Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

swieta

6/05/2016

Gry planszowe - czy pokonają elektronikę?



Szanowni Czytelnicy,
zapraszam do czytania!

Gry planszowe - czy pokonają elektronikę?

Gry komputerowe (w tym oczywiście konsolowe) od dawna rozwijają się w fenomenalnym tempie. Od dwóch deseczek odbijających kwadracik do wirtualnej rzeczywistości, która oszukuje nasz mózg poprzez specjalne okulary, przeskoczyliśmy w mniej więcej 30 lat. Jednak w co ludzie grali wcześniej? W gry planszowe i karciane. Co najlepsze, od kilku lat, te stają się, ponownie, coraz bardziej popularne. Twórcy gier wydają coraz lepsze, bogatsze wersje, powstają sklepy z tylko i wyłącznie planszówkami, powstają specjalne puby, w których można się spotkać i pograć w gry, które są dostępne właśnie w tym lokalu. Są też konwenty, na których zapaleńcy planszowych rozgrywek mogą spotkać innych zapaleńców z całego kraju, a nawet świata i wspólnie pograć, spotkać się z twórcami gier, powymieniać się czy kupić nowe, premierowe, pozycje. Czyli jasno wynika z tego,  że rynek gier planszowych, jeszcze w cieniu przemysłu elektronicznego, ale działa bardzo podobnie.

Dlaczego o tym piszę i do czego zmierzam? Piszę o tym ponieważ niedawno odkopałem swoje dziecięce zamiłowanie do gier planszowych i karcianych. Kiedy byłem mały komputery nie były tak bardzo popularne i dlatego większość czasu spędzałem na graniu w planszówki czy karcianki. Zdmuchnąłem kurz z pudełek z grami, które stały w piwnicy i zacząłem grać. Postanowiłem sobie poszukać może gier dla starszych ludzi (bo nie ma co ukrywać, że jako dziecko grałem w mniej wymagające tytuły) i trafiłem na coś co mnie zaskoczyło. Okazało się, że rynek gier planszowych to nie tylko monopol i chińczyk, ale mnóstwo wydawców, firm, graczy i gier. Przeraziłem się ogromem tego wszystkiego i postanowiłem poszukać pomocy. Trafiłem na Youtube, na którym znalazłem kilka kanałów, które recenzowały gry planszowe, ale tylko na jednym znalazłem to czego szukałem. Filmy były zrobione mega profesjonalnie, panowie pokazywali co znajduje się w pudełku, jak to jest wykonane, jak grać i jak grę oceniają. Mowa o kanale GameTrollTV, jeśli macie jakikolwiek problem ze zrozumieniem gry, z podjęciem decyzji o zakupie, czy w ogóle z czymkolwiek co ma związek z grami planszowymi czy karcianymi to wystarczy napisać do Chłopaków z GameTrollTV i oni na pewno wam pomogą. A zmierzam w tym felietonie do tego żeby delikatnie porównać gry planszowe z komputerowymi, pokazać ich wady i zalety, karkołomne zadanie? Pewnie tak, ale przekonamy się o tym dalej. Oczywiście nie jestem ekspertem ani w jednej dziedzinie, ani w drugiej, jest moje subiektywne zdanie.

1. Wymagania sprzętowe
Doskonale wiemy, że najnowsze i, co do zasady, najciekawsze produkcje na rynku gier komputerowych mają ogromne wymagania sprzętowe. W tym względzie absolutnie zwyciężają planszówki, które to wymagań sprzętowych nie posiadają w ogóle. Wystarczy gra i… można się bawić! Oczywiście są akcesoria, które dedykowane są grą planszowym, np. specjalne stoły, ale nie jest to wymagana. Zwykły stół w jadalni, podłoga, łóżko, wystarczy cokolwiek gdzie można rozłożyć elementy gry i to wystarczy. 

2. Multiplayer
Są ludzie, którzy wolą grać w gry przeciwko sztucznej inteligencji, a są tacy, którzy wolą grać z lub przeciwko innym graczom. Pewnie pomyślicie sobie, że w wypadku planszówek możliwa jest tylko ta opcja „otóż nic bardziej mylnego”. Są gry, jak się dowiedziałem, w które można grać samemu, a celem takiej gry jest właśnie pokonanie jej, czyli tak jak w wypadku gier komputerowych pokonanie sztucznej inteligencji. Co więcej, nawet nie grając samemu, można grać razem w kooperacji przeciwko grze. Poza tym lepiej spotkać się z ludźmi, których się zna i z nimi się bawić niż, jak to czasami bywa, słuchać tego co inni gracze robili z naszą matką/siostrą/kotem. 

