Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

10/02/2015

Życie boli #3



Życie boli #3

Siemandero, dzisiaj pogadamy o dwóch rzeczach. Pierwszą będzie to dlaczego życie tak bardzo boli, a drugą będzie to dlaczego ludzie to debile. Zanim jednak przejdę do sedna sprawy to się podreklamuję. Jeśli macie wolne piętnaście złotych i chcecie sobie poczytać książkę to kupcie moją (tutaj macie link). Taka niespodzianka jeszcze, jeśli ktoś teraz kupi drugą część, a nie ma pierwszej to wystarczy, że wyśle do mnie potwierdzenie zakupu drugiej części, a ja mu wyślę pierwszą. 

Zacznę od tego, że życie boli. To już wiemy, ale dlaczego tym razem? Już Wam mówię. Jak człowiekowi nic w życiu nie wychodzi, cały czas mu wieje wiatr w oczy, co wyjdzie na trawnik to wdepnie w gówno, no to już jest do tego przyzwyczajony. No i jak przytrafi mu się nowe nieszczęście to nie przejmuje się już tak bardzo, no bo jest przyzwyczajony. Jeśli zupełnie przypadkiem znajdzie pięć złotych na chodniku to jest najszczęśliwszy na świecie. Gorzej jest kiedy komuś w życiu się przeplata. Ja tak mam. Za każdym razem jak coś mi się spodoba, coś zaczyna się dobrze układać, a jak nie daj bóg zacznę coś planować, to już można obstawiać w STSie, że wszystko się spierdoli. I tak zaczynając od jakiś zupełnie błahych spraw jak jazda rowerem, a kończąc na zupełnie egzystencjalnych kwestiach. Jak tylko zapala się światełko radości to dostaję wiadro najbardziej zimnej wody ever. I to wcale nie jest Ica bucket challenge. To wkurza jeszcze bardziej. Dajesz dziecku zdalnie sterowany samochodzik, pokazujesz jak się nim jeździ, dajesz mu tego pilota i kiedy już sam ma pojeździć z radością w oczach, rozpierniczasz mu to autko w drobiazgi. Tak to właśnie działa.

No i druga rzecz. Ludzie to debile, ale to już wiemy. Również zapytacie skąd ten wniosek teraz. Ano już spieszę z wyjaśnieniami. Byłem na turnieju rycerskim i tam wiadomo, huk armat i inne takie, a ludzie z dziećmi poniżej lat trzech. Te dzieciaki w płacz po wystrzale i tylko niepotrzebnie ucho drażnią. Nie chodzi o to, że dzieci nie powinno tam być, tylko o to, że one i tak nic z tego nie pamiętają, nie interesuje ich to i tylko wkurzają innych. A jak rodzice nie mają z kim pociech zostawić to niech siedzą z dupami w  domu, a nie innych drażnią. No i druga sprawa, hejterzy, wiem że wszędzie są, ale żeby na turnieju rycerskim, na który wstęp był płatny? Iść i narzekać, że zimno, że w cieniu, że na słońcu, że konie srają, że rycerze udawani, że armaty strzelają papierem, że dzieci płaczą, że kiedyś było lepiej. To zostań w domu i nie marudź. 

Tyle miałem do powiedzenia dziś. Czekam na wiadomości od Was w sprawie niespodzianki książkowej. Narciarz farciarz.
Kamil Bednarek

9/27/2015

Opowiadanie #9 - "Bo nic nie pozostało" cz. 5

Drodzy czytelnicy,

nie będę po raz kolejny tłumaczył się dlaczego mnie nie było tak długo. W każdym razie macie ostatnią część opowiadania, w której wszystko się rozstrzygnie. Będą wybuchy, będą mordobicia, czyli to czym lata 80' w kinie akcji słynęły. Zapraszam do czytania.

