Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

6/28/2015

Opowiadanie #9 - "Bo nic nie pozostało" cz.1

Nowe opowiadanie, które będę wstawiał w odcinkach. Nie wiem z jaką częstotliwością, to zależy też od tego czy Wam się spodoba. Przestępcy, korupcja, sporo brutalności, podwójne dno całej sprawy, może przypadnie Wam do gustu. Nie wiem ile będzie części, okaże się jak skończę pisać. Zapraszam do czytania!

"Bo nic nie pozostało" cz.1

    W brudnym mieście, w którym aż roiło się od przestępców, w którym ciężko żyło się zwyczajnym ludziom, w którym nigdy nie było się pewnym czy dożyje się świtu, trudno o nowych rekrutów w policji. W takim mieście nawet policjantom się nie ufa, właściwie to przede wszystkim policjantom. Ludność nie wierzy w to, że pod bokiem policji przestępczość mogła się rozwinąć aż tak bardzo. Według obywateli to policja pozwoliła na to i jest zadowolona z tego co się dzieje w mieście. Są przekonani, że funkcjonariusze żyją sobie dostatnio z łapówek, jakie od złoczyńców otrzymują. Prawda jednak, jest zupełnie inna. Policjanci giną codziennie na służbie, starają się walczyć, ale w tym mieście nie pomógłby nawet superbohater. Przez częste pogrzeby funkcjonariuszy nie ma nowych rekrutów. Nikt normalny nie chce walczyć z wiatrakami, z czymś czego pokonać nie sposób. Jedne, najważniejszy, oddział składał się teraz wyłącznie ze starych gliniarzy, którym było już wszystko jedno co się z nimi stanie. Z ludzi, których nikt nie chce spotkać na drodze. Z takich, którzy odstraszali samym wyglądem. Zostało ich tylko siedmiu. Kiedy oddział został utworzony była ich trzydziestka. Od tego czasu nie dołączył do nich nikt nowy. Nikt nie chciał stanąć na pierwszej linii frontu, wraz z tymi szajbusami.
     W gorący letni wieczór siedmioosobowy zespół szykował się do akcji. Dostali cynk, że przez miasto przejeżdżać będzie pociąg transportujący chemikalia. Tyle wystarczyło żeby wiedzieli, że muszą tam być i spróbować go osłonić.
- W siedmiu ludzi - mruknął Kirk. - Cały jebany pociąg...
Kirk był wielkim chłopem. Miał ponad dwa metry wzrostu i dłonie wielkości kołpaków. Jego mięśnie były tak ogromne, że nie mieścił się w mundurze. Miał na sobie porozrywane spodnie i koszulkę z urwanymi rękawami. Na ramionach wiły się tatuaże w kształcie węży. Czyścił broń, którą był karabin M4-A1. Siedział skupiony. Na jego wrednie wyglądającej twarzy pokrytej kilkudniowym zarostem widniało zacięcie. Krótkie, ciemne włosy lśniły od potu. Od lewego oka do kącika ust biegłą szeroka, czerwona blizna.
- Wiadomo chociaż ile to ma wagonów? - zapytał Ying.
Ying był koreańskim imigrantem, który dopłynął do USA wyżynając po drodze dwa pułki północnokoreańskich żołnierzy. Zabijał swoich rodaków bez mrugnięcia okiem. Był bezwzględny i to mu pomogło w uwolnieniu się z tego piekła. Był niewysoki i szczupły. Ubierał się na czarno. Tym razem miał na sobie czarny mundur antyterrorystów. Skręcał karabin snajperski, a obok niego leżał długi nóż. Nie wyróżniał się wyglądem. Czarne, proste włosy, skośne oczy i chęć mordu wypisana na twarzy.
- Podobno trzydzieści cztery, ale dowiemy się na miejscu - odpowiedział Stevens.
- Jak, kurwa, zawsze... - mruknął Kirk nie podnosząc głowy.
- Stevens był dowódcą oddziału. Siwizna pokrywała jego głowę, ale mięśnie nadal wyraźnie odznaczały się pod policyjnym mundurem. Był silny i zawzięty. Żyły na skroniach i karku nieustannie pulsowały. Zmrużone oczy i zaciśnięte usta oddawały permanentny gniew jaki w sobie nosił. Prawego ucha miał tylko dolną połowę, reszta przepadła w Wietnamie. Na plecach było więcej pamiątek po służbie, ale starał się ich nie pokazywać.
Ci faceci nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele. Szanowali się i ufali sobie, ale nie było u nich mowy o jakiejkolwiek sympatii. Nie musieli wiedzieć o sobie nic więcej niż imiona czy ksywy. W ciasnym, szarym budynku komisariatu przygotowywali się w ciszy do kolejnej, niemal samobójczej, misji.
Marshall był saperem. Nie miał kilku palców, bo od dziecka bawił się ładunkami wybuchowymi. Przy stoliku w rogu sprawdzał podzespoły detonatorów. Był wątły, ale potrafił uzbroić i rozbroić dosłownie wszystko. Miał jasne włosy i kilka niewielkich blizn po poparzeniach na twarzy.
Woods kiedyś był bokserem, ale nie pozwolili mu walczyć przez zbytnią brutalność w ringu. Jego przeciwnicy często kończyli w śpiączce, albo po tamtej stronie. Miał wielkie mięśnie i pokiereszowaną twarz. Jego odcień skóry był tak ciemny, że w ciemności stawał się niemal niewidoczny. Zajmował się swoją strzelbą. Lubił walkę na krótki dystans, bo wtedy mógł kogoś poczęstować prawym sierpowym.
Jess i Linn, bracia bliźniacy, od dziecka zapuszczali się w lasy i polowali. Jeden tropił, drugi strzelał. Jess miał na twarzy ślad niedźwiedzich pazurów, a Linn stracił pół prawej łydki w walce z wilkami. W oddziale wyższy i silniejszy Jess zajmuje się włamywaniem do budynków, obchodzeniem zabezpieczeń i eliminacją wartowników, jeśli zajdzie taka potrzeba. A mniejszy i smuklejszy Linn do łuku, który zawsze nosi na plecach, dołożył snajperkę, z której doskonale korzysta.
- Dobra panowie - Setevens wstał z krzesła. - Zbieramy się, jest robota do zrobienia.
- Hura, kurwa... - Kirk schował szmatkę do kieszeni i zarzucił karabin na ramię.
Wyszli z komisariatu i wsiedli do czarnej furgonetki. Stevens usiadł z przodu, obok niego Ying. Reszta składu zajęła miejsca z tyłu i oddział specjalny ruszył na stację kolejową.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

