Szanowni Czytelnicy,
jak wszyscy doskonale wiemy społeczeństwo, biorąc pod uwagę średnią, jest głupie. Jest głupie i nie potrafi się poprawnie wysławiać. z czego to wynika? Z brakach w podstawowej wiedzy, owszem, ale według mnie większy wpływ ma na to brak oczytania. Nic w tym dziwnego, skoro ogromna część społeczeństwa nie przeczyta w ciągu roku żadnej książki. Co by się jednak działo, gdyby w taki sposób wypowiadał się każdy, np. ktoś publikujący na tej stronie? Przekonajcie się.
Szanowani Czytelnicy,
w dniu dzisiejszy (trzeci październik dwutysięczny osiemnasty rok) poszłem na siłownię, ale zaczym tam dotarłem przydarzyła mi się przygoda. Pogoda w miesiącu październiku ma złą renomę, więc postanowiłem wziąść płaszcz. Zeszłem do samochodu, ale pod drodze zrobiło mi się ciepło i cofnąłem się do tyłu. Zdjęłem płaszcz i ubrałem sweter. Taki strój był najbardziej optymalny.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty
10/10/2018
10/03/2018
Mistrzostwa Świata w Siatkówce 2018 - Tak się tworzy historię!
Szanowni Czytelnicy,
w niedzielę Reprezentacja Polski Siatkarzy (wielkie litery użyte celowo) zapisała się w historii światowego sportu broniąc tytułu Mistrzów Świata. Jest to ogromny sukces, ale też sukces niespodziewany. W tym tekście nie będę podsumowywał całego występu naszej drużyny, bo o tym możecie poczytać na stronach sportowych. Postaram się jednak przedstawić Wam przedstawić swoje emocje związane z Mistrzostwami i opowiem dlaczego nie wierzyłem w to, że powtórka sprzed czterech lat była możliwa.
Musze się przyznać, że nie byłem zwolennikiem zatrudnienia Vitala Heynena na trenera naszej reprezentacji. Wcześniej nie miałem potrzeby zgłębiania jego osobowości i metod pracy. Nie interesowało mnie jaki ma charakter i podejście do zawodników. Pamiętam jednak, że strasznie mnie denerwował przy linii. Niemiłosiernie irytowały mnie jego miny, jego dyskusje z sędziami czy z ławką trenerską rywali. Wypowiedzi przed i po meczach też nie poprawiały jego wizerunku. Początki z Reprezentacją Polski miał niezłe, jeśli chodzi o wyniki, natomiast gra nadal mnie nie przekonała. Nie sądziłem, że to może wypalić. Dopiero lektura wywiadów z Trenerem i czytanie pochwał pod jego adresem ze strony zawodników sprawiły, że zacząłem zmieniać zdanie.
w niedzielę Reprezentacja Polski Siatkarzy (wielkie litery użyte celowo) zapisała się w historii światowego sportu broniąc tytułu Mistrzów Świata. Jest to ogromny sukces, ale też sukces niespodziewany. W tym tekście nie będę podsumowywał całego występu naszej drużyny, bo o tym możecie poczytać na stronach sportowych. Postaram się jednak przedstawić Wam przedstawić swoje emocje związane z Mistrzostwami i opowiem dlaczego nie wierzyłem w to, że powtórka sprzed czterech lat była możliwa.
Musze się przyznać, że nie byłem zwolennikiem zatrudnienia Vitala Heynena na trenera naszej reprezentacji. Wcześniej nie miałem potrzeby zgłębiania jego osobowości i metod pracy. Nie interesowało mnie jaki ma charakter i podejście do zawodników. Pamiętam jednak, że strasznie mnie denerwował przy linii. Niemiłosiernie irytowały mnie jego miny, jego dyskusje z sędziami czy z ławką trenerską rywali. Wypowiedzi przed i po meczach też nie poprawiały jego wizerunku. Początki z Reprezentacją Polski miał niezłe, jeśli chodzi o wyniki, natomiast gra nadal mnie nie przekonała. Nie sądziłem, że to może wypalić. Dopiero lektura wywiadów z Trenerem i czytanie pochwał pod jego adresem ze strony zawodników sprawiły, że zacząłem zmieniać zdanie.
7/18/2018
Życie boli #53 - Romantyczny mundial bez happy endu
Szanowni Czytelnicy,
Wy przeczytacie ten wpis co najmniej w środę, natomiast ja piszę go kilkadziesiąt minut po ostatnim gwizdu sędziego w meczu finałowym. Jeśli śledzicie moją stronę od jakiegoś czasu to zapewne orientujecie się, że zdarza mi się pisać podsumowanie sportowych wydarzeń.Tym razem jednak nie będzie to zwykłe podsumowanie. Nie przeczytacie tutaj o bramkach, strzelcach, statystykach, przeczytacie za to o porażkach faworytów, o braku jaj i o waleczności ludzi, którzy te jaja musieli mieć już od dziecka.
Mundial w Rosji miałem przyjemność obejrzeć w całości i słowo "przyjemność" nie jest tutaj bezpodstawne, bo, nie licząc meczu Francji z Danią w fazie grupowej, mecze w większości stały na dość wysokim poziomie, a nawet te słabsze były niezwykle emocjonujące. Te niezwykłe emocje wywoływane były przez drużyny, po których nikt by się tego nie spodziewał. Na papierze Maroko, Iran, Meksyk czy Szwecja nie miały nawet szans nawiązać walki z faworytami, a jednak zaskoczyły wszystkich. Drużyny postawiły się potęgom światowej piłki, zagrały z ogromnym sercem i pokazały, że na takich turniejach trzeba dać z siebie wszystko i zostawić serce na murawie, a nie tylko paplać o tym w wywiadach.
Wy przeczytacie ten wpis co najmniej w środę, natomiast ja piszę go kilkadziesiąt minut po ostatnim gwizdu sędziego w meczu finałowym. Jeśli śledzicie moją stronę od jakiegoś czasu to zapewne orientujecie się, że zdarza mi się pisać podsumowanie sportowych wydarzeń.Tym razem jednak nie będzie to zwykłe podsumowanie. Nie przeczytacie tutaj o bramkach, strzelcach, statystykach, przeczytacie za to o porażkach faworytów, o braku jaj i o waleczności ludzi, którzy te jaja musieli mieć już od dziecka.
Mundial w Rosji miałem przyjemność obejrzeć w całości i słowo "przyjemność" nie jest tutaj bezpodstawne, bo, nie licząc meczu Francji z Danią w fazie grupowej, mecze w większości stały na dość wysokim poziomie, a nawet te słabsze były niezwykle emocjonujące. Te niezwykłe emocje wywoływane były przez drużyny, po których nikt by się tego nie spodziewał. Na papierze Maroko, Iran, Meksyk czy Szwecja nie miały nawet szans nawiązać walki z faworytami, a jednak zaskoczyły wszystkich. Drużyny postawiły się potęgom światowej piłki, zagrały z ogromnym sercem i pokazały, że na takich turniejach trzeba dać z siebie wszystko i zostawić serce na murawie, a nie tylko paplać o tym w wywiadach.
5/16/2018
NieRecenzja #5 - Duchy polskich miast i zamków
Szanowni Czytelnicy,
kto śledzi mojego facebooka ten wie, że dostałem ostatnio paczkę z bardzo ciekawą zawartością. Wspomniałem w trakcie otwierania tejże paczuszki, że postaram się stworzyć jakąś NieRecenzję. Myślałem o jednej, zbiorczej, ale książki różnią się od siebie na tyle, że warto poświęcić im osobne teksty. No i też ich zawartość jest na tyle wciągająca, że wciągam je niczym konta posłów PiS nagrody.
Zaczniemy od książki "Duchy polskich miast i zamków" autorstwa Witolda Vargasa i Pawła Zycha. Jak już wspominałem przy okazji NieRecenzji Bestiariusza Słowiańskiego (NieRecenzja #1 - Bestiariusz Słowiański) seria Legendarz ukazujące się na łamach wydawnictwa Bosz ma za zadanie w przystępny sposób pokazać słowiańskie i polskie legendy, podania historie. Głównym jego zadaniem jest wprowadzenie w temat i rozbudowanie ciekawości czytelnika, który zagłębi się później w bardziej opasłe i wnikające w tematykę książki.
4/25/2018
Życie boli #45 - Państwo socjalne
Szanowni Czytelnicy,
tak zwana cywilizacja zachodnia idzie w tym kierunku już od dawna, a my powoli do nich dobijamy, a nawet chcemy ich wyprzedzić rozdając coraz więcej coraz szerszym grupom społecznym. Należy się jednak zastanowi czy ma to jakikolwiek sens i kto na tym zyskuje najbardziej. Nie będzie to ani ekonomiczny, ani polityczny wywód, więc możecie czytać dalej bez obaw o natknięcie się na jakieś nudy. Tekst jest oparty o obserwacje całego społeczeństwa i jednostek jakie widuję w pracy.
Na początek należy się zastanowić jaki sens ma prowadzenie polityki socjalnej i skąd to się tak naprawdę wzięło. Jak wspomniałem wyżej, nie będę się rozpisywał o polityce ani o historii, więc opowiem o tym w dużym skrócie, rzeczywistym i myślowym. Zaczęło się od momentu, w którym pojawiały się zalążki społeczności. Wtedy osoby niezdolne do samodzielnej egzystencji otrzymywały pomoc od tych silnych, które umiały o siebie zadbać. Tak to przez wieki funkcjonowało, rozwijając się coraz bardziej. Jaki jest tego sens? Ano taki żeby ci, którym coś nie wyszło nie zostali w krytycznym położeniu. W założeniu miało to oznaczać pomoc tym, którzy tego potrzebują do momentu, w którym będą w stanie egzystować samodzielnie.
tak zwana cywilizacja zachodnia idzie w tym kierunku już od dawna, a my powoli do nich dobijamy, a nawet chcemy ich wyprzedzić rozdając coraz więcej coraz szerszym grupom społecznym. Należy się jednak zastanowi czy ma to jakikolwiek sens i kto na tym zyskuje najbardziej. Nie będzie to ani ekonomiczny, ani polityczny wywód, więc możecie czytać dalej bez obaw o natknięcie się na jakieś nudy. Tekst jest oparty o obserwacje całego społeczeństwa i jednostek jakie widuję w pracy.
Na początek należy się zastanowić jaki sens ma prowadzenie polityki socjalnej i skąd to się tak naprawdę wzięło. Jak wspomniałem wyżej, nie będę się rozpisywał o polityce ani o historii, więc opowiem o tym w dużym skrócie, rzeczywistym i myślowym. Zaczęło się od momentu, w którym pojawiały się zalążki społeczności. Wtedy osoby niezdolne do samodzielnej egzystencji otrzymywały pomoc od tych silnych, które umiały o siebie zadbać. Tak to przez wieki funkcjonowało, rozwijając się coraz bardziej. Jaki jest tego sens? Ano taki żeby ci, którym coś nie wyszło nie zostali w krytycznym położeniu. W założeniu miało to oznaczać pomoc tym, którzy tego potrzebują do momentu, w którym będą w stanie egzystować samodzielnie.
4/18/2018
Życie boli #44 - Debata polityczna
Szanowni Państwo,
w naszym pięknym kraju każdy bardziej normalny trzyma się z daleka od polityki. Jest to karygodnym błędem, ale jak najbardziej zrozumiałym. Powinno się wiedzieć co się dzieje i jak się to dzieje, przynajmniej po to żeby rano nie być zaskoczonym, że sklep zamknięty, czołgi na ulicach czy inne drobne niedogodności pojawią się w naszym życiu. Rozumiem jednak, że nie każdemu chce się oglądać to co wyprawiają nasi politycy i dzisiaj właśnie porozprawiamy o tym dlaczego nie chce się tego oglądać.
Wyobraźmy sobie, że żyjemy w kraju idealnym i włączamy telewizję, w której akurat jest jakaś polityczna rozmowa. Widzimy w niej ludzi, którzy są młodzi i przebojowi, ale przy tym doskonale przygotowani merytorycznie i wykształceni. Widzimy ekspertów w swoich dziedzinach, którzy swoją wiedzą i doświadczeniem imponują w każdej swojej wypowiedzi. Przede wszystkim jednak widzimy w jaki sposób oni ze sobą rozmawiają. Nie ma żadnych kłótni, mimo że nie zgadzają się ze sobą w wielu kwestiach. Dyskutują merytorycznie wymieniając tylko fakty, czasem wtrącą jakąś interpretację, ale popartą doświadczeniem swoim i innych krajów. Takie dysputy prowadzą do konkretnych wniosków, a wnioski do rozwiązań. A jak jest w rzeczywistości?
w naszym pięknym kraju każdy bardziej normalny trzyma się z daleka od polityki. Jest to karygodnym błędem, ale jak najbardziej zrozumiałym. Powinno się wiedzieć co się dzieje i jak się to dzieje, przynajmniej po to żeby rano nie być zaskoczonym, że sklep zamknięty, czołgi na ulicach czy inne drobne niedogodności pojawią się w naszym życiu. Rozumiem jednak, że nie każdemu chce się oglądać to co wyprawiają nasi politycy i dzisiaj właśnie porozprawiamy o tym dlaczego nie chce się tego oglądać.
Wyobraźmy sobie, że żyjemy w kraju idealnym i włączamy telewizję, w której akurat jest jakaś polityczna rozmowa. Widzimy w niej ludzi, którzy są młodzi i przebojowi, ale przy tym doskonale przygotowani merytorycznie i wykształceni. Widzimy ekspertów w swoich dziedzinach, którzy swoją wiedzą i doświadczeniem imponują w każdej swojej wypowiedzi. Przede wszystkim jednak widzimy w jaki sposób oni ze sobą rozmawiają. Nie ma żadnych kłótni, mimo że nie zgadzają się ze sobą w wielu kwestiach. Dyskutują merytorycznie wymieniając tylko fakty, czasem wtrącą jakąś interpretację, ale popartą doświadczeniem swoim i innych krajów. Takie dysputy prowadzą do konkretnych wniosków, a wnioski do rozwiązań. A jak jest w rzeczywistości?
Etykiety:
debata,
hitler,
kawa na ławę,
korwin,
kukiz,
nowoczesna,
pis,
po,
polityka,
polska,
poseł,
premier,
reformy,
rozwój,
sejm,
ustawa
4/04/2018
Życie Boli #43 - Polska gościnność
Szanowni Czytelnicy,
Święta Wielkanocne dopiero co się skończyły, chociaż zapewne w Waszych lodówkach jeszcze je doskonale widać. Myślę, że wielu z Was zastanawiało się czasami, odmawiając dokładki po raz dwunasty, dlaczego na stole jest tak dużo jedzenie. Nawet jeśli się nie zastanawialiście i było Wam to zupełnie obojętne, to dzisiaj Wam co nieco o tym opowiem. Także nałóżcie sobie sałatki jarzynowej i siadajcie do lektury.
