Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

3/06/2016

Opowiadanie #11 - Legenda o duszy z kamenia cz.1

Szanowni Czytelnicy,

postanowiłem napisać opowiadanie, które nie będzie podobne do tych, które pisałem wcześniej. Nie ma w nim za dużo akcji, ale może jest coś innego. Tego nie wiem, o tym musicie sami zdecydować. Opowiadanie będzie w dwóch częściach, bo się trochę rozpisałem, ale nie martwcie się, druga część jest już napisana, więc już niedługo (jak zobaczę, że wyświetlenia ładnie lecą to nawet dzisiaj) będzie. Zapraszam do czytania ;)

 Legenda o duszy z kamienia cz.1

                Późnym jesiennym wieczorem Martin siedział przy kominku, w którym spokojnie paliły się drewniane polana. Czytał gazetę wyciągnięty w starym, skórzanym fotelu. Nogi przykryte miał kocem w kratę. Był już grubo po osiemdziesiątce, ale wciąż nieźle się trzymał. Na głowie nadal miał gęste i proste włosy, które na przestrzeni lat stopniowo zmieniły się z czarnych w niemal zupełnie białe. W tle cichutko grało radio. Nie było w stanie jednak zagłuszyć odgłosów krzątania się po kuchni żony Martina. Jane przygotowywała ciasto na przyjazd wnuka. Miała siwe włosy i była krępą kobietą. Krzątała się po kuchni dorzucając kolejne składniki do misy robota kuchennego. Akompaniował jej niewielki telewizor ustawiony w kuchni. Lubiła telewizję. Spokojny wieczór przerwało pukanie do drzwi. Jane wiedziała, że zanim Martin podniesie się z fotela minie sporo czasu. Doskonale wiedziała jak duże problemy ma ze stawami. Złapała więc ścierkę i ruszyła do drzwi. Z kuchni do korytarza nie było daleko, bo i domek, w którym spędzali starość nie był największy. Przestronny salon, spora kuchnia, dwie niewielkie sypialnie, łazienka i  gabinet Martina umieszczony na poddaszu, na które coraz ciężej było mu wchodzić. Domek był urządzony przez Jane, było widać kobiecą rękę. W każdym pokoju czuć było ciepło i rodzinną atmosferę. Pastelowe kolory ścian, dobrze dopasowane tapety, drewniana podłoga i kominek, który oprócz ciepła rozsiewał również spokój. Gustownie dobrane meble i dodatki wieńczyły efekt. Jane otworzyła drzwi i aż klasnęła z radości. Jej radosny śmiech rozniósł się po domu.
- Fred! Miałeś być jutro rano! Nic jeszcze nie jest gotowe! Ciasto jest jeszcze w przygotowaniu, pokój jeszcze nie przygotowany, nawet pościeli jeszcze nie wyprasowałam. Wchodź! Zaraz zrobię herbaty, dziadek się ucieszy.
Fred uściskał babcię uśmiechając się słysząc, że mimo upływu lat ciągle mówi tak samo dużo i szybko. Jej radosne, cały czas śmiejące się oczy wciąż miały w sobie wiele chęci do życia. Wnuk wniósł ze sobą sporą torbę. Zdjął buty i płaszcz. Był wysoki, miał ciemne włosy i błysk w oku, który kiedyś miał jego dziadek. Na twarzy miał kilkudniowy zarost. Spod ciepłych ubrań nie było widać wysportowanej sylwetki, którą mógł się pochwalić. Miał już dwadzieścia dwa lata i studiował. Wybrał medycynę. To była wyłącznie jego decyzja. Podjął ją na rok przed maturą, po długiej rozmowie z dziadkiem. Rozmowie, która z pozoru nawet nie dotknęła tematu studiów czy wyboru zawodu. Martin i Fred doskonale się rozumieli, potrafili rozmawiać na takim poziomie, że nikt poza nimi nie mógł wiedzieć o co chodzi. Posługiwali się przenośniami, aluzjami, nie wszystko było wytłumaczone wprost, próbowali na sobie różnych psychologicznych sztuczek, co zazwyczaj kończyło się długimi salwami śmiechu. Fred od najmłodszych lat chłonął od dziadka wszystko co ten miał do zaoferowania. Martin uczył go wszystkiego co wiedział, a wiedział bardzo wiele. Przez swoje życie zgromadził ogromną wiedzę o bardzo wielu kwestiach i, póki jeszcze jego pamięć działała dobrze, postanowił dzielić się tym wszystkim ze swoim jedynym wnukiem. W rodzinie Martina złożyło się tak, że nikt nie miał więcej niż jedno dziecko. Zaczęło się tak od Martina, który był jedynakiem. Jane również nie miała rodzeństwa. Dorobili się oni jedynie córki, Alice, matki Freda. Alice ze swoim mężem także nie mieli więcej dzieci. Przyszły lekarz zostawił torbę w małej sypialni, którą zawsze zajmował przebywając u dziadków, i poszedł przywitać się z dziadkiem. Uściskał go bardzo mocno i usiadł obok. Babcia w tym czasie zdążyła już zrobić mu kubek gorącej czekolady.
- Dziękuję - powiedział. W jego głosie nie było jednak słychać wielkiej radości.
- Może zrobisz też dla mnie, kochanie? - zapytał Martin puszczając oczko do swojej żony.
- Lekarze pewnie woleliby żebyś wypił co innego - uśmiechnęła się opierając ręce na biodrach.
- Mój rodzinny lekarz nie ma nic przeciwko temu żebym wypił z nim czekoladę, prawda Fred? - klepnął wnuka w kolano.
- Jeden kubem nie zaszkodzi - młody uśmiechnął się w dziarski sposób i również puścił babci oczko.
- Ah wy dwaj! - zaśmiała się i poszła do kuchni.
Martin odłożył gazetę na mały stolik znajdujący się obok jego fotela. Przeciągnął się, a jego stawy po kolei wydawały z siebie dźwięk chrupnięcia. Jergo żona wróciła już z kubkiem pełnym parującej czekolady. Postawiła go na stoliku, a kiedy to robiła Martin cmoknął ją w policzek.
- Pogadajcie sobie chłopcy - powiedziała. - Ja muszę dokończyć ciasto i przygotować sypialnię dla mojego ulubionego wnuka.
- Babciu - Fred zaśmiał się. - Nie masz ich więcej. Tylko proszę, nie prasuj pościeli. To naprawdę nie jest konieczne.
- Dobrze, dobrze - odpowiedziała i zniknęła w kuchni.