3. Kreatywność
W wielu grach komputerowych wprowadzono systemy tworzenia nowych poziomów, postaci, scenariuszy rozgrywek. Niewątpliwie rozwija to kreatywność graczy i pozwala im na pokazanie swoich umiejętności. Większość ludzi kojarzy gry planszowe z tym, że jest start, meta i rzuty kostką. Za każdym razem gra się w tę grę tak samo. Oczywiście, że są takie gry, ale są też takie, w których to gracze tworzą plansze, gracze wybierają scenariusze, zadania w grze i w zasadzie dostają takiego komputerowego „sandboxa”, w którym mogą robić w zasadzie wszystko. To dopiero rozwija kiedy trzeba się nagłowić co można zrobić i czy to wyjdzie, bo nie ma systemu, który pokaże gdzie jest błąd.

4. Rozwój wyobraźni
W tej kwestii można się odnieść do porównania telewizji z książkami. Przy grach komputerowych dla wyobraźni jest pozostawione niewiele miejsca, podobnie jak w przypadku telewizji. A przy grach planszowych czy karcianych w zasadzie działa tylko wyobraźnia, tak jak w przypadku książek. Nie mamy wykreowanego obrazu smoka, którym gramy, zamiast tego jest mały, czerwony klocek i sami musimy sobie wyobrazić jak ten smok wygląda. 

5. Koszty
Zarówno gry komputerowe, te większe tytuły, jak i gry planszowe nie są tanim sposobem rozrywki. Nie ma co nad tym debatować. Plusem jest to, że planszówka nie spali wam karty graficznej i nie będziecie musieli kupić nowej. Można się zastanowić czy mniej więcej 100zł wydane na grę planszową to dużo. Otóż to zależy. Jeśli mamy z kim grać, wiemy, że ta gra nas wciągnie i będzie się nam podobać, ma wiele możliwości rozgrywki i się nie będzie nudzić, ponadto mamy czas by grać to nie są to duże pieniądze, ale jeśli mamy zamiar kupić grę i zagrać w nią dwa, trzy razy w roku przy jakiejś okazji to już mało trafiona inwestycja. Ale myślę, że podobnie działają gry komputerowe. Jeśli kupimy grę, która nas wciągnie to nie będziemy żałować wydanych pieniędzy, ale jeśli kupimy ją i nam nie pójdzie, albo pogramy w nią chwilę i damy spokój to już raczej uznamy, że nie była to dobra inwestycja.

6. Przestrzeń
Są ludzie, którzy uwielbiają kolekcjonować gry. Kupują je wyłącznie w wersjach pudełkowych i ustawiają sobie na półeczkach. Dla nich wielkość pudełek gier planszowych nie będzie przeszkodą, podejrzewam, że nawet się ucieszą mogąc te ładne opakowania wyeksponować. W dodatku dla fanów edycji kolekcjonerskich gier komputerowych pudełka gier planszowych będą idealne. Tam zawsze znajdzie jakieś gadżety. No ale są też ludzie, którzy mają niewielkie pokoje i nie mają miejsca na cokolwiek. Oni zazwyczaj gry kupują w wersjach cyfrowych, książki czytają w formie e-booków (należę do tej grupy) i dla nich właśnie może być problemem wielkość gier. 

7. Poziom trudności
W grach komputerowych poziom trudności można sobie ustawić w opcjach. Są jednak gry planszowe, w których również można ustawiać poziom trudności. Zaczynamy od misji wprowadzających w grę, a potem w miarę zaznajamiania się z systemem możemy wprowadzać utrudnienia lub rozgrywać bardziej skomplikowane scenariusze. Są też gry, które w zależności od liczby graczy, a nawet ich wieku i zaawansowania mogą zmieniać się całkowicie. 

Zapewne pominąłem milion aspektów, ale podsumowują te punkty widzę jedną zależność. Fan gier komputerowych będzie się dobrze bawił przy dobrej grze planszowej, a fan planszówek chętnie pogra w dobrą grę na komputerze czy konsoli. Te dwa światy wywodzą się z jednego pnia i co by nie mówić zawsze będą się ze sobą łączyć w jakiś sposób. Myślę, że pokazałem wam, że gry planszowe to nie rozrywka dla małych dzieci, czy rodziców, którzy chcą jakoś odciągnąć dzieci od komputera. Sam odkurzyłem wszystkie pudła jakie miałem i powiem wam, że bardziej cieszy mnie zwycięstwo po trzygodzinnej partii Monopoly niż kolejne mistrzostwo w Fifie. 