Żeby dobrze podejść do tego problemu trzeba by było cofnąć się w czasie do średniowiecza, a co za tym idzie do początków państwa polskiego. Przecież to wtedy zaczęła się u nas tradycja, która ciągnie się do dziś, a która polegała na tym, że zwykły obiad potrafił trwać kilka dni. Jednak to ile trwał taki obiad nie jest najważniejsze. Ważniejsze jest to ile się na takim obiedzie jadło. A jadło się naprawdę dużo i naprawdę różnorodnie i nie było tak żeby ktoś mógł wyjść z takiego szlacheckiego przyjęcia głodny.
Święta Wielkanocne dopiero co się skończyły, chociaż zapewne w Waszych lodówkach jeszcze je doskonale widać. Myślę, że wielu z Was zastanawiało się czasami, odmawiając dokładki po raz dwunasty, dlaczego na stole jest tak dużo jedzenie. Nawet jeśli się nie zastanawialiście i było Wam to zupełnie obojętne, to dzisiaj Wam co nieco o tym opowiem. Także nałóżcie sobie sałatki jarzynowej i siadajcie do lektury.
Żeby dobrze podejść do tego problemu trzeba by było cofnąć się w czasie do średniowiecza, a co za tym idzie do początków państwa polskiego. Przecież to wtedy zaczęła się u nas tradycja, która ciągnie się do dziś, a która polegała na tym, że zwykły obiad potrafił trwać kilka dni. Jednak to ile trwał taki obiad nie jest najważniejsze. Ważniejsze jest to ile się na takim obiedzie jadło. A jadło się naprawdę dużo i naprawdę różnorodnie i nie było tak żeby ktoś mógł wyjść z takiego szlacheckiego przyjęcia głodny.
3/14/2018
Życie boli #41 - Zakaz handlu w niedzielę
Szanowni Czytelnicy,
rzadko kiedy zdarza się tak gorący temat jak wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę. Obecnie rządząca partia wprowadziła zmianę w prawie, która wpływa na życie większej ilości ludzi niż się rządzącym może wydawać. Trzeba się jednak zastanowić co ta ustawa zmienia tak naprawdę i o tym dzisiaj postaram się trochę opowiedzieć.
Po naciskach solidarności (mała litera zastosowana celowo żeby odróżnić od Solidarności z czasów PRL) rządzący zdecydowali się wprowadzić zakaz handlu w niedzielę. Tłumaczą się tym, że pracujący w sieciach handlowych, galeriach czy supermarketach też mają prawa do spędzenia niedzieli z rodzinami. No i pewnie, że mają prawo. Jednak takie samo prawo mają też kierowcy autobusów komunikacji miejskiej, piloci samolotów, pracownicy stacji benzynowych, lekarze, pielęgniarki, pracownicy fabryk produkujących w systemie ciągłym, strażacy, policjanci i każdy inny człowiek bez względu na to jaki zawód wykonuje.
rzadko kiedy zdarza się tak gorący temat jak wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę. Obecnie rządząca partia wprowadziła zmianę w prawie, która wpływa na życie większej ilości ludzi niż się rządzącym może wydawać. Trzeba się jednak zastanowić co ta ustawa zmienia tak naprawdę i o tym dzisiaj postaram się trochę opowiedzieć.
Po naciskach solidarności (mała litera zastosowana celowo żeby odróżnić od Solidarności z czasów PRL) rządzący zdecydowali się wprowadzić zakaz handlu w niedzielę. Tłumaczą się tym, że pracujący w sieciach handlowych, galeriach czy supermarketach też mają prawa do spędzenia niedzieli z rodzinami. No i pewnie, że mają prawo. Jednak takie samo prawo mają też kierowcy autobusów komunikacji miejskiej, piloci samolotów, pracownicy stacji benzynowych, lekarze, pielęgniarki, pracownicy fabryk produkujących w systemie ciągłym, strażacy, policjanci i każdy inny człowiek bez względu na to jaki zawód wykonuje.
2/21/2018
Życie boli #39 - Olimpijska turystyka
Szanowni Czytelnicy,
jeśli przez ostatnie dwa tygodnie nie siedzieliście zamknięci w jakiejś piwnicy to na pewno doskonale orientujecie się, że trwają Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pyeongchang w Korei Południowej. Natomiast jeśli śledzicie gazety i portale to na pewno w oczy rzuciła Wam się akcja, którą polska biathlonistka zrobiła w mediach społecznościowych. Odpowiedziała w takiej formie na atak ze strony hejterów, którzy uznali, że odległe miejsca zajmują sportowcy bez ambicji, którzy do Korei pojechali jako turyści.
Całą sprawę należy rozpatrzyć z dwóch stron, ze strony sportowca i ze strony kibica. Tak się szczęśliwie dla Was, Szanowni Czytelnicy, składa, że jestem w stanie podjąć się tego zadania i właśnie tym się dzisiaj zajmiemy. Zatem jeśli chodzi o same Igrzyska Olimpijskie to jest to wybitnie specyficzna impreza sportowa. Jest rozgrywana raz na cztery lata, spotykają się w jej trakcie tysiące sportowców z najprzeróżniejszych dyscyplin, którzy mają okazję przebywać w jednym miejscu. Sportowcy to przecież też ludzie i to w znakomitej większości młodzi, więc zdarzy się czasem usłyszeć o jakiejś małej imprezie czy seksaferce. Zapewne dałoby się o tym usłyszeć częściej, ale co się dzieje w wiosce - zostaje w wiosce.
jeśli przez ostatnie dwa tygodnie nie siedzieliście zamknięci w jakiejś piwnicy to na pewno doskonale orientujecie się, że trwają Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pyeongchang w Korei Południowej. Natomiast jeśli śledzicie gazety i portale to na pewno w oczy rzuciła Wam się akcja, którą polska biathlonistka zrobiła w mediach społecznościowych. Odpowiedziała w takiej formie na atak ze strony hejterów, którzy uznali, że odległe miejsca zajmują sportowcy bez ambicji, którzy do Korei pojechali jako turyści.
Całą sprawę należy rozpatrzyć z dwóch stron, ze strony sportowca i ze strony kibica. Tak się szczęśliwie dla Was, Szanowni Czytelnicy, składa, że jestem w stanie podjąć się tego zadania i właśnie tym się dzisiaj zajmiemy. Zatem jeśli chodzi o same Igrzyska Olimpijskie to jest to wybitnie specyficzna impreza sportowa. Jest rozgrywana raz na cztery lata, spotykają się w jej trakcie tysiące sportowców z najprzeróżniejszych dyscyplin, którzy mają okazję przebywać w jednym miejscu. Sportowcy to przecież też ludzie i to w znakomitej większości młodzi, więc zdarzy się czasem usłyszeć o jakiejś małej imprezie czy seksaferce. Zapewne dałoby się o tym usłyszeć częściej, ale co się dzieje w wiosce - zostaje w wiosce.
1/31/2018
Ludzie z pasją #1 - Miłość do podróży cz. 2
Szanowni Czytelnicy,
przed Wami zapowiadania tydzień temu druga część rozmowy z Kamilem i Mają na temat ich wspaniałej podróżniczej pasji. Zapraszam gorąco!
Ludzie z pasją #1 - Miłość do podróży cz. 1
przed Wami zapowiadania tydzień temu druga część rozmowy z Kamilem i Mają na temat ich wspaniałej podróżniczej pasji. Zapraszam gorąco!
Ludzie z pasją #1 - Miłość do podróży cz. 1
11. Wiem,
że przy okazji jednej z wypraw podziałaliście również charytatywnie. Myślę, że
Czytelnicy chętnie dowiedzą się o tej akcji czegoś więcej i może w następnej Was wspomogą.
W ostatnią podróż wybraliśmy się do Kenii oraz Tanzanii. Pół
roku temu trafiliśmy tanie bilety i bez zastanowienia je kupiliśmy. Później
przy przygotowaniach trasy i wszystkich szczegółów raz po raz natrafialiśmy na
artykuły o pomocy dla Afryki, a w szczególności dla dzieci. Wystarczyło, że na
siebie w pewnym momencie spojrzeliśmy i już wiedzieliśmy, że też możemy chociaż
trochę pomóc. Stwierdziliśmy, że nie będziemy zabierać stąd ani ubrań, ani
jedzenia bo jest to za ciężkie, a jedzenie może się popsuć podczas długiej
drogi. Znaleźliśmy artykuł o braku podstawowych przyborów dla dzieci w
„szkołach”. I już wiedzieliśmy co zabierzemy. Sami kupiliśmy część rzeczy, ale
nie było tego jakoś bardzo dużo. Niestety na więcej nie byliśmy w stanie sobie
pozwolić. Postanowiliśmy napisać post na Facebooku, a reakcje ludzi przerosły
nasze najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewaliśmy się, aż tak dużego odzewu.
Zebraliśmy cały jeden duży 65 litrowy plecak różnorakich przyborów. Począwszy
od kredy, po ołówki, długopisy, zeszyty, kalkulatory, gumki, mazaki,
plasteliny, bloki kolorowe itd. Ledwo co trzymałem to wszystko na plecach.
Byliśmy tak miło zaskoczeni, że aż brakowało nam słów. Już w Kenii
postanowiliśmy znaleźć wioskę, w której będzie szkoła w której dzieci
potrzebowały tych rzeczy najbardziej. Nie było to łatwe, gdyż akurat w tym
okresie gdy my byliśmy, dzieci miały wakacje. Okazja nadarzyła się nad j.
Bogoria, gdy po wieczorze spędzonym z miejscowymi ludźmi opowiedzieliśmy o
naszym planie. Jeden z mieszkańców zaoferował pomoc w zorganizowaniu
wszystkiego, gdyż jego przyjaciel był nauczycielem. I tym sposobem przywitała
nas grupka około 40 dzieci ubranych w mundurki szkolne, wyśpiewujących piękne
piosenki na powitanie. Radość na ich twarzach nie znikała. Jeszcze bardziej
zadowolony był nauczyciel, który dostał kredę. Jak powiedział, już bardzo dawno
nie miał jak nauczać, gdyż nie było ich stać na kredę do tablicy. Zrobiliśmy
tak niewiele, a dla nich było to coś ogromnego. Byli nam dozgonnie wdzięczni.
Warto pomagać w każdej postaci. My dostaliśmy od życia tyle pozytywnych
momentów, że chcemy to przekazywać dalej. Dobro zawsze wraca.
![]() |
| Dzieciaki i nauczyciele, którym przekazaliśmy artykuły szkolne niedaleko j. Bogoria w Kenii |
1/24/2018
Ludzie z pasją #1 - Miłość do podróży cz. 1
Szanowni Czytelnicy,
zgodnie z tym co napisałem w zapowiedziach na rok 2018 przedstawiam Wam nowy format na mojej stronie. Od czasu do czasu będą się tutaj pojawiały wywiady, a w zasadzie bardziej rozmowy z ludźmi z ciekawą pasją. Przy wyborze pierwszego gościa, a w zasadzie gości, nie miałem najmniejszego problemu. W zasadzie to kiedy tylko pomyślałem o wprowadzeniu takiego cyklu to do głowy przyszła mi ta para. Zatem bez zbędnego przeciągania przedstawiam Wam Kamila i Maję, parę, która uwielbia podróżować.
zgodnie z tym co napisałem w zapowiedziach na rok 2018 przedstawiam Wam nowy format na mojej stronie. Od czasu do czasu będą się tutaj pojawiały wywiady, a w zasadzie bardziej rozmowy z ludźmi z ciekawą pasją. Przy wyborze pierwszego gościa, a w zasadzie gości, nie miałem najmniejszego problemu. W zasadzie to kiedy tylko pomyślałem o wprowadzeniu takiego cyklu to do głowy przyszła mi ta para. Zatem bez zbędnego przeciągania przedstawiam Wam Kamila i Maję, parę, która uwielbia podróżować.
Cześć wszystkim. Na wstępie chcielibyśmy bardzo podziękować
za zaproszenie. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że nasza pasja mogłaby kogoś tak
bardzo zainteresować. Mamy nadzieję, że nie będziemy za bardzo przynudzać i
chociaż część z Was wytrwa z nami do końca (śmiech).
1. To, że jesteście parą Czytelnicy już wiedzą,
wiedzą też, że jesteście podróżnikami, ale myślę, że chcieliby się dowiedzieć
co było pierwsze. Połączyły Was podróże czy już będąc razem wpadliście na
pomysł poznawania świata? Skąd się wzięła taka pasja?
K: Poznaliśmy się dość dawno temu, bo na początku liceum. Ja
kocham podróże od dzieciństwa. Zaczęło się od krótkich wypadów nad morze i w
góry z rodzicami i dziadkami. Jednak prawdziwego bakcyla złapałem w sumie przez
przypadek. W gimnazjum musiałem szybko wrócić do domu, bo nadchodziła godzina o
której już musiałem być w domu (młodsi czytelnicy mogą tego nie zrozumieć). Nie
było już żadnego autobusu, więc postanowiłem złapać stopa. Tym sposobem przez
krótką przejażdżkę po Łodzi, pokochałem ten rodzaj przemieszczania się. Później
poznałem Maję i po kilku namowach wyruszyliśmy w pierwszą trasę autostopem do
Zakopanego. Pech chciał, że wybraliśmy się tam w ferie zimowe i Maja początkowo
niechętnie czekała na „okazję”. W drodze powrotnej było już dużo lepiej (może
dlatego, że temperatura nie była na minusie). Na szczęście Maje musiałem
namawiać tylko na jazdę stopem. Sama chęć wyjazdu była silniejsza od niej. Po
naszej pierwszej randce wiedzieliśmy, że mamy takie same pasje. Jedną z nich są
właśnie podróże. Od dziecka byłem też fanem W. Cejrowskiego, M.
Wojciechowskiej, czy B. Pawlikowskiej. Ich programy podróżnicze mogłem oglądać
godzinami i zawsze mówiłem, że muszę odwiedzić te miejsca i poznać wszystkie
kultury świata.
M: U mnie wyglądało to podobnie. Od dziecka uwielbiałam
wyjazdy, poznawanie nowych miejsc, słuchanie ciekawych informacji na temat
nieznanych mi zakątków Polski i świata. Kiedy byłam dzieckiem takie atrakcje
serwowali mi rodzice dzięki koloniom, zielonym szkołom, wycieczkom i książkom.
Dzięki temu, że poznałam Kamila odważyłam się poznawać świat na własną rękę.
Dopiero teraz, kiedy wspólnie podróżujemy mogę śmiało powiedzieć, że zamieniło
się to w moją ogromną prawdziwą pasję.
11/15/2017
Życie boli #30 - Poczta Polska
Szanowni Czytelnicy,
jest w naszym kraju pewna instytucja, która ma olbrzymie tradycje i jest jedną z bardziej potrzebnych instytucji, ale ostatnio trochę się pogubiła. Chodzi oczywiście o Pocztę Polską. Jestem w stanie założyć, że każdy z nas miał kiedyś kontakt z Pocztą Polską. Nie wiem jednak czy w związku z postępującą cyfryzacją i ekspansją kurierów i paczkomatów byliście w budynku poczty w ostatnim czasie. Tam pozmieniało się na tyle, że gdyby nie logo to moglibyście się nie zorientować gdzie się znajdujecie. W tym tekście przedstawię Wam to zjawisko dokładnie, ale postaram się również zastanowić nad jego przyczynami.