                Mężczyźni siedzieli w milczeniu popijając napój. To było dla nich zupełnie normalne. Nie musieli rozmawiać żeby czuć się dobrze w swoim towarzystwie. Fredy był bardzo podobny do dziadka. Nawet bardziej z charakteru niż z wyglądu. W zasadzie nie mówił zbyt wiele, ale zdarzały się tematy, na które mógł dyskutować godzinami. Lubił czytać, lubił poszerzać swoją wiedzę i miał niezwykle skomplikowany charakter. Nie był towarzyski, ale dzięki dziadkowi nauczył się wykorzystywać ludzi tak, żeby było jak najbardziej użyteczni i jak najmniej drażniący. Unikał tłumów, nie pił, nie palił, niezbyt lubił tańczyć. Dokładnie tak jak Martin. Był też szczery, chociaż na ich własny sposób. Nie zawsze mówił wszystko, ale nie kłamał. Uczciwość, honor i oddanie bliskim były u niego na pierwszym miejscu. Spokojne melodie płynące z radia i ogień w kominku sprzyjały kontemplacji. Obydwaj panowie uwielbiali myśleć, analizować, tworzyć scenariusze zdarzeń. Nie potrafili żyć bez tego, choć nie zawsze dobrze to wpływało na ich nastrój. Ten spokój przerwał Martin pierwszy się odzywając.
- Kobieta?
- Tak… - Fred odpowiedział smętnie po chwili.
- Chodź na górę - rzucił dziadek i zaczął wstawać z fotela.
Młody pomógł mu, wziął kubki z napojem i ruszył za dziadkiem. Martin miał problemy głównie z kolanami, które wynikały z wielu lat uprawiania różnych sportów. Jego inne stawy i kręgosłup również nie były w najlepszej kondycji, ale akurat kolana przeszkadzały mu najbardziej, bo utrudniały wchodzenie po schodach do jego sanktuarium. Tym razem jednak dziarsko pokonał te dziesięć schodów, które dzieliły go od poddasza. Otworzył drzwi i ruszył do biurka, na którym stał komputer. Usiadł na wygodnym fotelu z wysokim oparciem. Fred usiadł przed nim, z drugiej strony dębowego biurka, na równie wygodnym fotelu. Najlepiej im się rozmawiało kiedy ten stary mebel był między nimi. W pokoju panował półmrok, ale dało się zauważyć pełno półek i szafek ustawionych w rzędach i pod ścianami. Na nich znajdowała się kolekcja, która Martin gromadził przez prawie całe swoje życie. Było tam wszystko. Począwszy od pocztówek, zdjęć, plakatów, przez puchary, figurki, ozdoby, elementy garderoby czy sprzętu. Niekiedy ciężko było się domyśleć pochodzenia czy przeznaczenia danej rzeczy, ale Martin mógł o niej wiele opowiedzieć i nigdy się nie pomylił.
- Freddy - zaczął. - Pamiętasz wszystkie nasze rozmowy?
- Tak, pamięć mam po tobie, dziadku.
- To dobrze, chociaż… - Martin na sekundę się zamyślił. - Pamiętasz więc też, że wszystkie ważniejsze rozmowy odbywały się w tym pokoju. Ta będzie najważniejsza. Wiem, że dopiero co przyjechałeś, jest późno, ale w moim wieku nie można już niczego odkładać na później.
- Przecież dobrze się trzymasz, dziadku - uśmiechnął się.
- Tak, nie jest ze mną najgorzej, ale różnie bywa. - Zacznę od tego, że Alice z Tomem mają duży dom, dorobili się pokaźnego majątku i na pewno ciebie również zabezpieczyli. Zresztą tego moją córkę uczyłem, ale chciałbym żebyś przejął ten dom po mojej śmierci.
- Dziadku…
- Poczekaj - uciął. - Babcia będzie żyła dłużej, więc niech mieszka tutaj razem z tobą. Tego bym chciał. Wiem, że domek jest stary i niewielki, ale chodzi o ten pokój. Wiesz jak ważny jest dla mnie i wiem, że twoja matka nie pozwoli ci tych rzeczy zabrać do siebie. Będzie chciała je sprzedać, a tego czego nikt nie kupi po prostu się pozbędzie. Kobiety już tak mają. Dla niej to nie ma wartości. My wiemy, że jest inaczej.
- Zgadza się, to twoje dziedzictwo - Fred stracił pewność w głosie, nie wiedział do czego dziadek zmierza.
- To są rzeczy, które zbierałem przez całe życie, które było trochę za długie jak na mój gust - puścił młodemu oczko. - Działka jest dużo, więc możesz sobie rozbudować dom, ale nie niszcz go. Niech ten pokój pozostanie taki jakim jest teraz. Dokładaj nowe rzeczy. Jeśli braknie miejsca, stwórz nowe, ale korzystaj z tego gabinetu. Pracuj tutaj, czytaj, ucz się, rozmyślaj. Tutaj jest do tego bardzo dobra atmosfera.
- Też tak uważam - zgodził się Fred rozglądając się po ścianach.
- Jesteś w stanie dać mi słowo, że spełnisz moją prośbę? Że zamieszkasz tutaj z babcią do końca jej dni, że zajmiesz się domem, że nie pozostawisz tych rzeczy samych sobie?
- Tak, przysięgam - powiedział z pełną powagą.