Poprzednie części:
"Bo nic nie pozostało" cz.1
"Bo nic nie pozostało" cz.2
"Bo nic nie pozostało" cz.3
"Bo nic nie pozostało" cz.4

Bo nic nie pozostało cz. 5

Czarna furgonetka mknęła ulicami miasta. Było ciemno, słońce ni zdążyło jeszcze wzejść, więc nikt nie mógł zauważyć czarnego pojazdu. Wewnątrz siedziała grupa pięciu mężczyzn, uzbrojonych po zęby. Nie mieli na sobie kominiarek czy kamizelek kuloodpornych. Samochód prowadził Stevens, dowódca i najbardziej doświadczony policjant, były żołnierz. Obok niego siedział Marcus, młokos, który niedawno trafił do zespołu, człowiek, który pogubił się w życiu, ale mimo wszystko chce zrobić coś dobrego. Z tyłu znajdował się Woods, były bokser, którego cechowała wrodzona brutalność. Kirk, olbrzym, który lubił awantury i Ying, uciekinier z Korei Północnej, wyszkolony do zabijania i nad wyraz brutalny. Ta ekipa kierowała się do posiadłości Pinto, Kolumbijczyka, który dorobił się na handlu narkotykami, a teraz trzyma za gardło całe miasto robiąc w nim wszystko na co przyjdzie mu ochota.
- Panowie - Stevens przerwał ciszę. - Powtórzmy jeszcze raz co robimy.
- Tak jest - rzucił Kirk. - Ja z Woodsem wpierniczamy się na główną bramę. Robimy hałas, obijamy mordy i spadamy na tył.
- W tym czasie ja - zaczął Ying - przejdę przez płot od strony rzeki i wyłączę prąd przy okazji zabijając kogo się da.
- Zgadza się. Ja z młodym rozstawimy granatnik na górce i otworzymy ogień. Ta broń ma dwanaście strzałów, więc trochę zamieszania zrobi. Kiedy będzie strzelać podejdziemy bliżej i wejdziemy za ogrodzenie od wschodniej strony.
- Jak już zajmiemy strażników na tyle żeby się zlecieli przy głównej bramie wracamy do furgonetki i wjeżdżamy do środka.
- To bardzo ważne! Mamy tutaj trzysta kilo materiałów wybuchowych. Wjeżdżacie do środka i jedziecie prosto na willę. W ostatniej chwili musicie wyskoczyć i odpalić ładunki. Bez dziury w ścianie nie wejdziemy do środka.
- A w środku - Marcus uśmiechnął się - bawcie się jak najlepiej, tylko zabijcie Pinto. Samochód zatrzymał się kawałek od brzegu szerokiej i brudnej rzeki. Marcus i Stevens wynieśli z niego spory granatnik i udali się w pobliskie zarośla. Ying ubrany w piankę do nurkowania zanurkował w toń brudnej wody. Pozostała dwójka wsiadła do auta i pojechała dalej.
- Wiesz, który jest dzisiaj? - zapytał Marcus.
- Chyba dwudziesty szósty, a co?
- Dokładnie rok temu ją poznałem.
- Pamiętasz takie rzeczy? - zdziwił się Stevens.
- Pamiętam wszystko co ma związek z tą kobietą…
- Nigdy nie kochałem tak bardzo jak ty, młody.
- To się ciesz - burknął i zajął się rozstawianiem sprzętu.
