Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

5/30/2016

Największy sukces w historii polskich klubów!

Szanowni czytelnicy,

ten, kto dłużej śledzi moje wpisy, wie, że czasem piszę też coś dotyczącego sportu. Teraz już mniej z racji tego, że wszystkie sportowe relacje zamieszczam na portalu kibicujenaszym.pl, ale o takim wydarzeniu, nie do końca od strony sportowej, muszę napisać tutaj.

O czym mowa? Myślę, że wszyscy wiedzą! O wielkim sukcesie, największym w historii sukcesie polskiego klubu, czyli o zwycięstwie VIVE Tauron Kielce w finale Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych. Bez zastanowienia mogę stwierdzić, że jest to największy sukces polskiego klubu w jakiejkolwiek dyscyplinie. Samo zwycięstwo w Lidze Mistrzów to ogromny triumf, ale styl w jakim Vive to zrobiło na pewno przejdzie do historii.

Jak ten mecz się toczył myślę, że już wszyscy wiedzą, ale w skrócie przypomnę. Od początku to drużyna Vesprem (Węgry) prowadziła w meczu, gra Vive wyglądała tragicznie, nic się nie kleiło ani w obronie, ani w ataku. Przeciwnicy powiększali przewagę, aż w pewnym momencie, na kwadrans przed końcem, urosła do dziewięciu bramek. Nie wiem czy ktoś, kto choć trochę zna się na piłce ręcznej, wierzył w to, że odrobienie takich strat, w takim meczu, o takie trofeum jest możliwe. Ale jeśli coś wydaje się niemożliwe to trzeba to dać do zrobienia Polakom i tak to wyglądało. Vesprem nagle stanęło, nie potrafiło rzucić gola, obrona zaczęła grać świetnie, Sławek Szmal w bramce też zaczął grać świetnie, a atak wrócił do normy. Chłopaki zaczęli grać jak natchnieni i mogli nawet ten mecz wygrać w regulaminowym czasie, ale to by nie było tak monumentalne i historyczne osiągnięcie. Krzysztof Lijewski rzucił gola w ostatnich sekundach i mieliśmy dogrywkę. W dogrywce też Vive mogło wygrać, ale nie, nie chciało. Wolało porzucać karne, które w meczu niezbyt im wychodziły. No i wreszcie, po dobrych rzutach i jeszcze lepszych obronach bramkarzy, kielecka drużyna mogła oszaleć z radości.

(fotografia z fb.com/kielcehandball, autorem Patryk Ptak)



Teraz przejdę do sedna tego wpisu. Ja jestem kibicem z rodzaju tych, którzy mówią zawodnikom co mają robić, krzyczą na sędziów, biegają po mieszkaniu, drą się wniebogłosy, przeżywają każdy ważniejszy mecz. Tym razem też tak było, ale chęci kibicowania umierały z każdą minutą, a zmieniały się w zarzuty. Zamiast "jeeeeeeeeeest!" było "a idź pan z takim rzutem, jak oni grają". I to nawet nie chodziło o januszowe podejście, że jak przegrywają to besztamy, tak naprawdę grali. Pisałem relację z tego meczu, wiec na spokojnie sobie wszystko opisywałem.
Aż tu nagle Vesprem stanęło, a Vive zaczęło rzucać. Odrobiło dwie bramki i komentatorzy zaczęli już mówić o dogrywce i karnych, byłem sceptyczny, ale z minuty na minutę to się zmieniało. Oglądałem mecz na stojąco, siadałem tylko po to by napisać kolejną linijkę. Poziom zdenerwowania rósł, emocje przejmowały kontrolę. Robiłem literówki, bo ręce mi się trzęsły. Jak wyrównali to sąsiedzi z bloku obok słyszeli, jak Julen rzucił ostatniego karnego też słyszeli, ale ze trzy bloki dalej. Potem usiadłem i czułem wielką dumę z drużyny, której kibicuję od kiedy zacząłem oglądać piłkę ręczną. Ogromna radość, jakbym tam grał razem z nimi. Dla takich chwil właśnie człowiek ogląda sport, żyje sportem, mimo siwych włosów, zdartego gardła i zszarganych nerwów. Dziękuję!

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

5/15/2016

Eurowizja - konkurs czy polityka?



 Szanowni Czytelnicy,
pozwoliłem sobie popełnić taki tekst, ale dla urozmaicenia w przerwach między akapitami dałem najlepsze, moim zdaniem, piosenki z Eurowizji z ostatnich lat.

Eurowizja - konkurs czy polityka?

Wczoraj miał miejsce finał 61. Konkursu Piosenki Eurowizji. Ja oglądam ten festiwal od dokładnie dwanaście lat. Pierwszy konkurs obejrzałem w roku 2004, gdzie również wygrała piosenka z Ukrainy wykonywana przez Ruslana pod tytułem „Wild Dances”. 