- Teraz będę spał spokojnie - odetchnął dziadek. - Jest jeszcze jedna sprawa. Pamiętasz jak rozmawialiśmy przed klasą maturalną, o tym co jest w życiu najważniejsze?
- Oczywiście, to była najważniejsza nasza rozmowa.
- Aż do dzisiaj - zaznaczył Martin. -Wtedy powiedziałem ci, że przy wyborze życiowej drogi nie możesz kierować się niczyimi radami. Musisz sam wybrać to co uznasz dla siebie za najlepsze. Powiedziałem też, że zawsze możesz to zmienić i spróbować czegoś innego, to nie jest coś z czym wiążesz się na całe życie.
- Tak, powiedziałeś też, że najlepiej zacząć od rzeczy najtrudniejszych, żeby potem nie mieć problemów z pozyskaniem potrzebnych umiejętności. Łatwiej się uczyć kiedy człowiek jest młody. Kiedy ma wiedzę, przychodzi doświadczenie, które pokazuje mu na co mógłby dotychczasową drogę zmienić.
- Ja zacząłem od trudnych studiów, potem pracowałem w zawodzie, ale kiedy przestało mi to dawać satysfakcję przeskoczyłem do czego innego. Byłem dziennikarzem, handlowcem, pisarzem, pracowałem fizycznie, podróżowałem, fotografowałem, znowu pisałem, wróciłem do zawodu. Robiłem mnóstwo rzeczy…
- Dzięki którym teraz masz takie doświadczenie i wiedzę - dokończył za niego wnuk.
- Tak - twarz Martina rozpromieniła się w uśmiechu. - Chcesz zostać lekarzem. Te studia są trudniejsze niż były moje, ale to dobrze. Jeśli zaczniesz od trudniejszego wyzwania to więcej osiągniesz. Kiedy ja musiałem dokonać wyboru nie wiedziałem tego, teraz wiem. Chciałbym jednak żebyś nie trzymał się kurczowo posady lekarza. Jeśli przestanie ci to sprawiać przyjemność, jeśli będzie cię to męczyło i każde wyjście do pracy będzie wewnętrzną walką, to daj spokój. Czasem może wystarczyć krótka przerwa żebyś za tym zatęsknił, ale może być też tak, że pół życia spędzisz robiąc co innego. Pamiętaj tylko, że ma być to dla ciebie przyjemność, nie katorga. Przyjemność i nauka.
- Dobrze, dziadku. Zapamiętam to.
- Chciałbym żebyś po przeżyciu swojego czasu jak najlepiej przekazał wszystko to co ja przekazałem tobie swoim wnukom.
- Raczej wnukowi - zaśmiał się Fred.
- W przypadku naszej rodziny to pewnie tak. W każdym razie moją wiedzę i doświadczenia uzupełnisz tym, co sam zdobędziesz, a będzie tego jeszcze więcej niż ja Ci przekazałem i to dużo więcej. Zbierzesz jeszcze pewnie trochę ciekawych rzeczy i to wszystko przekażesz wnukom. Zapytasz dlaczego nie dzieciom. Bo mając dzieci twoja wiedza będzie jeszcze za mała. Tak jak w moim przypadku było z Alice.
- Wiesz, że mam cię kocha - wtrącił Fred.
- Wiem. Kocha mnie jako ojca, ale nie byliśmy przyjaciółmi. Nie wiedziałem jeszcze wtedy jak to wszystko powinno wyglądać… To moja wina, chciałem dla niej jak najlepiej, ale robiłem to w zły sposób.
- Myślę, że mimo wszystko mama jest wdzięczna, bo to co ma osiągnęła dzięki wam.
- Nie, ona to osiągnęła dzięki Jane i pomimo tego co robiłem ja. Chciałem wszystko wykonać perfekcyjnie, a wychowanie nie na tym polega. Jest prawnikiem, to fakt. Zarabia dużo, to też fakt. Ma wspaniałą rodzinę, ale nie korzysta z życia tak jak powinna. Nie mówiłem ci tego, ale ona nie chciała być prawnikiem. Chciała zostać aktorką. Wymusiłem na niej zmianę decyzji. Powiedziałem jej, że będzie mogła być kim chce, ale najpierw musi zmierzyć się z wyzwaniem. Poszła na prawo, ale to co na niej wymusiłem zabiło jej marzenia.
- Nie bądź dla siebie taki okrutny - Fred położył dłoń na pokrzywionej już dłoni dziadka.
- Nie jestem okrutny, ale obiektywny. Uważaj na wychowanie swoich dzieci. Ucz się na moich błędach, o których ci cały czas mówiłem.
- Wiesz, dziadku… - zmieszał się. - Jeśli chodzi o te dzieci, wnuki i tak dalej, to u mnie nie będzie z tym problemu.
- Wiem, kobieta cię odtrąciła i uważasz, że nie znajdziesz już nigdy innej miłości.
- Nie! - zaprotestował. - To znaczy… tak. Ona jest miłością mojego życia, tą jedyną, nie chcę innej, nie chcę mieć dzieci z inną, żyć z inną, myślę tylko o niej…
- Ile trwał wasz związek? - dziadek zapytał sucho.
- Nie rozumiesz…
- Ile trwał wasz związek? - Martin powtórzył pytanie dużo bardziej stanowczo.
- Pół roku - Fred burknął w odpowiedzi.
- Mhm - Martin przeczesał palcami siwą czuprynę. - Oddałbyś za nią życie?
- Tak - młody odpowiedział bez chwili wahania.
- Odebrałbyś życie gdyby cię o to poprosiła?