Światła wokół płotu i w domu zgasły co oznaczało, że Ying zrobił swoje. Stevens odpalił granatnik i razem z Marcusem ruszyli biegiem przez niewielki mostek prowadzący do wschodniej strony muru.
Tymczasem przed główną bramą słychać było strzały. Ochroniarze Pinta nie do końca widzieli do kogo strzelają, ale bronili się przed rzucanymi w ich kierunku granatami. Nagle wybuchy granatów usłyszeli również wewnątrz posiadłości, nie wiedzieli zupełnie co mają robić. Zobaczyli tylko dwa światła czarnej furgonetki, która przebiła się przez nich i przez bramę i pomknęła prosto w stronę wielkiego domu. Zatrzymała się dopiero na tarasie, którego dach podtrzymywały marmurowe kolumny. Ziemia zadrżała od wybuchu jaki wysadził pół ściany willi Pinta.
- Ying, szybko do środka! - krzyknął Kirk.
- A Stevens?
- Biegną tam!
- Naprzód! - Woods wyrwał się z karabinem w dłoni.
Kurz po wybuchu jeszcze nie opad, a ekipa uderzeniowa już była w środku. Część ochroniarzy zginęła na miejscu, więc policjanci mieli mniej roboty. Rozbiegli się po korytarzach olbrzymiego domostwa narkotykowego barona. Każdy wybrał swój korytarz. Woods biegł pierwszy, skręcił na schody w górę i od razu odbił się od jednego z ochroniarzy Pinta. Juanito był byłym zapaśnikiem. Walczył w największych federacjach Ameryki Południowej. Miał szansę na wielkie pieniądze, ale wybrał narkotyki i Pinto to wykorzystał. Latynos był wielkim facetem, miał ponad dwa metry wzrostu i olbrzymie mięśnie. Woods odbił się od niego, mimo że też malcem nie był.
- No i o to mi chodziło! - ucieszył się policjant.
- Nie wiem ilu was tutaj wpadło, ale będzie jednego mniej - odpowiedział Juanito.
- Skończ pierdolić…
Woods nie chciał już gadać, wyprowadził prawy sierpowy, który wstrząsnął olbrzymim Latynosem. Ten otrząsnął się i rzucił Woodsa na ziemię. Czarnoskóry bokser wolał walczyć stojąc, ale dawał radę również na ziemi. Obijał żebra wrestlera kiedy ten złamał mu nos uderzeniem głową. Rozwścieczyło to policjanta. Przetoczył ochroniarza na plecy i siedząc na nim obijał mu twarz niemiłosiernie. Skończył dopiero kiedy z twarzy Juanita została miazga. Ruszył dalej, chociaż czuł skutki tej walki.
Kirk wbiegł w grupę nadbiegających gangsterów i zaczął do nich strzelać ze swojego karabinu. Niestety było ich zbyt wielu i nie mógł się przebić, zatrzymało to jego szybki atak i z tyłu nadbiegli kolejni. Zdążył zabić czterech, ale piąty trafił go w kolano. Wielki chłop przyklęknął, ale strzelał dalej. Dostał drugą kulę, tym razem w brzuch. Nie powstrzymało go to do końca. Dopiero trzecia i czwarta rana sprawiła, że wypuścił karabin z rąk. Nadbiegł cały oddział ochroniarzy Pinta i chciał złapać żywego policjanta, ale Kirk wyciągnął zawleczkę granatu.
- To się pożegnam z hukiem…