 

Dlaczego o tym wspominam? Bo tegoroczne zwycięstwo ukraińskiej piosenki jakby spięło klamrą moją przygodę z tym konkursem. Jako dzieciaka bardziej mnie intrygowało rozdawanie głosów w ten charakterystyczny dla Eurowizji system, ale potem zacząłem bardziej interesować się muzyką samą w sobie, analizowałem te utwory jeszcze przed konkursem, kiedy już były dostępne w internecie i wybierałem swoich faworytów. Fakt, że nie zawsze się to pokrywało z ostatecznymi wynikami zupełnie mnie nie dziwił. W pewnym jednak momencie coś mi zaczęło świtać. Coś mi nie grało z tymi wynikami. Za sprawą Donatana szersze grono odbiorców dowiedziało się jak wygląda sprawa podziału głosów. Otóż „profesjonalne” jury i telewidzowie mają po połowie głosów. Gdy te głosy się dzieli okazuje się, że według widzów wygrywają najlepsze, najciekawsze, najbardziej zaskakujące propozycje, a według „jury” wygrywa ten kto ma wygrać. Nie będę się tutaj rozpisywał nad teorią spiskową w konkursie muzycznym, bo nie ma czegoś takiego. Chodzi wyłącznie o politykę i sympatie. 



Od dawna było tak, że Bałkany głosują na siebie, Skandynawia na siebie, Europa zachodnia również dzieliła się punktami tylko na reprezentantów Polski jakoś nikt nie głosował. Miejsce podbijały jednie głosy polonii obecnej na całym kontynencie. European Broadcast Union (EBU) wpadło na pomysł żeby zarobić więcej kasy i wprowadzić do konkursu Australię. Jest to konkurs Eurowizji przypominam, a Australia jakby nie patrzeć od Europy jest daleko. Została więc członkiem EBU, bo członkowie mogą brać udział. Obchodzenie przepisów godne naśladowania. No i w tym roku Australijczycy wystawili piosenkę, która pod kątem aranżacji, melodii, przygotowania zmiotła Europejską konkurencję, zbliżając się bardziej do gościa specjalnego Justina Timberlake’a niż do reszty stawki. Niestety Europa, a bardziej to mega super hiper profesjonalne jury w większości krajów postanowiło zagłosować politycznie. Sympatia sympatią, do tego już się przyzwyczailiśmy w tym konkursie, więc głosy po sąsiedzku nikogo nie raziły, ale raziło to, że Ukraina zgarniała duże zdobycze od jurorów, a Rosja nie dostawała zbyt wiele. Wśród telewidzów Rosja wygrała a Ukraina była druga. Niestety słabe noty od jurorów sprawiły, że wybór telewidzów nie miał znaczenia i zwyciężyła Jamala z piosenką 1944, która jest polityczna, bo opowiada o wysiedleniu Tatarów, a sam konkurs został powołany właśnie po to by Europę po wojnie zjednoczyć, a nie dolewać oliwy do ognia takimi piosenkami. 



Piosenka to kwestia gustu, ale są pewne czynniki, które pozwalają to przeanalizować i piosenka Jamali ma jeden moment, w którym faktycznie mogą pojawić się ciarki, ale oprócz tego nie porywa. Ma przesłanie, czy zgodne z regulaminem tego się nie podejmuję ocenić, ale nie była najlepsza. Szwecja, która organizowała finał, zmieniła formę pokazywania głosów. Najpierw pokazano głosy jury, łącząc się z przedstawicielami telewizji w krajach, a potem w jakiś dziwny, sumaryczny sposób, pokazano to co najważniejsze, czyli głosy telewidzów. System ten uświadomił mi jak bardzo jury, ze swoją połową głosów, źle wpływa na ten konkurs. Miał Szpak dostał od nich 7!! punktów, a od widzów 222 i zajął miejsce trzecie w głosowaniu telewidzów. Jak wielka to jest różnica to widać od razu, skąd ona się wzięła? Z braku słuchu jurorów (którzy głosowali na dużo słabsze propozycje) czy z braku sympatii dla Polski?



Nic już nie poradzę na to, że wygrała Ukraina, którą obstawiałem zdecydowanie w ogonie stawki. Mam tylko nadzieję, że zorganizują konkurs u siebie (może Krym albo Donbas? mogłoby być wybuchowo) bez pożyczek i na jakimś sensownym poziomie. A jakie jest wasze zdanie na temat tegorocznych wyników i tego cyrku, który od niedawna dzieje się w konkursach?




Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

Bonusy:
Tegoroczny zwycięzca:

Najlepsza propozycja Ukrainy w historii!

4/23/2016

Życie boli #8 - Jak to jest z tymi facetami?

Szanowni Czytelnicy,

wczoraj siedząc w domu z kolanem obłożonym maścią i zimnym okładem skakałem po kanałach telewizyjnych (bo przecież po co pisać magisterkę?) i trafiłem na odcinek tefałenowskiego serialu Szpital. Uwaga! Teraz będą spoilery, jakby ktoś nie widział tego odcinka, a bardzo chciał obejrzeć z pełnymi emocjami to niech nie czyta!