- Tak - ponownie potwierdził z pewnością w głosie.
- Czyli jest dokładnie tak jak myślę. Opowiedz mi o niej, proszę.
- Poznaliśmy się w pociągu. Jest cudowna. Ma długie, blond włosy. Sięgają jej pleców. Nie jest zbyt szczupła, ani za gruba. Ma idealną figurę. Kiedy ją zobaczyłem świat mi się zatrzymał. Jej zielone oczy miały w sobie taki blask, takie przyciąganie. Nie mogłem oderwać od nich wzroku. Powiedział mi, że mam świdrujące spojrzenie. Nie wiedziałem co odpowiedzieć, ale jakoś udało się zaprosić ją na kawę. Potem wyszliśmy parę razy. Zakochałem się, ona też. Byliśmy razem pół roku, ale teraz powiedziała, że to koniec, że za bardzo się różnimy, że to nie ma przyszłości i odeszła.
- I czujesz teraz jak narasta w tobie pustka, tęsknota do tej idealnej istoty, jak twoja dusza staje się zimna i twarda bez niej - Martin nawet nie zapytał czy to prawda, on po prostu dokończył wypowiedź za wnuka.
- Tak… ale skąd wiesz, dziadku?
- Właśnie teraz przejdziemy do najważniejszej rozmowy. Do historii, która pozwoli mi wszystko wyjaśnić i być całkowicie spokojnym, że to nie zginie po mojej śmierci. Otóż znam doskonale twój problem. Poznałem kiedyś dziewczynę, dla której spaliłbym cały świat i sam rzucił się dla niej w ogień gdyby tylko to było jej życzeniem.
- To babcia - młody pokiwał głową.
- Nie - odpowiedział Martin.
- Jak to? Przecież widać jak bardzo się kochacie…
- Wyjaśnię ci wszystko od początku, ale co do babci to jest ona cudowną osobą, dzięki niej miałem jakąkolwiek motywację by żyć. Dała mi ciepło, spokój, poczucie bezpieczeństwa, jest moim przyjacielem przez dużą część życia. Starałem się oddać jej całe dobro, którym mnie obdarzyła. Byłem dla niej najlepszy jaki potrafiłem być, ale to nie jest miłość. Przynajmniej nie w takim znaczeniu o jakim myślisz, kiedy masz przed oczami tę dziewczynę, przez którą jesteś tak smutny.
- Jeszcze nigdy nie byłem tak podekscytowany opowieścią - powiedział Fred kręcąc głową.
- Ja też… - dodał Martin. - Jeszcze nikomu o tym nie mówiłem. Cała historia zaczęła się pewnego dnia kiedy pierwszy raz ją spotkałem. Była zgrabna, miała zielone oczy, przepiękną twarz z cudownie promiennym uśmiechem, która dawał masę energii i włosy. Długie, proste, jasne włosy sięgające talii, a nawet dalej. Widać mamy do niektórych cech słabość - Martin zażartował. - Była wycofana, jakby się mnie bała. Ja byłem tak zauroczony, że nie potrafiłem nalać wody z dzbanka do filiżanki żeby nie rozlać. Bardzo dobrze mi się z nią rozmawiało, a może inaczej, bardzo dobrze mi było w jej towarzystwie. Czułem się wtedy zupełnie spokojny. Na zewnątrz mogły wybuchać bomby, a mi serce nawet by nie drgnęło.
- Znam to doskonale - wtrącił Fred.
- Po tym spotkaniu mnie przytuliła, tak spontanicznie,  byłem tak bardzo zaskoczony, że nie wiedziałem co zrobić. W końcu też ją objąłem, ale chwilę, która dla mnie była wiecznością, to zajęło. Spotkaliśmy się parę razy nim się pocałowaliśmy. Pamiętam to do dziś, bez żadnych luk. Mógłbym cię zabrać w miejsce gdzie to było i wskazać każdy szczegół. Było bardzo dobrze. Wiele dzięki niej zrozumiałem i wiele się nauczyłem. Nie będę ci teraz tego opowiadał, bo wszystko co już wiesz w znacznej mierze od niej się zaczęło. Kochaliśmy się. Widziałem w jej oczach, że moje uczucie jest odwzajemnione. Może nie w tak wielkim stopniu jak bym chciał, ale zawsze. Sielanka trwała mniej więcej tyle co w twoim przypadku. Potem odeszła, niszcząc mój świat niczym apokaliptyczna burza. Straciłem sens życia. Wszystko co dobre się w nim działo zniknęło i teraz została pustka. Postanowiłem ze sobą skończyć, ale nie miałem tyle odwagi.
- Sam mówiłeś, że większa odwagą jest żyć na tym świecie niż popełnić samobójstwo - wtrącił ponownie wnuk.
- Tak, ale wtedy tego nie wiedziałem. Nie miałem doświadczenia i wydawało mi się, że samobójstwo to największa odwaga. To było wielkie załamanie, depresja, topienie smutków w alkoholu, szukanie znajomości na jedną noc. Łapałem się wszystkiego co choć na moment da mi to co dawała mi ona, tę siłę płynącą z niej, to poczucie bezpieczeństwa, ciepło… Siedziałem kiedyś przy barze, kiedy podszedł do mnie starszy jegomość. Był dobrze ubrany i pił whisky. Poprosił barmana o to samo dla mnie i zaczął rozmowę.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