6/10/2015

Życie boli #1

Kiedyś bawiłem się w stand up i całkiem nieźle mi to wychodziło. Teraz gadać do kamery czy do mikrofonu mi się nie chce, ale może Wam będzie się chciało poczytać taki luźniejszy, ironiczny, bardziej stand up'wy właśnie tekst. Wszystko co będzie znajdowało się poniżej jest pisane dla żartów, ironicznie i celowo podkoloryzowane. Nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Jeśli ktoś ma za mało dystansu do świata i do siebie to też niech czyta, może się czegoś nauczy. Zapraszam!

Życie boli #1

Pewnie wiecie, że od czasu do czasu zdarza mi się podróżować komunikacją miejską. W ogóle z komunikacją miejską jest wesoło, a szczególnie latem. Tu nawet nie chodzi o to, że jest gorąco. Człowiek siedzi i pot mu się leje po dupie. Siedzisz i wiesz, że przed tobą na tym siedzeniu też siedział ktoś masakrycznie spocony. Ja mam tak, że wolę siedzieć na tym zajebiście niehigienicznym fotelu niż ustąpić miejsca jakiejś chamskiej babie. No więc siedzę i się pocę, bo pomimo otwartych okien powietrze nie wpada do środka. Zgadnijcie dlaczego? Bo jest, kurwa, gorąco! Na zewnątrz też, a jedziemy zbyt wolno żeby te otwarte okna coś dawały. Ponadto w tramwaju są wielkie okna. Po co? Żeby ludzie poczuli się jak pomidory w szklarni. Słońce grzeje przez szyby jeszcze bardziej i dzięki temu biedni ludzie mogą zażyć odrobiny luksusu jak w ciepłych krajach. Jak już jestem przy oknach. Wiadomo, że jeśli jest gorąco to wszystkie okna są otwarte, ale jest lato do cholery, a lato oznacza burze. Miałem taką sytuację, że siedziałem sobie w tramwaju, nagle pociemniało i zaczęło lać. Lało tak, że klękajcie narody. No i przez te wszystkie okna woda wpadała do środka. Kilku młodych chłopaków zaczęło zamykać te okna, ale zajęło to dobrą chwilę. W tym czasie starsza pani otworzyła sobie parasol i siedziała nadal na swoim fotelu. Miała jeszcze spojrzenie mówiące coś w stylu:
"Trzeba sobie radzić, mnie tam nic nie pada"
Na przystanku wsiadła inna kobieta i od razu rzuciła się na fotel. Siedzi chwilę, po czym wstaje i zaczyna wykrzykiwać:
"Co tu do cholery tak mokro?!"
"Może padał deszcz i ktoś nie zamknął okna?" - cisnęło się na usta.