Dziewczyna z chłopakiem byli ofiarami wypadku samochodowego i tenże chłopak stracił pamięć. Wykorzystała to młodsza siostra dziewczyny, która w chłopaku się kochała i wmówiła mu, że to ona jest jego dziewczyną. Porywająca fabuła nie? Ale mniejsza z tym, dziewczyna zapytała siostry czy ta uważa, że faceci to rzeczy, które można sobie pożyczać. No i to zdanie wprawiło w ruch procesy myślowe w moim umyśle, rozpoczęła się gonitwa myśli i TAK! Eureka! Banzaj! Geronimo! (i jeszcze kilka zagranicznych słów)!

Jakby się tak zastanowić nad tym głębiej to ciężko by było znaleźć faceta, który by protestował przed takim traktowaniem. W końcu jeśli obie siostry byłby ładne... Dobra, rozmarzyłem się. Zmierzam do tego, że żaden facet nie miałbym pretensji gdyby kobieta chciała go traktować przedmiotowo. Co przez to rozumiem? Kojarzycie kota w domu? Łazi gdzie chce, robi co chce, a ta go karmi i się z nim bawi. Kot nie musi sprzątać, pomagać w gotowaniu, zmywać, opuszczać deski, zbierać ubrań z podłogi, odpowiadać kiedy ona mówi. No i teraz się zastanówmy czy byłoby źle gdyby facet nie miał żadnych obowiązków, a ona by go karmiła i jeszcze się z nim bawiła (if you know what I mean)? Według mnie faceci byliby przeszczęśliwi! W dodatku co robią koleżanki jak przychodzą do dziewczyny, która takiego kota ma? Zachwycają się i też się chcą z nim bawić! Tak! I wtedy marzenia faceta byłyby spełnione, pewnie wielokrotnie... Dla nas to byłby raj, kiedy byśmy mieli wszystko podane na tacy, a w zamian za to niczego by kobiety od nas nie chciały, bo to że chcą to raczej nas drażni, nawet jak tego nie pokazujemy. A Wy co o tym sądzicie? Tyle na dzisiaj ode mnie!

To oczywiście był tekst humorystyczny, zaznaczę to żeby mi się tu feministki nie zbiegły, bo ten blog nie jest taki duży żeby je pomieścić ;)

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

3/26/2016

Życie boli #7 - Wielkanoc, chrzest i propaganda

Szanowni Czytelnicy,

dzisiaj miały pojawić się tylko życzenia wielkanocne, tak tradycyjnie, ale wczoraj i dzisiaj widziałem tyle dziwnych rzeczy, że muszę się nimi z Wami podzielić. Jak kogoś to nie interesuje to życzenia ma na końcu.

Zacznę od tego co przydarzyło się dzisiaj, czyli w tak zwaną Wielką Sobotę. W ten dzień przypada mi coroczna wizyta w przybytku zwanym kościołem. Tak, jestem niewierzący i tak idę z tym cholernym koszyczkiem, to nie jest mój wymysł, po prostu robię za kierowcę i staram się unikać konfliktów z mamą. Dzięki tej jednej wizycie mam spokój na resztę roku. Nawet nie słyszę o jakimkolwiek kościele, więc dobry deal. No i podjeżdżam pod kościół, a tam stoiska z zabawkami, balonikami, obwarzankami, watą cukrową i jeszcze mnóstwem innego badziewia. Myślę, sobie, że zaczęło się nieźle, zobaczymy co będzie dalej. Przekraczam drzwi kościoła, staję sobie z tyłu i widzę coś co mnie zszokowało. Jak to w świątyniach bywa na ścianach zawieszone są obrazy stacji drogi krzyżowej, spoko, ale pod tymi obrazkami zawieszone plakaty ze zdjęciami płodów, zarodków i tego typu obiektów, nawołujące do zaniechania in vitro, aborcji, eutanazji, wszystkiego co jest wbrew doktrynie kościoła. Świetna propaganda! Ja wiem, że dzieci proboszcza są poczęte naturalną metodą, ale nawoływać do potępienia tego, że ktoś chce mieć dziecko, a nie może tego zrobić naturalnie, jest mało chrześcijańskie, nie ma absolutnie nic wspólnego z miłosierdziem, które głosił bohater tych świąt, Jezus. W dodatku jeszcze zilustrować to wszystko obrazami płodów? Przecież, do jasnej cholery, do kościoła przychodzą też dzieci. Nie jest to najprzyjemniejszy widok przecież. Wiem, że kler, że katole i współczesna władza lubią sobie taką propagandą zarzucić i gdyby to było w jakiś gazetkach parafialnych, dla tych najbardziej utopionych w wierze, którzy i tak mają klapki na oczach, to bym się nie przejął. Jednak rzucanie tymi hasłami w oczy każdego kto wejdzie do świątyni to już przeginka. Taka propaganda kojarzy mi się z czasami II Wojny Światowej, gdzie III Rzesza i ZSRR obrzucały swoich obywateli tak drastycznymi zdjęciami i plakatami i robili to tak często i tak agresywnie, że ludzie nie mieli czasu się nawet zastanowić czy to prawda, czy mają racje, czy może jednak jest w tym jakiś haczyk. Tutaj widzę dokładnie to samo.