Większość swojego dzieciństwa spędziłem u babci, która mieszkała obok budynku Poczty Polskiej. W związku z tym zdarzało mi się często na tej poczcie bywać i pamiętam jak jej wnętrze było urządzone. W przedsionku wisiała budka telefoniczna. Młodszym czytelnikom przypomnę, że kiedyś nie każdy miał telefon w domu, nie mówiąc już o posiadaniu go w kieszeni, i trzeba było korzystać z takich budek. Dalej, już w pomieszczeniu, w którym siedzą panie w okienkach, znajdowało się biurko, krzesło oraz kilka stojaków, na których znajdowały się kartki pocztowe i koperty. Za szybą siedziały panie pracujące na poczcie, a za nimi był regał, na którym były bloczki znaczków pocztowych, kartony i karty telefoniczne (takie żeby z tej budki zadzwonić). Natomiast z biegiem lat ten wystrój zaczął się zmieniać i w ostatnim czasie przeszedł już najśmielsze oczekiwania.
jest w naszym kraju pewna instytucja, która ma olbrzymie tradycje i jest jedną z bardziej potrzebnych instytucji, ale ostatnio trochę się pogubiła. Chodzi oczywiście o Pocztę Polską. Jestem w stanie założyć, że każdy z nas miał kiedyś kontakt z Pocztą Polską. Nie wiem jednak czy w związku z postępującą cyfryzacją i ekspansją kurierów i paczkomatów byliście w budynku poczty w ostatnim czasie. Tam pozmieniało się na tyle, że gdyby nie logo to moglibyście się nie zorientować gdzie się znajdujecie. W tym tekście przedstawię Wam to zjawisko dokładnie, ale postaram się również zastanowić nad jego przyczynami.
Większość swojego dzieciństwa spędziłem u babci, która mieszkała obok budynku Poczty Polskiej. W związku z tym zdarzało mi się często na tej poczcie bywać i pamiętam jak jej wnętrze było urządzone. W przedsionku wisiała budka telefoniczna. Młodszym czytelnikom przypomnę, że kiedyś nie każdy miał telefon w domu, nie mówiąc już o posiadaniu go w kieszeni, i trzeba było korzystać z takich budek. Dalej, już w pomieszczeniu, w którym siedzą panie w okienkach, znajdowało się biurko, krzesło oraz kilka stojaków, na których znajdowały się kartki pocztowe i koperty. Za szybą siedziały panie pracujące na poczcie, a za nimi był regał, na którym były bloczki znaczków pocztowych, kartony i karty telefoniczne (takie żeby z tej budki zadzwonić). Natomiast z biegiem lat ten wystrój zaczął się zmieniać i w ostatnim czasie przeszedł już najśmielsze oczekiwania.
12/22/2016
Magia świąt - czy to ze mną jest coś nie tak?
Magia świąt - czy to ze mną jest coś nie tak?
Szanowni Czytelnicy,
jak wszyscy doskonale wiemy zbliżają się święta Bożego Narodzenia. W tradycji wiążą się one z cudowną świąteczną atmosferą, która wyróżnia się znacznie na tle innych dni w roku. Ma być to wesoły czas spędzony w gronie najbliższych, wśród pięknego wystroju, wspaniałych potraw i tak dalej i tak dalej. Problem w tym, że w tym roku spotkałem się z opiniami, ze ludzie w ogóle nie czują tej atmosfery. Sam również mam z tym problem. Pamiętam, że parę lat temu nie mogłem się doczekać wigilii i świąt. Teraz jedna, na dwa dni przed, nie czuję żadnego podekscytowania. Postanowiłem więc sprawdzić skąd to się mogło wziąć. Poniżej znajdziecie to, do czego doszedłem.
1. Pogoda
Od kilku lat w Polsce nie ma prawdziwej zimy w święta Bożego Narodzenia. Nie możemy cieszyć się piękną zimową pogodą, wyjść po wigilijnej kolacji ulepić bałwana czy porzucać się śnieżkami. Nawet Święty Mikołaj musiał sobie do sań zamontować koła, bo inaczej by nie wylądował. Zamiast białych świąt mamy coś na kształt brudnej jesieni. Mgły, deszcze i temperatura oscylująca około pięciu stopni nie sprzyja poprawie nastroju przed świętami. Można nawet powiedzieć, że taka aura bardziej pcha nas w stronę samobójstwa niż tańczenia wokół choinki.
2. Wiek
Nie ulega wątpliwości, że dzieci są bardziej beztroskie od dorosłych. Są od tej zasady wyjątki, ale ja nie jestem jednym z nich. Jako dziecko czekałem na prezenty, na ubieranie choinki, nawet na pomaganie przy gotowaniu, na chodzenie po sklepach, na świąteczne reklamy. Jeszcze nie tak dawno nie mogłem się doczekać aż wybiorę się na świąteczne jarmarki, aż w radiach puszczą świąteczne piosenki, ale w tym roku... Chyba zdziadziałem i to wpłynęło na brak odczuwania ducha świąt. Zamiast radości z kupowania prezentów skupiam się wyłącznie na ilości wydanych pieniędzy. Potrawy świąteczne? Super, ale będzie ich tyle, że będzie się trzeba z nimi męczyć do lutego. Jarmark? Już nie jest to podziwianie tego co tam przygotowali, ale obserwacja jak można sprzedać jakiś badziew po trzykrotnie wyższej cenie, tylko dlatego, że sprzedawca znajduje się w drewnianej budce na jarmarku, a nie w stalowej szczęce na rynku.
3. Komercjalizacja
Od zamierzchłych czasów mojego dzieciństwa ten okres świąteczny w szeroko rozumianym handlu wydłużał się. Teraz zaczyna się już po tym jak ze sklepów znikają znicze po wszystkich świętych. Przez to, że szczują nas tymi świętami przez dwa miesiące człowiek w okolicy wigilii ma już dość. W dodatku w każdym możliwym sklepie lecą zapętlone świąteczne przeboje. Człowiek, nawet nie chcąc szukać prezentów, zostaje bombardowany "super świątecznymi ofertami w sam raz na prezent". Wszystko przed świętami jest lepsze i tańsze i w ogóle tylko brać, bo po świętach już nie będzie. W dodatku ludzie w tym okresie zmieniają się w dzikie bestie, które o karpia tańszego o 30 groszy potrafią walczyć na śmierć i życie. A najgorszy w tym wszystkim jest ten szał kupowania. Na wigilii będzie 5 osób? No to trzeba kupić 12kg pierogów, 50 karpi, tonę kapusty z grochem, 73 rodzaje ciast i wiele więcej rzeczy, które na pewno nie zostaną zjedzone. Przejeżdżałem dzisiaj koło Biedronki, przez myśl przeszło mi żeby wjechać i kupić parę zgrzewek wody, ale jak zobaczyłem ten dziki tłum na parkingu i te kolejki wewnątrz to stwierdziłem, że podziękuję.
4. Monotonia
Prawda jest taka, że w większości rodzin każde święta wyglądają bardzo podobnie. Mamy tę samą choinkę, te same potrawy, te same rozmowy, nawet te same filmy w telewizji. W pewnym sensie taka stałość nawet jest fajna, ale może być też męcząca i wpływać na to, że człowiek nie czeka już na święta z takim utęsknieniem jak kiedyś. Jak tak się głębiej zastanowić to dorosły nawet prezenty dostaje takie same co roku. Jakieś skarpety, jakieś kosmetyki, jakieś pieniądze i tyle. Jeśli chodzi o życzenia to jak się nad tym zastanowić i sięgnąć pamięcią też zawsze są bardzo podobne. Już nie mówię o tych wśród rodziny, ale życzenia z ludźmi, którzy za wiele dla nas nie znaczą możnaby opisać jako dialog "nawzajem-nawzajem".
Tak właśnie widzę mój brak odczuwania atmosfery świąt. Pamiętajcie, że jest to moje subiektywne odczucie i jeśli według Was to co napisałem powyżej oznacza, że po prostu zdziadziałem i szukam dziury w całym to w porządku, być może macie rację. Być może gdybym jedne święta spędził gdzieś, powiedzmy, na Malediwach to na kolejne znowu bym czekał jak dziecko. Gdyby ktoś chciał to sprawdzić i zasponsorować taki wyjazd to piszcie, podam numer konta ;)
A tak już zupełnie serio to przy okazji tego tekstu chciałem Wam życzyć nawzajem, czyli wesołych świąt, bogatego Mikołaja, świętego spokoju i żeby Wam dupy od tych pierogów nie urosły za bardzo ;)
Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)
10/03/2016
Czarny protest - zakaz aborcji czy jej liberalizacja?
Szanowni Czytelnicy,
ja zazwyczaj w internecie nie emanuję swoimi poglądami politycznymi i niechętnie wdaję się w jakieś tego typu dyskusje, ale tym razem uznałem, że trzeba. Jednak tym razem pokuszę się o pokazanie publicznie swojego zdania na ten temat. I zanim ludzie skoczą mi do gardła szczekając, że przecież jestem facetem, więc o aborcji wypowiadać się nie powinienem to powiem, że tak naprawdę to nie o aborcję samą w sobie tutaj chodzi. A po drugie faceci jakiś tam udział w zachodzeniu w ciążę mają, więc morda tam i czytać dalej.
Nie będę się rozpisywał na ten temat, bo wiele słów już zostało powiedzianych i każdy, kto się sprawą choć trochę zainteresował wie jak to się zaczęło i do czego to prowadzi. Rząd chce podlizać się klerowi jeszcze bardziej i zakazać aborcji całkowicie w imię obrony dzieci. Z tym, że aborcja w odpowiednio wczesnym stadium ciąży z zabijaniem dzieci ma tyle samo wspólnego co jedzenie jajek z jedzeniem kurczaka. Drugą sprawą jest sadyzm, który rząd chce prowadzić, a który będzie się opierał na tym, że kobieta będzie musiała wychowywać dziecko swojego gwałciciela, które często będzie do tego gwałciciela podobne. No i wreszcie zmuszanie kobiety do urodzenia dziecka, które złapie dwa oddechy (albo i to nie) i umrze, bo nie ma organów potrzebnych do życia. Ja wątpię czy pani poseł Pawłowicz czy inni znawcy sumień i biologii z PiSu chcieliby oglądać swoje dziecko w takim stanie. Dodatkowe zakazy badań prenatalnych i konieczność noszenia ciąży mimo groźby ryzyka śmierci matki to już nawet do komentowania się nie nadaje.
Ja nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak bym się czuł, gdyby moja partnerka rodząc niepełnosprawne dziecko umarła. A takich przypadków będzie sporo, jeśli rząd przepchnie tę ustawę. Czego będzie więcej? Więcej będzie dzieci znajdowanych na śmietnikach, "lekarzy" którzy usuwają ciąże w piwnicach, śmierci młodych kobiet, samobójstw i dzieciobójstw. Czego będzie mniej? Wolności!
O to mi właśnie chodzi. Ja akurat jestem za tym żeby państwo nie wtrącało się do mojego życia. Mogą tego zupełnie nie robić i mi to przeszkadzać nie będzie. Jednak wiem, że w tym kraju jest to nie możliwe, więc chciałbym żeby to wtrącanie się było jak najmniejsze. Niestety kazano mi zarejestrować już numer na kartę, bo przecież mogę być terrorystą. Teraz jeszcze będą mi kazać co mam robić z ciążą. Argumentem za tym żeby zakazać aborcji jest to, że dzieci będą masowo ginąć. Ja nie wiem co ci ludzie mają w głowach, ale mózgu to tam raczej się nie znajdzie. Tutaj chodzi o prawo wyboru i nikt, po wprowadzeniu liberalizacji aborcji, nie będzie wyłapywał kobiet z brzuchem i wagonami wiózł ich do lekarzy, którzy jak w manufakturach będą im płody z macic wyrywać. Po prostu kobiety, a właściwie pary, będą miały wybór co zrobić i ten wybór powinien być tylko ich i obciążać tylko ich sumienia.
Podsumowując ten mój wywód uważam, że każdy powinien mieć prawo wyboru czy chce się rozmnażać, czy chce wziąć na siebie ciężar wychowywania dziecka z gwałtu, dziecka chorego czy dziecka, które nie ma najmniejszych szans na dożycie do pierwszej komunii. Każdy powinien mieć wybór, bo, jeśli przyjąć zasady tych, którzy najbardziej życia poczętego (jakby było też niepoczęte...) bronią, każdy będzie sądzony indywidualnie. Państwa nie powinno się wtrącać do życia swoich obywateli i tyle. Czarny protest popieram jak najbardziej, popieram liberalizację aborcji, popieram prawo do eutanazji, a z feministek nadal będę żartował, bo ich akurat nie popieram. Brawo dla kobiet za tę inicjatywę, nie wiem czy cokolwiek to zmieni, ale niech Jarek widzi, że nie będzie miał łatwo.
Co do CETA, którego wprowadzenia ma być rzekomo tuszowane, to ciężko mi w to uwierzyć jak chyba w trzech różnych mediach słyszałem jak poseł Sawicki z PSLu o tym mówił. A jeśli ja, nie słuchający polityków (bo nie chce sobie psuć zdrowia), to słyszałem, to znaczy, że fani polityki na pewno nie zostali tych informacji pozbawieni. Faktem jest też, że rząd nie bardzo chce o CETA rozmawiać, co też Sawicki mówił. Ten jednak temat to dyskusja na zupełnie inny post (który pewnie nie powstanie).
ja zazwyczaj w internecie nie emanuję swoimi poglądami politycznymi i niechętnie wdaję się w jakieś tego typu dyskusje, ale tym razem uznałem, że trzeba. Jednak tym razem pokuszę się o pokazanie publicznie swojego zdania na ten temat. I zanim ludzie skoczą mi do gardła szczekając, że przecież jestem facetem, więc o aborcji wypowiadać się nie powinienem to powiem, że tak naprawdę to nie o aborcję samą w sobie tutaj chodzi. A po drugie faceci jakiś tam udział w zachodzeniu w ciążę mają, więc morda tam i czytać dalej.
