnął ją do samochodu. Wrzucił na tylne siedzenie, zasłonił oczy nim zdołała zobaczyć kim on jest. Związał jej ręce i nogi i zakneblował usta. Poczuła, że samochód rusza. Łzy spływały jej po policzkach. Nie wiedziała co się dzieje, była przerażona. Kierowca nie odzywał się nawet słowem, a w radio grały piosenki zespołu Aerosmith. Czuła, że jadą, ale nie miała pojęcia dokąd. Nawet dźwięki, które mogłaby rozpoznać, skutecznie zagłuszały piosenki. Jak na ironię były to piosenki jej ulubionego zespołu, nie pomagały się jednak zrelaksować nawet w najmniejszym stopniu. Próbowała skupić się na zapachu, skoro wszystkie inne zmysły skutecznie jej blokowano. Starała się wyczuć czy zna ten samochód, albo zapach kierowcy… Nic nie było znajome. Wpadała w coraz większą panikę. Spróbowała rozwiązać ręce, ale nie dało rady. Były skrępowane zbyt mocno. Nogi? To samo. Nie było możliwości się uwolnić. O dziwo sznury nie obcierały jej nadgarstków ani kostek.
                Jechali tak dosyć długo, nie potrafiła stwierdzić ile dokładnie. Jednak od jakiegoś czasu droga, po której jechali, była bardziej wyboista. Samochód częściej podskakiwał w dziurach i częściej zwalniał wchodząc w zakręty.
- Las - pomyślała.
 Przez jej głowę przeszła myśl, że z tego lasu już nie wróci, że zostanie tutaj do końca świata. Wtem, zupełnie niespodziewanie samochód zatrzymał się. Silnik zgasł, usłyszała trzaśnięcie drzwi. Bagażnik otworzył się i zaraz zamknął.
- Wyjął łopatę, zaraz po mnie wróci - pomyślała przerażona.
Rzeczywiście tylne drzwi otworzyły się po chwili. Poczuła na sobie jego ciężar. Włożył swoje ramiona pomiędzy nią i siedzenia i podniósł ją delikatnie. Wyjął z samochodu i przeniósł kawałek. Usadził na czymś miękkim.
- Koc? - zapytała w myślach.
Rozciął jej więzy na nogach i na dłoniach. Wiedziała, że ma nóż w ręku, więc nie chciała ryzykować ucieczki. Wolała poczekać na rozwój wypadków. Wyjął jej knebel z ust i ściągnął opaskę z oczu. Zobaczyła, że jest na polanie znajdującej się na szczycie wzniesienia. Wokół niej rozciągał się las. Wysokie i smukłe świerki okalały łyse polany na szczytach gór. Rosa błyskała w promieniach słońca chowającego się powoli za horyzontem. Pomarańczowe niebo wokół słonecznej tarczy sprawiało wrażenie jakby ogień rozlał się po niebie. Promienie jesiennego słońca przebijały się przez gałęzie zielonych świerków tworząc niesamowite pokazy światła tańczącego na mchu wokół niej. Przez chwilę zapomniała o wszelkich problemach, nawet o tym, że ktoś ją porwał. Zapatrzyła się na piękno słońca zachodzącego nad górami. Promienie ogrzewały jej twarz. Lekki, ciepły wiatr rozwiewał włosy i muskał policzki. Czas stanął w miejscu, nie liczyło się nic poza pięknem świata. Żadne problemy, przeszłość ani przyszłość, tylko to co działo się w tej chwili. Z tego pięknego snu wyrwał ją czyiś oddech na szyi.
- Nie gniewaj się, ale wiem, że byłaś zbyt zapracowana żeby się zgodzić na taki wypad - chłopak szepnął jej do ucha.
- To ty! - krzyknęła i strzeliła go w pysk z taką złością, że facet upadł na koc, a ona dalej tłukła go wykrzykując każde słowo. - Jak mogłeś mnie tak wystraszyć! Prawie umarłam! Myślałam, że zginę! Że nie wyjadę z tego lasu! Ty! Ty! Ty…
Ścisnął jej ramiona i położył ją na sobie i skierował jej oczy w stronę pięknego widoku słońca chowającego się za horyzontem, ale pozostawiającego po sobie pomarańczowo - czerwono - różowe niebo. Nie dokończyła zdania, które chciała wykrzyczeć, ale już całkiem spokojna położyła głowę na jego klatce piersiowej i patrzyła na ostatnie chwile tego dnia. Dnia, który z koszmaru przerodził się w piękny sen.