Druga sprawa jaką chciałem poruszyć to obchody 1050 rocznicy chrztu Polski. Oczywiście znam historię i to dosyć dobrze, więc nie o tym będę pisał, nie tego się czepiał. Chodzi mi o same te obchody. Jeśli dobrze pamiętam to na tysiąclecie chrztu wybudowano tysiąc szkół. W 1966 roku obchodzony "Tysiąclecie Państwa Polskiego" z wiadomych przyczyn nie mogło mieć to wiele wspólnego z chrztem, ale chodziło o to samo. Wtedy obchody były naprawdę huczne, a teraz? Oczywiście propagandowe przemówienia Marioprezydenta (połączenie marionetki i prezydenta) oraz Prezesa wszystkich prezesów, okolicznościowy banknot dwudziestozłotowy... Serio? Podobno najważniejsze wydarzenie w historii Polski zasługuje tylko na dwie dychy? Przecież to nawet na lepszą flaszkę nie wystarczy. A właśnie taka flaszka i to nie jedna byłaby potrzebna żeby przebrnąć przez trzeci hit promujący tę uroczystość. Teledysk zespołu Anno Domini do piosenki pod tytułem Chrzest Polski 966. W sumie powinienem tutaj wstawić link żebyście mogli sobie obejrzeć, ale nie jestem sadystą. Jak ktoś ma potrzeby masochistyczne to sobie wyszuka w google. Ja wiem, że te chrześcijańskie rytmy w Polsce to nie gospel z USA, ale to była rzeźnia. Rzeźnia dźwięków, poczucia estetyki, nawet tej w sumie fajnej rocznicy. Jeśli to mnie miało zachęcić do udziału w obchodach to mnie zniechęciło i to ostatecznie. Oglądałem to na trzy razy i myślę, że CIA może spokojnie dorzucić ten hit do swojej listy piosenek do tortur. To tyle na dziś.

Życzę Wam dużo spokoju, słońca, relaksu, żeby rodzina Was nie denerwowała, żebyście się nie przeżarli i nie zanudzili. Wesołego dyngusa i mokrego jajka!

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

3/09/2016

Opowiadanie #11 - Legenda o duszy z kamienia cz. 2

Szanowni Czytelnicy,

wstawiam drugą część opowiadania w środku tygodnia, ale wpadło tyle wyświetleń ile chciałem, więc zasłużyliście. Dla tych, którzy nie czytali jeszcze pierwszej części podrzucam link poniżej. A wszystkich zapraszam do lektury ;)

Legenda o sercu z kamienia cz. 1

 Legenda o duszy z kamienia cz.1



               - Widzę, że bardzo pan smutny, w takim razie może dotrzymam towarzystwa rozmową? - powiedział.
- Proszę… - odpowiedziałem beznamiętnie.
- Oho! Widzę, że kobieta - zaśmiał się delikatnie. - Wie pan, będą następne.
- Takiej jak ta nie będzie - odparłem i już miałem się zbierać, bo koleś był wybitnie irytujący.
- Czyli miłość życia… - nagle spoważniał. - W takim razie rozumiem co pana trapi. Nie będę pana pocieszał.
- Dobre i to.
- Widzę, że jest pan jeszcze młody, ale łatwo po panu zauważyć, że to była miłość życia. Nazywam się Peter Gloom i jestem pastorem Kościoła Miłości.
-Nie jarają mnie sekty - od razu odparłem żeby nie gadał dalej.
- Nie o to mi chodzi. Chciałem tylko panu powiedzieć co odkryliśmy. Badaliśmy wraz z innymi członkami Kościoła przypadki miłości na przestrzeni dziejów, które doprowadziły do śmierci jednego czy obydwojga kochanków. Staraliśmy się znaleźć informacje o tym co się stało z tymi, którzy przeżyli.
- Teoria oparta na bajkach - sceptycznie rzucił Fred.
- Dokładnie to samo mu powiedziałem, ale on nie zraził się tym i mówił dalej.
- Doszliśmy do wniosku, że Bóg w dziele stworzenia rzeczywiście wyznaczył każdemu z ludzi drugą połowę. Bratnią duszę, z którą te osoby powinny spędzić życie. Traf chciał jednak, że Szatan dowiedział się o tym i zmienił boski plan. Stanęło na tym, że każdy miał swoją połówkę, ale każdy inną. Załóżmy, że moją połówką jest moja żona, ale jej połówką jest pan, z kolei ja jestem połówką angielskiej królowej.
- Wiesz, Fred, jakie ja mam podejście do wszelkich sekt, religii i tego wszystkiego. Więc jakby od razy mój mózg się wyłączył. Rejestrowałem jednak nadal to co on mówił.
- Wie pan, jeśli dusze dobrze się dobiorą, bo tak też się zdarza, są najszczęśliwsze. Jeśli źle to ktoś z pary jest nieszczęśliwy. Jednak jeśli dusza znajdzie swoją połowę, a ta połową ją odtrąci to mamy wielki kłopot. Taka dusza zmienia się wtedy w kamień. Wewnątrz jest pusta, ale nie jest już sobą, nie będzie w stanie pokochać nikogo tak jak tę jedyną. Dlatego wierzę w miłość życia i w legendę o duszy z kamienia. Ci którzy żyją, są w stanie dać ciepło, ale nie tak wielką miłość. Nie wskoczą za nikim innym w ogień, mówiąc obrazowo, ale większość, czując ciężar tego kamienia i wewnętrzną pustkę postanawia umrzeć.