Nie będę się rozpisywał na ten temat, bo wiele słów już zostało powiedzianych i każdy, kto się sprawą choć trochę zainteresował wie jak to się zaczęło i do czego to prowadzi. Rząd chce podlizać się klerowi jeszcze bardziej i zakazać aborcji całkowicie w imię obrony dzieci. Z tym, że aborcja w odpowiednio wczesnym stadium ciąży z zabijaniem dzieci ma tyle samo wspólnego co jedzenie jajek z jedzeniem kurczaka. Drugą sprawą jest sadyzm, który rząd chce prowadzić, a który będzie się opierał na tym, że kobieta będzie musiała wychowywać dziecko swojego gwałciciela, które często będzie do tego gwałciciela podobne. No i wreszcie zmuszanie kobiety do urodzenia dziecka, które złapie dwa oddechy (albo i to nie) i umrze, bo nie ma organów potrzebnych do życia. Ja wątpię czy pani poseł Pawłowicz czy inni znawcy sumień i biologii z PiSu chcieliby oglądać swoje dziecko w takim stanie. Dodatkowe zakazy badań prenatalnych i konieczność noszenia ciąży mimo groźby ryzyka śmierci matki to już nawet do komentowania się nie nadaje.
Ja nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak bym się czuł, gdyby moja partnerka rodząc niepełnosprawne dziecko umarła. A takich przypadków będzie sporo, jeśli rząd przepchnie tę ustawę. Czego będzie więcej? Więcej będzie dzieci znajdowanych na śmietnikach, "lekarzy" którzy usuwają ciąże w piwnicach, śmierci młodych kobiet, samobójstw i dzieciobójstw. Czego będzie mniej? Wolności!
O to mi właśnie chodzi. Ja akurat jestem za tym żeby państwo nie wtrącało się do mojego życia. Mogą tego zupełnie nie robić i mi to przeszkadzać nie będzie. Jednak wiem, że w tym kraju jest to nie możliwe, więc chciałbym żeby to wtrącanie się było jak najmniejsze. Niestety kazano mi zarejestrować już numer na kartę, bo przecież mogę być terrorystą. Teraz jeszcze będą mi kazać co mam robić z ciążą. Argumentem za tym żeby zakazać aborcji jest to, że dzieci będą masowo ginąć. Ja nie wiem co ci ludzie mają w głowach, ale mózgu to tam raczej się nie znajdzie. Tutaj chodzi o prawo wyboru i nikt, po wprowadzeniu liberalizacji aborcji, nie będzie wyłapywał kobiet z brzuchem i wagonami wiózł ich do lekarzy, którzy jak w manufakturach będą im płody z macic wyrywać. Po prostu kobiety, a właściwie pary, będą miały wybór co zrobić i ten wybór powinien być tylko ich i obciążać tylko ich sumienia.
Podsumowując ten mój wywód uważam, że każdy powinien mieć prawo wyboru czy chce się rozmnażać, czy chce wziąć na siebie ciężar wychowywania dziecka z gwałtu, dziecka chorego czy dziecka, które nie ma najmniejszych szans na dożycie do pierwszej komunii. Każdy powinien mieć wybór, bo, jeśli przyjąć zasady tych, którzy najbardziej życia poczętego (jakby było też niepoczęte...) bronią, każdy będzie sądzony indywidualnie. Państwa nie powinno się wtrącać do życia swoich obywateli i tyle. Czarny protest popieram jak najbardziej, popieram liberalizację aborcji, popieram prawo do eutanazji, a z feministek nadal będę żartował, bo ich akurat nie popieram. Brawo dla kobiet za tę inicjatywę, nie wiem czy cokolwiek to zmieni, ale niech Jarek widzi, że nie będzie miał łatwo.
Co do CETA, którego wprowadzenia ma być rzekomo tuszowane, to ciężko mi w to uwierzyć jak chyba w trzech różnych mediach słyszałem jak poseł Sawicki z PSLu o tym mówił. A jeśli ja, nie słuchający polityków (bo nie chce sobie psuć zdrowia), to słyszałem, to znaczy, że fani polityki na pewno nie zostali tych informacji pozbawieni. Faktem jest też, że rząd nie bardzo chce o CETA rozmawiać, co też Sawicki mówił. Ten jednak temat to dyskusja na zupełnie inny post (który pewnie nie powstanie).
Kamil Bednarek
9/23/2016
Opowiadanie #12 - Amator cz. 2
Szanowni Czytelnicy,
postarałem się i żwawo napisałem drugą część pilotażowego odcinka opowiadania "Amator". Zauważyłem, że historia detektywa Olafa i jego nie do końca udanej kariery wzbudziła spore zainteresowanie. Dlatego szybko, jak na mnie, daję Wam zakończenie pierwszej sprawy. Kolejne będą wkrótce. Kiedy dokładnie? Tego nie wiem. Zależy to też od Waszego zainteresowania. Jak będziecie czytać, lajkować, komentować i udostępniać to przyspieszycie pojawienie się kolejnego odcinka. Zapraszam do czytania!
Jak ktoś nie czytał jeszcze pierwszej części to zapraszam tutaj: Amator cz.1
postarałem się i żwawo napisałem drugą część pilotażowego odcinka opowiadania "Amator". Zauważyłem, że historia detektywa Olafa i jego nie do końca udanej kariery wzbudziła spore zainteresowanie. Dlatego szybko, jak na mnie, daję Wam zakończenie pierwszej sprawy. Kolejne będą wkrótce. Kiedy dokładnie? Tego nie wiem. Zależy to też od Waszego zainteresowania. Jak będziecie czytać, lajkować, komentować i udostępniać to przyspieszycie pojawienie się kolejnego odcinka. Zapraszam do czytania!
Jak ktoś nie czytał jeszcze pierwszej części to zapraszam tutaj: Amator cz.1
Amator
Kamil Bednarek
Mimo tego, że nie musiałem zrywać się skoro świt to i tak
ciężko było zwlec dupę z łóżka. Zazwyczaj nie mam z tym problemu, ale jak
trzeba zrobić coś ważnego to jak na złość. Wsiadłem w auto przed jedenastą i
pojechałem do Manufaktury. Centrum handlowe stworzone w starych halach
fabryczny, genialny pomysł i chociaż fanem zakupów nie jestem, a fanem tłumów
ludzi w szczególności, to jednak to miejsce ma swój klimat. Zaparkowałem i
połaziłem trochę po strefie z fastfoodami. Niczego tam nie jadłem, ale wolałem
dobrze rozpoznać teren działań. Zabrałem ze sobą okulary z wbudowanym aparatem.
Wyglądam w nich jak debil, ale przynajmniej nie widać kiedy robię zdjęcia czy
nagrywam film. Wiedziałem, że w tym wypadku nadadzą się idealnie. W uchu miałem
słuchawkę, która połączona była z mikrofonem kierunkowych. To urządzenie
pozwalało mi podsłuchiwać z dalszej odległości i prawie całkowicie redukowało
szumy. Przy okazji też wszystko nagrywało. Cieszyłem się jak dziecko, że mogłem
to wszystko wykorzystać w takiej sprawie. Do tej pory okularami robiłem zdjęcia
fajnym laskom, a podsłuchiwałem dla zabawy. Musiałem się trochę nakombinować
żeby usiąść w miejscu, z którego rozchodził się widok na wszystkie wejścia. Gdybym
miał obserwować murzyna to byłoby łatwiej, ale niestety tyle szczęścia nie
miałem. W Łodzi grubych, łysiejących facetów z wąsem trochę jest, więc i
zadanie trudniejsze. Miałem jednak wybitną pamięć do twarzy i wiedziałem, że
kiedy się pojawi, będę wiedział, że to on.
Mieszanka
zapachów tego jedzenia i harmider jaki panował wokół sprawiły, że zaczynało mi
się robić niedobrze, ale, na moje szczęście, nie przyjechałem za wcześnie i nie
musiałem długo czekać. Kiedy tylko nasz obiekt pojawił się na ruchomych
schodach wiedziałem, że to on. Miał na sobie jeansy i luźne polo. W ręku niósł
czarną saszetkę. Zrobiłem zdjęcie czy dwa i starałem się wypatrzeć gdzie siada.
Okazało się, że na razie nie usiadł nigdzie, bo najechało się szkolnych
wycieczek i wszystko pozajmowały. Stanął w kolejce do McDonald’s. Skierowałem w
jego stronę mikrofon, tak na wszelki wypadek, ale z nikim nie rozmawiał.
Usłyszałem za to, że brał powiększony zestaw, składający się z podwójnego
wieśmaka, największych frytek i nie mniejszej coli. Pomyślałem, że taka dieta
niedługo go wykończy, ale szybko pojawił się inny problem, który mi te myśli z
głowy wytrącił. Obserwowany zauważył, że tylko przy stoliku gdzie siedziałem
były wolne miejsca. Jak tylko wybrałem miejsce to odgoniłem gówniarstwo żeby mi
nie przeszkadzało i udawałem, że w skupieniu czytam książkę. Zacząłem się
stresować i to coraz mocniej, wraz z każdym metrem pokonywanym przez grubego.
Lazł tutaj do mnie z tą tacą pełną żarcia i ani myślał się zatrzymać. Pozostało
mi tylko liczenie na to, że usiądzie bez pytania i nie będę musiał podnosić
wzroku znad książki. Oczywiście szlak trafił całe liczenie kiedy tylko był dwa
kroki ode mnie.
- Przepraszam - powiedział grubym głosem. - Wolne koło pana?
- Tak, wolne - odpowiedziałem spoglądając tylko kątem oka.
Usiadł i zaczął swój obiad, a może drugie śniadanie, dla sprawy to nie miało znaczenia. Zerknąłem na niego na moment tylko po to żeby cyknąć fotkę, bo wiedziałem, że Marta mi nie uwierzy na słowo. Byłem wściekły i jednocześnie przerażony. Pierwsze poważne zlecenie i siedzę sobie obok obiektu, który miałem dyskretnie śledzić. Byłem przekonany, że koleś nie jest aż tak głupi żeby mnie nie skojarzyć jak będę za nim łaził przez następne dwa dni. Marta mówiła, że bystry nie jest, ale aż tak głupich to chyba nie przyjmują do pracy z tajemnicą państwową! Żarł błyskawicznie. Dosłownie pochłaniał kęsy kanapki, zakąszał garścią frytek i zapijał colą. Nie był to przyjemny widok, ale przynajmniej szybko skończył. Wysiorbał resztki coli z kubka i poszedł, zostawiając cały syf na stoliku. Nie miałem wyboru i musiałem ruszyć za nim.
- Przepraszam - powiedział grubym głosem. - Wolne koło pana?
- Tak, wolne - odpowiedziałem spoglądając tylko kątem oka.
Usiadł i zaczął swój obiad, a może drugie śniadanie, dla sprawy to nie miało znaczenia. Zerknąłem na niego na moment tylko po to żeby cyknąć fotkę, bo wiedziałem, że Marta mi nie uwierzy na słowo. Byłem wściekły i jednocześnie przerażony. Pierwsze poważne zlecenie i siedzę sobie obok obiektu, który miałem dyskretnie śledzić. Byłem przekonany, że koleś nie jest aż tak głupi żeby mnie nie skojarzyć jak będę za nim łaził przez następne dwa dni. Marta mówiła, że bystry nie jest, ale aż tak głupich to chyba nie przyjmują do pracy z tajemnicą państwową! Żarł błyskawicznie. Dosłownie pochłaniał kęsy kanapki, zakąszał garścią frytek i zapijał colą. Nie był to przyjemny widok, ale przynajmniej szybko skończył. Wysiorbał resztki coli z kubka i poszedł, zostawiając cały syf na stoliku. Nie miałem wyboru i musiałem ruszyć za nim.
Oczywiście
poszedł na parking. I to nie parking, na którym ja zaparkowałem, ale na ten po
drugiej stronie Manufaktury. No bo przecież nie mogłem mieć szczęścia.
Najgorsze było to, że drugi raz zacząłem panikować. I to w przeciągu kwadransa!
Jak bardzo ucieszyłem się kiedy w kieszeni znalazłem lokalizatory GPS. Nie
byłem pewny czy je wziąłem, ale na szczęście wziąłem. Pozostało tylko podejść
do auta naszego obiektu i podłożyć mu urządzenie. Okazało się, że jeździł
granatowym Passatem. Naprawdę? Wsiadł wrzucając saszetkę na siedzenie pasażera.
Kiedy montował panel od radia podkradłem się i podpiąłem mu pluskwę. Niemal
przy tym nie zginąłem, bo żwawo ruszył na wstecznym. Udało mi się jednak
odskoczyć za samochód zaparkowany obok i chyba mnie nie zauważył. Zaraz
włączyłem śledzącą aplikację na swoim smartfonie. Szybko złapało sygnał.
Biegiem ruszyłem do mojego auta i, cały czas spoglądając na ekran, pojechałem
śladami Passata. Gnał jak szalony, więc bez GPSa pewnie i tak bym go zgubił.
Zatrzymał się pod Ogrodem Botanicznym. Nadgoniłem ile mogłem i udało mi się
zobaczyć jak wchodzi przez bramę na teren ogrodu. Biegiem kupiłem bilet i
zgrzany jak świnia po maratonie poszedłem alejkami za nim. Była późna wiosna,
więc widoki były wspaniałe. Wykorzystałem te moje szpiegowskie okulary i
cyknąłem kilka fotek, którymi miałem zamiar pochwalić się na instagramie. Na
szczęście nie zapomniałem po co tam przyszedłem i w porę zauważyłem kiedy mój
obiekt zajął miejsce na ławce zaraz obok uroczej mamy z dzieckiem. Kobieta
miała średniej długości blond włosy, była szczupła i całkiem ładna. Siedziała
obok wózka spacerowego, w którym gumowym dinozaurem bawił się może dwuletni
chłopczyk. Zająłem miejsce ławkę dalej i udawałem, że jestem zajęty telefonem,
a w rzeczywistości wyciągnąłem w ich stronę mikrofon. Zrobiłem kilka zdjęć
kobiecie i dziecku, tak na wszelki wypadek. Okazało się, że się znają i od razu
zaczęli rozmowę. Facet wyciągnął dzieciaka z wózka i posadził sobie na
kolanach.
- Teraz jest tutaj najładniej - zaczął mężczyzna.
- Tak, masz rację, tato - odparła kobieta. - Pamiętam jak chodziliśmy tutaj z mamą kiedy byłam mała.
- To były czasy - uśmiechnął się do małego. - A teraz ty tutaj zabierasz Bartka. Dobrze was widzieć.
- Chciałeś się spotkać. Coś się stało?
- No właśnie muszę ci coś powiedzieć zanim opowiem o tym mamie - posmutniał. - Miałem już iść na emeryturę, ale wiesz, że w agencji nie ma wielu doświadczonych pracowników i będę musiał odbyć jeszcze jedną podróż. Nie mogę powiedzieć dokąd lecę, ani na jak długo, ale do tego pewnie przywykłaś przez tyle lat.
- Nigdy nie mogłeś nam nic powiedzieć.
- Takie rozkazy, też żałowałem, że nie mogłem nic opowiedzieć o tych wyjazdach. Niestety takie są wytyczne i nie mogę ich złamać, bo to naraziłoby też was. Wyjeżdżam jutro.
- I jeszcze nic nie powiedziałeś mamie?! - aż podskoczyła na ławce.
- Nie miałem odwagi…
- Phi! Co to za pretekst?! Jedziesz zaraz do domu i wszystko mówisz mamie - pacnęła go w kolano.