Ying usłyszał głośny wybuch, ale wyszarpnął nóż z klatki piersiowej jednego z ochroniarzy i pobiegł dalej. Dostał mocny cios w tył głowy i pociemniało mu w oczach. Zdążył jeszcze kątem oka zobaczyć zbliżające się nunczako.  Zasłonił się dłonią, ale usłyszał tylko odgłos łamanych kości. Ból był taki, że oparł się o ścianę. Azjata, który stał naprzeciwko niego po raz kolejny zaatakował. Tym razem jednak Ying w ostatniej chwili uchylił się przed ciosem. Uderzył napastnika, ale zapomniał, że ta ręka oberwała i ściągnięty bólem stracił czujność. Otrzymał kolejny cios w głowę. Padł na marmurową podłogę, która od razu zaczęła pokrywać się krwią. Azjata chciał pobiec dalej, ale policjant złapał go za kostkę i pociągnął w swoją stronę. Tamten przewrócił się i broń wypadła mu z dłoni. Ying nie wahał się nawet przez sekundę i wbił mu nóż w nerkę.
Marcus ze Stevensem wbiegli do gabinetu Pinta. Przedtem musieli wywarzyć drzwi. Gangster był niskim, grubym mężczyzną z długimi, czarnymi i mokrymi od potu włosami. Wąsy wyrastały mu pod długim, zakrzywionym nosem.
- Panowie! - zapiszczał Pinto. - To się nie musi tak skończyć! Ja mam pieniądze! Dam wam ile chcecie! Wszystko wam dam!
- Zastrzel go, Stevens - Marcus uśmiechnął się.
- Nie powinniśmy poczekać aż skończy gadać żeby jego ludzie zdążyli tutaj dobiec i nas zabić?
- To by było bardzo logiczne, ale nie mamy tyle czasu.
- No tak…
Pociągnął za spust i mózg Pinto pokrył ścianę. Mężczyźni szybko opuścili pomieszczenie i zaczęli uciekać w stronę wyjścia, które stanowiła wielka wyrwa w ścianie. Po drodze zebrali ze sobą Woodsa i Yinga.
- Daliśmy radę? - Zapytał Ying ocierając krew z oczu.
- Tak, Pinto wypadł z biznesu.
- Plan młodego wypalił.
- GDZIE?! - rozległ się głośny ryk nim odbiegli dalej od domu.
Odwrócili się wszyscy i zobaczyli wielkiego chłopa z miazgą zamiast twarzy.
- To mój koleś, załatwię go do końca! - Woods ruszył do przodu.
- Nie, wy musicie stąd spierdalać żeby utrzymać porządek po tym co się stało - Marcus mówił z zupełną powagą. - Potrzeba doświadczenia i szacunku, a wy to macie.
- Damy mu radę we czterech - Stevens wtrącił.
- Nie będzie tutaj sam, już biegną kolejni. Zatrzymam ich - uśmiechnął się.
- Pojebało cię?!
- Stevens, wiesz o co chodzi. Idźcie już.
- Chodźmy…
Marcus posłał im jeszcze uśmiech i ruszył w stronę Juanita. Reszta oddziału biegiem opuściła posiadłość. Kiedy Marcus znalazł się naprzeciwko rywala wokół zdążyła się już zgromadzić jeszcze kilku ochroniarzy z bronią.
- Dlaczego nie uciekłeś jak reszta panienek? - zapytał Juanito sepleniąc nieziemsko.
- Chciałem Cię zobaczyć z bliska - odpowiedział Marcus z uśmiechem.
- Będziemy sobie gadać czy podejdziesz?
- Myślałem, że nie zaproponujesz…
Marcus doskoczył do dużo wyższego Juanita i huknął go w brzuch. Latynos zgarbił się, ale od razu wyprostował i oddał ciosem w twarz. Marcus zatoczył się i przyklęknął na jedną nogę.
- Kiedyś oglądałem wrestling - powiedział ocierając usta, z których ściekała krew. - Myślałem, że nie jesteście aż takimi ciotami.
Juanito ruszył na niego i huknął kolanem w głowę. Młody chłopak padł jak długi, ale przed kolejnym atakiem zdążył się odsunąć i chwycił go za kostkę. Wykręcił kolano i szarpnął. Dźwięk łamanych kości został przerwany przez krzyk Latynosa.
- Nie przyda ci się to, ale jakbyś kiedyś miał walczyć z wielkim gościem to złam mu kolano. Klęcząc nie będzie już taki duży - Marcus uśmiechnął się jeszcze raz.
Juanito nic nie odpowiedział, zerwał się na jednej nodze i doskoczył ponownie do przeciwnika. Przewrócił go na ziemię i zaczął go obijać. Krew tryskała z twarzy Marcusa, ale ten ostatkiem sił wbił mu kciuki w porozbijane już wcześniej oczy. Wściekły gangster podniósł się z ziemi wraz z Marcusem przyczepionym do jego głowy. Bił go w tułów, ale po chwili padł na kolana, a potem na bok i przestał oddychać. Marcus ledwo się podniósł. Trzymał się za żebra, a z jego twarzy pozostał jeden wielki strup. Niepełne już zęby trwały jednak w uśmiechu. Ochroniarze, którzy przyglądali się pojedynkowi już wyciągnęli karabiny i trzymali Marcusa na muszce.