Ale dajmy już spokój tym babom, nie każdy musi ogarniać działanie okien. Jest coraz cieplej, w tramwaju gorąco, więc ludzie zaczynają wydzielać swój słodki zapaszek. No i wyobraźcie sobie jak przyjemnie jest jechać wraz z kilkoma panami, którzy oprócz tradycyjnego zapachu przetrawionego alkoholu i papierosów wydzielają również zapach potu. Ja alergikiem nie jestem, ale oczy wtedy łzawią jak jasna cholera. Problem panów, którzy zazwyczaj mają z higieną na bakier można olać, bo oni i tak nic z tym nie zrobią. Najgorsze jest jednak to, że z pozoru czyści ludzie również niezbyt przyjemnie pachną kiedy wracają z pracy. Ja to rozumiem, ale znalazłem rozwiązanie. Oni po prostu myją się wieczorem! W lato, kiedy noce są gorące to nie ma najmniejszego sensu! Przecież mycie się wieczorem jest tak samo skuteczne jak podcieranie się przed sraniem! Jeśli umyliby się rano to ich ciało wytrzymałoby dłużej bez wydzielania zapachu. Pomyślcie nad tym.

I teraz, na sam koniec dzisiejszej historii, opowiem Wam co przydarzyło się dzisiaj. Wracam z uczelni. Muszę się przesiąść z jednego tramwaju w drugi. Wysiadam z tego pierwszego i widzę, że w oddali pojawił się już ten, na który miałem nadzieję zdążyć.
 "Super, nie będę musiał czekać!"
Idę na przystanek, a tam stoi już mój tramwaj. W głowie włączyło się buforowanie, ale nie zadziałało tym razem. Wskoczyłem do wagonu, usiadłem i jadę. Na każdym z przystanków jest coraz więcej ludzi. Drzwi się nie zamykają, nie ma już czym oddychać. Ktoś chciał komuś ustąpić miejsca i słyszę:
"Niech pan siedzi. Są młodsi, którzy mogą wstać."
"Człowieku, jeśli mówisz o mnie to nawet nie wiesz jak stary i zmęczony jestem wewnątrz. Ta zajebiście przystojna sylwetka to tylko pozory" - pomyślałem i siedziałem sobie dalej.
Ludzi jest coraz więcej, tramwaj ledwo ciągnie i w pewnym momencie, na zakręcie widzę drugi, dokładnie taki sam model. Dopiero wtedy zajarzyłem, że to ten drugi widziałem jak się wyłaniał w oddali, a ten pierwszy już czekał. Napadła mnie myśl.
"Ale wy jesteście głupi! Przecież z tyłu jedzie ten sam tramwaj, dokładnie w to samo miejsce i jest prawie pusty, a każdy jeden debil pcha się do tego pierwszego! Co za kretyni, kto was wpuścił do komunikacji miejskiej, jak wy możecie żyć nie myśląc........ Zaraz, przecież ja też jestem w pierwszym wagonie....."
Nie było tematu.
Oczywiście tramwaj po drodze miał awarię i i tak wszyscy musieli się przesiąść do tego z tyłu żeby w ogóle dojechać do domu.

Dzięki Wam bardzo. Na dzisiaj to tyle! Do poczytania!

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

5/19/2015

Bo chce mi się trochę pogadać, czyli o rzeczach wielu...

Szanowni czytelnicy,
wiem, że dawno nic tutaj się nie pojawiało, ale już tłumaczyłem dlaczego. Studia, praca i ostatnie szlify drugiej części "Przywróconego" pochłonęły mnie całkowicie i już na żadne inne opowiastki czasu nie miałem. Teraz jednak znalazłem chwilę dzięki wrednemu zapaleniu gardła z naciekami do krtani, czy jakoś tak. Wirus, który mnie zaatakował sprawił, że mogę posiedzieć kilka dni w domu, bo i tak nie za bardzo mogę mówić, a sam ból gardła też do przyjemnych nie należy. Skąd ten tytuł? No bo chciałbym Wam dużo opowiedzieć, ale nie mogę mówić. Napiszę więc wszystko co powinniście wiedzieć. Dzieje się ostatnio dużo i u mnie w życiu i w innych sprawach, bardziej globalnych, więc poczułem przemożną potrzebę wygadania się. Przelania tego wszystkiego co siedzi mi w głowie na papier. (Nie bójcie się, nie będzie to wszystko co siedzi mi w głowie, więc koszmary Wam nie grożą, przynajmniej nie z mojego powodu).