2/27/2016

Żecie boli #6 - Oscary

Szanowni Czytelnicy,

lubię oglądać filmy, obejrzałem ich bardzo dużo (filmweb podpowiada, że jest ich prawie tysiąc) i nawet nie chcąc tematyka nagród filmowych gdzieś tam mi się o uszy obija. Uważam, że te nagrody przyznawane są w wybitnie subiektywny sposób i bardzo często jest tak, że filmy, które zdobywają wiele Złotych Globów, Oscarów i innych statuetek, zwyczajnie mi się nie podobają. Nie przywiązuję do tego żadnej wagi przy wybieraniu filmu, który chcę obejrzeć.

Problem, o którym chcę pogadać nie ma jednak do końca związku ani z nagrodami filmowymi, ani nawet z filmami. Jak pewnie znawcy tematu doskonale wiedzą, a mniej wtajemniczeni gdzieś słyszeli, jutrzejszej nocy odbędzie się gala wręczenie Oscarów. Nie będzie to jednak zwykła gala, a wszystko przez powaloną chęć poprawności politycznej i wszechobecnej tolerancji. Aktorzy z Hollywood, a w zasadzie czarnoskórzy i też, jak niedawno usłyszałem, latynoscy aktorzy postanowili tegoroczną galę zbojkotować. Dlaczego? Dlatego, że wśród nominowanych do nagród indywidualnych nie ma żadnego czarnoskórego. Usłyszałem o tym pierwszy raz i myślę sobie, że, kurwa, żartują żeby podbić zainteresowanie całym przedsięwzięciem. No ale usłyszałem o tym po raz kolejny, wypowiadali się ludzie, których znam i których dzieła bardzo lubię, no i doszedłem do wniosku, że to może być całkiem poważna sprawa. Wszedłem więc sobie na stronę Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej, czyli tworu, który Oscary przyznaje, i poczytałem co jest w tych kategoriach. Kto jest nominowany, za co jest nominowany i takie tam. Okazało się, że te kategorie nosiły nazwy: najlepszy aktor, najlepsza aktorka, najlepszy reżyser, najlepszy aktor drugoplanowy, najlepsza aktorka drugoplanowa. Dowiedziałem się tego co już wiedziałem i w sumie się zdziwiłem, byłem przekonany, że skoro ci czarnoskórzy przedstawiciele Hollywood tak bardzo się pieklą to przy każdej z tych kategorii znajdę gwiazdkę pod którą będzie zapis "musi być nominowany co najmniej jeden czarny".

Wiecie, ja rozumiem ideę równości, solidarności, braku rasizmu. Ja to nawet popieram w jakimś stopniu, ale ten przykład pokazuje, że to doszło już do momentu, w którym jest bardziej śmieszne niż pożyteczne. W każdej z tych kategorii liczy się NAJLEPSZY i koniec. Nie ma znaczenia czy będzie to najlepszy biały, czarny, żółty, zielony czy jakikolwiek inny. Nawet jakby psa nominowali za jakąś świetną rolę, to spoko, jeśli był najlepszy to ja nie mam pretensji. Widocznie w tym roku, według zdania Akademii, żaden czarny aktor, żadna czarna aktorka, ani występujący w głównej roli, ani w drugoplanowej, nie zasłużyli na to by zostać nominowanym do tej prestiżowej nagrody. Nie zasłużyli, bo filmy w których zagrali były słabe, bo ich role był słabe, a nie dlatego, że nie są biali!

No ale z ich wypowiedzi jasno widać, że to przecież nie wina gównianych filmów czy ról, które Akademii się nie spodobały, tylko wina wrednej, rasistowskiej Akademii, której członkowie chodzą sobie w wolnych chwilach w białych kapturach i palą krzyże na polach.

Idąc tym tokiem myślenia należałoby zrobić tak, żeby na Igrzyskach Olimpijskich w finałowym biegu na 100 metrów nie startowali Ci z najlepszymi czasami, ale czterech zawodników czarnoskórych z najlepszymi czasami i czterech białych, bo przecież nie liczy się najlepszy, nie? Liczy się żeby było równo, wszyscy byli jednakowo traktowani i żeby zachować poprawność polityczną. (Dla tych, którym by się taki pomysł podobał dodaję pospiesznie, że to żart był, nie na poważnie, takie coś by było głupotą.)