Dzielcie się swoimi spostrzeżeniami w tej kwestii, zachęcam do tego gorąco. Chętnie też dowiem się w co gracie i co sądzicie o planszówkach. Pozdrawiam serdecznie!


Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)



5/30/2016

Największy sukces w historii polskich klubów!

Szanowni czytelnicy,

ten, kto dłużej śledzi moje wpisy, wie, że czasem piszę też coś dotyczącego sportu. Teraz już mniej z racji tego, że wszystkie sportowe relacje zamieszczam na portalu kibicujenaszym.pl, ale o takim wydarzeniu, nie do końca od strony sportowej, muszę napisać tutaj.

O czym mowa? Myślę, że wszyscy wiedzą! O wielkim sukcesie, największym w historii sukcesie polskiego klubu, czyli o zwycięstwie VIVE Tauron Kielce w finale Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych. Bez zastanowienia mogę stwierdzić, że jest to największy sukces polskiego klubu w jakiejkolwiek dyscyplinie. Samo zwycięstwo w Lidze Mistrzów to ogromny triumf, ale styl w jakim Vive to zrobiło na pewno przejdzie do historii.

Jak ten mecz się toczył myślę, że już wszyscy wiedzą, ale w skrócie przypomnę. Od początku to drużyna Vesprem (Węgry) prowadziła w meczu, gra Vive wyglądała tragicznie, nic się nie kleiło ani w obronie, ani w ataku. Przeciwnicy powiększali przewagę, aż w pewnym momencie, na kwadrans przed końcem, urosła do dziewięciu bramek. Nie wiem czy ktoś, kto choć trochę zna się na piłce ręcznej, wierzył w to, że odrobienie takich strat, w takim meczu, o takie trofeum jest możliwe. Ale jeśli coś wydaje się niemożliwe to trzeba to dać do zrobienia Polakom i tak to wyglądało. Vesprem nagle stanęło, nie potrafiło rzucić gola, obrona zaczęła grać świetnie, Sławek Szmal w bramce też zaczął grać świetnie, a atak wrócił do normy. Chłopaki zaczęli grać jak natchnieni i mogli nawet ten mecz wygrać w regulaminowym czasie, ale to by nie było tak monumentalne i historyczne osiągnięcie. Krzysztof Lijewski rzucił gola w ostatnich sekundach i mieliśmy dogrywkę. W dogrywce też Vive mogło wygrać, ale nie, nie chciało. Wolało porzucać karne, które w meczu niezbyt im wychodziły. No i wreszcie, po dobrych rzutach i jeszcze lepszych obronach bramkarzy, kielecka drużyna mogła oszaleć z radości.

(fotografia z fb.com/kielcehandball, autorem Patryk Ptak)



Teraz przejdę do sedna tego wpisu. Ja jestem kibicem z rodzaju tych, którzy mówią zawodnikom co mają robić, krzyczą na sędziów, biegają po mieszkaniu, drą się wniebogłosy, przeżywają każdy ważniejszy mecz. Tym razem też tak było, ale chęci kibicowania umierały z każdą minutą, a zmieniały się w zarzuty. Zamiast "jeeeeeeeeeest!" było "a idź pan z takim rzutem, jak oni grają". I to nawet nie chodziło o januszowe podejście, że jak przegrywają to besztamy, tak naprawdę grali. Pisałem relację z tego meczu, wiec na spokojnie sobie wszystko opisywałem.
Aż tu nagle Vesprem stanęło, a Vive zaczęło rzucać. Odrobiło dwie bramki i komentatorzy zaczęli już mówić o dogrywce i karnych, byłem sceptyczny, ale z minuty na minutę to się zmieniało. Oglądałem mecz na stojąco, siadałem tylko po to by napisać kolejną linijkę. Poziom zdenerwowania rósł, emocje przejmowały kontrolę. Robiłem literówki, bo ręce mi się trzęsły. Jak wyrównali to sąsiedzi z bloku obok słyszeli, jak Julen rzucił ostatniego karnego też słyszeli, ale ze trzy bloki dalej. Potem usiadłem i czułem wielką dumę z drużyny, której kibicuję od kiedy zacząłem oglądać piłkę ręczną. Ogromna radość, jakbym tam grał razem z nimi. Dla takich chwil właśnie człowiek ogląda sport, żyje sportem, mimo siwych włosów, zdartego gardła i zszarganych nerwów. Dziękuję!