Zacznijmy od początku, czyli tego o czym już wspomniałem i dlaczego właściwie ta strona powstała. Druga część mojej debiutanckiej książki "Przywrócony" trafiła już do wydawnictwa. Będzie nosiła tytuł "Zenit", będzie cholernie brutalna, bardzo krwista i dopiero rozkręci świat przed finałem, jaki będzie w trzeciej części. Nie znam jeszcze szczegółów co do daty wydania, okładki, ceny, ani niczego więcej, ale chciałem Was poinformować i uspokoić dopytujących, że prace już się zaczynają i niedługo, niedługo pojawi się na rynku. Planuję kilka konkursów żebyście mogli zgarnąć drugą, premierową część i (jeśli ktoś jeszcze nie ma) również pierwszą. Będę myślał jeszcze jak to najlepiej zorganizować, ale możecie się czegoś spodziewać. Przygotujcie się do tego, że w wakacje John Morgan zawita do waszych umysłów!

Teraz druga sprawa, czyli to co blokowało mój wolny czas na jakiekolwiek pisanie. Wiem, że lubicie czytać te krótkie opowiadania, jakieś moje opinie na tematy, czy po prostu typowo blogowe wpisy o tym co mi się przydarzyło. Jeśli ktoś z Was miał okazję studiować i pracować jednocześnie to wie też, że za dużo wolnego czasu nie zostaje. Ja w dodatku miałem już sesję i musiałem (w sumie jeszcze muszę) napisać pracę licencjacką. Moja praca okazała się być wyjątkowo ambitna i przez to muszę jej jeszcze poświęcić sporo czasu. Niestety trzeba będzie się jej jeszcze nauczyć, nauczyć się około 30 zagadnień i zdać egzamin licencjacki. Dobrze, że przynajmniej sesję mam już z głowy i tym się przejmować nie muszę. W dodatku praca jaką wykonuję nie jest wymarzonym zajęciem i przez to też nie mam żadnej weny żeby cokolwiek stworzyć i Wam tutaj pokazać. Co prawda wpadł mi do głowy pewien pomysł jak można wykorzystać doświadczenia, które zdobyłem przy okazji wykonywania tego zajęcia i przekuć to w jakieś fajne opowiadanie, a może nawet coś więcej, ale to póki co melodia przyszłości. Pozytywne jest też to, że pracuję tylko do końca miesiąca, więc potem będę mógł się skupić na innych, bardziej twórczych i przyjemniejszych zajęciach.

Tutaj miał być akapit o problemach osobistych, ale nie ma. Akapitu, oczywiście.

A w ogóle to dzisiaj jest premiera Wiedźmina III: Dziki Gon. Bardzo żałuję, że  nie mam obecnie sprzętu, na którym bym mógł pograć sobie w Wiedźmina. Zniknąłbym chętnie w tym świecie na wiele, wiele godzin. Sam sukces zespołu CD Projekt Red jednak jest wart wspomnienia. Ta ekipa zrobiła, być może, grę roku. Polska ekipa, które nie ma tak wielkich środków jak Rockstar chociażby. Śledziłem proces tworzenia tej gry od samego początku i wiem ile pracy w to włożyli, jak bardzo wszystko jest przemyślane i dopracowane. Mam nadzieję, że finalna wersja gry zniszczy światy i pochłonie wiele tygodni z żyć wielu ludzi. Jeśli tylko macie konsole albo PC, który to udźwignie to warto Wieśka kupić. Dlaczego? Ano dlatego żeby wspomóc polskich twórców. Wiem, że gra tania nie jest, ale wystarczy Wam na wiele godzin zabawy, a polscy twórcy gier dzięki temu będą mogli robić jeszcze lepsze programy. Widzieliście event Wiedźmina? Jeśli nie to zerknijcie na kanał Rocka czy Roja. Nikt na świecie nie zrobił do tej pory nic podobnego. Różne wytwórnie zapraszały do siebie youtuberów, ale żadna nie przeniosła ich do innego świata! Szacunek CD Projekt Red. Jak tylko będę miał na czym grać to na pewno złapię Dziki Gon!