Na przykładzie tych Oscarów można łatwo dojść do wniosku, że to co w zamyśle było dobre, przerodziło się w parodię. Spoko, nie dzielimy ludzi ze względu na rasę, ale w tym wypadku dzielimy na osiągnięcia. Nie załapał się żaden czarny? Przykro mi, spróbujcie za rok. Słyszałem, że Akademia obiecała zrobić coś z tym żeby nie było kolejnych takich Oscarów, czyli chcą wprowadzić tę gwiazdkę żeby co najmniej jeden czarnoskóry był w każdej kategorii... Idąc w tym kierunku doprowadzimy do sytuacji, która z równością, tolerancją i brakiem rasizmu będzie miała mało wspólnego. Dojdzie do tego, że jeśli w czymś w jakiś sposób nagrodzony zostanie biały to kolorowi będą się wściekać, że to było rasistowskie, a jeżeli zostanie nagrodzony kolorowi to biali będą mieć pretensje, że wygrał tylko przez kolor skóry i tolerancję. Jak już mówiłem, ja nie jestem za rasizmem, ale za zdrowym rozsądkiem. Jeśli ma wygrać najlepszy to niech wygra i to bez względu na kolor jego skóry. No i jeśli ma być równość to nie zupełna, bo tak się nie da. Ludzie nie są sobie równi, ale nie ze względu na skórę czy pochodzenie, ale ze względu a umiejętności, zasługi i wiele innych cech charakteru.

Przemyślcie to sobie zanim siądziecie do oglądania tej wyjątkowej gali Oscarów, być może ostatniej normalnej, albo zanim olejecie temat nagród filmowych.

Pozdrawiam,
Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)


1/29/2016

EHF Euro 2016: Czy wypada krytykować?

Szanowni Czytelnicy,
jak pewnie się doskonale orientujecie w Polsce rozgrywane są Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej mężczyzn. Jeśli śledzicie moje wpisy od dłuższego czasu to pewnie zauważyliście, że zdarza mi się opisywać również sportowe imprezy. Teraz już trochę z tego zrezygnowałem, bo robię to częściej dla serwisu PolskaKadra.tv i tam można poczytać sportowe artykuły. Jednak to co się działo po klęsce Polaków w meczu z Chorwacją sprowokowało mnie żeby napisać coś od strony nie do końca sportowej.

Może nie każdy dokładnie śledził mistrzostwa, może nie każdy zna się na piłce ręcznej na tyle żeby dostrzec to o co dziennikarze mieli pretensję i właśnie dlatego zacznę od krótkiej podróży po meczach Biało-Czerwonych.

Wszystko zaczęło się od meczu z Serbią. Polacy wygrali to spotkanie jedną bramką, ale już wtedy widać było, że zespół nie jest najlepiej przygotowany. Serbia była najsłabszą drużyną w grupie, można twierdzić, że w pierwszym meczu rzuciła wszystkie siły na szalę, a Polacy byli spięci grając przed piętnastoma tysiącami kibiców w Tauron Arenie w Krakowie. Obrona, nad którą zawzięcie miał pracować trener Biegler, nie funkcjonowała zupełnie. Atak był sumą indywidualnych akcji. Na szczęście udało się zwycięstwo wyszarpać, ale nie o takim stylu wszyscy marzyliśmy.

Mecz z Macedonią wyglądał w miarę dobrze, chociaż też obrona nie działała tak jak trzeba, atak zresztą również. No a to co się wydarzyło w końcówce to już było przegięcie. Polacy roztrwonili przewagę trzech goli i ledwo co odnieśli zwycięstwo, choć Macedonia miała piłkę na remis.

Mecz z Francją wyszedł od początku do końca. Zaczął się bardzo dobrze i udało się utrzymać rytm do końca. Wtedy pomyślałem sobie, że może faktycznie czuli aż tak wielką presję, że dopiero jak wywalczyli awans to zaczęli grać.

Niestety świetnie spisująca się Norwegia rozwiała te marzenia. Szybka gra, z którą nasza obrona po raz kolejny sobie nie radziła, zapewniła Skandynawom zwycięstwo. W tym meczu widać było jeszcze walkę i dlatego w prasie nie było słychać takiego hejtu, o który rozpętała się awantura po Chorwacji. Zresztą zawodnicy sami mówili, że zagrali jak "panienki", ale chyba jeszcze nie wiedzieli na co ich stać.

Mecz z Białorusią był momentami dobry, ale ostatnie 10 minut to parodia piłki ręcznej w naszym wykonaniu, która dobrze się skończyła, ale wcale nie musiała. Szczypiorniści Białorusi nie prezentowali takiego poziomu żeby nas dogonić, ale szansę na to mieli.

No i przyszedł mecz, który rozpętał burzę między prasą, a kibicami i dziennikarzami. Chorwacja. Zespół, który liczył na cud w meczu z Polską i który ten cud dostał, ze względu na brak walki naszego zespołu. Pierwszą bramkę Polacy zdobyli w dziesiątej minucie. Liderzy zawiedli, gra zespołowa zawiodła, wola walki zawiodła, obrona zawiodła, a jak obrona zawiodła to i bramka zawiodła. Ten mecz był zdecydowanie najgorszy od lat.