                - Powiedziałem mu, że nie jestem zainteresowany tymi bredniami i dosiadłem się do jednej dziewczyny - kontynuował Martin. - Kiedy w nocy leżałem obok niej nie mogąc zasnąć przypomniało mi się to wszystko co on mówił i postanowiłem to sprawdzić samemu. Kończyłem wtedy studia i nie był to najlepszy moment na szukanie wiatru w polu, ale czułem, że musiałem tak zrobić.
- Inaczej nic nie miało sensu… - wnuk ponownie dokończył myśl dziadka.
- Wyszedłem od niej w środku nocy zastanawiając się nad tym czy coś takiego jest w ogóle możliwe. Nawet nie wierząc w żadne religie przekonałem się, że ludzie mają różne charaktery, które biorą się nie tylko z wychowania i połączenia genów, ale również z tego czegoś, co większość nazywa duszą. Pozostańmy zatem przy tej nazwie, dla ułatwienia. Braterstwo dusz, czyli więź między ludźmi, którzy mają podobne charaktery i dobrze się dogadują, już widziałem. Nie sądziłem jednak, że zerwanie takiej więzi może mieć aż takie konsekwencje. Wiedziałem też wtedy, że sektom nie można wierzyć. Równie dobrze mógł wykorzystać temat żeby mi coś wbić go głowy i pozyskać nowego członka. Postanowiłem, że nie będę się z tym facetem kontaktował w żaden sposób i wszystko zrobię od początku do końca na własną rękę. Zacząłem od analizy wszystkich książek, w których pojawiał się taki motyw. Trochę tego było, znaczna większość okazała się po prostu zwykła literacką fikcją, jaką sam stosowałem, i nie była nawet luźno wsparta historią, która miała miejsce. Nie mogłem znaleźć punktu zaczepienia, w którym mógłbym zacząć prawdziwe poszukiwania odpowiedzi na to pytanie. Wiedziałem tylko tyle, że jest mi źle, właśnie na duszy, że bez niej życie jest tragicznie smutne i nie warto żyć. Dlatego chciałem się dowiedzieć czy to zawsze tak wygląda czy faktycznie straciłem jedyną szansę na prawdziwą miłość.
- No i czego się dowiedziałeś? - zapytał zaciekawiony Fred.
- Okazało się, że oprócz wielu utworów opartych na fantazji autorów znalazłem kilka, które były wzorowane na autentycznych historiach. Pierwszym tropem była historia z Werony. Nie, nie ta o Romeo i Julii. Zupełnie nieznany autor spisał na początku dwudziestego wieku opowieść o mężczyźnie, który po stracie ukochanej żony wstąpił do zakonu. Pojechałem na miejsce i postarałem się odnaleźć ten zakon. Nie było to takie proste jakby się mogło wydawać. Sam budynek zakonu stanowiło tylko kilka niewielkich, starych domków z kamienia.
- Nigdy nie słyszałem o jakimś zakonie w Weronie.
- Podejrzewam, że niewiele osób słyszało. W tej chwili, w której tam byłem, przebywało tam tylko pięć osób i to nie najmłodszych. Drugą najtrudniejszą sprawą była rozmowa z nimi. Włoski jeszcze wtedy nie był moją najmocniejszą stroną, ale nie o to chodzi. To zakon, który nawet nie jest specjalnie religijny. W zasadzie nie ma znaczenia wyznawana religia. Po prostu złożyli śluby milczenia i życia w całkowitej abstynencji. Zero alkoholu, papierosów, narkotyków, kobiet, a nawet mięsa. Nie było tam muzyki, a w ich celach było tylko kamienne podwyższenie i wiadro. Nic więcej. Nie chcieli ze mną rozmawiać przez te śluby milczenia. Wyjaśniłem przeorowi tego zakonu kogo szukam i w jakiej sprawie. Nie powiedział nic, po prostu zaprowadził mnie do celi. Tam, na kamiennym podwyższeniu leżały zasuszone szczątki tego człowieka. Otworzył mi drzwi do pomieszczenia i sobie poszedł.
- Zostawił cię ze zwłokami?
- Tak, też byłem w ciężkim szoku. Już w tamtych czasach ciężko było mnie czymś zaskoczyć, ale jemu się udało. Wszedłem do celi i zacząłem się rozglądać. Znalazłem to czego szukałem niemal natychmiast. Na ziemi, obok szkieletu leżał narysowany portret dziewczyny i zapiski tego człowieka. Wziąłem to i zapytałem przeora czy mogę zabrać, bo prawdę mówiąc nie rozumiałem co w nich jest napisane, nie powiedział nic, tylko zacisnął moją dłoń na pożółkłych kartkach.