No i ostatnia sprawa, z którą dzisiaj się do Was zwracam. Sprawa, która wywoła tutaj niemałe kontrowersje, bo jest to sprawa polityczna. Tak, chodzi o wybory prezydenckie. W drugiej turze spotkali się ze sobą urzędujący prezydent Bronisław Komorowski i kandydat PiSu, Andrzej Duda. Do tej pory nigdy nie mieszałem się w sprawy polityczne. Nie bawiłem się w jakieś orędzia publiczne czy coś w tym stylu, ale myślę, że warto tym razem cokolwiek powiedzieć. Wszyscy znamy wyniki pierwszej tury, gdzie Duda nieznacznie wygrał. I teraz pytanie: czy to było na serio? Naprawdę ludzie chcą żeby naszym krajem rządziła kukiełka, której sznurki pociąga Jarosław? Naprawdę ludzie chcą żeby prezydentem był człowiek, który swoje poglądy zmienia w zależności od wyborów, w których akurat bierze udział? Który nawet w trakcie debaty nie potrafił (albo nie chciał) odpowiadać na pytania, a zamiast tego mówił to co miał przygotowane? Przecież to jest jakaś kpina. Ja nie mówię, że prezydentura Komorowskiego czy rządy PO-PSL są idealne, do tego im bardzo dużo brakuje, ale zwracać się teraz w kierunku człowieka, który obieca wszystko byle tylko wygrać? Ludzie na serio myślą, że on jest w stanie spełnić swoje obietnice? Nie ma pieniędzy by robić to co Duda zrobić obiecał, musiałby zaciągnąć kredyty i to wielkie żeby zmniejszyć wiek emerytalny na przykład. Ważniejsze jest to, że w naszym systemie rządów prezydent nie ma tak naprawdę realnej władzy żeby to wszystko zrobić, nawet gdyby się dało, gdyby miał jakiś cudowny sposób dzięki wstawiennictwu Rydzyka. W tej chwili to tylko czcze i populistyczne gadanie, które i tak nic nie wniesie. Trzeba też wziąć pod uwagę naszą pozycję w polityce międzynarodowej. Jaki Komorowski jest, taki jest, ale przynajmniej jest lubiany i poważany przez innych przywódców, a niestety politycy PiSu nie mają tam żadnego szacunku, więc ciężko byłoby im cokolwiek załatwić czy w czymkolwiek pomóc. Przechodząc do puenty: głosujcie zgodnie ze swoim sumieniem, ale nie liczcie na to, że jakiekolwiek obietnice Andrzeja Dudy zostaną spełnione. Tyle z mojej strony.

Dzięki za przeczytanie tego tekstu i czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)
Kamil Bednarek

4/18/2015

Opowiadanie #8 - "Tylko raz"

Drodzy Czytelnicy,

najpierw kila słów wstępu, tak jak to zazwyczaj bywa. Długo chodziło mi po głowie opowiadanie w takim stylu i o takiej treści. Nie miałem jednak czasu żeby te myśli z głowy wyrzucić. Dopiero niedawno usiadłem i znalazłem godzinę czy dwie na spisanie tego wszystkiego co kłębiło się w zakamarkach mojego mózgu. O czym jest to opowiadanie? O najważniejszej rzeczy w życiu, czyli o szczęściu. Przekonacie się sami jak łatwo jest takie szczęście utracić i co potem może się stać z człowiekiem. Zapraszam do czytania!

"Tylko raz"

    Zmrok powoli pokrywał lasy. Między gęste drzewa ciemność zapuszczała się szybciej niż na niewielkie polany, które te lasy otaczały. Zapowiadała się bezksiężycowa noc. Ciężkie chmury zakrywały szczelnie całe niebo. Lasy odcinały się czernią na tle polan. Na jednej z takich niewielkich bezdrzewnych przestrzeni tliło się jedyne światło w okolicy. Słaby płomień ogniska nie wydostawał się poza polanę szczelnie osłoniętą drzewami. Wiatr nie dochodził do tego miejsca i płomień spokojnie wił się w górę. Słabe światło padało na cztery twarze. Twarze skryte pod kapturami. Ciężko było rozpoznać szczegóły tych twarzy. Z całą pewnością jednak można było stwierdzić, że to byli mężczyźni. Nie po twarzach, a po sylwetkach. Szerokie barki i plecy czwórki siedzącej wokół ognia niemal zasłaniały płonienie stykając się ze sobą. Siedzieli blisko, bo noc była zimna. Zaczynała się już jesień i było to czuć w powietrzu. Nie mieli gdzie się schować na tym terenie.