Huk salwy karabinów rozległ się po okolicznych lasach. Dotarł także do uszu uciekających policjantów. Woods zatrzymał się.
- Dlaczego go zostawiliśmy, Stevens?
- Słyszeliście, sam tego chciał. Rozmawiałem z nim długo i wiem, że taka bohaterska śmierć była najlepszym rozwiązaniem.
- Śmierć to śmierć, chuj nie bohaterska.
- Możliwe, ale to był jego wybór. Rozmawiałem z nim przez pół nocy, wiedział co robi i czego chce.
- Ale dlaczego? - zapytał Ying.
- Bo jego sens życia go zostawił.
 


 Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

9/08/2015

Już jest! Przywrócony: Zenit

Panie i Panowie,

chciałem Was poinformować, że druga część książki "Przywrócony" jest już w sprzedaży. Dziś miała swoją premierę i jest już dostępna w sklepie wydawnictwa goneta.net. Niedługo będzie też na stronach księgarń internetowych. Na końcu tego posta będziecie mieć wszystkie linki, które mogą się przydać. Póki co zapoznajcie się z tym co Wydawca o książce napisał:

"Dalszy ciąg horroru ludzi w Filadelfii. Morgan otrzymawszy od Szatana niespotykaną moc, żywiącą się negatywnymi emocjami podczas mordowania ludzi, bawi się swoimi nowymi umiejętnościami. Zabija powoli i z wyjątkowym okrucieństwem. Umowa z Szatanem dotyczyła niewielkiej liczby ludzi co jakiś czas, żeby nie przepełnić piekła. Tymczasem Morgan przerósł swego mistrza, zbyt szybko dostarczając do piekła potę-pione dusze. Efektem może być przepełnienie piekła i zagłada samego Szatana. Mor-gan nic sobie z ostrzeżeń Szatana nie robi. Szmaragdowooki Przywrócony ma życze-nie zostać nowym niezwyciężonym władcą na Ziemi, o czym z upodobaniem próbuje powiadomić ludzi przy użyciu mediów. Szatan stworzył potwora. Okazuje się, że nie może zniszczyć swojego dzieła. Przywrócony jest niezniszczalny…"

A co sam autor, czyli ja, myśli o swoim dziele? W tej książce nadal pokazuję zepsucie dzisiejszego świata, ale oprócz tego będziecie mogli zobaczyć co dzieje się z człowiekiem, który otrzymuje władzę, jak szybko się zmienia, oczywiście na niekorzyść. W dodatku zobaczycie też moją wizję jednej z teorii spiskowych, a mianowicie tej o nazistowskich naukowcach, którzy pracują dla amerykańskiego rządu. Będzie brutalnie, będzie krwawo, będzie dużo akcji, a zakończy się to wszystko w dość jednoznaczny sposób. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak to zapraszam do czytania. A okładka wygląda tak i podpowiada jaka maszyna będzie najważniejsza:



Wszystkie linki, które mogę się Wam przydać:
Kup książkę
Strona książki na FB

Kamil Bednarek

8/09/2015

Opowiedanie #9 - "Bo nic nie pozostało" cz. 4

Drodzy czytelnicy,
przedostatnia część opowiadania. Już wkrótce wszystko się rozstrzygnie. Zapraszam do czytania!

Poprzednie części:
"Bo nic nie pozostało" cz.1
"Bo nic nie pozostało" cz.2
"Bo nic nie pozostało" cz.3