- Wiem, że to konieczne, ale ona nie będzie zadowolona.
- Pomarudzi i jej przejdzie. Wie jaką masz pracę, więc i tę ostatnią misję zaakceptuje. Zresztą długo się na ciebie gniewać nie będzie, najwyżej do powrotu - uśmiechnęła się.
Pogadali jeszcze trochę i facet się zwinął. Pojechał prosto do domu, tak jak mu radziła córką. Ja w tym czasie wysłałem do Marty krótką wiadomość.
„Obiekt jutro wyjeżdża na misję, wiesz coś o tym?”
Błyskawicznie odpisała.
„Nie ma teraz żadnych wyjazdów. Wziął kasę za papiery i chce uciec. Pilnuj go!”
Pilnowałem, a jakże. Pojechałem za nim pod dom. Przysłuchiwałem się rozmowie z żoną i nie dowiedziałem się absolutnie nic nowego. Siedziałem w ogrodzie z mikrofonem przytkniętym do szyby, bo, jak się okazało, mój sprzęt ma trudności z wyłapywaniem dźwięków zza ściany. Miałem farta, że nie mieli psa. Po kilku dobrych godzinach słuchania odgłosów telewizji i ciszy, jaka zapanowała między małżonkami, mało nie dostałem zawału. Ktoś zostawił telefon na parapecie w oknie, pod którym siedziałem. Jak to zadzwoniło to odskoczyłem od ściany. Szybko się jednak zreflektowałem, że może to być coś ważnego i wróciłem na miejsce. Odebrał mój obiekt i natychmiast wyszedł przed dom żeby rozmowa nie dotarła do uszu żony. Niestety ja też niewiele słyszałem. Mikrofon wyłapywał tylko to co mówił cel moich obserwacji. Tego co odpowiadał mu głos w słuchawce już nie chwytał.
- Reszta jest bezpieczna - powiedział do telefonu. - Dostaniecie ją dzisiaj, jak tylko wsiądę do samolotu.
…
- Pieniądze wpłacisz na konto, które ci podam. Gotówki już mi nie potrzeba.
…
- Będę punktualnie.
- Teraz jest tutaj najładniej - zaczął mężczyzna.
- Tak, masz rację, tato - odparła kobieta. - Pamiętam jak chodziliśmy tutaj z mamą kiedy byłam mała.
- To były czasy - uśmiechnął się do małego. - A teraz ty tutaj zabierasz Bartka. Dobrze was widzieć.
- Chciałeś się spotkać. Coś się stało?
- No właśnie muszę ci coś powiedzieć zanim opowiem o tym mamie - posmutniał. - Miałem już iść na emeryturę, ale wiesz, że w agencji nie ma wielu doświadczonych pracowników i będę musiał odbyć jeszcze jedną podróż. Nie mogę powiedzieć dokąd lecę, ani na jak długo, ale do tego pewnie przywykłaś przez tyle lat.
- Nigdy nie mogłeś nam nic powiedzieć.
- Takie rozkazy, też żałowałem, że nie mogłem nic opowiedzieć o tych wyjazdach. Niestety takie są wytyczne i nie mogę ich złamać, bo to naraziłoby też was. Wyjeżdżam jutro.
- I jeszcze nic nie powiedziałeś mamie?! - aż podskoczyła na ławce.
- Nie miałem odwagi…
- Phi! Co to za pretekst?! Jedziesz zaraz do domu i wszystko mówisz mamie - pacnęła go w kolano.
- Wiem, że to konieczne, ale ona nie będzie zadowolona.
- Pomarudzi i jej przejdzie. Wie jaką masz pracę, więc i tę ostatnią misję zaakceptuje. Zresztą długo się na ciebie gniewać nie będzie, najwyżej do powrotu - uśmiechnęła się.
Pogadali jeszcze trochę i facet się zwinął. Pojechał prosto do domu, tak jak mu radziła córką. Ja w tym czasie wysłałem do Marty krótką wiadomość.
„Obiekt jutro wyjeżdża na misję, wiesz coś o tym?”
Błyskawicznie odpisała.
„Nie ma teraz żadnych wyjazdów. Wziął kasę za papiery i chce uciec. Pilnuj go!”
Pilnowałem, a jakże. Pojechałem za nim pod dom. Przysłuchiwałem się rozmowie z żoną i nie dowiedziałem się absolutnie nic nowego. Siedziałem w ogrodzie z mikrofonem przytkniętym do szyby, bo, jak się okazało, mój sprzęt ma trudności z wyłapywaniem dźwięków zza ściany. Miałem farta, że nie mieli psa. Po kilku dobrych godzinach słuchania odgłosów telewizji i ciszy, jaka zapanowała między małżonkami, mało nie dostałem zawału. Ktoś zostawił telefon na parapecie w oknie, pod którym siedziałem. Jak to zadzwoniło to odskoczyłem od ściany. Szybko się jednak zreflektowałem, że może to być coś ważnego i wróciłem na miejsce. Odebrał mój obiekt i natychmiast wyszedł przed dom żeby rozmowa nie dotarła do uszu żony. Niestety ja też niewiele słyszałem. Mikrofon wyłapywał tylko to co mówił cel moich obserwacji. Tego co odpowiadał mu głos w słuchawce już nie chwytał.
- Reszta jest bezpieczna - powiedział do telefonu. - Dostaniecie ją dzisiaj, jak tylko wsiądę do samolotu.
…
- Pieniądze wpłacisz na konto, które ci podam. Gotówki już mi nie potrzeba.
…
- Będę punktualnie.
Dla mnie
oznaczało to dwie rzeczy. Po pierwsze musiałem poinformować Martę o tym co
zamierza zrobić obiekt, a po drugie prawdopodobnie czekała mnie nieprzespana
noc. Wyskoczyłem z ogrodu i wróciłem do auta. Napisałem do Marty.
„Dzisiaj w nocy wylatuje. Przed chwilą dzwonili do niego. Ma też coś komuś przekazać”
Odniosłem wrażenie, że ona siedzi z telefonem w dłoni, bo już za kilka sekund dostałem odpowiedź.
„Włącz GPS w telefonie ode mnie. Przygotuj się na akcję”
„Jaką akcję?”
„Grubą. Jeśli jesteś fanem kina akcji to ci się spodoba”
„Jestem detektywem a nie komandosem!”
„Ta praca to nie szukanie białych nietoperzy ;)”
Miała rację i w teorii byłem tego świadomy, ale w rzeczywistości chyba wolałem zacząć od śledzenia zdradzających małżonków niż od jakiejś strzelaniny tajnych służb. Pozostała mi tylko nadzieja, że nie będę musiał używać mojego Glocka. Zresztą musiałem po niego podjechać do domu. Czujnik GPS działał, więc jeśli tylko obiekt wsiadłby do samochodu i gdzieś się wybrał to wiedziałbym o tym. Problem byłby tylko wtedy, gdyby poszedł pieszo. Kurwa. No oczywiście, że mogłem to przewidzieć! Koleś siedział obok, zamiast to jemu podrzucić ten czujnik to go przyczepiłem do auta. A jak on tam pojedzie jakąś taksówką? A jak po niego przyjadą? A jak ma inny samochód? Jaki ja jestem głupi! Moja historia miała się toczyć inaczej, miałem być jak Sherlock! Miało nie być zagadki, której bym nie rozwiązał, a tutaj robię taką wpadkę! Musiałem coś wymyślić i to w błyskawicznym tempie. Miałem jeszcze jeden czujnik. Pozostały mi dwie opcje, jeśli chciałem pojechać do domu po broń. Mogłem albo w jakiś sposób podrzucić mu nadajnik, albo szybko popędzić do mieszkania, wziąć broń i liczyć na cud, że w tym czasie koleś nigdzie nie wyjdzie. Obydwa wyjścia były tak samo do dupy i obydwa opierały się wyłącznie na szczęściu. Wreszcie zdecydowałem co zrobię i napisałem do Marty.
„Muszę go mieć na oku, nie pojadę do domu po broń”
Nie spała, tak jak się spodziewałem, i natychmiast dostałem odpowiedź.
„A po co ci broń?”
„Miałem się przygotować na akcje przecież”
„No ale chyba nie chciałeś strzelać?! Coraz bardziej wydaje mi się, że miałam rację z tym powitaniem J”
Sprawa się rozwiązała. Tylko bym się wygłupił wyskakując z klamką. A jakbym jeszcze przy okazji zgubił tego gościa to już w ogóle byłbym ugotowany. Podrzuciłem małą kamerkę koło drzwi wejściowych. Naszła mnie refleksja kiedy ją montowałem. Zawsze chciałem mieć swój dom, tak jak oni, a przecież gdyby mieszkali w bloku to nie byłbym w stanie podsłuchać rozmów w domu, siedzieć pod ich oknem. Zaczynałem doceniać tę moją kawalerkę na ósmym piętrze. Wróciłem po cichu do samochodu, gdzie miałem jeszcze herbatę w termicznym kubku. Całe szczęście, bo wiosna wiosną, maj majem, ale w nocy tak ciepło nie było. Włączyłem podgląd i odchyliłem sobie fotel. Oczywiście musiało mi się przymknąć oko. Normalnie kładłem się spać koło północy, a była już druga, więc organizm nie wytrzymał. Na szczęście facet jechał własnym samochodem, a przynajmniej ruszał nim z pod domu, i obudził mnie uruchamianym silnikiem.
„Dzisiaj w nocy wylatuje. Przed chwilą dzwonili do niego. Ma też coś komuś przekazać”
Odniosłem wrażenie, że ona siedzi z telefonem w dłoni, bo już za kilka sekund dostałem odpowiedź.
„Włącz GPS w telefonie ode mnie. Przygotuj się na akcję”
„Jaką akcję?”
„Grubą. Jeśli jesteś fanem kina akcji to ci się spodoba”
„Jestem detektywem a nie komandosem!”
„Ta praca to nie szukanie białych nietoperzy ;)”
Miała rację i w teorii byłem tego świadomy, ale w rzeczywistości chyba wolałem zacząć od śledzenia zdradzających małżonków niż od jakiejś strzelaniny tajnych służb. Pozostała mi tylko nadzieja, że nie będę musiał używać mojego Glocka. Zresztą musiałem po niego podjechać do domu. Czujnik GPS działał, więc jeśli tylko obiekt wsiadłby do samochodu i gdzieś się wybrał to wiedziałbym o tym. Problem byłby tylko wtedy, gdyby poszedł pieszo. Kurwa. No oczywiście, że mogłem to przewidzieć! Koleś siedział obok, zamiast to jemu podrzucić ten czujnik to go przyczepiłem do auta. A jak on tam pojedzie jakąś taksówką? A jak po niego przyjadą? A jak ma inny samochód? Jaki ja jestem głupi! Moja historia miała się toczyć inaczej, miałem być jak Sherlock! Miało nie być zagadki, której bym nie rozwiązał, a tutaj robię taką wpadkę! Musiałem coś wymyślić i to w błyskawicznym tempie. Miałem jeszcze jeden czujnik. Pozostały mi dwie opcje, jeśli chciałem pojechać do domu po broń. Mogłem albo w jakiś sposób podrzucić mu nadajnik, albo szybko popędzić do mieszkania, wziąć broń i liczyć na cud, że w tym czasie koleś nigdzie nie wyjdzie. Obydwa wyjścia były tak samo do dupy i obydwa opierały się wyłącznie na szczęściu. Wreszcie zdecydowałem co zrobię i napisałem do Marty.
„Muszę go mieć na oku, nie pojadę do domu po broń”
Nie spała, tak jak się spodziewałem, i natychmiast dostałem odpowiedź.
„A po co ci broń?”
„Miałem się przygotować na akcje przecież”
„No ale chyba nie chciałeś strzelać?! Coraz bardziej wydaje mi się, że miałam rację z tym powitaniem J”
Sprawa się rozwiązała. Tylko bym się wygłupił wyskakując z klamką. A jakbym jeszcze przy okazji zgubił tego gościa to już w ogóle byłbym ugotowany. Podrzuciłem małą kamerkę koło drzwi wejściowych. Naszła mnie refleksja kiedy ją montowałem. Zawsze chciałem mieć swój dom, tak jak oni, a przecież gdyby mieszkali w bloku to nie byłbym w stanie podsłuchać rozmów w domu, siedzieć pod ich oknem. Zaczynałem doceniać tę moją kawalerkę na ósmym piętrze. Wróciłem po cichu do samochodu, gdzie miałem jeszcze herbatę w termicznym kubku. Całe szczęście, bo wiosna wiosną, maj majem, ale w nocy tak ciepło nie było. Włączyłem podgląd i odchyliłem sobie fotel. Oczywiście musiało mi się przymknąć oko. Normalnie kładłem się spać koło północy, a była już druga, więc organizm nie wytrzymał. Na szczęście facet jechał własnym samochodem, a przynajmniej ruszał nim z pod domu, i obudził mnie uruchamianym silnikiem.
Jechałem za
nim przez dłuższy czas. Po około czterdziestu minutach jazda dotarliśmy do
Rossoszycy, gdzie, jak kiedyś przeczytałem, było małe lotnisko. Co prawda z
tego co kojarzyłem pas był już nieczynny i stał się częścią drogi krajowej. Miałem
rację, bo przejeżdżaliśmy przez ten odcinek, ale zaraz za nim skręcił w las.
Wjechałem tam ze zgaszonymi światłami, bo o ile jazda za kimś w środku nocy
może być tylko trochę podejrzana, to wjeżdżanie za nim w polną drogę już może
te podejrzenia wzbudzać konkretnie. Passat zaparkował przy pasie wykoszonego
siana. Ja zostawiłem auto trochę dalej i poszedłem tam pieszo, kryjąc się w
przydrożnym rowie. Mój obiekt zbliżył się do awionetki stojącej na początku
prowizorycznego pasa startowego. Zza samolotu wyszedł wysoki, barczysty typ
ubrany na czarno. Twarzy nie widziałem, ale skierowałem w ich stronę mikrofon.
- Wszystko gotowe? - zapytał facet, którego śledziłem.
- Samolot ma pełny bak paliwa, w środku jest torba z paszportem i miejscową walutą - odpowiedział typ. - Wystarczy tylko, że dasz nam resztę dokumentów.
- Dostaniecie, dostaniecie. Nie ma się co martwić. Najpierw pokaż mi tę torbę.
- Nie ufasz nam, Walczak?
A więc mój obiekt nazywał się Walczak. Ciekawe dlaczego nie powiedziała mi o tym wcześniej? Może miał kilka nazwisk i używał ich na zmianę? Nie miałem czasu teraz tego analizować.
- Nie - odparł i nie cofnął się mimo tego, że drab zbliżył się do niego na odległość nieświeżego oddechu.
- Jasne - odstąpił i zajrzał do samolotu. - Vadim, sumka! - po chwili trzymał już w dłoni szarą, sportową torbę.