W prasie pojawiły się tytuły pokroju "Wstyd", "Patałachy". Sportowcy rzucili się do gardeł dziennikarzom, którzy to napisali. Kibicom też takie określenia nie pasowały. Pojawiła się masa komentarzy, że jak wygrywali to ich wychwalali, a jak przegrali to od razu takie wyzwiska. NIE! Oni tego meczu nie przegrali, bo przegrali to mecz z Norwegią, po którym ostrych słów nie było. Oni w tym meczu ponieśli wielką klęskę, poddali go bez walki, nie dawali rady zrobić na boisku nic. Pod koniec meczu nawet nie wracali do obrony. To była sromotna porażka i mi osobiście było wstyd oglądając ten mecz. Zapewniam, że chłopakom też było wstyd. I tak samo jak dziennikarze mają prawo nazywać sportowców "Bogami" po fantastycznych zmaganiach, tak samo mogą pisać o "wstydzie" po takich porażkach. Nie bronię dziennikarzy, którzy czasem rzeczywiście wyolbrzymiają pewne rzeczy żeby nakład się sprzedał, ale w tym wypadku mieli całkowitą rację. Nie przystoi gospodarzom, grającym przed 15 tysiącami fantastycznych kibiców, przegrywać na stojąco, nie podejmując walki. W piłce ręcznej jest tak, że nawet jak jest się słabszym to trzeba podjąć walkę, po prostu trzeba się bić przez całe 60 minut, a my tego nie zrobiliśmy i dlatego można nazwać ten wynik wstydem. Co do "patałachów" to napisał SuperExpress, jakich zagrań trzyma się ta gazeta to mówić nie trzeba. Z tym się nie zgadzam, ale ataki na Przegląd Sportowy za "Wstyd" na okładce, moim zdaniem są bardzo przesadzone. Wiadomo, że sportowcy będą się wzajemnie wspierać, ale trzeba też zauważyć to co miało miejsce na boisku. Kibice też zarzucali dziennikarzom, że najpierw balonik pompowali po meczach wygranych, a potem zaczęli wylewać na piłkarzy pomyje. Taka specyfika pracy. Chwali się zawodników po sukcesach, czyż nie? "Kadra Nawałki zwyciężyła z Niemcami" - koniec wiadomości. No nie tak wygląda prasa. Trzeba przekazywać emocje, a nie suche fakty. Myślę, że większość kibiców też czuła się źle po tym meczu i jakiś rodzaj wstydu, upokorzenia odczuwała. Ale, że ich idole zaczęli najeżdżać na prasę to nie wypadało robić nic innego.

Ja chłopakom nie odejmuję sukcesów. Nie odbieram im honoru. Nie skreślam ich. Ja po prostu stwierdzam, że na tych mistrzostwach byli za słabi, a poza tym odpuścili w meczu, w którym nie wiedzieli co zrobić. Czy to wina trenera? Myślę, że tak. Praca Michaela Bieglera dobiegła i jeśli nowy trener będzie potrafił szybciej reagować na zmiany taktyki przeciwnika, lepiej przygotować drużynę i przede wszystkim wprowadzić więcej wariantów gry, to ta ekipa może na Igrzyskach wiele zwojować. Chłopaki podziękowali kibicom po dzisiejszym meczu, kibice podziękowali reprezentacji, dziennikarze wrócą do swojej pracy i spór rozejdzie się po kościach.

Pozdrawiam,
Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

12/31/2015

Życie boli #5 - Koniec roku...

Życie boli #5 - Koniec roku...

Jak co roku przyszedł ten cholerny grudzień i ludzie robią podsumowania, planują co w sobie zmienią w kolejnym roku, jak to będzie cudownie, jak będzie lepiej niż teraz. Gówno, nic się nie zmieni. Tylko data się zmieni i będzie się mylić zapisując ją tak gdzieś do lutego. Ja swojego roku nie będę podsumowywał, ale opowiem wam czego w grudniu nie lubię i co mnie wkurza w ludziach, którzy, jak ten cykl stara się pokazać, są debilami.

To czego nie lubię w grudniu zaczyna się już w... listopadzie.A w tym roku to już było całkowite przegięcie. O mniej więcej połowy listopada zaczęły się pojawiać ozdoby choinkowe, reklamy w tv, przyjechała ciężarków coca-coli i ogólnie wszyscy zaczęli srać świąteczną atmosferą (której i tak nie ma, nie oszukujmy się). Nie miałbym z tym problemu, bo są ludzie, którzy żyją świętami, dekorują domy, noszą te głupie swetry z reniferami, ale nie, kurwa, w listopadzie. Jest takie przysłowie, które mówi o tym, że co za dużo to nie zdrowo. Właśnie o to chodzi, kiedy te świąteczne ozdoby pojawiały się na dwa, no góry trzy tygodnie przed wigilią było miło, faktycznie człowiek się zaczynał cieszyć, że to już się zbliża. Jednak teraz, kiedy już wychodząc z cmentarza widzi się jak przedsiębiorcy szybko chowają znicze, a wyciągają mikołaje z czekolady, można się zrzygać. Przetrwałem oczojebne reklamy, w których wciskano mi zabawki przed mikołajkami, a potem przed gwiazdką (chociaż lego to bym przytulił) i wreszcie przyszła druga rzecz, która mnie na koniec roku irytuje.