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

5/15/2016

Eurowizja - konkurs czy polityka?



 Szanowni Czytelnicy,
pozwoliłem sobie popełnić taki tekst, ale dla urozmaicenia w przerwach między akapitami dałem najlepsze, moim zdaniem, piosenki z Eurowizji z ostatnich lat.

Eurowizja - konkurs czy polityka?

Wczoraj miał miejsce finał 61. Konkursu Piosenki Eurowizji. Ja oglądam ten festiwal od dokładnie dwanaście lat. Pierwszy konkurs obejrzałem w roku 2004, gdzie również wygrała piosenka z Ukrainy wykonywana przez Ruslana pod tytułem „Wild Dances”. 

 

Dlaczego o tym wspominam? Bo tegoroczne zwycięstwo ukraińskiej piosenki jakby spięło klamrą moją przygodę z tym konkursem. Jako dzieciaka bardziej mnie intrygowało rozdawanie głosów w ten charakterystyczny dla Eurowizji system, ale potem zacząłem bardziej interesować się muzyką samą w sobie, analizowałem te utwory jeszcze przed konkursem, kiedy już były dostępne w internecie i wybierałem swoich faworytów. Fakt, że nie zawsze się to pokrywało z ostatecznymi wynikami zupełnie mnie nie dziwił. W pewnym jednak momencie coś mi zaczęło świtać. Coś mi nie grało z tymi wynikami. Za sprawą Donatana szersze grono odbiorców dowiedziało się jak wygląda sprawa podziału głosów. Otóż „profesjonalne” jury i telewidzowie mają po połowie głosów. Gdy te głosy się dzieli okazuje się, że według widzów wygrywają najlepsze, najciekawsze, najbardziej zaskakujące propozycje, a według „jury” wygrywa ten kto ma wygrać. Nie będę się tutaj rozpisywał nad teorią spiskową w konkursie muzycznym, bo nie ma czegoś takiego. Chodzi wyłącznie o politykę i sympatie. 



Od dawna było tak, że Bałkany głosują na siebie, Skandynawia na siebie, Europa zachodnia również dzieliła się punktami tylko na reprezentantów Polski jakoś nikt nie głosował. Miejsce podbijały jednie głosy polonii obecnej na całym kontynencie. European Broadcast Union (EBU) wpadło na pomysł żeby zarobić więcej kasy i wprowadzić do konkursu Australię. Jest to konkurs Eurowizji przypominam, a Australia jakby nie patrzeć od Europy jest daleko. Została więc członkiem EBU, bo członkowie mogą brać udział. Obchodzenie przepisów godne naśladowania. No i w tym roku Australijczycy wystawili piosenkę, która pod kątem aranżacji, melodii, przygotowania zmiotła Europejską konkurencję, zbliżając się bardziej do gościa specjalnego Justina Timberlake’a niż do reszty stawki. Niestety Europa, a bardziej to mega super hiper profesjonalne jury w większości krajów postanowiło zagłosować politycznie. Sympatia sympatią, do tego już się przyzwyczailiśmy w tym konkursie, więc głosy po sąsiedzku nikogo nie raziły, ale raziło to, że Ukraina zgarniała duże zdobycze od jurorów, a Rosja nie dostawała zbyt wiele. Wśród telewidzów Rosja wygrała a Ukraina była druga. Niestety słabe noty od jurorów sprawiły, że wybór telewidzów nie miał znaczenia i zwyciężyła Jamala z piosenką 1944, która jest polityczna, bo opowiada o wysiedleniu Tatarów, a sam konkurs został powołany właśnie po to by Europę po wojnie zjednoczyć, a nie dolewać oliwy do ognia takimi piosenkami. 



Piosenka to kwestia gustu, ale są pewne czynniki, które pozwalają to przeanalizować i piosenka Jamali ma jeden moment, w którym faktycznie mogą pojawić się ciarki, ale oprócz tego nie porywa. Ma przesłanie, czy zgodne z regulaminem tego się nie podejmuję ocenić, ale nie była najlepsza. Szwecja, która organizowała finał, zmieniła formę pokazywania głosów. Najpierw pokazano głosy jury, łącząc się z przedstawicielami telewizji w krajach, a potem w jakiś dziwny, sumaryczny sposób, pokazano to co najważniejsze, czyli głosy telewidzów. System ten uświadomił mi jak bardzo jury, ze swoją połową głosów, źle wpływa na ten konkurs. Miał Szpak dostał od nich 7!! punktów, a od widzów 222 i zajął miejsce trzecie w głosowaniu telewidzów. Jak wielka to jest różnica to widać od razu, skąd ona się wzięła? Z braku słuchu jurorów (którzy głosowali na dużo słabsze propozycje) czy z braku sympatii dla Polski?