   Nad słabym płomieniem piekło się jakieś zwierze. W żadnym wypadku nie mogło być mowy żeby ci mężczyźni się tym najedli. Siedzieli w milczeniu wpatrując się w płomienie. Nagle ciszę przerwało wycie wilka co ożywiło grupkę milczących.
- Byle do świtu - sapnął ochryple siedzący w szarym, skórzanym płaszczu.
- Ano - odparł mu drugi z mężczyzn, ten miał na sobie zieloną kurtę i kaptur obszywany futrem jelenia. - To truchełko już przepieczone, ino zajadać.
- Szkoda sobie smaka robić takim chudym zającem - dorzucił trzeci, ten w czarnym, długim płaszczu.
- Coś żreć, panie, trzeba - bąknął ten w zielonym i oderwał sobie chrupiącą nóżkę zająca.
- Taa, pewno, że trzeba - mężczyzna w szarym zajął drugą nóżkę dla siebie.
- To dla nas, kamracie, zostało to co najgorsze - rzucił, niby żartem, ubrany w czerń.
Ostatni z mężczyzn, który do tej pory nie odezwał się ani słowem, spojrzał na niego. Jego oczy było wyjątkowo smutne, jakby widziały całe zło tego świata. Twarz nie wyrażała nic poza niechęcią.
- Częstuj się - podstawił mu połowę tego co zostało z kolacji.
- Nie trzeba - bąknął cicho.
- Pan niegłodny? - zapytał ten w zielonym.
- Panu nie smakuje, bo nie przywykł do takiego jedzenia. Sam zjem, ja nie wybrzydzam.
- Mości panowie, siedzimy tutaj razem i zajadamy to suche truchełko, a nawet imion swoich nie znamy. Nie ma czym zapoznania przepić, ale zawsze znać kamratów zawołania lepiej - wygłosił mężczyzna w butelkowo -  zielonym kapturze. - Na mnie wołają Tor i z małej wioski w majątku Wagen pochodzę.
- Jak na chłopa niesłychanie zgrabnie się wypowiadasz, Tor - odparł mężczyzna w czerni. - Jam jest Kilian von Soneden i chociaż nazwisko brzmi szlachetnie to szlachcicem nie jestem. Pochodzę z majątku Soneden. To długa historia i na razie się w nią nie będę zagłębiał.
- Mirko - rzucił jakby do siebie ten odziany w skórę. - Z Kasateny.
- A pan hrabia się nie przedstawi? - rzucił z błyszczącym uśmiechem Kilian.
- Lars.
- Lars?
- Lars - powtórzył spokojnie.
- Niedługo pewnie wojowie ruszą - Tor przerwał niezręczną ciszę. - Tylko czekają aż bagna mróz ściśnie.
- Tak, Król Sinester tylko na to czeka - dorzucił Kilian. - Przejście przez bagna pozwoli raz na zawsze wyplenić te wściekłe barbarzyńskie bestie z naszej ziemi. Zapuszczają się coraz dalej i zabijają niewinnych.
- Słyszałem, że niedawno ich straszni żołnierze pojawili się nawet w mojej Kasatenie, czyli na samym południu.
- Wątpię - Kilian uciął krótko. - To dla nich za daleko. Cała północ, jednak, nie może być spokojna. Co chwilę gdzieś płonie jakaś wioska. Te bestie zabierają kobiety i płodzą z nimi te potworne bękarty. Czarcie pomioty chodzą potem po ziemi i roznoszą zło.
- U mnie we wsi był kiedyś jeden taki - Tor mówił szeptem jakby bał się, że ten jeden go usłyszy. - Wyglądał jak sam diabeł. Wielki był jak cały mój dom. O dwie głowy wyższy niż ja. Konie to na karku nosił i nawet nie dyszał. Czarne miał kudły i takie grube, że wisiały jak strąki. Na łapach włosy miał jak niedźwiedź, a pracował u kowala. Kowal był stary i dzieciaków nie miał, to się zgodzi to dziwo przyjąć. Potem długo żałował, bo ludzie przestali do niego chadzać. Bali się stwora. Ten demon żelazo w rękach gniótł, a w piecu z węglami palcem grzebał. Nic mu się nie robiło. Któregoś dnia kowal umarł, a stwór zniknął i cała wieś się uspokoiła.
- Podobno wszyscy wyglądają tak jak Tor opisał i każden jeden taki silny i jeszcze czarami miotają - dorzucił Mirko z wyraźnym południowym akcentem.
- To po co panowie się na wojnę pchacie, skoroście tacy strachliwi? - zapytał Kilian drwiąco.
- A pan się nie boisz? - zdziwił się Tor.
- Nie - odparł krótko. - To wszystko bujdy i zabobony. Słyszałem o tych barbarzyńcach masę plotek. Od tego, że mają ogony zaczynając, a na tym, że szczają ogniem kończąc. Prawda jest taka, że mają swoich szamanów i oni potrafią szerzyć zło. Prawda jest taka, że są silni i wielcy, ale dużego łatwiej trafić. Widziałem jak umierają. Ich krew jest tak samo czerwona jak wasza. Tak poważnie jednak, to co panów skłoniło do zaciągnięcia się do oddziału Sinestera?