- Mogę je zobaczyć? - Fred poderwał się z krzesła.
- Cierpliwości - uśmiechnął się ciepło Martin. - Pokażę ci wszystko jak opowiem całą historię. Z Włoch wróciłem do kraju i zająłem się studiowaniem tych tekstów. Dowiedziałem się z nich, że człowiek, który stracił ukochaną nazywał się Marcello i wstąpił do zakonu mając lat pięćdziesiąt sześć, a umarł równo trzydzieści lat później. Jego ukochana, która była dla niego całym światem, zmarła na tyfus. Nie potrafił już pokochać żadnej kobiety przez ponad trzydzieści lat. Był w innych związkach, ale jak sam to opisał „dawał im wszystko, oprócz gorącej miłości”. To w zasadzie wszystko czego się dowiedziałem od Marcello, ale dał mi jeszcze jeden ważny trop. Sam też chciał się dowiedzieć skąd wzięła się tak wielka i ciężka pustka w jego wnętrzu i ten brak zdolności do wyższych uczuć. Szukał odpowiedzi w religii, ale tam nic o tym nie znalazł. To wykluczyło z kręgu poszukiwań ogromny materiał.
- Wszystkie religie?
- Zgadza się. Zanim wybrał się do zakonu nie chcąc ranić innych kobiet, zapoznał się ze wszystkimi znanymi religiami. Przeszukał je pod kontem odpowiedzi na ten brak empatii i depresję. Dowiedział się tylko, że ból z czasem zanika. U niego tak się nie stało.
- No i co zrobiłeś dalej? - Fred siedział na krawędzi fotela wpatrując się w dziadka.
- Dalej musiałem udać się na wschód. Do Rosji. Tam jeden z carskich twórców wspominał o bezkresnym żalu dziewczyny po tym jak władca odrzucił jej umizgi. Dziewczyna oszalała, jak pisał, i została starą panną. Ciężko było zdobyć informacje, bo to działo się dawno temu, ale na szczęście wieś, w której historia się wydarzyła, stała nadal. I jak to w Rosji bywa, nie zmieniła się aż tak bardzo. Rosyjski na szczęście trochę znałem i dogadałem się z nimi w miarę sprawnie. Dziewczyna tak naprawdę nie oszalała, tylko nie chciała innych mężczyzn, zamieszkała sama poza wioską w małej chatce. Zajmowała się wyłącznie zwierzętami i popełniła samobójstwo po tym jak grupa pijanych wieśniaków spaliła jej obórkę i ją zgwałciła.
- Alkohol…
- Tak. W każdym razie odrzucenie sprawiło, że zapadła się w rozpacz i została sama na świecie. W książce opisane było to w dość realny i prawdopodobny sposób, ale nie miałem jak tego zweryfikować. Jeździłem tak po wielu krajach. Nieraz bywały to ślepe uliczki i moja wizyta nic nie dawała. Pieniądze się skończyły i musiałem wstrzymać poszukiwania. Rozstawiłem wszystko co miałem, zrobiłem z tego bardzo dokładną mapę myśli i analizowałem długimi godzinami. Dopiero po latach, kiedy miałem na tyle stabilną sytuację finansową żeby te podróże nie sprowadziły na mnie bankructwa, ruszyłem w dalszą drogę. Oczywiście w międzyczasie szukałem rozwiązania w bibliotekach.
- Nie straciłeś zapału?
- Znasz mnie i znasz siebie - Martin uśmiechnął się. - Zacząłem, więc musiałem dokończyć. Zabrnąłem w to zbyt daleko. Okazało się, że w każdym stuleciu było kilka tekstów, które wskazywały na takie, nazwijmy to, schorzenie. Cofałem się wzdłuż linii czasu. Momentami błądziłem, bo nie dało się odnaleźć źródeł potwierdzających te historie, ale wreszcie natrafiłem na najciekawszy trop. Od razu ci powiem, Freddy, że to co odkryłem nie może być uważane za naukową teorię. To jest coś w stylu bardziej religii, możesz w to uwierzyć lub nie, nie jestem w stanie udowodnić z całą pewnością, że mam rację. Ostatnim miejscem, które odwiedziłem była Islandia. Na północny - wschód od Husavik znalazłem to czego szukałem. Mała rybacka wioska, w której potwierdziło się to co przewijało się przez stulecia. To co teraz usłyszysz jest legendą, którą powtarzali sobie w tej wiosce od pokoleń. W każdej legendzie jest ziarno prawdy, nie wiemy jednak jak bardzo to ziarno wyewoluowało po drodze. Trzeba było zatem dokonać analizy tej legendy i wyłuskania z niej tylko tego co najważniejsze.