Nic już nie poradzę na to, że wygrała Ukraina, którą obstawiałem zdecydowanie w ogonie stawki. Mam tylko nadzieję, że zorganizują konkurs u siebie (może Krym albo Donbas? mogłoby być wybuchowo) bez pożyczek i na jakimś sensownym poziomie. A jakie jest wasze zdanie na temat tegorocznych wyników i tego cyrku, który od niedawna dzieje się w konkursach?




Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

Bonusy:
Tegoroczny zwycięzca:

Najlepsza propozycja Ukrainy w historii!

4/23/2016

Życie boli #8 - Jak to jest z tymi facetami?

Szanowni Czytelnicy,

wczoraj siedząc w domu z kolanem obłożonym maścią i zimnym okładem skakałem po kanałach telewizyjnych (bo przecież po co pisać magisterkę?) i trafiłem na odcinek tefałenowskiego serialu Szpital. Uwaga! Teraz będą spoilery, jakby ktoś nie widział tego odcinka, a bardzo chciał obejrzeć z pełnymi emocjami to niech nie czyta!

Dziewczyna z chłopakiem byli ofiarami wypadku samochodowego i tenże chłopak stracił pamięć. Wykorzystała to młodsza siostra dziewczyny, która w chłopaku się kochała i wmówiła mu, że to ona jest jego dziewczyną. Porywająca fabuła nie? Ale mniejsza z tym, dziewczyna zapytała siostry czy ta uważa, że faceci to rzeczy, które można sobie pożyczać. No i to zdanie wprawiło w ruch procesy myślowe w moim umyśle, rozpoczęła się gonitwa myśli i TAK! Eureka! Banzaj! Geronimo! (i jeszcze kilka zagranicznych słów)!

Jakby się tak zastanowić nad tym głębiej to ciężko by było znaleźć faceta, który by protestował przed takim traktowaniem. W końcu jeśli obie siostry byłby ładne... Dobra, rozmarzyłem się. Zmierzam do tego, że żaden facet nie miałbym pretensji gdyby kobieta chciała go traktować przedmiotowo. Co przez to rozumiem? Kojarzycie kota w domu? Łazi gdzie chce, robi co chce, a ta go karmi i się z nim bawi. Kot nie musi sprzątać, pomagać w gotowaniu, zmywać, opuszczać deski, zbierać ubrań z podłogi, odpowiadać kiedy ona mówi. No i teraz się zastanówmy czy byłoby źle gdyby facet nie miał żadnych obowiązków, a ona by go karmiła i jeszcze się z nim bawiła (if you know what I mean)? Według mnie faceci byliby przeszczęśliwi! W dodatku co robią koleżanki jak przychodzą do dziewczyny, która takiego kota ma? Zachwycają się i też się chcą z nim bawić! Tak! I wtedy marzenia faceta byłyby spełnione, pewnie wielokrotnie... Dla nas to byłby raj, kiedy byśmy mieli wszystko podane na tacy, a w zamian za to niczego by kobiety od nas nie chciały, bo to że chcą to raczej nas drażni, nawet jak tego nie pokazujemy. A Wy co o tym sądzicie? Tyle na dzisiaj ode mnie!

To oczywiście był tekst humorystyczny, zaznaczę to żeby mi się tu feministki nie zbiegły, bo ten blog nie jest taki duży żeby je pomieścić ;)

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)

3/26/2016

Życie boli #7 - Wielkanoc, chrzest i propaganda

Szanowni Czytelnicy,

dzisiaj miały pojawić się tylko życzenia wielkanocne, tak tradycyjnie, ale wczoraj i dzisiaj widziałem tyle dziwnych rzeczy, że muszę się nimi z Wami podzielić. Jak kogoś to nie interesuje to życzenia ma na końcu.