Bo nic nie pozostało cz. 4



Młody nie odrywał wzroku od fotografii w ramce. Milczał, ale widać było, że chce to z siebie wyrzucić. Zbierał po prostu siły.
- Poznaliśmy się rok temu - zaczął wreszcie. - Wiesz, na początku była jakaś dziwna. Widać było, że chce się do mnie zbliżyć, ale nie robiła tego. Gdyby nie to, że cholernie mi się podobała, to dałbym spokój. Dopiero po kilku spotkaniach otworzyła się na tyle, że to było ciekawe. Nie sądziłem, że tyle z tego będzie… - znów zawiesił głos, Stevens nie wtrącał się. - Zakochałem się… jak idiota, jak szczeniak. Kurwa, życie bym za nią oddał. Było nam dobrze aż nagle zaczęło się pierdolić. Nie będę ci mówił o szczegółach, po prostu się zjebało i ja się zjebałem. Kiedy mnie zostawiła postanowiłem zemścić się na całym świecie, a przede wszystkim na sobie. Chciałem zrobić sobie krzywdę. Jak największą, jak najszybciej. Wyjechałem z domu. Poszedłem w miasto, kurwa… Nigdy nawet nie ciągnęło mnie do alkoholu, a po rozstaniu wypiłem w chuj. Narkotyków nie widziałem wcześniej, a wciągałem i jarałem co się dało. Dupy? Zawsze i to nie bardzo mnie obchodziło kim one są. Zawsze nocowałem u nich i jeszcze przed świtem spierdalałem. Nie pamiętam nawet połowy z nich, nie wiem jak wyglądały, jak miały na imię. Bójki? Chętnie. Im było ich więcej, tym lepiej. Budziłem się gdzieś w zaułku z obitym ryjem, skopanymi żebrami. Piękne uczucie dla człowieka, który ma życie w dupie.
- Nie wyglądasz na takiego gościa - rzucił Stevens.
- Bo taki nie jestem i nie byłem. To przez to, że zawalił mi się świat. Wiesz kurwa jakie ja miałem plany… Niczego by jej nie zabrakło… Pewnego razu postanowiłem, że zbiorę się w sobie i z nią pogadam. Może zmieniła zdanie. Zachowywałem się normalnie przez jakiś czas żeby opuchlizna z mordy zeszła. Najpierw napisałem list, ale nie doczekałem się odpowiedz, więc wybrałem się do niej. Okazało się, że poczta zjebała i list nie dotarł. Dowiedziałem się tyle, że po wyjściu od niej pojechałem prosto do mieszkania. Wziąłem jakiś pasek, zawiązałem go na drążku do ćwiczeń i wsadziłem łeb w pętle.
- Czemu teraz z tobą rozmawiam?
- Bo wtedy pomyślałem, że można zginąć przydając się do czegoś. Śmierć to śmierć, nie ważne w jaki sposób się to odbywa. Kiedy dowiedziałem się, że w tym mieście jest taka sytuacja to od razu ruszyłem w drogę.
- Nie potrzebnie, bo rozwiązujemy oddział - dowódca odstawił szklankę i wstał.
- Dobrze, mi nie zależy na wsparciu oddziału. Ja chcę skopać dupy tym palantom i to wszystko.
- Uważasz, że dasz radę zrobić to sam?
- Nie, pewnie zginę przy pierwszej próbie. Pewnie będą mnie torturować zanim nie zabiją, ale kto by się przejmował takimi pierdołami.
- Tego ci nie mogę zabronić. Rób jak uważasz, młody człowieku.
- Stevens, powiedz mi dlaczego chcesz teraz rozwiązać oddział. Przecież od dawna wiedziałeś, że nic z tym nie zrobicie, a ginąć będziecie.
- Ci faceci myśleli tak jak ty, ale zauważyłem, że ostatnio coś im się zmieniło. W teorii nikt z nich nie boi się śmierci, ale jeśli jednego dnia ginie twój brat i siedmiu najlepszych kumpli to zaczynasz się bać, a jeśli jest tak co wieczór to zaczynasz srać w gacie ze strachu i oni teraz nie są w stanie wygrać. Będą się bali śmierci i przez to nie zaryzykują, a żeby pokonać Pinta i jego mafię trzeba ryzykować.
- Rozumiem - pokiwał głową. - Dzięki za odwiedziny.
Stevens skierował się w stronę drzwi, ale kiedy złapał za klamkę zatrzymał się na chwilę. Po tej krótkiej sekundzie odwrócił się i powiedział z błyskiem w oku:
- Przyjdź w południe na komendę. Pogadamy, może coś się wymyśli - i wyszedł.