- U mnie to była całkiem prosta sprawa - zaczął Mirko. - Na południu zaczęła się susza i ciężko było wyżyć. Ojciec miał ósemkę dzieci. Ja byłem najmłodszy, więc mogłem zostać albo księdzem albo żołnierzem. Wojen ostatnio nie było, a mnie do księdzowego życia daleko. Kobitki bardzo mnie ciągną i w celibacie bym nie wytrzymał. Ojciec już trzy razy mnie do klasztoru wysyłał żebym nauki zaczął, ale za każdym razem jakoś się wywijałem. Tym razem powiedział, że albo pójdę, albo on mnie z domu wyrzuci. Mam dopiero 19 lat i nie chciałem marnować życia w kościele. Jak tylko usłyszałem, że Król Sinester zbiera wojów żeby na dzikich ruszyć to od razu powiedziałem ojcu, że jednak żołnierzem zostanę. Spakowałem wszystko co miałem i ruszyłem na północ. Tor, a ty skąd się tutaj wziąłeś?
- U mnie to było tak, że tatko miał gospodarstwo, bardzo małe, ale część musielim państwu oddawać. Zawsze brakowało na zimę. Ciężko było później, bo mama zmarła, a ja sam zostałem z tatem. Miałem braci i sióstr dużo, ale wszystko umierało za dziecka. Ja wyrosłem jedyny i całe gospodarstwo od małego na mojej głowie było. Tatko tylko mówił co trza robić, a ja żem robił. Jak konia nie było to sam chodziłem z pługiem. Potem, jakieś pół roku do tyłu, tatko umarł też. Sam zostałem w tej mojej chatce. Żony chciałem poszukać, ale ja okropnie nieśmiały jestem i żadna mnie z takim majątkiem nie chciała. Nie wiedziałem co robić. Kiedyś przyjechał do mnie właściciel Wegen, Margrabia, powiedział, że Król szykuje armię na pogan i że trzeba ją wspomóc. Powiedział, że weźmie ode mnie ten mój kawałek ziemi, a za to da mi monety żebym na miejsce dotarł. Powiedział, że jak wrócę i na wojnie się spiszę to dostanę dwa razy taką działkę i drewno na nowy dom. Zgodziłem się od razu, ale teraz żałuję.
- Dlaczego? - zapytał Mirko.
- Ja silny może i jestem, ale bić się nie lubię. Jak te stwory na nas wyjdą to się boję, że ucieknę. Bojaźliwy jestem strasznie i pewnie żołnierz też ze mnie żaden. Ja wolę robić niż myśleć i to mi się teraz odbije, odbije mi się panowie.
- Może nie będzie tak źle, Tor - powiedział Mirko. - Armia będzie duża i może nawet nie będziesz musiał stawać do boju.
- Gadanie - mruknął Kilian. - Taki wielki chłop to w pierwszej linii będzie stał.
- A ty Kilianie? Czemu siedzisz tu z nami? - Mirko zapytał bez cienia strachu.
- Jak mówiłem moja historia jest długa, ale i tak nic lepszego do roboty nie mamy. Nazywam się Kilian von Soneden. Pochodzę z Soneden i jestem młodszym synem tamtejszego księcia. Dostałem nazwisko, ale księstwa nigdy nie dostanę, bo mój starszy brat nakłamał ojcu na mój temat. Ten mu wierzy w każde słowo i zostałem wyklęty z rodziny. Nie jestem już teraz nawet szlachcicem.
- A co o tobie opowiedział? - Tor zapytał zaciekawiony.
- Powiedział, że ja wraz z kilkoma innymi młodszymi braćmi z sąsiedztwa próbowaliśmy otruć starszych braci żeby zgarnąć majątki dla siebie. To oczywiście nie prawda, ale ojciec mu uwierzył. Ja zwyczajnie chciałem zostać żołnierzem, nie w głowie mi siedzenie na zamku i rządzenie. Przygody, walka, sława i kobiety to jest coś czego potrzebuję. A nasz milczący kompan Lars? Jaka jest twoja historia?
- Nie mam zamiaru o tym mówić - mruknął.
Klinga srebrnego sztyletu błysnęła w płomieniach ognia i znalazła się przy szyi Larsa. Kilian rzucił się na niego w mgnieniu oka.
- Coś jesteś za bardzo tajemniczy - syknął. - Nie ufam ci, a to nie dobrze jeśli mamy spędzić noc przy jednym ognisku.
- Tnij, a oddasz mi wielką przysługę - Lars odparł bezbarwnie.
- Zostaw go Kilian! - Mirko wtrącił się. - A ty, Lars, powiedz nam co ci leży na żołądku.
- Niech wam będzie, ale spać spokojnie po tym nie będziecie - westchnął. - Moja historia jest całkiem zwyczajna. Pochodzę z Baden i nie byłem nikim konkretnym. Raczej chodziłem całe dnie przygnębiony, nie miałem ochoty do życia i wtedy pojawiła się ona. Wysoka, długie blond włosy, cudownie piękna, a do tego wspaniała osobowość. Nie będę się rozgadywał, ale tylko przy niej byłem szczęśliwy. Kiedy jej nie widziałem nie miałem ochoty wstawać z posłania. Przez długi czas było nam bardzo dobrze, ale pewnego dnia coś się wydarzyło. Wyjechała i już do mnie nie wróciła. Dlatego jestem tutaj i idę na wojnę z tymi wielkimi bestiami. Jestem zbyt dużym tchórzem żeby popełnić samobójstwo, a żyć dalej nie chcę i nie mam po co. Wiem, że nigdy nikogo nie pokocham tak jak jej, więc wolę umrzeć niż cierpieć nadal i jeszcze ranić inne damy. Pomyślałem, że warto stracić to nędzne życie walcząc o coś dobrego. Dlatego się nie odzywam, dlatego nie jem, dlatego jestem kim jestem. Ja już właściwie nie żyję. Ona wyjeżdżając zabrała ze sobą moją duszę.