Święta. Czyli w teorii miły czas w gronie rodzinnym, ciepła atmosfera i ogólnie same pozytywy. Ci wierzący jeszcze mają celebrację narodzin Zbawiciela, pasterkę, opłatek i modlitwy. W praktyce jednak zaczyna się szaleństwo. Szaleństwo niepotrzebnego wydawania pieniędzy. Bo tradycja nakazuje nagotowanie tych potraw, nie dosyć że dwanaście (liczby są różne w zależności od regionu), to jeszcze w ilości jak dla pułku wojska. Potem wyrzuca się tego jedzenia ogrom, no bo przecież ile może zjeść tych kilku wigilijnych gości? Kupuje się też prezenty. Nie mam nic do prezentów, ale niektórzy przesadzają. Mówią w wiadomościach o tym, że ludzie biorą kredyty na święta żeby kupić jedzenie (więcej niż potrzeba) i prezenty. No serio?! Zadłużasz się żeby dać komuś prezent? Jeszcze może mi powiesz, że komuś kogo nie za bardzo lubisz...
- A w sumie to nie lubię tej twojej ciotki, ale kupiłam jej ten szaliczek, ładnie będzie w nim wyglądać - mówi żona.
- Tak, zwłaszcza w trumnie - odpowiada mąż, który swojej cioci, ani świąt też za bardzo nie lubił.
A jak już te święta nadejdą to zaczyna się. Wiem, że tradycja już się zmienia powoli i odchodzi się od tego, że święta spędza się na siedząco przy korycie, ale do mojej rodziny jeszcze nowoczesność nie dotarła. I tak jak co roku zaczyna się w wigilię od jedzenia, potem prezenty, potem jedzenie, ciasto, jedzenie, spanie, jedzenie, jedzenie, trochę ciasta, telewizja, jedzenie, ciasto, jedzenie i nie zapominajcie o jedzeniu, no i drugi dzień świąt: jedzenie x5, ciasto i do domu. Wracam ze świąt (które w założeniu miały być relaksem) zmęczony straszliwie, fizycznie i psychicznie, z kilogramami niepotrzebnego jedzenia w kiszkach (a weź spróbuj nie jeść to się obrażą, że nie smakuje).

No i wreszcie na koniec, kiedy już się odpocznie od jedzenia i tego okrutnego lenistwa przychodzi moja "ulubiona" data. Sylwester! Dla mnie to dzień jak każdy inny, ale są ludzie, dla których koniec roku to powód do a) świętowania b) robienia postanowień c) zmiany swojego życia d) wszystkie odpowiedzi są poprawne i bardzo głupie. 
Zacznijmy od świętowania. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć to, że ktoś się cieszy z tego, że przeżył kolejny rok. Spoko, ale jest rok starszy. Żeby się jednak cieszyć z tego, że jest kolejny rok? No jakby wam to powiedzieć, lepiej nie będzie. Zresztą zmiana daty nie ma znaczenia, nic się nie zmienia w sekundę (no chyba, że zwykły pierd w kleksa). Ja wiem, że każda okazja jest dobra żeby się najebać jak prosię, ale nie ma co z tego robić wielkiego święta. Poza tym fajerwerki... Wydajesz 500 zł na to żeby przez jakiś czas było kolorowo i głośno na niebie? Też bardzo mądre postępowanie, naprawdę, tylko pamiętaj o bezpieczeństwie! Największe petardy należy odpalać z dłoni żeby przypadkiem nie wystrzeliła w kogoś stojącego obok, musisz dobrze celować dokładnie w górę. Jeśli chodzi o postanowienia to jaki związek z tym że (nie)rzucisz palenia, (nie)schudniesz czy (nie)pójdziesz na siłownię ma data w kalendarzu? "Nowy rok, nowa ja" też gówno prawda, jesteś jaka jesteś i już się nie zmienisz, a na pewno nie kiedy wybije północ 31 grudnia.

________________________________________________

No dobra, a teraz zupełnie serio. To był tekst raczej satyryczny, taki dla śmichu. Nie bierzcie tego do siebie. Życzę Wam żeby 2016 nie był Waszym ostatnim dobrym rokiem, żebyście mieli kupę kasy i szampan lał się nie tylko dziś. Jeśli sprawia wam to przyjemność to najebcie się jak trutnie, strzelajcie z petard aż Wam pourywają nie tylko palce i bawcie się. Sobie życzę żeby cały 2016 był tak dobry jak pierwsza połowa 2015 i w cholerę lepszy niż druga połowa. Najlepszego!

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)


12/24/2015

Wesołych Świąt!

Szanowni Czytelnicy!

Siadając do napisania tych życzeń spojrzałem za okno i zastanawiam się teraz czy aby na pewno to są Święta Bożego Narodzenia a nie Wielkanoc, ale mniejsza z tym. Trzeba po prostu użyć wyobraźni i już będzie wybitnie świąteczna pogoda. Przechodząc do sedna sprawy życzę Wam wszystkiego najlepszego, zdrowia, bo bez niego ciężko o cokolwiek pozytywnego, szczęścia, bo przydaje się w życiu i to bardzo, miłości, bo ona nadaje sens naszym działaniom, spełnienia marzeń i osiągnięcia tego co sobie zaplanowaliście. Nie będę Wam życzył rodzinnych Świąt, bo może wolicie spędzić je w inny sposób, więc życzę Wam spokoju, radości i przeżycia tego wolnego czasu w sposób taki jaki najbardziej Wam odpowiada. Bawcie się dobrze w sylwestra, szalejcie, tylko nie piszcie smsów po pijaku i nie pourywajcie sobie palców fajerwerkami. Jeszcze raz Wesołych Świąt, Szczęśliwego Nowego Roku!

Kamil Bednarek
PS.
Mam sporo tekstów napisanych w połowie, więc po Nowym Roku pewnie coś się tutaj znowu zacznie dziać ;)