Stevens siedział za swoim biurkiem i palił cygaro. Siwy już mężczyzna nie stracił nic z młodzieńczej werwy. Zarzucił nogi na biurko i czekał w spokoju. Pierwszy zjawił się Ying.
- Co to za pilna sprawa, szefie? - zapytał prosto z drzwi.
- Usiądź, napij się - Stevens wlał mu szklankę whisky. - Poczekamy na resztę. Nie będę mówił tyle razy.
- Dobra, ale ile trzeba będzie na… - Kirk wpadł do pokoju jeszcze się zataczając - nich czekać…
- Lej, potem mów - usiadł ciężko na fotelu.
- Mecząca noc? Zaraz się wszystkiego dowiecie.
- Stevens, ja jeszcze piętnaście minut temu wygrywałem zawody w piciu…
- To akurat widać - dociął Ying.
Drzwi otworzyły się ponownie i uśmiechem przywitał się czarnoskóry były bokser Woods. Miał jeszcze bandaż na żebrach, ale nie było po nim widać cierpienia.
- Są już wszyscy - Ying stuknął w szklankę Stevensa. - Zaczynaj.
- To nie są wszyscy, ale to właśnie z wami chciałem pogadać.
- Jak to nie wszyscy? - zdziwił się Woods.
- Pamiętacie tego chłopaka, który wszedł tutaj i powiedział, że sam się zajmie problemem?
- Taa, miałem mu zajebać - Kirk mruknął znad szklanki.
- Rozmawiałem z nim, opowiedział mi swoją historię i dał do myślenia. Woods, masz rodzinę, kogoś bliskiego?
- Nie, żona odeszła. Dzieci mnie nienawidzą. Nie rozmawiałem z nimi z 10 lat i nie mam zamiaru.
- A ty, Kirk?
- Przecież wiesz, że nie.
- Ying?
- Miałem w Korei, tutaj nie mam.
- Właśnie Marcus pokazał mi to, że w życiu trzeba mieć dla kogo uważać. My nie mamy nikogo takiego, ale i tak ostatnio zachowujemy się jak cioty. Skupiliśmy się na ratowaniu kolegów zamiast na walce i przegraliśmy. Wiem, że to co mówię jest brutalne, ale założeniem tego oddziału była brutalność. Każdy z nas miał być indywidualistą, a my staliśmy się ekipą, w której odpowiadamy jedno za drugiego. Straciliśmy przez to wielu ludzi, najlepszych. Ten chłopak stracił sens życia, tak jak my, ale powiedział, że nie obchodzi go to co zrobimy my. Chce iść do Pinta i go zajebać.
- Ten gówniarz? - zaśmiał się Woods.
- Powiedziałeś mu, że to śmierć?
- Powiedziałem. Przyjął to do wiadomości, ale nie zmieniło to jego decyzji.
- Gość ma coś z głową - skrzywił się Ying.
- Tak jak każdy z nas. Tylko, że on mam jaja żeby zrobić to co trzeba.
- Pierdolisz… - Kirk wlał sobie kolejną szklankę.
- Marcus przyjdzie tutaj za piętnaście minut. Nie będę was zmuszał do czegokolwiek, ale ja idę z tym chłopakiem.
Po kwadransie milczenia i picia w ciszy drzwi skrzypnęły i do pokoju wszedł Marcus. Ponownie jego oczy nie wyrażały żadnych emocji.
- Jestem - oparł się o ścianę obok Kirka jakby chcąc go sprowokować. - Tak jak chciałeś.
- Wiem, że chcesz uderzyć w samo centrum, czyli w Pinta. Nie mamy nic przeciwko temu, ale jakby nie było, jesteśmy policjantami w tym przeklęty mieście. Chciałem wiedzieć jak chcesz się za to zabrać. Siadaj i mów.
- Nie mam jakiegoś skomplikowanego planu - zaczął spokojnie. - Po prostu wkradnę się do jego domu i go zabiję.
- Wkradniesz się?! - roześmiał się Kirk. - Widziałeś kiedyś taką fortecę?
- Kirk ma rację - Stevens pokręcił głową. - Nie da się tam tak po prostu wejść. Jeśli nie zrobisz się niewidzialny to zabiją cię już pierwsi strażnicy.
- To co proponujecie?
- No właśnie, bo ja też się nad tym zastanawiałem kiedyś - zaczął Ying.
Woods rzucił na biurko mapę posiadłości Pinta, wszyscy nachylili się nad nią i prowadzili ożywioną dyskusję. Momentami grozili sobie nawet przysłowiowym wpierdolem, ale wszystko rozchodziło się kiedy ktoś wpadał na lepszy pomysł zdobycia twierdzy. Stevens zbliżył się do Marcusa i klepnął go w plecy z wiele mówiącym uśmiechem.

 Kamil Bednarek

Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

8/02/2015

Życie boli #2



Dzisiaj będzie całkiem krótko, bo będziemy rozmawiać o moim życiu, czyli tak naprawdę o niczym ważnym. Opowiem Wam kilka historii z ostatnich kilku tygodni, które potwierdzą tezę, że nie mam w życiu szczęścia.