Zacznę od tego co przydarzyło się dzisiaj, czyli w tak zwaną Wielką Sobotę. W ten dzień przypada mi coroczna wizyta w przybytku zwanym kościołem. Tak, jestem niewierzący i tak idę z tym cholernym koszyczkiem, to nie jest mój wymysł, po prostu robię za kierowcę i staram się unikać konfliktów z mamą. Dzięki tej jednej wizycie mam spokój na resztę roku. Nawet nie słyszę o jakimkolwiek kościele, więc dobry deal. No i podjeżdżam pod kościół, a tam stoiska z zabawkami, balonikami, obwarzankami, watą cukrową i jeszcze mnóstwem innego badziewia. Myślę, sobie, że zaczęło się nieźle, zobaczymy co będzie dalej. Przekraczam drzwi kościoła, staję sobie z tyłu i widzę coś co mnie zszokowało. Jak to w świątyniach bywa na ścianach zawieszone są obrazy stacji drogi krzyżowej, spoko, ale pod tymi obrazkami zawieszone plakaty ze zdjęciami płodów, zarodków i tego typu obiektów, nawołujące do zaniechania in vitro, aborcji, eutanazji, wszystkiego co jest wbrew doktrynie kościoła. Świetna propaganda! Ja wiem, że dzieci proboszcza są poczęte naturalną metodą, ale nawoływać do potępienia tego, że ktoś chce mieć dziecko, a nie może tego zrobić naturalnie, jest mało chrześcijańskie, nie ma absolutnie nic wspólnego z miłosierdziem, które głosił bohater tych świąt, Jezus. W dodatku jeszcze zilustrować to wszystko obrazami płodów? Przecież, do jasnej cholery, do kościoła przychodzą też dzieci. Nie jest to najprzyjemniejszy widok przecież. Wiem, że kler, że katole i współczesna władza lubią sobie taką propagandą zarzucić i gdyby to było w jakiś gazetkach parafialnych, dla tych najbardziej utopionych w wierze, którzy i tak mają klapki na oczach, to bym się nie przejął. Jednak rzucanie tymi hasłami w oczy każdego kto wejdzie do świątyni to już przeginka. Taka propaganda kojarzy mi się z czasami II Wojny Światowej, gdzie III Rzesza i ZSRR obrzucały swoich obywateli tak drastycznymi zdjęciami i plakatami i robili to tak często i tak agresywnie, że ludzie nie mieli czasu się nawet zastanowić czy to prawda, czy mają racje, czy może jednak jest w tym jakiś haczyk. Tutaj widzę dokładnie to samo.

Druga sprawa jaką chciałem poruszyć to obchody 1050 rocznicy chrztu Polski. Oczywiście znam historię i to dosyć dobrze, więc nie o tym będę pisał, nie tego się czepiał. Chodzi mi o same te obchody. Jeśli dobrze pamiętam to na tysiąclecie chrztu wybudowano tysiąc szkół. W 1966 roku obchodzony "Tysiąclecie Państwa Polskiego" z wiadomych przyczyn nie mogło mieć to wiele wspólnego z chrztem, ale chodziło o to samo. Wtedy obchody były naprawdę huczne, a teraz? Oczywiście propagandowe przemówienia Marioprezydenta (połączenie marionetki i prezydenta) oraz Prezesa wszystkich prezesów, okolicznościowy banknot dwudziestozłotowy... Serio? Podobno najważniejsze wydarzenie w historii Polski zasługuje tylko na dwie dychy? Przecież to nawet na lepszą flaszkę nie wystarczy. A właśnie taka flaszka i to nie jedna byłaby potrzebna żeby przebrnąć przez trzeci hit promujący tę uroczystość. Teledysk zespołu Anno Domini do piosenki pod tytułem Chrzest Polski 966. W sumie powinienem tutaj wstawić link żebyście mogli sobie obejrzeć, ale nie jestem sadystą. Jak ktoś ma potrzeby masochistyczne to sobie wyszuka w google. Ja wiem, że te chrześcijańskie rytmy w Polsce to nie gospel z USA, ale to była rzeźnia. Rzeźnia dźwięków, poczucia estetyki, nawet tej w sumie fajnej rocznicy. Jeśli to mnie miało zachęcić do udziału w obchodach to mnie zniechęciło i to ostatecznie. Oglądałem to na trzy razy i myślę, że CIA może spokojnie dorzucić ten hit do swojej listy piosenek do tortur. To tyle na dziś.

Życzę Wam dużo spokoju, słońca, relaksu, żeby rodzina Was nie denerwowała, żebyście się nie przeżarli i nie zanudzili. Wesołego dyngusa i mokrego jajka!

Kamil Bednarek
Czytajcie "Przywróconego" (Goneta.net/Przywrócony_Zenit)