Wiedziałem, że zaraz coś się wydarzy. Byłem o tym przekonany, a tymczasem nie było Marty. Sprawdziłem czy na pewno włączyłem GPS w tym cudzie techniki. Włączyłem. Więc powinna tutaj być, razem ze śmigłowcami, antyterrorystami, wojskiem czy czym tam jeszcze te tajne służby dysponują. Ale jej nie było! Walczak przeglądał zawartość torby, a ja, nasłuchując, napisałem smsa.
„Gdzie wy jesteście?! Zaraz będzie po wszystkim, nie wiem co robić”
Nie odpisała. Zawsze odpisywała w sekundę, a teraz nie odpisała. W tym czasie Torba została już sprawdzona i Walczak sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyciągnął coś co w świetle księżyca wyglądało jak płyta. Oczywiście wszystko nagrywałem moimi okularkami, ale nie miałem bladego pojęcia co zrobić. Nie miałem broni, więc wyjście tam byłoby kompletnym szaleństwem. Nie wiedziałem też czego ode mnie oczekiwałaby Marta, w końcu to ona mi zleciła śledzenie tego gościa. Śledzenie, ale czy zatrzymanie w kraju i odebranie dowodów przestępstwa również? Ale z drugiej strony siedzenie w tym rowie i przypatrywanie się temu jak przekazuje tajne dokumenty, bierze kasę i spierdala? Też nie miało sensu.
- Wszystko gotowe? - zapytał facet, którego śledziłem.
- Samolot ma pełny bak paliwa, w środku jest torba z paszportem i miejscową walutą - odpowiedział typ. - Wystarczy tylko, że dasz nam resztę dokumentów.
- Dostaniecie, dostaniecie. Nie ma się co martwić. Najpierw pokaż mi tę torbę.
- Nie ufasz nam, Walczak?
A więc mój obiekt nazywał się Walczak. Ciekawe dlaczego nie powiedziała mi o tym wcześniej? Może miał kilka nazwisk i używał ich na zmianę? Nie miałem czasu teraz tego analizować.
- Nie - odparł i nie cofnął się mimo tego, że drab zbliżył się do niego na odległość nieświeżego oddechu.
- Jasne - odstąpił i zajrzał do samolotu. - Vadim, sumka! - po chwili trzymał już w dłoni szarą, sportową torbę.
Wiedziałem, że zaraz coś się wydarzy. Byłem o tym przekonany, a tymczasem nie było Marty. Sprawdziłem czy na pewno włączyłem GPS w tym cudzie techniki. Włączyłem. Więc powinna tutaj być, razem ze śmigłowcami, antyterrorystami, wojskiem czy czym tam jeszcze te tajne służby dysponują. Ale jej nie było! Walczak przeglądał zawartość torby, a ja, nasłuchując, napisałem smsa.
„Gdzie wy jesteście?! Zaraz będzie po wszystkim, nie wiem co robić”
Nie odpisała. Zawsze odpisywała w sekundę, a teraz nie odpisała. W tym czasie Torba została już sprawdzona i Walczak sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyciągnął coś co w świetle księżyca wyglądało jak płyta. Oczywiście wszystko nagrywałem moimi okularkami, ale nie miałem bladego pojęcia co zrobić. Nie miałem broni, więc wyjście tam byłoby kompletnym szaleństwem. Nie wiedziałem też czego ode mnie oczekiwałaby Marta, w końcu to ona mi zleciła śledzenie tego gościa. Śledzenie, ale czy zatrzymanie w kraju i odebranie dowodów przestępstwa również? Ale z drugiej strony siedzenie w tym rowie i przypatrywanie się temu jak przekazuje tajne dokumenty, bierze kasę i spierdala? Też nie miało sensu.
Wstałem i
ruszyłem w stronę samolotu dziarskim krokiem. Nie miałem planu, ale musiałem
działać. Kiedy tylko mnie zobaczyli pomachałem do nich i zacząłem mówić dużo
głośniej niż było trzeba.
- Jak się cieszę, że panów tutaj widzę! - widziałem konsternację na ich twarzach. - Samochód mi się zepsuł, a po tej drodze o tej porze nic nie jeździ.
Jaki to był głupi temat żeby rozpocząć rozmowę, ale inny do głowy mi nie wpadł.
- Nie mam pojęcia co się stało, zgasł i nie chce zapalić - ciągnąłem dalej. - Może panowie się znacie na silnikach? A jak nie to chociaż byście mnie poholowali?
Postanowiłem grać na zwłokę, chociaż widziałem, że kolega Walczaka sięgnął już za pasek po broń.
- Jan Miśkiewicz - przedstawiłem się i wyciągnąłem dłoń, ale schowałem ją zaraz, kiedy nie zobaczyłem odpowiedzi. - Stoję tam przy drodze i nie mogę odpalić. Widzę, że panowie tutaj z tym samolotem, to pomyślałem, że może się znacie na mechanice, bo ja to tylko jeżdżę. Nawet żarówki sam nie wymienię. - Plotłem bez sensu głupkowato się uśmiechając. - Gdyby mi panowie zechcieli pomóc, byłbym bardzo wdzięczny. Może popchnąć chociaż?
Chciałem jeszcze coś dodać, ale zobaczyłem tylko pistolet połyskujący w blasku księżyca. Jego lufa była oczywiście skierowana w moją stronę.
- Przepraszam bardzo - zacząłem nieco przestraszony. - Jeśli przeszkadzam to sobie pójdę i nie będę już zawracał głowy, nie trzeba zaraz…
- Zamknij, kurwa, ryj! - ryknął ten bydlak w czerni, a mi jaja wcisnęły się gdzieś za wątrobę.
- Co z nim zrobimy? - zapytał Walczak.
- Vadim się nim zajmie, w tym lesie nikt go nie znajdzie. Dawaj towar i wsiadaj, niczym się nie przejmuj.
- Trzymam za słowo…
- Czy ja kiedyś cię oszukałem, Walczak? - zbir robił się coraz bardziej nerwowy.
- Kurwa twoja mać! Jeszcze mój pesel tutaj wykrzykuj - tym razem to Walczak doskoczył do swojego znajomego.
- Martwy będzie za piętnaście minut, do niczego tego peselu by nie wykorzystał. Dawaj dokumenty i wsiadaj do samolotu!
- Nie odlecę póki go nie zlikwidujesz - spojrzał na mnie i wcale nie było to spojrzenie wesołego wujka.
- Niech ci będzie… - facet w czarnym znowu zajrzał do samolotu. - Vadim, dawaj.
Pogadali chwilę i Vadim wysiadł z maszyny. Zaraz do głowy przyszedł mi film „Rocky IV” i Ivan Drago grany przez młodego Dolpha Lundgrena. Z samolotu wysiadł chłop wielki jak olbrzym, z twarzą tak zaciętą, że przeszły mnie ciarki. Nawet blond włosy nie rozjaśniały jego oblicza. Stanął obok mnie i złapał mnie za kark stalowym chwytem. Albo kanapki, które jadłem niedawno usilnie starały się ze mnie wyjść, albo to ten uchwyt po radzieckim koksie wyciskał ze mnie zawartość układu pokarmowego… Bezpardonowo zaczął mnie ciągnąć w stronę lasu, ale po kilkunastu metrach zatrzymał się nagle. Wokół rozbłysły światła reflektorów. Były tak jasne, że sam straciłem wzrok na kilka chwil. Usłyszałem śmigłowiec, jakieś strzały, jakieś krzyki. Potem upadłem na ziemię, a do gruntu przyparło mnie kolano antyterrorysty. Przez parę chwil widziałem tylko równo ścięte siano. Każda próba ruchu, czy nawet odezwania się, kończyła się mocniejszym dociśnięciem do ziemi, a nawet szturchnięciem kolbą karabinu w plecy. Po kilku minutach światła zgasły, śmigłowiec odleciał i ciężar znajdujący się na moich plecach zniknął tak szybko jak się pojawił.
- Jak się cieszę, że panów tutaj widzę! - widziałem konsternację na ich twarzach. - Samochód mi się zepsuł, a po tej drodze o tej porze nic nie jeździ.
Jaki to był głupi temat żeby rozpocząć rozmowę, ale inny do głowy mi nie wpadł.
- Nie mam pojęcia co się stało, zgasł i nie chce zapalić - ciągnąłem dalej. - Może panowie się znacie na silnikach? A jak nie to chociaż byście mnie poholowali?
Postanowiłem grać na zwłokę, chociaż widziałem, że kolega Walczaka sięgnął już za pasek po broń.
- Jan Miśkiewicz - przedstawiłem się i wyciągnąłem dłoń, ale schowałem ją zaraz, kiedy nie zobaczyłem odpowiedzi. - Stoję tam przy drodze i nie mogę odpalić. Widzę, że panowie tutaj z tym samolotem, to pomyślałem, że może się znacie na mechanice, bo ja to tylko jeżdżę. Nawet żarówki sam nie wymienię. - Plotłem bez sensu głupkowato się uśmiechając. - Gdyby mi panowie zechcieli pomóc, byłbym bardzo wdzięczny. Może popchnąć chociaż?
Chciałem jeszcze coś dodać, ale zobaczyłem tylko pistolet połyskujący w blasku księżyca. Jego lufa była oczywiście skierowana w moją stronę.
- Przepraszam bardzo - zacząłem nieco przestraszony. - Jeśli przeszkadzam to sobie pójdę i nie będę już zawracał głowy, nie trzeba zaraz…
- Zamknij, kurwa, ryj! - ryknął ten bydlak w czerni, a mi jaja wcisnęły się gdzieś za wątrobę.
- Co z nim zrobimy? - zapytał Walczak.
- Vadim się nim zajmie, w tym lesie nikt go nie znajdzie. Dawaj towar i wsiadaj, niczym się nie przejmuj.
- Trzymam za słowo…
- Czy ja kiedyś cię oszukałem, Walczak? - zbir robił się coraz bardziej nerwowy.
- Kurwa twoja mać! Jeszcze mój pesel tutaj wykrzykuj - tym razem to Walczak doskoczył do swojego znajomego.
- Martwy będzie za piętnaście minut, do niczego tego peselu by nie wykorzystał. Dawaj dokumenty i wsiadaj do samolotu!
- Nie odlecę póki go nie zlikwidujesz - spojrzał na mnie i wcale nie było to spojrzenie wesołego wujka.
- Niech ci będzie… - facet w czarnym znowu zajrzał do samolotu. - Vadim, dawaj.
Pogadali chwilę i Vadim wysiadł z maszyny. Zaraz do głowy przyszedł mi film „Rocky IV” i Ivan Drago grany przez młodego Dolpha Lundgrena. Z samolotu wysiadł chłop wielki jak olbrzym, z twarzą tak zaciętą, że przeszły mnie ciarki. Nawet blond włosy nie rozjaśniały jego oblicza. Stanął obok mnie i złapał mnie za kark stalowym chwytem. Albo kanapki, które jadłem niedawno usilnie starały się ze mnie wyjść, albo to ten uchwyt po radzieckim koksie wyciskał ze mnie zawartość układu pokarmowego… Bezpardonowo zaczął mnie ciągnąć w stronę lasu, ale po kilkunastu metrach zatrzymał się nagle. Wokół rozbłysły światła reflektorów. Były tak jasne, że sam straciłem wzrok na kilka chwil. Usłyszałem śmigłowiec, jakieś strzały, jakieś krzyki. Potem upadłem na ziemię, a do gruntu przyparło mnie kolano antyterrorysty. Przez parę chwil widziałem tylko równo ścięte siano. Każda próba ruchu, czy nawet odezwania się, kończyła się mocniejszym dociśnięciem do ziemi, a nawet szturchnięciem kolbą karabinu w plecy. Po kilku minutach światła zgasły, śmigłowiec odleciał i ciężar znajdujący się na moich plecach zniknął tak szybko jak się pojawił.
- Wstawaj, bo wilka złapiesz od
leżenia na tej trawie - usłyszałem radosny głos Marty.
- Czy ty zawsze musisz mnie witać jakimś żartem? - zapytałem podnosząc się.
- Nie bądź taki poważny, panie detektywie. Powinieneś być radosny jak skowronek, bo rozwiązałeś sprawę.
- Właściwie to nic nie rozwiązałem. Dałaś mi wszystko na tacy, ja byłem tylko psem tropiącym.
- To prawda, że nie musiałeś za dużo szukać w tym przypadku, ale na końcu wykazałeś się sporą odwagą i zadziałałeś tak jak trzeba.
- A właśnie! - podniosłem głos. - Dlaczego mi nie odpisałaś? I gdzie wy do cholery byliście tak długo?
- Wolałam nie odpisywać, bo nie wiedziałam czy wyłączyłeś dźwięk, a my czekaliśmy aż wszystko będzie jasne i aż przyjdzie odpowiednia chwila - uśmiechnęła się.
- To znaczy, aż wielki drab złapie mnie za kark i zawlecze do lasu?
- Nie, aż Walczak wyciągnie z kieszeni dokumenty, które miał przekazać i wymieni je na torbę z kasą i paszportem. Nie widziałeś już tego do końca, bo wspomniany drab ciągnął cię w las - dalej była wesoła, a mnie do śmiechu jakoś nie było.
- Rozumiem, że sprawa załatwiona?
- Tak - podeszła bliżej. - Ja jestem bezpieczna i będę pracować dalej, a co się stanie z nim to już nie jest informacja dla ciebie.
- Nie wnikam - odparłem. - Cieszę się, że mogłem pomóc.
- Bardzo pomogłeś, a w związku z tym ja wywiążę się z mojej obietnicy i będę pomagać tobie.
- Zobaczymy czy będą kolejne zlecenia. Nie jestem jeszcze tego pewien.
- Będą - objęła mnie w pasie jedną ręką i poprowadziła w stronę samochodu. - Mam nadzieję, że będą i że będę trudne i będzie ich dużo i się wykażesz wszystkim co potrafisz. Przelew już wysłałam. Będziesz zadowolony. A teraz jadę napisać raport, a jakby ktoś pytał to nie znamy się, nie było cię tutaj i nie wiesz co się wydarzyło.
- Oczywiście.
- Czy ty zawsze musisz mnie witać jakimś żartem? - zapytałem podnosząc się.
- Nie bądź taki poważny, panie detektywie. Powinieneś być radosny jak skowronek, bo rozwiązałeś sprawę.
- Właściwie to nic nie rozwiązałem. Dałaś mi wszystko na tacy, ja byłem tylko psem tropiącym.
- To prawda, że nie musiałeś za dużo szukać w tym przypadku, ale na końcu wykazałeś się sporą odwagą i zadziałałeś tak jak trzeba.
- A właśnie! - podniosłem głos. - Dlaczego mi nie odpisałaś? I gdzie wy do cholery byliście tak długo?
- Wolałam nie odpisywać, bo nie wiedziałam czy wyłączyłeś dźwięk, a my czekaliśmy aż wszystko będzie jasne i aż przyjdzie odpowiednia chwila - uśmiechnęła się.
- To znaczy, aż wielki drab złapie mnie za kark i zawlecze do lasu?