Zdarzyło mi się jechać ostatnio pociągiem. Niby nic ciekawego, ale pomyślałem, że kupię bilet dzień wcześniej to potem będę mógł dłużej pospać i nie martwić się o to czy wszystko będzie sprawne. Podchodzę do kasy na dworcu Łódź Kaliska i mówię:
- Dzień dobry, poproszę bilet ulgowy na pociąg tego i tego dnia o tej i o tej godzinie do Warszawy.
- Słucham?
No odpowiedziała taka zaskoczona, że aż się cofnąłem żeby sprawdzić czy w dobrej kasie stanąłem. Zupełnie mnie zbiła z tropu, więc zamotany mówię:
- No bilet, ulgowy, do Warszawy na jutro chciałem…
- Aaa, no to co pan nie mówi!
Zacząłem rzucać wewnętrznymi „kurwami” ale na zewnątrz nic po sobie nie dałem poznać, niech sobie nie myśli, że ma przewagę. Po serii pytań o informacje, które już podałem, sześciu konsultacjach z kierowniczką Bożenką „bo coś nie działa”, dolaniu sobie do szklanki gorącej wody, bo akurat się zagotowała, pani odwraca się w kierunku szyby i z uśmiechem na ustach mówi:
- Proszę przyjść jutro przed odjazdem, bo system nam się zepsuł i teraz panu tego biletu nie sprzedam.
(To po jaki chuj ja tutaj stoję od dziesięciu minut! Nie można było jakiejś karteczki wywiesić, że nie działa!)
- No dobrze, dziękuję… - wyszedłem z tego dworca jak najszybciej, ale ciąg pechowych zdarzeń dopiero miał się rozpocząć.
Następnego dnia system działał, bilet kupiłem, ale masakrycznie lał deszcz. Parasolki czy płaszcze przeciwdeszczowe nie pomagały. Chyba tylko założenie na siebie wielkiej prezerwatywy mogłoby pomóc, ale na szczęście nikt na taki pomysł nie wpadł, a w Łodzi nie takie rzeczy można zobaczyć. Ale mniejsza z tym. Jest kilka minut przed odjazdem, przestało padać! No super! Nie zmoknę!
Stoję na peronie i widzę, że delikatnie kropi, ale pociąg ma być za dwie minuty, więc nie zdąży się rozpadać…
- Uwaga pasażerowie, pociąg relacji Wrocław - Warszawa (czyli oczywiście ten, którym miałem jechać) wjedzie na peron opóźniony o pięć minut…
Nie no, przez siedem minut się nie rozpada przecież! Stoję jeszcze chwilę, kropi coraz mocniej, ale widać już światła pociągu. Wyszedłem z pod wiaty i stanąłem bliżej wejścia i nagle jeb! Jakby ktoś wiadrem na mnie chlusnął. Oberwała się chmura, lało tak niemiłosiernie, że zanim pociąg wyhamował, to byłem już przemoczony. Nie padało przez sześć minut… bo oczywiście minutę dłużej nie mogło poczekać…
Pociąg nawalony ludźmi i od razu przypomina się scena z „Dnia Świra”, tylko o tym pomyślałem, a przed moimi oczami ukazał się mój przedział. Jedna kobitka w średnim wieku, jedna starsza, jedna młodsza, nie znają się, więc będzie cisza i nagle jest! (Kurwa wiedziałem) Cygan! Byłoby zbyt pięknie. Cygan rozłożony na dwóch miejscach, śpi aż chrapie. Zacznijmy od góry Cygana. Rudy…, wąsy też rude. Koszula z poliestru w jakieś wzorki, spodnie garniturowe, buty mokasyny, zamszowe, brudne jak cholera. No i wreszcie skarpety, które w sklepie były białe, ale lata świetności miały już za sobą. Śpi to śpi, chyba niegroźny będzie. Siadam, czytam, słucham muzyki, nikt nic nie mówi, jest dobrze i nagle Cyganowi dzwoni telefon… Z Łodzi do Warszawy jedzie się jakieś dwie godziny. No i przez ten czas Cygan przez telefon gadał, po Cygańsku oczywiście. Nie mam nic do tego, ale w pociągu cicho nie jest, więc żeby jego rozmówca go słyszał to darł się do tej słuchawki, z tego co wyłapałem to sprzedawali dywany.
Wróciłem do Łodzi, a deszcz tylko na to czekał. Stoję sobie na przystanku czekając na tramwaj. Zaczyna kropić, ale widzę już te światła. Zostało mu do przejechania jakieś pięćset metrów. To nie jest śmieszne! Jak tylko pomyślałem, że zdążę wsiąść zanim się rozpada to… zaczęło padać.

No i tak wygląda moje szczęście. Napisałem o tym, bo wiem, że lubicie się śmiać z cudzych nieszczęść. Dzięki!

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)