- Rozumiem, że to już zrobiłeś? - zapytał Fred.
- Tak, ale też nie do końca. Analizowałem ją codziennie przez lata i nadal nie wiem czy mam rację, więc porównam to z twoją opinią.
- Dobrze, opowiedz teraz.
- Wszystko rozbija się o pokrewieństwo dusz, ale nie w tym przyziemnym stopniu, w którym chodzi o dobre dogadywanie się, wspólne pasje i inne tego typu kwestie. To zupełnie inne pokrewieństwo dusz, właśnie to się ujawnia kiedy się zakochujemy. Wtedy widzimy tę osobę jak bóstwo. Nawet jeśli poznamy jakąś jej wadę to zupełnie nam nie przeszkadza, a wydawać by się mogło, że tak nie może być w normalnej sytuacji. Nienawidzisz dymu papierosowego, a jak ona pali zupełnie ci to nie wadzi, nie cierpisz tańczyć, ale z nią mógłbyś tańczyć całą noc, nie znosi spacerów, ale obok niej mógłbyś iść na koniec świata. Wytwarza się jakaś metafizyczna więź, która sprawa, że twoje życie przestaje istnieć, a stwarza się wasze życie. No i kiedy wasze życie umiera, wtedy ty też. Co ważniejsze, z tego wynika, że nie jest potrzebna wzajemność. Może być to całkowicie jednostronna reakcja, o której druga osoba może nawet nie wiedzieć. Jeśli te dwie osoby stworzą taką więź między sobą, znajdą to pokrewieństwo, odnajdą swoje odbicie w drugiej osobie wtedy będą żyły przez długie lata razem, w szczęściu. Widziałeś pewnie takie pary staruszków, którzy siedzą na ławce i trzymają się za ręce. Właśnie o tym mowa.
- Rozumiem to, a teraz opowiedz legendę żebym mógł to zinterpretować - Fred poprosił z bardzo poważnym wyrazem twarzy.
- Wszystko zaczęło się kiedy pierwsze ludzkie cywilizacje dopiero zasiedlały ziemię. Młody i silny drwal wybrał się po drewno do pobliskiego lasu. Był piękny, letni poranek. Rosa pokrywała leśne poszycie. Chłopak z siekiera wszedł między gęsty las i wybierając drzewo, które chciał wyciąć trafił na polanę. Wystraszył się tym co zobaczył i skrył się w krzakach. Widok jednak był tak niespodziewany, że wychylił się i podziwiał dalej. Na polanie tańczyła dziewczyna. Miała długie, jasne włosy, była oszałamiająco zgrabna, poruszała się lekko i zwiewnie, a na sobie miała jedynie cieniutką suknię z materiału, który ludziom noszącym skóry nie był znany. Drwal był zachwycony do tego stopnia, że wyprostował się i upuścił siekierę. Dziewczyna spłoszyła się i wbiegła w las, a tam jakby rozpłynęła się w porannej delikatnej mgle. Był zauroczony widokiem jaki zastał na leśnej polance. Wrócił do chatki i nie mógł myśleć o niczym innym prócz pięknej nieznajomej. Dziewczyny w wiosce garnęły się do niego, on ich nie odrzucał, ale nie chciał z żadną mieszkać.
- Wtedy coś takiego było dopuszczalne? - zdziwił się wnuk.
- Nie wiem - odparł dziadek. - Jakoś musieli się mnożyć, a śmiertelność była wysoka. Nie mam pojęcia. Poza tym to tylko legenda, więc prawda mogło wyglądać trochę inaczej. W każdym razie następnego dnia, skoro świt, po nieprzespanej nocy drwal wybrał się do lasu. Ruszył prosto na polankę, na której dzień wcześniej widział tę zjawiskową piękność. Nie było jej i poczuł ogromne ukłucie w sercu. Próbował sobie wmówić, że wczoraj to była tylko wizja, że nie było jej tutaj naprawdę. Poszedł dalej i wtedy jakiś jasny punkt mignął mu między drzewami. To była ona, zatrzymali się na wprost siebie i patrzyli. On zatracił się całkiem, spotykali się codziennie. Wioska musiała znaleźć innego drwala, bo z niego pożytku już nie było. Znikał w lesie na całe dnie, wracał wieczorem z nieobecnym wzrokiem i zamykał się w swojej chatce. Po jakimś czasie okazało się, że ona jest leśną boginką i nie może związać się z człowiekiem. Nie mógł tego przyjąć do wiadomości, wyciął prawie cały las, a kiedy padał na środku polanki wycieńczony na śmierć przeklął wszystkich, którzy spotkają w życiu taką boginkę lub takiego bożka żeby umierał tak jak on i nie był szczęśliwy, a jego dusza zamieniła się w kamień.