- Nie, aż Walczak wyciągnie z kieszeni dokumenty, które miał przekazać i wymieni je na torbę z kasą i paszportem. Nie widziałeś już tego do końca, bo wspomniany drab ciągnął cię w las - dalej była wesoła, a mnie do śmiechu jakoś nie było.
- Rozumiem, że sprawa załatwiona?
- Tak - podeszła bliżej. - Ja jestem bezpieczna i będę pracować dalej, a co się stanie z nim to już nie jest informacja dla ciebie.
- Nie wnikam - odparłem. - Cieszę się, że mogłem pomóc.
- Bardzo pomogłeś, a w związku z tym ja wywiążę się z mojej obietnicy i będę pomagać tobie.
- Zobaczymy czy będą kolejne zlecenia. Nie jestem jeszcze tego pewien.
- Będą - objęła mnie w pasie jedną ręką i poprowadziła w stronę samochodu. - Mam nadzieję, że będą i że będę trudne i będzie ich dużo i się wykażesz wszystkim co potrafisz. Przelew już wysłałam. Będziesz zadowolony. A teraz jadę napisać raport, a jakby ktoś pytał to nie znamy się, nie było cię tutaj i nie wiesz co się wydarzyło.
- Oczywiście.
Pożegnaliśmy się, a ja wsiadłem do
swojego samochodu i pojechałem do mieszkania. Dotarłem tam błyskawicznie, bo
noga, drgająca ze strachu, wciskała pedał gazu do oporu. Ledwo wszedłem za próg,
a już leżałem w łóżku. Zdążyłem się tylko w biegu rozebrać zostawiając w
przedpokoju bocianie gniazdo. Przytknięcie głowy do poduszki było tej nocy równoznaczne
z zaśnięciem. Okazało się, że praca detektywa nie wygląda tak pięknie i
rzeczywiście nie brakuje w niej stresu i zmęczenia.
Link do części trzeciej KLIKNIJ!
Link do części trzeciej KLIKNIJ!
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit
9/04/2016
Opowiadanie #12 - Amator cz.1
Szanowni Czytelnicy,
niedawno zapowiedziałem rozpoczęcie prac nad odcinkową historią o detektywie. Zapowiedziałem to na facebookowych stronach, do których odnośniki macie zaraz po prawo, w sekcji kontakt. Zachęcam do śledzenia tych stron, pozwoli to być bardziej na bieżąco z tym co robię. Ale przechodząc do sedna sprawy, dzisiaj przed Wami pierwszy, wprowadzający, odcinek opowiadania pod tytułem "Amator". Nie zapowiadam kiedy pojawi się następna część. Postaram się napisać ją jak najszybciej, a jeśli początek Wam się spodoba i dacie mi o tym znać w wyświetleniach, komentarzach, "lajkach", udostępnieniach tutaj czy na fb, to będę się starał jeszcze bardziej. Wszystkie pomysły, uwagi czy opinie też chętnie poczytam i wezmę pod uwagę, także piszcie śmiało. Format kolejnych odcinków będzie trochę inny. Ten był wstępny, ale następne będą wyglądały tak, że, co do zasady, jeden odcinek to jedna sprawa. Kończąc ten przydługi wstęp zapraszam do lektury!
niedawno zapowiedziałem rozpoczęcie prac nad odcinkową historią o detektywie. Zapowiedziałem to na facebookowych stronach, do których odnośniki macie zaraz po prawo, w sekcji kontakt. Zachęcam do śledzenia tych stron, pozwoli to być bardziej na bieżąco z tym co robię. Ale przechodząc do sedna sprawy, dzisiaj przed Wami pierwszy, wprowadzający, odcinek opowiadania pod tytułem "Amator". Nie zapowiadam kiedy pojawi się następna część. Postaram się napisać ją jak najszybciej, a jeśli początek Wam się spodoba i dacie mi o tym znać w wyświetleniach, komentarzach, "lajkach", udostępnieniach tutaj czy na fb, to będę się starał jeszcze bardziej. Wszystkie pomysły, uwagi czy opinie też chętnie poczytam i wezmę pod uwagę, także piszcie śmiało. Format kolejnych odcinków będzie trochę inny. Ten był wstępny, ale następne będą wyglądały tak, że, co do zasady, jeden odcinek to jedna sprawa. Kończąc ten przydługi wstęp zapraszam do lektury!
AMATOR
Kamil Bednarek
Zegar, który wisiał na ścianie,
kolejnymi cyknięciami odliczał czas, spędzony przeze mnie w swoim małym
gabinecie. Siedziałem za prostym stolikiem kupionym w Ikei, który miał być
tylko tymczasowym biurkiem. Kupiłem go rok temu, jego tymczasowość zmieniła się
w stałość. Przyzwyczaiłem się już do tego imitującego drewno badziewia. Zajmowałem
miejsce na fotelu, też tymczasowym. Jego, z kolei, kupiłem na jakiejś
wyprzedaży mebli używanych, powiedziałem sobie, że po pierwszej rozwiązanej
sprawie wywalę go i znajdę porządny, wielki, skórzany fotel, na którym będę
siedział i przyjmował nowych klientów. Niestety nadal wysiaduję dupskiem powycierany
rupieć, który trzeszczy tak niemiłosiernie, że nauczyłem się nie zmieniać
pozycji przez wiele godzin. Oszczędzam tym sposobem uszy, bo kręgosłup, od
siedzenia na tym tronie, jest już nie do uratowania. Po lewej mam jeszcze szafę
na akta. Nawet całkiem ładną. Też z wyprzedaży, jakżeby inaczej, ale ją
odmalowałem. Teraz jest zielona i pasuje do ścian. W środku miały być akta,
taki był zamysł. Są trzy szuflady, czyli tyle ile trzeba. W jednej miały być
sprawy bieżące, w drugiej skończone, a trzecia miała być na rachunki, faktury i
inne papiery. I tylko w trzeciej, cholera, coś jest. Pozostałe dwie świecą
pustką. Pewnie większość schowałaby tam chociaż wódę i fajki, ale tak się
składa, że nie piję i nie palę. Dopełnieniem wystroju wnętrza były dwa, dość
stare, drewniane krzesła dla klientów. Jeśli chodzi o sprzęty to na biurku
stała zwykła lampka, też z Ikei i laptop, którego codziennie zabierałem do domu.
Na ścianie wisiał zegar, który miał przyjemnie odmierzać czas pracy. Co prawda
czas odmierza, ale nie robi tego zbyt przyjemnie. W każdym cyknięciu tego
sukinsyna słyszę drwinę, a im bardziej umieram z nudów, tym wolniej przesuwa te
swoje wskazówki.
Dokładnie dziś mija rok od
zrealizowania mojego młodzieńczego marzenia. Po studiach pomyślałem sobie, że
fajnie by było zostać prywatnym detektywem. Człowiek się naczytał i naoglądał
tych Sherlocków Holmesów, Monków, Wallanderów, Poirotów i innych takich i wyobraźnia
działała. Zrobiłem sobie licencję, co w Polsce do najłatwiejszych nie należy, i
wynająłem ten gabinet. Zleciłem zrobienie pięknej strony internetowej,
założyłem profile na wszystkich możliwych portalach społecznościowych, nawet
plakaty rozklejałem. I nic. Cały rok bez żadnego poważnego zlecenia. Albo nikt
nie potrzebuje detektywa do poważnych spraw, albo inni mają już takie
znajomości, że do mnie nikt nie dociera. Szukałem zaginionych zwierząt, bo z
czegoś trzeba było żyć, ale Ace Ventura ze mnie marny. Nawet raz miałem zdobyć
dowody sprawy przed rozwodem, ale nim przyszło do podsumowania to zdradzający
mąż wpadł pod samochód i rozwodu nie było. Byłem głupi i podpisałem umowę
wynajmu aż na rok, więc dzisiaj się skończy ten idiotyczny sen. Zupełny amator
chciał zostać polskim Sherlockiem. Skończyło się tak jak się skończyć musiało,
czyli totalną klapą. Dzisiaj to aż bym się napił. Może to nie jest najgorszy
pomysł? Chociaż pewnie żaden z tych pajaców od coachingu mentalnego nie
pochwaliłby świętowania życiowej porażki. W sumie już dawno mógłbym stąd
dzisiaj wyjść, ale czekam do siedemnastej na właściciela budynku. Oddam mu
klucze, mebli zabierał nie będę, niech sobie stoją tutaj gdzie ich miejsce. Komputer
i lampka oczywiście pojadą ze mną do domu. Zegar też zostawię, zdążyłem już
gnoja znienawidzić. Spojrzałem na niego mając nadzieję, że to po raz ostatni.
Wskazywał, że do piątej zostało pięć minut.
Zacząłem
pakować laptopa do torby, chowałem też aparat i resztę sprzętu, który detektyw
powinien mieć, kiedy usłyszałem kroki na schodach. Byłem przekonany, że to
właściciel budynku. W końcu tylko z nim byłem umówiony i zbliżała się godzina
naszego spotkania. Nawet się nie odwracając powiedziałem „proszę” kiedy
usłyszałem stukanie w drzwi.
- Witam, panie Bond - kobiecy głos dobiegł moich uszu.
Odwróciłem się błyskawicznie i mogłem tylko pozbierać żuchwę z podłogi. W progu mojego małego gabineciku stała kobieta ubrana całkiem na czarno. Na jej twarzy igrał uśmiech, który jednocześnie wzbudzał pożądanie i odrobinę przerażenia. Długie, czarne włosy opadały jej na marynarkę. Wyjątkowo blada cera, idealnie kontrastowała z czernią ubioru. Była bardzo ładna, miała szczupłą twarz, brązowe oczy, zgrabny nos, była wysoka i szczupła. Długie i wąskie spodnie podkreślały jej nogi. Jedną dłoń oparła na biodrze, a drogą trzymała klamkę. Patrzyła na mnie, a ja stałem z rozdziawioną mordą. Wreszcie ją zamknąłem i spróbowałem się odezwać.
- Pani do mnie? - odpowiedziałem najgłupiej jak się dało.
- A czy tutaj jest gabinet detektywistyczny?
- No tak…
- Czyli do pana - wskazała mnie palcem. - Jestem Marta i chciałam pana wynająć.
- Olaf, miło mi - wyciągnąłem dłoń. - Niestety skończyłem działalność, jakieś pięć minut temu…
- Nic pan nie skończył! - zaprotestowała. - Jest mi potrzebny detektyw i to od zaraz. Pan jest moja ostatnią nadzieją. Musi mi pan pomóc, o pieniądze proszę się nie martwić.
Pomyślałem sobie, że ktoś robi sobie ze mnie jaja. Ta historia potoczyła się w tak absurdalny sposób, że omal nie wybuchnąłem śmiechem. Wchodzi do mojego gabinetu kobieta tak zjawiskowa, że wypadły mi oczy. Chce mnie zatrudnić na pięć minut przed końcem mojej działalności, jeszcze mówi, że kasa nie gra roli. Przecież to komedia i to w dodatku słaba. Rozmyślania na ten temat przerwał właściciel lokalu. Przyszedł, tak jak się umówiliśmy, punktualnie o siedemnastej.
- Musi pan poczekać na swoją kolej, teraz ja rozmawiam z panem detektywem - powiedziała to tak wyniosłym tonem, że gdybym nie był tym wspomnianym detektywem to sam bym wyszedł i czekał.
- Przepraszam, pani Marto, ale to właściciel lokalu. Byłem z nim umówiony - stanąłem w obronie gospodarza.
- Przedłużenie umowy?
- Raczej odwrotnie - uśmiechnąłem się. - Oddam kluczę, odbiorę kaucję i pożegnam się z tym miejscem.
- Zmienia pan gabinet? - zadała kolejne pytanie, co było już trochę irytujące.
- Nie. Tak jak mówiłem, kończę z detektywistyką.
- Nie! - krzyknęła. - Przepraszam pana bardzo, ale Olaf nigdzie się nie wybiera. Proszę przyjść jutro i wtedy panowie dogadacie szczegóły umowy najmu na kolejny okres. Jakiekolwiek zwracanie kluczy dzisiaj się nie odbędzie - w ciemnych oczach błysnęła jakaś agresja, albo mi się wydawało.
- Panie Olafie? - właściciel popatrzył na mnie zaskoczony.
- Przepraszam pana, ale wydaje mi się, że ta pani nie odpuści póki nie zostanie wysłuchana - odparłem rozkładając ręce.
- Niech wam będzie - burknął i wyszedł.
- Proszę usiąść - wskazałem kobiecie krzesło, sam stanąłem oparty o biurko. Nie chciałem siadać na tym trzeszczącym fotelu. - Co panią do mnie sprowadza?
- Po pierwsze: już mówiłam, że mam na imię Marta, a po drugie: jest pan ostatnią osobą, która może mi pomóc.
- Czy mogę pomóc to zobaczymy jak już będę wiedział o co chodzi - uśmiechnąłem się.
- Zacznę od tego, że pracuję w dość specyficznym miejscu, o którym więcej nie chciałbym mówić. Dla twojego i mojego bezpieczeństwa. Ta praca wiąże się z tym, że czasami można narobić sobie wrogów.
- Trochę mało szczegółów… - westchnąłem.
- Daj mi skończyć. Zostałam posądzona o to, że przekazałam bardzo ważne dokumenty bardzo niepowołanej osobie. Mam czterdzieści osiem godzin na to żeby udowodnić, że mnie wrobiono i znaleźć winnego. Inaczej zostanę zabita.
- Czekaj! Co? - krzyknąłem.
- Nie ekscytuj się tak - odparła zbyt spokojnie jak na słowa, które przed chwilą padły. - Nie powiedziałam jeszcze jaka jest twoja rola w tej sprawie.
- Mam znaleźć dowody na to, że jesteś niewinna - odpowiedziałem z pewnością w głosie.
- Nie - zaśmiała się szczerze, pierwszy raz zobaczyłem w pełnej krasie jej białe zęby. - Do takich dowodów byś się nie dobrał bez znajomości w policji i innych służbach. A takich znajomości przecież nie masz.
- Skąd…
- Nie ważne - puściła mi oczko. - Twoim zadaniem będzie śledzić osobę, która jest winna i która próbuje mnie wrobić.
- Ah tak - westchnąłem. - Czyli ty już wszystko wiesz, a ja mam tylko pochodzić za wskazaną przez ciebie osobą, porobić jej zdjęcia i takie tam?
- Bystry jesteś - uśmiechnęła się. - Dokładnie tak masz zrobić. Masz być cieniem człowieka, który wyniósł tajne akta. Masz dokumentować to co robi, to z kim się spotyka i to o czym rozmawiają. Interesuje mnie wszystko, dosłownie wszystko. Nawet to co zamawia w restauracji. Muszę mieć pełny obraz, rozumiesz?
- Jasne - odparłem. - Nic skomplikowanego. Pozwól, że zadam Ci jedno pytanie - skinęła głową. - Dlaczego przyszłaś do mnie z tą sprawą?