   Cisza zapadła nad lasem. Nawet wilki umilkły przerażone tym jak łatwo zniszczyć wielkiego mężczyznę. Tego wieczora ta czwórka już nie rozmawiała. Poszli spać, choć spać nie mogli. Lars objął wartę. Snu również nie potrzebował. Nie istniało nic co miałoby dla niego jakąś wartość. Nie mógł się doczekać kiedy stanie oko w oko z całą hordą olbrzymich barbarzyńców i zazna spokoju rozszarpywany przez ich zardzewiałe, pokrzywione topory. Marzył o chwili kiedy myśli nie będą już palić, kiedy pustka nie będzie niszczyć, kiedy oddech nie będzie palił, kiedy samotność przestanie go zabijać. Jego usta nie drgnęły nawet w uśmiechu, ale w głębi duszy był pewny i cieszył się na śmierć. Wiedział, że tylko ona da mu ukojenie. Tylko ona (śmierć) albo ona.

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Świt_Zmierzchu)

4/04/2015

Wesołych Świąt Wielkanocnych!

Szanowni Czytelnicy,

nie będę się za dużo rozpisywał, ale chciałem życzyć Wam wszystkim spokojnych, rodzinnych, wesołych i pogodnych (to znaczy ciepłych i słonecznych) Świąt Wielkiej Nocy. Życzę Wam również mokrego dyngusa, mam nadzieję, że będzie można się lać wodą, a nie rzucać śnieżkami.

Jeśli nie jesteście zbyt wierzący i sprawy duchowe w te święta mają dla Was drugorzędne znaczenie to życzę Wam spokoju, dobrego jedzenia i fajnej atmosfery przy rodzinnym stole oraz chwili wytchnienia od pracy czy szkoły.

Wesołych!
Kamil Bednarek