- I ci ludzie w to wierzą?
- Ci, którzy się nieszczęśliwie zakochali, do tego szalonego stopnia, wierzą. Legendy potrafią się mocno zakorzenić w świadomości lokalnej społeczności, a to, że podobny motyw pojawia się w różnych krajach, na różnych kontynentach i w różnych kulturach tylko mnie utwierdza w tym, że coś w tym być musi.
- Uważasz, że to się wzięło od tego przekleństwa?
- Nie, nie wierzę w takie rzeczy. Chodzi mi o to, że przez wiele setek lat, na różnych kontynentach, w różnych kulturach ludzie zauważali to samo zjawisko. Uważam, że to nie może być przypadek.
- Moim zdaniem możesz mieć rację, ale to by dla mnie oznaczało nieciekawy los - zasmucił się Fred.
- A czy mój los był nieciekawy? - dziadek wyjął z kieszonki mały zamykany wisiorek. - W tym małym pudełeczku mam zamknięte zdjęcia dwóch kobiet. Tej, która mnie zabiła i tej, która mnie wskrzesiła, czyli twojej babci. Dzięki tej pierwszej stałem się tym kim jestem, chyba nie jestem najgorszym człowiekiem, mimo masy wad, które mam? Większość wiedzy, którą mam, prac, które wykonywałem, miejsc, które odwiedziłem zawdzięczam jej, bo przez nią to wszystko miało miejsce. No a jeśli chodzi o twoją babcię - zamyślił się na chwilę. - Widziałeś jak to wygląda. Gdybym ci o tym nie opowiedział nie miałbyś pojęcia jak to dokładnie wygląda. Babcia jest dla mnie kimś bardzo ważnym, była przez całe życie. To ona dawała mi motywację do życia, dbała o mnie, sprawiała, że się uśmiechałem, wytrzymywała wszystko co wymyśliłem, każdy mój gorszy humor. Tak, to prawda, że wierzę w istnienie tego powiązania dusz, tej małej złotej nici, która wypruta z umysłu sprawia, że nie może on więcej funkcjonować tak jak wcześniej, ale prawda jest taka, że na tym świat się nie musi kończyć. Bo, jak dobrze wiesz, miłość nie jest jednowymiarowa. Inaczej rodzice kochają dzieci a inaczej siebie nawzajem. Wszystko to co sobie nawzajem z babcią dawaliśmy i dajemy przez życie można nazwać miłością, chociaż nie w tym burzliwym, romantycznym znaczeniu. Ciepło, zrozumienie, przyjaźń, możliwość polegania na sobie, stabilizacja, pewność, oparcie. Te rzeczy są ważniejsze niż burzliwe romanse. Ale to może zrozumieć tylko osoba, której życie jest już za nią, czyli taka jak ja. Ty jeszcze tego nie wiesz, teraz masz otwartą ranę, która powoduje, że czujesz się jakbyś umierał. Ta rana zarośnie się kamieniem, przez co będziesz dużo twardszy, ale też zimniejszy. Pamiętaj jednak, że z kamienia też mogą powstać piękne rzeczy, ale musi się za to wziąć odpowiedni artysta. W moim wypadku była to babcia. U ciebie też ktoś taki się znajdzie.
- Chciałbym w to wierzyć, dziadku - powiedział smutno Fred.
- To nie jest kwestia wiary. To kwestia wiedzy i doświadczenia. Przekazałem ci tyle rzeczy, które po prostu uznałeś za pewniki, więc to też tak przyjmij i czekaj spokojnie. Każda rana musi się zagoić, potem jest lepiej. Zaufaj mi, wiem co mówię - Martin uśmiechnął się szeroko, ale jego oczy błysnęły smutkiem.
- Dobrze, dziadku. Widziałem co łączy ciebie i babcię i jestem w stanie przyjąć to co mówisz. Jednak ta historia o duszy z kamienia wydaje mi się prawdziwsza niż inne legendy.

                Noc mijała, a panowie rozmawiali o zupełnie innych rzeczach. Temat, który miał być najważniejszą lekcją dla młodego Freda, został wyczerpany i można było przejść do innych kwestii. Martin osiągnął to co chciał. Fred zrozumiał, że to co przeżył nie jest końcem świata i można żyć nadal, będąc w miarę szczęśliwym. Jane już dawno skończyła prace w kuchni i spała spokojnie, nie wiedząc nic o „Duszy z kamienia”.


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)