- Jesteś czysty - zaczęła z powagą. - Nikt cię nie zna, z nikim nie współpracujesz, nie jesteś umoczony w żaden układ, nie jesteś nic nikomu winny. Nie mogłam znaleźć nikogo lepszego do tej roboty.
- Ale…
- A to, że nie masz doświadczenia - przerwała, kiedy chciałem wtrącić swoje zdanie. - Nie przeszkadza mi zupełnie. Facet cię nie zna, nie wie, że jesteś detektywem, jeśli nie podejdziesz do niego z aparatem i nie błyśniesz fleszem w oczy, to nie zorientuje się, że jest śledzony.
- Przecież to twój kolega z pracy, więc pewnie też ma jakieś tajne wyszkolenie.
- Nie każdy był szkolony tak samo, niektórzy trafili tam gdzie ja, powiedzmy, za zasługi dla poprzedniego systemu.
- Ah tak - zamyśliłem się. - Czyli będę śledził starego dziada?
- Tak! - klasnęła w dłonie. - Pięknie to ująłeś! Muszę już lecieć, ale tutaj masz telefon, przez który będziemy się kontaktować.
- Że niby taki bez podsłuchów? - zażartowałem.
- Tak - odpowiedziała bardzo poważnie. - Dokładnie taki.
Podała mi smartfon, który był tak płaski, że bałem się go dotykać. Nigdy wcześniej nie widziałem takie modelu.
- Dzięki, ale jeszcze się nie zgodziłem…
- To prawda, ale zgodzisz się jak usłyszysz co możesz z tego mieć.
- Nie jestem taki pewny, ale słucham.
- Za wykonanie zadania dostaniesz odpowiednią sumę pieniędzy. Nie powiem ci ile dokładnie, bo jeszcze się przewrócisz. Po prostu prześlesz mi z telefonu, który dostałeś, swój numer konta. Zaraz po tym na koncie pojawi się wpłata. Nie będziesz stratny, zapewniam cię. Pierwszą ratę dostaniesz już dziś, potraktuj to jako zaliczkę. Oprócz tego będę ci pomagać.
- Pomagać w czym? - zdziwiłem się.
- W tym z czym masz problem jako detektyw - odpowiedziała. - Zaczynając od podstawowych rzeczy jak sprawdzenie właściciela samochodu, adresu, przeszłości człowieka, poprzez zatarcie śladów twojej działalności, a na wyciągnięciu z więzienia kończąc.
- Super, bardzo by mi się to przydało, gdyby nie to, że jakiś kwadrans temu zakończyłem działalność - uśmiechnąłem się, ale błysk w jej oku sprawił, że spoważniałem w momencie.
- Pomyśl - wstała. - Jeśli mogę załatwić tyle spraw, które ci pomogą to zapewne mogę spowodować, że będziesz miał wielkie problemy, prawda?
- Taaak…
- Zatem wszystko ustalone - klasnęła, a ja podskoczyłem. - Mam jeszcze dziś kilka zajęć, wieczorem dostaniesz zdjęcie obiektu i podstawowe informacje o nim, w odpowiedzi na tę wiadomość prześlesz numer konta, na które mam przelać pieniądze. Powodzenia!
Położyła mi na moment dłoń na ramieniu i wyszła, a ja zostałem na środku mojego małego gabinetu z niespotykanym smartfonem w dłoni i mętlikiem w głowie. Musiałem to wszystko dokładnie przemyśleć, a najlepiej myślało mi się po treningu. Zamknąłem drzwi za sobą i pojechałem na siłownię. Po powrocie do domu położyłem się na łóżku i wsłuchany w szum wody wypływającej z filtra w akwarium zacząłem analizować to co się dzisiaj stało.
- Witam, panie Bond - kobiecy głos dobiegł moich uszu.
Odwróciłem się błyskawicznie i mogłem tylko pozbierać żuchwę z podłogi. W progu mojego małego gabineciku stała kobieta ubrana całkiem na czarno. Na jej twarzy igrał uśmiech, który jednocześnie wzbudzał pożądanie i odrobinę przerażenia. Długie, czarne włosy opadały jej na marynarkę. Wyjątkowo blada cera, idealnie kontrastowała z czernią ubioru. Była bardzo ładna, miała szczupłą twarz, brązowe oczy, zgrabny nos, była wysoka i szczupła. Długie i wąskie spodnie podkreślały jej nogi. Jedną dłoń oparła na biodrze, a drogą trzymała klamkę. Patrzyła na mnie, a ja stałem z rozdziawioną mordą. Wreszcie ją zamknąłem i spróbowałem się odezwać.
- Pani do mnie? - odpowiedziałem najgłupiej jak się dało.
- A czy tutaj jest gabinet detektywistyczny?
- No tak…
- Czyli do pana - wskazała mnie palcem. - Jestem Marta i chciałam pana wynająć.
- Olaf, miło mi - wyciągnąłem dłoń. - Niestety skończyłem działalność, jakieś pięć minut temu…
- Nic pan nie skończył! - zaprotestowała. - Jest mi potrzebny detektyw i to od zaraz. Pan jest moja ostatnią nadzieją. Musi mi pan pomóc, o pieniądze proszę się nie martwić.
Pomyślałem sobie, że ktoś robi sobie ze mnie jaja. Ta historia potoczyła się w tak absurdalny sposób, że omal nie wybuchnąłem śmiechem. Wchodzi do mojego gabinetu kobieta tak zjawiskowa, że wypadły mi oczy. Chce mnie zatrudnić na pięć minut przed końcem mojej działalności, jeszcze mówi, że kasa nie gra roli. Przecież to komedia i to w dodatku słaba. Rozmyślania na ten temat przerwał właściciel lokalu. Przyszedł, tak jak się umówiliśmy, punktualnie o siedemnastej.
- Musi pan poczekać na swoją kolej, teraz ja rozmawiam z panem detektywem - powiedziała to tak wyniosłym tonem, że gdybym nie był tym wspomnianym detektywem to sam bym wyszedł i czekał.
- Przepraszam, pani Marto, ale to właściciel lokalu. Byłem z nim umówiony - stanąłem w obronie gospodarza.
- Przedłużenie umowy?
- Raczej odwrotnie - uśmiechnąłem się. - Oddam kluczę, odbiorę kaucję i pożegnam się z tym miejscem.
- Zmienia pan gabinet? - zadała kolejne pytanie, co było już trochę irytujące.
- Nie. Tak jak mówiłem, kończę z detektywistyką.
- Nie! - krzyknęła. - Przepraszam pana bardzo, ale Olaf nigdzie się nie wybiera. Proszę przyjść jutro i wtedy panowie dogadacie szczegóły umowy najmu na kolejny okres. Jakiekolwiek zwracanie kluczy dzisiaj się nie odbędzie - w ciemnych oczach błysnęła jakaś agresja, albo mi się wydawało.
- Panie Olafie? - właściciel popatrzył na mnie zaskoczony.
- Przepraszam pana, ale wydaje mi się, że ta pani nie odpuści póki nie zostanie wysłuchana - odparłem rozkładając ręce.
- Niech wam będzie - burknął i wyszedł.
- Proszę usiąść - wskazałem kobiecie krzesło, sam stanąłem oparty o biurko. Nie chciałem siadać na tym trzeszczącym fotelu. - Co panią do mnie sprowadza?
- Po pierwsze: już mówiłam, że mam na imię Marta, a po drugie: jest pan ostatnią osobą, która może mi pomóc.
- Czy mogę pomóc to zobaczymy jak już będę wiedział o co chodzi - uśmiechnąłem się.
- Zacznę od tego, że pracuję w dość specyficznym miejscu, o którym więcej nie chciałbym mówić. Dla twojego i mojego bezpieczeństwa. Ta praca wiąże się z tym, że czasami można narobić sobie wrogów.
- Trochę mało szczegółów… - westchnąłem.
- Daj mi skończyć. Zostałam posądzona o to, że przekazałam bardzo ważne dokumenty bardzo niepowołanej osobie. Mam czterdzieści osiem godzin na to żeby udowodnić, że mnie wrobiono i znaleźć winnego. Inaczej zostanę zabita.
- Czekaj! Co? - krzyknąłem.
- Nie ekscytuj się tak - odparła zbyt spokojnie jak na słowa, które przed chwilą padły. - Nie powiedziałam jeszcze jaka jest twoja rola w tej sprawie.
- Mam znaleźć dowody na to, że jesteś niewinna - odpowiedziałem z pewnością w głosie.
- Nie - zaśmiała się szczerze, pierwszy raz zobaczyłem w pełnej krasie jej białe zęby. - Do takich dowodów byś się nie dobrał bez znajomości w policji i innych służbach. A takich znajomości przecież nie masz.
- Skąd…
- Nie ważne - puściła mi oczko. - Twoim zadaniem będzie śledzić osobę, która jest winna i która próbuje mnie wrobić.
- Ah tak - westchnąłem. - Czyli ty już wszystko wiesz, a ja mam tylko pochodzić za wskazaną przez ciebie osobą, porobić jej zdjęcia i takie tam?
- Bystry jesteś - uśmiechnęła się. - Dokładnie tak masz zrobić. Masz być cieniem człowieka, który wyniósł tajne akta. Masz dokumentować to co robi, to z kim się spotyka i to o czym rozmawiają. Interesuje mnie wszystko, dosłownie wszystko. Nawet to co zamawia w restauracji. Muszę mieć pełny obraz, rozumiesz?
- Jasne - odparłem. - Nic skomplikowanego. Pozwól, że zadam Ci jedno pytanie - skinęła głową. - Dlaczego przyszłaś do mnie z tą sprawą?
- Jesteś czysty - zaczęła z powagą. - Nikt cię nie zna, z nikim nie współpracujesz, nie jesteś umoczony w żaden układ, nie jesteś nic nikomu winny. Nie mogłam znaleźć nikogo lepszego do tej roboty.
- Ale…
- A to, że nie masz doświadczenia - przerwała, kiedy chciałem wtrącić swoje zdanie. - Nie przeszkadza mi zupełnie. Facet cię nie zna, nie wie, że jesteś detektywem, jeśli nie podejdziesz do niego z aparatem i nie błyśniesz fleszem w oczy, to nie zorientuje się, że jest śledzony.
- Przecież to twój kolega z pracy, więc pewnie też ma jakieś tajne wyszkolenie.
- Nie każdy był szkolony tak samo, niektórzy trafili tam gdzie ja, powiedzmy, za zasługi dla poprzedniego systemu.
- Ah tak - zamyśliłem się. - Czyli będę śledził starego dziada?
- Tak! - klasnęła w dłonie. - Pięknie to ująłeś! Muszę już lecieć, ale tutaj masz telefon, przez który będziemy się kontaktować.
- Że niby taki bez podsłuchów? - zażartowałem.
- Tak - odpowiedziała bardzo poważnie. - Dokładnie taki.
Podała mi smartfon, który był tak płaski, że bałem się go dotykać. Nigdy wcześniej nie widziałem takie modelu.
- Dzięki, ale jeszcze się nie zgodziłem…
- To prawda, ale zgodzisz się jak usłyszysz co możesz z tego mieć.
- Nie jestem taki pewny, ale słucham.
- Za wykonanie zadania dostaniesz odpowiednią sumę pieniędzy. Nie powiem ci ile dokładnie, bo jeszcze się przewrócisz. Po prostu prześlesz mi z telefonu, który dostałeś, swój numer konta. Zaraz po tym na koncie pojawi się wpłata. Nie będziesz stratny, zapewniam cię. Pierwszą ratę dostaniesz już dziś, potraktuj to jako zaliczkę. Oprócz tego będę ci pomagać.
- Pomagać w czym? - zdziwiłem się.
- W tym z czym masz problem jako detektyw - odpowiedziała. - Zaczynając od podstawowych rzeczy jak sprawdzenie właściciela samochodu, adresu, przeszłości człowieka, poprzez zatarcie śladów twojej działalności, a na wyciągnięciu z więzienia kończąc.
- Super, bardzo by mi się to przydało, gdyby nie to, że jakiś kwadrans temu zakończyłem działalność - uśmiechnąłem się, ale błysk w jej oku sprawił, że spoważniałem w momencie.
- Pomyśl - wstała. - Jeśli mogę załatwić tyle spraw, które ci pomogą to zapewne mogę spowodować, że będziesz miał wielkie problemy, prawda?
- Taaak…
- Zatem wszystko ustalone - klasnęła, a ja podskoczyłem. - Mam jeszcze dziś kilka zajęć, wieczorem dostaniesz zdjęcie obiektu i podstawowe informacje o nim, w odpowiedzi na tę wiadomość prześlesz numer konta, na które mam przelać pieniądze. Powodzenia!
Położyła mi na moment dłoń na ramieniu i wyszła, a ja zostałem na środku mojego małego gabinetu z niespotykanym smartfonem w dłoni i mętlikiem w głowie. Musiałem to wszystko dokładnie przemyśleć, a najlepiej myślało mi się po treningu. Zamknąłem drzwi za sobą i pojechałem na siłownię. Po powrocie do domu położyłem się na łóżku i wsłuchany w szum wody wypływającej z filtra w akwarium zacząłem analizować to co się dzisiaj stało.
Zanim
doszedłem do sedna i wszystko sobie poukładałem, moje rozmyślanie przerwał
sygnał wiadomości. Odezwał się prezent od mojej klientki. Teraz wszystko było
już tylko w moich rękach. Miałem obietnicę ciekawej przyszłości oraz groźbę
przyszłości nieciekawej. Mogłem robić to co chciałem albo rzucić to i liczyć,
że sprawa rozejdzie się po kościach i nie będą to moje kości. Otworzyłem
wiadomość. Zawierała zdjęcie siwego faceta z grubym wąsem pod nosem. Mężczyzna
miał przerzedzone włosy i sporą nadwagę. Pod zdjęciem miałem adres i godzinę.
12.30, McDonald Manufaktura. Domyśliłem się, że tam mam zacząć obserwację.
Pasowało mi to, bo przynajmniej nie musiałem się zrywać od rana. Wziąłem trzy
głębokie wdechy i zdecydowałem co zrobię. Wpisałem numer konta w pole
odpowiedzi. Wysłałem i dopiero wtedy przeszło mi przez myśl, że jeśli rzeczywiście
ktoś robi sobie ze mnie jaja to obiję mu mordę. Zanim się nad tym głębiej
zastanowiłem przyszło potwierdzenie wpłaty na konto. Rzuciłem się do telefonu
jak głupi, włączyłem swoją bankową aplikację i zaraz znowu usiadłem. Kwota jaką
tam zobaczyłem udowodniła mi, że to nie żarty. Wszystkie urządzenia, które
mogły mi pomóc w śledztwie podłączyłem do prądu, wykąpałem się, ustawiłem
budzik na dziewiątą i poszedłem spać, a przynajmniej położyłem się do łóżka i
próbowałem zasnąć.
Link do części drugiej KLIKNIJ!
Link do części drugiej KLIKNIJ!
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












